PROSTE HISTORIE

„4 LITERY”

 

Nie każdemu los dał po równo. Każdy z nas ma swój własny, wewnętrzny Mount Everest. Czy powinniśmy innych porównywać do siebie – a siebie 9do innych?
A może jesteśmy bardziej jak pływacy, którzy płyną po swoim torze – każdy niezależnie. Nabieramy tylko powietrza i machamy rękami, dając z siebie wszystko.

A to, czy dajemy właśnie wszystko, to w swojej uczciwości – wiemy tylko my sami i Dobry Bóg.

Jakie to ma znaczenie, że ktoś nas wyprzedza, albo jest za nami ? Sami wiemy, czy stać nas na więcej, czy tylko oszukujemy – najpierw innych, a tak naprawdę na końcu samych siebie – marnując własny potencjał. Ilu ludzi tak go marnuje na własne życzenie ?

Naprawdę mamy tylko jedno do zrobienia w życiu – bycie ludźmi. Wszystko inne jest przy okazji.

***

Kiedy miałem z dziesięć lat poznałem chłopaka, który przychodził czasem na ogródek działkowy naprzeciwko ogródka mojego dziadka. Ewidentnie pochodził z biednej rodziny, gdzie były jakieś problemy. Prawdopodobnie alkohol. Ubrany był marnie. Nie mówił też zbyt wyraźnie. Rozmawialiśmy czasem. Była w nim jakaś niezwykła radość życia i potrzeba kontaktu, jakieś akceptacji. Mówiąc – ciągle się przy tym uśmiechał, przyglądając mi się uważnie i niecierpliwie.
Słuchałem jego dość dziecinnych opowieści.
Słyszałem od kogoś, że chodzi do „Dziewiony” (Szkoła specjalna nr 9). Kiedy ktoś chciał komuś ubliżyć do kości, mówił mu, że jest Daunem, albo że jest właśnie z „Dziewiony”.
Tak więc znałem chłopaka z „Dziewiony”. Samo to, że z nim rozmawiałem powodowało uśmieszki drwiny u paru moich rówieśników, palących czasem fajki na pobliskiej ławce.

Pamiętam też, że on pochodził z Komunki (ul. Komuny Paryskiej – od lat jedna z najbiedniejszych ulic w Siemianowicach ŚL.).

Kiedyś bardzo podekscytowany zawołał mnie, żeby pokazać mi co napisał kamieniem na ścianie garażu. Zależało mu bardzo , żebym to zobaczył wręcz natychmiast. Poszedłem z nim. Doszliśmy wreszcie do czerwonej ściany garażu.
Pokazał mi z dumą palcem – niewielki napis. To był koślawy wyraz,….. złożony z czterech, bardzo nierównych liter. Tak nierówno piszą dzieci w pierwszych tygodniach szkoły podstawowej. On tymczasem był starszy ode mnie o rok. Miał więc jedenaście lat. Ja czytałem w tym czasie książki Alfreda Szklarskiego, komiksy… i Tygrysy.

Nastała dziwna cisza. Do dziś dobrze pamiętam ten moment.

Mój kolega patrzył na mnie, szeroko uśmiechnięty. Pamiętam jego blond włosy i wesołe niebieskie oczy, które teraz nerwowo czekały na mój ostateczny werdykt….

A ja nie wiedziałem,…. co mam powiedzieć. Nie wiedziałem, co mam zrobić…..Stałem tylko zawstydzony.

– Fajne -……. powiedziałem w końcu cicho.

Czułem, że mimowolnie do oczu napływają mi powoli łzy. Nie chciałem, żeby to widział. Spuściłem więc lekko głowę.

Na ścianie napisał słowo…. „Mama”.

 

 

 

 

„Small Town Boys” …Chłopcy z małego miasta – trochę o nas i o Adamie Imiolczyku

 

Small Town Boy – Chłopak z małego miasta. Kto nie zna tego utworu….?? Właśnie………

Dla mnie jednak będzie się on wiązać zawsze ze wspomnieniem człowieka, od którego wiele się nauczyłem …….. i który odszedł……. za wcześnie.

Dzisiejszy tekst nie będzie pastelowy, ale będzie ważny, bo ważny jest dla mnie każdy człowiek, jakiego spotykam w swoim życiu. Będzie to krótkie wspomnienie kolegi z Liceum Zawodowego przy Hucie Jedność w Siemianowicach Śląskich. Szkoły, do której z naprawdę wielką przyjemnością chodziłem – choć może się to wydać dziwne…….szkoła, jak to ? Tak – uwielbiałem tę szkołę. Serio…

Adam stał oparty o ścianę, ze słuchawkami walkmana na uszach (taki mały magnetofon na taśmy – taki dzisiejszy MP3 player – gdyby ktoś nie wiedział). Miał zamknięte oczy i kołysał się lekko na boki. Śpiewał przy tym słowa piosenki. Wyciągał niemożliwie wysokie dźwięki – prawie falsety. Znałem doskonale ten utwór – wszyscy go znali, więc nie musiałem go pytać – czego słucha.

To się powtarzało w każdej wolnej chwili między lekcjami. Nie rozstawiał się z walkmanem……i tak przez dobre trzy miesiące. Nieprawdopodobne. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak bardzo kochał jeden utwór. Znał na pamięć każde słowo, każdą modulację głosu Jimmiego Somerville. Śpiewał to przy przy najmniejszej okazji. Ja sam słuchałem przez chyba tysiące godzin przeróżnej muzyki, ale nigdy aż do tego stopnia nie zafiksowałem się tak bardzo na jednym utworze. Kiedy coś kochałem – słuchałem tego kilka, kilkanaście razy z rzędu np. Potem następowała przerwa i znowu do tego wracałem. Jeżeli jakiś utwór uwielbiałem kiedyś – uwielbiam go i dziś. Nic się nie zmieniło. Jestem bardzo stały w tym, co kocham. To, co złapało jednak Adama było absolutnie niezwykłe. Żył „Small Town Boy’em” przez cały czas. Jaka magia go ogarnęła ?

Siedział obok mnie na j.polskim w drugiej ławce – na miejscu od okna. W jego uśmiechu było zawsze tyle radości i energii – zarażał tym od razu. Miał śmiałe pomysły i nie bał się o tym mówić.

W szkole panował niespotykany gdzie indziej „dryl”. Dyscyplina była podniesiona wysoko. Chodziliśmy w jednakowych, granatowych garniturach, niebieskich koszulach, mieliśmy granatowe krawaty i ……. białe skarpetki . Za brak takich skarpetek na WF – biegało się za karę boso. Po takim doznaniu „piętaszka” i śmiechu kolegów – więcej się już nie zapominało. Adam takie skarpetki nosił nie tylko na WF, ale cały czas. Nosił też idealnie białe tenisówki (dziś nie wszyscy wiedzą, co to jest – proste buty sportowe). Takie tenisówki musieliśmy także nosić obowiązkowo na WF. On jednak nosił je cały czas, także do garnituru. Podobało mu się to. Zawsze były czyste i zadbane. To był jego znak rozpoznawczy z daleka.

Kultura fizyczna była traktowana u nas bardzo serio. Mieliśmy ćwiczenia wydolnościowe, na kółkach gimnastycznych, drążkach, itp. , itd. Musieliśmy nosić takie same podkoszulki z ramiączkami – jak przed wojną. Kiedy ktoś robił np. pompki na ilość – wszyscy siedzieli na sali gimnastycznej i liczyli, ile zrobi. To dawało mocno w kość komuś, kto nie dawał rady. Szło takiemu chłopakowi po psychice – musiał dociągać szybko do średniej. Inne ćwiczenie na kółkach – w powietrzu, to np. trzymanie nóg pod kątem 90 stopni i liczenie czasu, w którym nie opuści nóg. Mięśnie brzucha trzeba mieć wtedy naprawdę ze stali. Dziś wiem, że w tym wszystkim nie chodziło tylko o ćwiczenia same w sobie. Oni uczyli nas pracy nad sobą. To była pewnego rodzaju szkoła wytrwałości i charakteru.

Dbano zresztą nie tylko o naszą sprawność. Mieliśmy wiele innych zajęć pozalekcyjnych, jak np. informatyka, albo „spotkania z filharmonią”. Filharmonicy Śląscy raz w miesiącu przyjeżdżali do nas z koncertami. Znany prezenter radiowy wygłaszał zawsze słowa wstępne. Poznawaliśmy rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Dyrektor tej szkoły – Hilary Chlebek – był naprawdę wizjonerem z prawdziwego zdarzenia. Znany harcmistrz z tradycjami. Do tego kadra ludzi, jakimi się otoczył – też była świetna. Mieliśmy dużo szczęścia, że byliśmy właśnie tam. Dyrektor chciał, aby nasza szkoła była konkurencyjna do Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych. Ja nie zamieniłbym jej na ŚTZN – o nie.

Był to też czas wielkiego śmiechu – od pierwszego do ostatniego dnia sikaliśmy wprost ze śmiechu,… z małymi przerwami oczywiście. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem tyle się nie śmiałem. Tam śmiałem się do łez. Kolegów miałem naprawdę wyjątkowych. Dwóch z nich z talentem wprost do kabaretu. Jak to powiedział jeden z nich „u nas poziom satyry jest wysoki”. To byłby temat na osobne opowiadanie – na pewno .

Aż nie mogę się oprzeć choćby jednemu – mianowicie bitwom na jadalni. Siedzieliśmy grzecznie po np. 2-3 klasy przy stolikach. Starsi harcerze mieli dyżury i pilnowali nas jak żandarmeria. Wiedzieli, że ta banda naładowanych testosteronem istot – w każdej chwili może eksplodować. I prawie na pewno eksploduje. Pytanie tylko kiedy ? Wystarczyło, że np. jeden drugiemu wrzucił kawałek sera do kubka z herbatą – i że ten drugi był z innej klasy. Przez moment zamierała cisza – a potem zaczynała się jazda. Dyżurni zasuwali szybko okno ze sklepiku, bo pierwsze sery, pasztety, salcesony leciały od razu w ich stronę (huta fundowała nam śniadania). Ktoś dostał centralnie pasztetem w twarz, kogoś turlano w wędzonej rybie. Inny płakał, bo dostał serem do smarowania Tylżycki w oko. Prawie nikt nie miał już koszuli w spodniach, bo jeden szarpał drugiego. Była jedna wielka zawierucha a harcerze próbowali nad tym zapanować. To trzeba było widzieć na własne oczy Po prostu western..

Tego typu rzeczy działy się prawie co dzień. Nudno nie było nigdy.

Mieliśmy też swoje marzenia. Każdy inne. Czasem dzieliliśmy się nimi. Ja chciałem np. zostać muzykiem elektronicznym. Pisywałem też różne krótkie opowiadania. Czasem je odgrywałem – taka zabawa w aktorstwo. Naśladowałem grę różnych aktorów z fragmentów sztuk teatralnych, jakie oglądałem w poniedziałkowym teatrze telewizji, albo z filmów. Robiłem to dla zabawy i nie wiedziałem za bardzo, co z tym zrobić. Aktorstwo samo w sobie – zupełnie mnie nie pociągało. Nie chciałem udawać kogoś, kim nie jestem zawodowo. Zazwyczaj starałem się tym kogoś rozbawić i udawało mi się. Potrafiłem obserwować ludzi i sytuacje. Starałem się zrozumieć jedno i drugie i wejść w to. Traktowałem to jako ciekawe doświadczenie – i tyle. Nie wiedziałem jeszcze dokąd idę w życiu. Było na to za wcześnie. Do wszystkiego w życiu trzeba dojrzeć. Póki co, chciałem być jak JMJ (Jean Michele Jarre). Między innymi dlatego wybrałem właśnie liceum elektroniczne. Budowałem sobie różne grające generatory itd.

Ciekawe też…,że od tamtego czasu nigdy więcej już nie bawiłem się w „aktorstwo”, ale była to cecha którą w sobie odkryłem przez przypadek. Jakimś cudem umiałem odgrywać innych ludzi. Skąd się to wzięło – nie wiem…. ta umiejętność improwizowania i tworzenia na poczekaniu rzeczy właśnie co wymyślonych. To przyszło samo i przeminęło naturalnie, jak wiele innych i przedziwnych rzeczy w moim życiu.

Trzy razy w tygodniu, przed szkołą – przez całe 4 lata chodziliśmy też na g.6.00 rano – na basen. Nasz stary, dobry, przedwojenny basen. Kiedy się wchodziło rano, jeszcze rozespanym – przez kotłownię do góry – mijaliśmy palacza:

– I co, chopcy ? Niy chce sie wstować (nie chce się wstawać) – co ? – pytał – Jo jus łod pu czworty pola, pieronie (ja już od wpód do czwartej palę węglem). – uśmiechał się przy tym, cały upieprzony z węgla.

– Ja (tak) – odpowiadaliśmy w ciszy, zaspani, przechodząc jeden za drugim, jakbyśmy wchodzili do góry, na jakiegoś Titanica. Główne wejście było o tej godzinie zamknięte, więc wchodziliśmy od kotłowni, w piwnicy.

Za chwilę mieliśmy wskakiwać do półzimnej wody i zapieprzać przez bitą godzinę – do utraty sił. Uwielbiałem to. Słońce powoli wtedy wstawało….. a my dalej pływaliśmy. Widziałem przez wielkie okna jego mocne strumienie. Prułem z rozkoszą wodę. Czułem w sobie siły, jakich nie było we mnie wcześniej. Moje ciało opływało medium, które sprawiało, że czułem się taki szczęśliwy. Ta woda i wschodzące słońce. Moja nieposkromiona siła i radość życia. Tak……takich chwil się nie zapomina.

Byliśmy w wieku, kiedy sport bardzo nam służył. Spośród tych wszystkich chłopaków – paru z nich ćwiczyło też judo w tym samym klubie co ja (Pałac Młodzieży w Katowicach). Adam też tam ćwiczył, tylko w innej grupie.

No i tu trzeba wspomnieć o tym, jak nieprawdopodobny dar natury otrzymał ten człowiek. Był nieprzeciętnie wytrzymały, silny i sprawny. Był z nas wszystkich najlepszy. Oprócz crawl’a – bo tu „Li” był królem (ale to był człowiek-delfin). Adam we wszystkim, co dotyczyło sprawności i wytrzymałości był absolutnym nr.1. Potem była długa przerwa…. I potem dopiero my.

Pamiętam jak płynęliśmy pod wodą – 25 metrów. Dla normalnego organizmu to naprawdę bardzo dużo. Tak dużo, że kiedy dopływaliśmy do murku, na końcu – każdy miał już wszystkie kolory tęczy przed oczami i siłą woli starał się nie nabrać wody – zamiast powietrza, a światło słoneczne ponad powierzchnią wydawało się być poza zasięgiem……… i w takim właśnie momencie Adam zawracał bardzo powoli i płynął……….KOLEJNE 25 METRÓW !

Jaką maszyną trzeba było być, żeby zrobić coś takiego ?

A co do marzeń – to marzeniem Adama było robić coś wielkiego. Tworzyć, konstruować, wymyślać rzeczy, jakich nikt jeszcze nie zrobił. Był przy tym nieprawdopodobnie śmiały i nie bał się sięgać wysoko. Na lekcjach skupiony był na rysunkach technicznych, które tworzył ukradkiem. Miał bardzo techniczny umysł. Rzeczą, która go absolutnie fascynowała był „przegub Cardina”. Pamiętam jego szybkie i zdecydowane ruchy małym ołówkiem na kartce papieru. Wiedział, co rysuje i czuł że to jest to. Widziałem ten sam typ pociągnięć kreski u mojego ojca. On też był urodzonym technikiem i podobnie jak Adam mówił, myślał i rysował. Ojciec robił w domu często szkice różnych maszyn, elementów, rozwiązań które wymyślał. Dostawał za to potem trochę dodatkowych pieniędzy. Oni obaj zresztą mieli się później spotkać. Adam został jakimś cudem uczniem mojego ojca na kopalni. Jak to się stało, że spośród tylu kopalń w naszych stronach, to właśnie do niego trafił. Nazwisko na pewno odegrało tu swoją rolę, ale że akurat ta kopalnia i ten szyb …. ?

– Patrz Jarek, jakie to genialne. I takie proste – mówił np. Adam – Jak ten facet na to wpadł ? Możesz przenieść napęd kątowo. Boskie ! Stworzyć coś takiego……właśnie – to jest to !

Spośród wielu jego pomysłów zapamiętały mi się głównie dwa – słuchawki bez przewodów pomiędzy jedną a drugą – wykorzystał pałąk jako przekaźnik sygnału i jego słynny w szkole dwu-cyrkiel. Można nim było narysować okrąg wykonując tylko połowę normalnego ruchu, co było wygodniejsze. Inni koledzy kiwali głowami i uśmiechali się – widząc to, co robi.

– Kto by chciał to wyprodukować ? – podśmiewywali trochę, ale i zazdrościli.

Czego się od niego nauczyłem ? – bo wspomniałem, że nauczyłem się wiele. O tym poniżej.

Adam był jakby biologicznie od nas starszy. Jego sposób myślenia, żarty, podejście do życia … to wszystko szło w parze z jego większą dojrzałością od nas. My – czyli cała reszta byliśmy przy nim jak jeszcze dzieci. To, co mi w nim szczególnie zaimponowało – to jego stosunek do dziewczyn i kobiet. Mówił o nich zawsze z wielkim szacunkiem, z jakimś rodzajem troski. To płynęło wprost z niego – bardzo szczerze. One zresztą także szczerze go uwielbiały. Był typem wyjątkowego przystojniaka. Z urody podobny trochę do Jean Claude Van Damme – tak go zawsze kojarzyłem.

Podobnie jak on potrafił komuś „zapiąć” z nogi w każdej chwili. Nie było trzeba wiele. Kiedyś przyszedł ze swoją dziewczyną do mnie po jakieś zeszyty. Kiedy otwarłem drzwi, aż mi się głupio zrobiło. Wyglądałem jak szmaciarz – a on przyszedł z taką dziewczyną. Uśmiechnęła się do mnie – zapamiętałem to dobrze…. To była naprawdę fajna dziewczyna. Nie jakaś cyniczna lola, jakie poznawali inni koledzy.

– Gdzie on ją znalazł – myślałem ?

Adam był też bardzo wrażliwy na to, kiedy ktoś mówił coś niefajnego o kobietach. Kiedyś jeden z chłopaków rzucił coś o „jego dupie”. Pamiętam, że wtedy w jednej chwili wylądowała na jego szczęce noga Adama. Odwinął mu z półobrotu w sposób, jaki widziało się tylko na filmach. U Adama stan pomiędzy wyciszeniem i wystartowaniem do walki był zresztą ciągle bardzo płynny. Czuło się to i reszta obchodziła go z daleka – nawet ci, którzy uważali się za bohaterów.

– Dej pozór, bo łon zaroz chce sie ciulać (uważaj, bo on zaraz chce się bić)  – ostrzegali się z wyprzedzeniem.

Adam był też bardzo przedsiębiorczy. Planował otwarcie własnej firmy – już w tamtym czasie. Handlował na giełdach elektronicznych elementami, grami, itp. Jeździł w soboty i niedziele, żeby dorobić. Zajął się też handlem perfumami. Taki był – pieniądze go lubiły.

Ja zazdrościłem mu raczej powodzenia u dziewczyn Zresztą nie tylko ja – cała szkoła mu tego zazdrościła. W moim przypadku była to delikatna zazdrość o pozytywnym wpływie. Uczyłem się od niego stosunku do kobiet bycia w tym po prostu sobą. Nie udawania nikogo – kim się nie jest. Raczej uczyłem się poznawania samego siebie i docenienia samego siebie. Byłem bardzo nieśmiałym chłopakiem w relacjach z dziewczynami. Po średniej szkole technicznej – poszedłem na studia techniczne – elektronika na Politechnice Śląskiem. Tam znowu sami faceci i masa, masa nauki.

Pewnie zostałbym takim „robotem – humanoidem” , jakich na moim wydziale było wielu – człowiekiem zamkniętym przed komputerem, ze schematami elektronicznymi przed sobą i grzebiącym w technicznych książkach, chowającym się przed światem – gdyby nie taniec…….ale to już inna historia. Wydarzyła się całkiem przypadkiem i porwała mnie bez reszty. I wtedy poznałem też swoją własną miłość

Pewnego dnia stało się coś przykrego. Jeszcze w czasie, kiedy byliśmy w szkole – ktoś zapytał mnie o to, jak tam u Adama w szkole. Wspomniałem, że ma jakiś problem z jednym z przedmiotów. Powiedziałem to, zupełnie nieświadomy, że ta informacja dotrze do jego brata, który wypomni to młodszemu. Adam mocno się na mnie pogniewał. Powiedział, że zawiódł się na mnie mocno. Byłem zupełnie nieświadomy wagi tego, co mu zrobiłem. Dla niego to było jednak mega-ważne. Dla mnie wydawało się niczym znaczącym – po prostu, był to fakt. Wszyscy o tym wiedzieli. Nie sądziłem, że tak to odbierze. Poczułem się fatalnie. Że niby co – że jestem kapusiem…… Stało się coś, co tuż pod koniec szkoły mocno nas poróżniło. Nie rozmawialiśmy już więcej. Było mi naprawdę przykro z tego powodu.

Upłynęło wiele lat. Spotkaliśmy się potem jeszcze tylko raz. Wprost z ulicy zabrał mnie do swojego mieszkania zaraz obok Telewizji Katowice. Ta piękna dziewczyna, którą zapamiętałem była teraz jego żoną. Dalej miała tak ten uroczy uśmiech – zupełnie jak kiedyś. Rozmawialiśmy serdecznie i śmialiśmy się wszyscy. Nie pozostało nic z dawnej urazy do mnie. Wybaczył mi…….ktoś większy niż my nad tym czuwał widać i spotkał nas wtedy ze sobą. Jak bym się czuł dzisiaj, gdyby to się jednak nie stało ?

Żegnając się – mówiliśmy, że spotkamy się za niedługo znowu.

Potem my z rodziną wyjechaliśmy do Włoch.

Potem życie toczyło się dalej……..

Pewnego dnia – już po kolejnych może pięciu latach, kiedy wróciliśmy do Polski – spotkałem w Siemianowicach Grześka – jednego z kolegów, z jakim pływaliśmy wtedy. To był rok 2006.

– Wiesz, że Adam nie żyje ? – powiedział krótko i od razu.

– Co ? – zamurowało mnie

– Zmarł w czasie snu…….Miał dwoje małych dzieci. Podobno serce mu nie wytrzymało…

Ta wiadomość była dla mnie niezwykle poruszająca. 35 lat to nie jest wiek na umieranie. Zdałem sobie namacalnie sprawę, jak kruche jest życie. Przecież tak niedawno siedzieliśmy wszyscy w jednej ławce i śmialiśmy się ze wszystkiego – najczystszą radością życia po prostu. Tak niedawno – czy może mi się tylko wydawało ….?

To było już 13 lat temu. W moim życiu wydarzyło się bardzo wiele kolejnych rzeczy – jak się nie wydarza, to sam je wydarzam Jest mi to jakimś szczęściem dane. Jedną z takich rzeczy jest pisanie – na różne tematy. O Adamie chciałem napisać już od jakiegoś czasu. Chciałem, żeby cząstka tego, że był – została zachowana w jakiś sposób. Chciałem opisać lata szkoły średniej. Czuję niedosyt pisania o tym. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę – zobaczymy

Niektórzy moi znajomi na Facebook doskonale pamiętają Adama, więc wiedzą jakim był człowiekiem. Jest nim np. Jacek – policjant z krwi i kości. Był w nim ukryty człowiek, który chce nieść pomoc i pilnować sprawiedliwości. Wielki szacunek ! To piękne. Jacek też z nami pływał. Był wiecznie uśmiechniętym chłopakiem. Widzę, że chyba do teraz mu to zostało

Powiedziałbym w tym momencie – jak Forrest Gump, na koniec filmu – „Nie wiem, na ile to, co nam się przydarza jest przypadkiem, a na ile przeznaczeniem”.

I ja i Adam mieliśmy zawsze w głowach jakiś wyjazd – daleko, w wielki świat. Chcieliśmy robić coś wielkiego, niepowtarzalnego. Obaj byliśmy przy tym bardzo odważni. No może on znacznie bardziej w stosunku do dziewczyn.  Czuliśmy, że to jest w nas –  czeka właśnie na możliwość uwolnienia całej naszej energii….już za chwilę, już za moment, już za zakrętem. Przecież to prawie już. Jakiś pomysł wskoczenia do pociągu i daleki wyjazd – jak na początku teledysku, kiedy tory kolejowe prowadzą w różne strony. Niektóre tory się przecinają……., czasem tylko na chwilę i biegniemy w swoje strony. Teledysk ma mocny podtekst homoseksualny. Ani ja, ani Adam nie mieliśmy takich skłonności (choć szanuję każdy rodzaj miłości – homoseksualną także). Dlatego też zastanawiałem się, czy w ogóle poruszyć to wspomnienie i nie być źle zrozumianym w związku z symboliką, z jaką wiąże się ten utwór. Na teledysku występuje też motyw basenu – jak żywcem wzięty z naszej historii Stwierdziłem jednak, że wspomnienie o nim jest dla mnie bardzo ważne.

Niedawno zburzono Hutę Jedność – jeden z symboli miasta. Po tylu latach. Ta huta, to była świątynia mojego drugiego dziadka. Z okien szkolnej Sali nie mielibyśmy teraz widoku suwnicy. Kto wie, czy są tam też jeszcze zajęcia z Elektrotechniki, na których prawie spaliśmy umęczeni całym dniem. Mieliśmy być kadrą przyszłych inżynierów – trzonem technicznym nowoczesnej walcowni rur, naszpikowanej automatyką. Tak miało być. Nauka z tej szkoły nie poszła jednak na marne. Wyniosłem z niej bardzo dużo – tak wiedzy, jak i przeżyć, relacji z ludźmi i wspomnień. Nauczycieli, kultury i szacunku do nauki. Po raz drugi i każdy kolejny – wybrałbym tę właśnie szkołę.

Czasem mam przed oczyma obraz nas wszystkich, jak idziemy ze szkoły w dużej grupie – roześmiani, z poluzowanymi krawatami, z głowami pełnymi wielkich marzeń……

Nie wiem, gdzie leży Adam. Czasem zapaliłbym mu świeczkę i załączył „Small Town Boy”. Zresztą, gdziekolwiek się nie jedzie – w Polsce, czy za granicą – ten utwór grany jest bardzo często. Obaj byliśmy „Small Town Boys” – gotowymi biec przed siebie.

Idziemy właściwą drogą, cokolwiek nam się wydaje. Ktoś jednak nad tym czuwa – a ludzie których poznaliśmy i byli dla nas ważni – ciągle są w nas….ciągle żywi.

Ciekawe co Adam powiedziałby na tą wersję utworu ? Pewnie byłby zachwycony, bo tak on jak i Tiesto to ten sam rodzaj dobrej dobrej energii. No i te słuchawki na głowie…. Skojarzenie ruchy, postawa……jak on. A zaraz poniżej oryginał ….

You leave in the morning
With everything you own
In a little black case
Alone on a platform
The wind and the rain
And a smile on your  face…

 

 

Nasza pływalnia…

 

 

 

„TERESKA”

 

Mamy od wczoraj mocne słońce i to sprawia, że przypominają mi się różne historie, ze słońcem w tle…. Oto jedna z nich – krótka i całkiem prosta….

Miałem wtedy 19 lat. Poczułem, że chcę zrobić coś – co ma sens. I zrobiłem. Mam 20-letniego syna, ale całkiem niedawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że kiedyś miałem i córkę – przez całe 3 tygodnie.

Miałem dawno temu kolegę Andrzeja, ciekawą postać. Pełnego duchowości i poszukiwań. Osobę o wysokiej kulturze osobistej i szacunku dla drugiego. Nie znałem jego historii, ale z pewnością była w nim jakaś tajemnica. Był bardzo wyciszonym człowiekiem, łagodnym – ale też jakby w jakiś sposób zranionym. W jego mieszkaniu, w Bytomiu, gdzie go czasem odwiedzałem – wszystko było takie inne. Bardzo stare meble, wszędzie dużo książek, ale zawsze poukładanych równo. Jakieś stare obrazy na ścianach. W środku tego wszystkiego, we flanelowej koszuli (w takich się wtedy chodziło) siedział on i ni stąd, ni zowąd grał na gitarze – Pink Floyd, Cohena, Stare Dobre Małżeństwo. Czytał  Stachurę i potrafił o tym wszystkim pięknie opowiadać. Działał w grupie, która pomagała ludziom potrzebującym.  Zainteresowało mnie to. Spotkałem człowieka, który nie tylko pięknie mówił, ale to robił.

Chciał się rozwijać duchowo – ja też. Byliśmy równolatkami, ale czułem, że mogę się od niego wiele nauczyć. Na drodze duchowości doszedł dalej ode mnie – tak to odczuwałem.

Andrzej był katolikiem, jednak szukał także innych inspiracji. Miał otwarty umysł. Czytał dużo Mahatma Gandhi’ego – czasem go cytował. U niego też po raz drugi usłyszałem nazwisko Anthony De Mello. Człowieka, który miał mieć duży wpływ na mój rozwój. To był hinduski duchowny, myśliciel. Człowiek, którego sposób myślenia zmienił potem mój. Pozostawił po sobie prace, które mnie inspirowały i skłaniały do weryfikacji własnych postaw.

W miarę rozwoju swojej świadomości byłem coraz bardziej przekonany, że religie bardziej skłócają ludzi niż jednoczą. Doszedłem też do wniosku, że nie ma dobrych religii – choć w każdej z największych można znaleźć coś dobrego. Musiałbym stwierdzić, że jedyną dobrą religią jest po prostu Dobro. Bez ceremonii, kapłanów, bez tradycji, bez piekła i nieba. Bez obietnicy życia wiecznego, co jak myślę jest podstawą wiary większości ludzi. Taki handel wymienny z Bogiem, w którego wierzą. Ja będę dobry a ty w zamian dasz mi nieśmiertelność. Czy byliby dobrzy, gdyby w zamian nie było obietnicy niczego ? Kiedy to zrozumiałem – bardzo się zasmuciłem. No, ale moja prosta wiara w dobro to nie religia. To po prostu podstawowa wartość, w jaką się wierzy …… i tyle. I tu poszedłem swoją drogą – inną niż Andrzej i inną niż De Mello i inną niż wiele innych osób. Drogą prostą i zwyczajną…..swoją.

Ale nie o tym chciałem pisać. Tak więc siedzieliśmy w jego mieszkaniu i rozmawialiśmy, pijąc herbaty które zaparzał. Jego spokój wewnętrzny i coś w rodzaju naturalnej równowagi były tym, co budziło mój szacunek. Całe to stare mieszkanie na Wallisa w Bytomiu, ze swoim półmrokiem, mimo lata i światłem wpadającym dyskretnie do środka – było jak z dalekich Indii, albo Chin. Cisza, która tam panowała, dodatkowo powodowała, że prawie natychmiast każdy kto tam wchodził – też się wyciszał. Te mieszkania budowali jeszcze Niemcy. Takich budynków w tym mieście jest całe mnóstwo.

Czułem, że Andrzej rozumie coś, czego ja jeszcze szukam.

I tak pewnego dnia zadzwonił do mnie i zapytał czy jestem gotów pojechać gdzieś na 3 tygodnie – popracować z dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną.

– Pewnie – odpowiedziałem krótko.

– Mówiłeś, że jesteś odważny – czułem jak się śmieje do słuchawki.

– Jestem

– Pojutrze jedziemy – rzucił na pożegnanie. – spakuj się……..

Pamiętam, jak prawie chwilę później wsiadałem już do autobusu. Przy wejściu stał Andrzej, ze swoją kulą Rudych włosów na głowie. Jak murzyn – tyle, że rudy. W Irlandii pewnie wyglądałby zupełnie normalnie. W Polsce był egzotyczny.

Powiedział krótko:

– To jest Adaś, twój podopieczny.

Spojrzałem na chłopaka, siedzącego na fotelu. On też mi się przyglądał. Miał kruczoczarne włosy i przenikliwe spojrzenie. Szczupłą twarz. Wątłe, szczupłe ciało. Ręce i nogi miał mocno skrzyżowane, wykrzywione nadgarstki, wykrzywione usta. Potem dowiedziałem się, że tak wyglądają osoby z porażeniem mózgowym. Czułem, że chce mi coś powiedzieć, ale wydobywał z siebie tylko ciche jęki. Nic nie rozumiałem, ale byłem pełen woli zrozumienia. Patrzyliśmy tak na siebie jeszcze przez chwilę. Nagle autobus szarpnął i wpadłem w fotel. W tym momencie objął mnie za szyję i przycisnął do siebie. Byłem totalnie zaskoczony sytuacją.

Andrzej, który jak się okazało ukradkiem przyglądał się wszystkiemu – zawołał z dalszego rzędu.

– Adaś cię zaakceptował. Spoko. On zna się na ludziach. – uśmiechał się przy tym od ucha do ucha, w swoim niepowtarzalnym stylu.

Nie podejrzewałem nawet, że właśnie rozpoczyna się jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia. Przygód, dzięki którym zrozumiałem, co to znaczy człowieczeństwo.

Dojechaliśmy do Brynicy, małej wsi niedaleko Opola. Przez całe 3 tygodnie miała być piękna słoneczna pogoda i upały. Miejscem, w którym mieliśmy spędzić ten czas był wielki klasztor. Cały pusty. Wokół pastwiska, małe domki, gdzieś tam dalej kościół. Przed budynkiem mieliśmy dużo zieleni i niewielki sad.

Adaś jeździł na wózku inwalidzkim, więc przydzielili nam zakrystię małej klasztornej kapliczki, jaka istniała w budynku – żeby nie wnosić tego wózka. Była zalana słońcem w środku i od razu mi się tam spodobało.

Całą tą imprezę wymyślił pewien Leonard – kolejny człowiek tajemnica. Pamiętam, że palił jednego papierosa za drugim i lubił cytować kanadyjskiego myśliciela, piszącego po francusku – Jean’a Vanier. Czytał nam fragmenty jego książek wieczorem.

Byliśmy tam zbieraniną bardzo różnych ludzi. Ktoś tam był wcześniej mnichem albo siostrą zakonną, ktoś tam działał w organizacji charytatywnej, ktoś tam studiował medycynę, ktoś teologię, ktoś fizykę, a jeszcze inny matematykę. W tym wszystkim byłem też ja – człowiek ciekawy wszystkiego.. nie byłem specjalnie religijny, choć pochodziłem z bardzo religijnej rodziny. Nie szukałem religijności. Szukałem ludzi….

Wszystkich nas łączyło jedno. Chcieliśmy zrobić coś dobrego dla tych dzieci i młodzieży. Leonard pozbierał ich z najbiedniejszych dzielnic z okolicy Zabrza, Gliwic i Rudy Śląskiej. Wszystkich tych, których nie było by nigdy stać na wyjazd. Były z nami dzieci upośledzone umysłowo i mocno niepełnosprawne ruchowo. Były dzieci z pijackich rodzin i z trudnymi doświadczeniami. Wielki mix ludzkich historii.

Dziwne było to, że od kiedy znalazłem się wśród nich – tych, których odrzucało społeczeństwo  – poczułem, że jestem wśród swoich. Wśród ludzi, którzy nie silą się na to żeby coś osiągać, żeby imponować – bo społeczeństwo i tak ich dawno skasowało. Wydawałoby się, że wszystko stracili przez swoją ułomność, chorobę i ograniczenia. A to nieprawda, bo to właśnie w nich było to, co w człowieku jest najpiękniejsze – szczerość, prostota serca i dobro, którego doznawałem na każdym kroku. Starsi niepełnosprawni mieli w sobie wrażliwość i piękno dzieci. Ich naiwną wiarę w człowieka – mimo wszystko. Wiele by o tym pisać…..

Nasza grupa była bardzo liczna (około 120 osób). Tak więc pierwszego dnia poznałem pobieżnie tylko niektórych i dopiero następnego zaczęliśmy realizować jakieś plany co do pobytu.

Pamiętam, że naprawiałem jakiś wózek inwalidzki, kiedy zauważyłem że ktoś mnie obserwuje.

Obróciłem się lekko. Niedaleko mnie stała mała dziewczynka. Może ośmio-dziewięcioletnia. Uśmiechała się i składała razem dłonie wyginając się trochę w bok. Była wyraźnie podekscytowana.

– Co robisz ? -zapytała.

Pokazałem jej dłonie brudne ze smaru.

– Staram się to naprawić – odpowiedziałem.

– Znasz się na tym ?

– Nie wiem, może ? Właśnie próbuję się tego dowiedzieć – odpowiedziałem.

– Skąd jesteś ? – pytała dalej

– Z Siemianowic Śląskich

– A ja z Zabrza. Nazywam się Teresa. Na razie – powiedziała, machają przy tym  ręką.

Pobiegła gdzieś, a ja dalej robiłem swoje.

Mieliśmy bardzo zajęty czas a chłopaków nie było aż tak wielu, więc było dużo pracy fizycznej. W ciągu dnia mniej się myślało a więcej pracowało. W nocy odwrotnie.

Tego samego jednak dnia, pod wieczór ta mała znalazła mnie znowu podczas kolacji.  Siedziałem na zewnątrz, na ławce i jadłem jakieś skromne danie. Dziewczynka o krótkich blond włosach i niebieskich oczach podeszła bliżej i usiadła obok mnie. Przyglądała mi się uważnie, lekko się uśmiechając. Rano nie miała tyle odwagi żeby podejść. Zaczęła się lekko kołysać w przód i w tył na tej ławce. Wyraźnie czułem, że chce coś powiedzieć, ale jakoś nie umiała tego z siebie wydobyć.

– Jadłaś już ? – zapytałem.

Pokiwała głową, kołysząc się dalej.i chowając szyję w ramionach. Coś kombinowała i zamiatała nogami ziemię pod ławką. Widziałem to wyraźnie.

– Zostaniesz moim tatą ? – powiedziała w końcu.

Aż mi się oczy szerzej otwarły.

– Jak to, ……tatą !!? – odparłem zdumiony.

Wystraszyła mnie tym nieoczekiwanym pytaniem. Nie wiedziałem do czego to wszystko prowadzi. Pojawia się jakieś dziecko i zadaje takie pytanie tak po prostu i bezpośrednio. Szok……. Nie wiedziałem, co zrobić a ona patrzyła na mnie uważnie, nie spuszczając ze mnie teraz wzroku. Jak z tego zręcznie wybrnąć ? – myślałem. Nie chciałem jej skrzywdzić swoją odpowiedzią. Szybko wymyśliłem więc odpowiedź-pytanie, żeby zyskać na czasie, choć trochę.

– Chcesz żebym był twoim tatą ? Jak to ?

– No tak – powiedziała – tylko w czasie tego obozu. Mógłbyś być moim tatą. Zgodzisz się ? – Wpatrywała się we mnie dalej, oczekując reakcji. Widziałem na jej buzi wyraźne napięcie. Niebieskie, lekko smutne oczy czekały na odpowiedź.

– I co miałbym robić ? zapytałem.

– Nic nie musisz robić. Będę mogła nazywać cię tatą i czasem zabierzesz mnie na spacer z innymi, albo posiedzisz ze mną, albo mi coś poopowiadasz.

Milczałem. Dalej jakoś nie mogłem sobie tego wszystkiego poukładać. Taki strzał – wprost między oczy.

– To jak, będziesz ? – powtórzyła raz jeszcze, zniecierpliwiona i rozżalona bo za długo się zastanawiałem.

Wyobrażała sobie pewnie, że entuzjastycznie powiem – Tak, oczywiście… Super !

Czułem, że od początku tej całej imprezy wchodzę w jakieś grube tematy i nie umiałem się z tym jeszcze oswoić. Jeden temat gonił drugi – a na żaden nie byłem gotowy. Wczoraj byłem jeszcze gdzie indziej, aż tu nagle zupełnie inny świat.

– Jak się tu znalazłaś ?- zapytałem, ciągle oddalając odpowiedź.

– Jestem z domu dziecka. Jest nas tu więcej, ale jesteśmy zdrowi. Ja mam mamę i tatę. Tata jest daleko a mama za nim tęskni.

Tak oto krótko przedstawiła mi swoją prostą historię.

– Teraz rozumiem. Czyli byłbym takim twoim tatą tymczasowym ?

I co, będę 19 letnim tatą ośmioletniej dziewczynki ? – pomyślałem. I zupełnie nie wiem czego ona może oczekiwać. Jak ja się mam zachować ? Potem obóz się skończy i to dziecko będzie zrozpaczone. Już jej chciałem to wszystko wytłumaczyć, ale widząc jej wyraz twarzy powiedziałem.

– Będę.

Podskoczyła z radości i podekscytowania. Położyła swoją małą rączkę na mojej a potem nakryła drugą. Uśmiechnęła się od ucha do ucha a potem nagle  zerwała się i poleciała gdzieś, podskakując po drodze.

Może dobrze, bo nie miałem pomysłu na to –  co zrobić dalej.

– Uff – pomyślałem – a to ci przeżycie.

***

Na obozie mieliśmy co chwilę coś do zrobienia, więc nie było za dużo czasu na zastanawianie się nad wszystkim. I dobrze. Dopiero późnym wieczorem rozmawiałem z jednym z chłopaków, który wiedział więcej na temat tego co się tam dzieje. Był z Zabrza i podobno przyjechał z tą grupą, z domu dziecka.

– Znasz Tereskę, taką małą, szczuplutką blondynkę ?

– Znam – odpowiedział – Ona ma rodziców. Matka odwiedza ją bardzo rzadko. Pije. Ojca nie widuje wcale. Nie wiem, co z nim. Historia, jakich wiele. To tyle – a co ?

– Nic – odparłem – opowiadała mi o swojej rodzinie.

– Ona ma skłonności do fantazjowania. Nie wierz we wszystko, co mówi. To dobre dziecko. Jest bardzo uczynna i energiczna. Wszędzie jej pełno.

– Zauważyłem

Tego samego wieczoru wjeżdżaliśmy z Adasiem wózkiem na zakrystię a w korytarzu stała już Tereska.

– Dobranoc tatusiu ! –  powiedziała głośno i dumnie, machając mi ręką.

Uśmiechnięta obróciła się i w podskokach szybko wybiegła z korytarza.

***

Adaś był dobrym kompanem. Okazało się, że mówi, tylko bardzo rzadko, wolno i z dużym trudem. Obaj mieliśmy po 19 lat.  W miarę jednak upływu czasu zdobywał się na coraz więcej. Wystarczyło, że byłem cierpliwym słuchaczem.

Na zakrystię wpadało zwykle parę osób z gitarami, w tym Andrzej. No i było świetnie. Noc, ich poezje i to, że wszystko traktowali tak serio, jakby mieli w pełni świadomość tego, że każde spotkanie drugiego człowieka tak wiele znaczy. To było piękne. Do tamtego momentu nie znałem takich ludzi. Cieszyłem się ich obecnością. Każdy był tak inny i każdy fascynujący.

Kolejnego dnia miałem się przekonać jakie to pomysły siedzą w głowie takiej małej dziewczynki o imieniu Teresa. Jeszcze przed obiadem robiłem coś ważnego, mocno tym zajęty a oto przychodzi Tereska z jakąś towarzyszką, którą przyprowadza za rękę. Potem ją zostawia i szybko ucieka.

– Obok stała jakaś dziewczyna. Wreszcie niemniej zawstydzona ode mnie – mówi:

– Przyprowadziła mnie do ciebie i mówi że jesteś jej tatą.

Uśmiechamy się oboje.

– Wakacyjnym tatą – mówię – I co w związku z tym ?

– Nie wiem, ale ona chyba szuka ci partnerki.

– Ale jaja – rzuciłem, podenerwowany tym trochę. – to dlatego tak uciekała.

Przedstawiliśmy się sobie i porozmawialiśmy chwilę.

Tereska jednak nie odpuszczała przez następne dni i prawie codziennie przyprowadzała mi jakieś dziewczyny, potencjalne partnerki na moje życie.

– Musisz mieć kobietę – mówiła – bo inaczej będziesz smutny. Moja mama jest smutna bez mojego taty.

Wielokrotnie powtarzała jakiś wierszyk, którego niestety nie zapamiętałem. Jedynie samą końcówkę – „ …..bo bez tatusia smutna mamusia „.

W ciągu dnia, jak tylko była okazja – pytała opiekuna swojej grupy czy może iść ze mną na spacer. Szliśmy przez wieś, wraz z innymi dziećmi. Z radością do nas dołączała. Jak tylko się dało – próbowała zwracać moją uwagę.

A to na przykład wchodząc na drzewo i i wołając:

– Tatusiu, tatusiu. Zobacz co potrafię !

Innym razem stając na rękach przy ścianie.

Zbierała dla mnie kwiatki, albo przynosiła mi owoce, których narwała komuś z ogródka. Kiedy przychodziłem na posiłki – ona już podawała mi talerz pełen różnych rzeczy. Wpychała się do kolejki, żeby jak najszybciej to dla mnie załatwić.

-Dzieci z domu dziecka tak mają – powiedział kolega, który siedział kiedyś obok. – muszą dbać o siebie same, ale o ciebie widzę już ktoś zadbał – uśmiechnął się.

Gdzieś trzeciego, czwartego dnia Tereska nabrała większej śmiałości. Do tamtego momentu podawała mi czasami rękę, jak gdzieś dobiegała – kiedy szliśmy na spacer z grupą. Tak więc, gdzieś czwartego dnia ….bez słowa wdrapała mi się na kolana i przytuliła do mnie. Zaskoczyło mnie to bardzo, ale nieśmiało i ja ją objąłem, przytulając do siebie. Siedzieliśmy tak w ciszy. Nie mówiłem nic, ale czułem że temu dziecku jest to potrzebne. Natychmiast też pojawiła się w mojej głowie myśl, że przecież ja nie jestem jej ojcem i ona będzie bardzo cierpieć kiedy ta cała impreza się skończy. To mnie martwiło z pewnością …..bardzo.

Jakoś akurat w tamtym momencie nie było osób, które mogły to zauważyć. Może właśnie taki moment wyczekała Tereska. Potem ześlizgnęła się powoli na stopy, uśmiechnęła się raz jeszcze i poleciała.

Myślę, że powiedziała o tym swojej najlepszej koleżance bo już następnego dnia miałem dwie amatorki do siedzenia na moich kolanach. Drugą dziewczynką była mała cyganka. Miała na imię Inez. Bardzo to było dziwne, bo nie sądziłem że cygańskie dzieci też są w domach dziecka. Nie słyszałem o takich historiach. Ale, co ja wiedziałem? Tak więc od następnego dnia miałem dwie małe towarzyszki,  ale tatą byłem tylko Tereski. Tak to sobie wymyśliła a Inez respektowała te niepisane ustalenia. Obie pojawiały się znienacka i niezapowiedzianie znikały. Ja przez cały ten czas byłem zainteresowany poznawaniem znacznie starszych towarzyszek….

Kiedyś Inez siedząc mi na kolanach wzięła moją rękę i powiedziała:

– Daj, powróżę Ci. Jestem przecież Cyganką.

Palcami przebiegała po moich liniach dłoni. Wreszcie  powiedziała:

– Widzę, że w twoim życiu będziesz mieć bardzo dużo koleżanek i bardzo mało kolegów…

Tylko tyle powiedziała – i nic więcej.

Zastanowił mnie sposób, w jaki to powiedziała. Odwróciła się i popatrzyła na mnie ciemnymi, piwnymi oczyma. Było w tym spojrzeniu coś niezwykle dojrzałego.

Nie wiem, na ile to sobie wymyśliła a na ile to był efekt po prostu uważnej obserwacji. Podejrzewam to drugie, bo wokół było rzeczywiście wiele dziewczyn, z którymi spędzałem sporo czasu. Uczyłem się ich zupełnie innego sposobu patrzenia na świat – kobiecego.

Rozmawialiśmy z dziewczynami na różne tematy, aż kiedyś z jedną z nich zacząłem rozmowę o Teresce.

– Słuchaj, nie chcę zrobić krzywdy temu dziecku – bo to przecież za niedługo się skończy. To tylko 3 tygodnie. Jak mam postępować ? – zapytałem.

– Po prostu bądź, ale też niczego nigdy nie obiecuj. Słuchaj jej uważnie, staraj się zrozumieć, zauważ w niej wartościowe rzeczy. To wszystko. Więcej nie trzeba. I nie przejmuj się tym. Ktoś tam na górze wie lepiej co robi.

I tak mijał czas. W dzień dawaliśmy z siebie wszystko. Jeździliśmy na wycieczki. Przy tej okazji wnosiliśmy na rękach dzieci i młodzież do autobusu. Pamiętam moment, kiedy wnosiłem dziewczyny po 17, 18 a nawet dwadzieścia parę lat. Pamiętam ten moment, kiedy chwytały mnie za szyję i w takim bliskim objęciu szedłem z nimi na rękach. To były chwile nieoczekiwanej intymności dla obojgu. Robiłem to wiele razy. Nanosiłem się na rękach za wszystkie czasy.

Po tych dniach upału nocami byliśmy zbyt rozentuzjazmowani żeby spać. Nie da się zapomnieć tych wieczorów przy ognisku, tych rozmów. Byliśmy wszyscy młodzi, szczerzy i autentyczni. To gdzieś tam właśnie, w tym okresie życia kształtuje się w nas to jaką drogą chcemy iść. Dla mnie ten czas w Brynicy był bardzo ważny – bo po raz pierwszy wiedziałem, że robię coś, co naprawdę ma sens. A tym sensem było dla mnie dawanie siebie innym.

Wieczorami śpiewaliśmy czasami z pewnym Jurkiem z Bytomia. Dużo starszym ode mnie bo i takie osoby tam się zdarzały. Był niepełnosprawny – tak ruchowo jak i trochę intelektualnie. Opiekowali się nim w domu jego rodzice, dwaj staruszkowie. Żył na co dzień w zupełnie innym świecie a ten wyjazd był dla niego jak błogosławieństwo. Tak więc siedzieliśmy z Jurkiem na parapecie i pod zachód słońca śpiewaliśmy na przykład jakieś powstańcze, śląskie piosenki typu – „Już zachodzi czerwone słoneczko” albo „Od Bytomskich Strzelców chłopcy nadciągają….”. Był bardzo muzykalny i uwielbiał śpiewać. A mnie to pasowało niezmiernie.

Adaś, mój podopieczny choć niewiele mówił – bardzo dużo wyrażał swoim spojrzeniem, swoimi ruchami. Wszystkie reakcje tych niepełnosprawnych ludzi były bardzo bezpośrednie. Tu nikt nic nie kombinował, nikt nic nie miał do stracenia. Czuło się natomiast bezdyskusyjnie, że ci wszyscy chorzy  i niepełnosprawni, odrzuceni przez los – mają w sobie pewien dar, którego my zdrowi możemy jedynie ledwie dotknąć. Tego się od nich w pokorze uczyłem. Nie było lepszych i gorszych – wszyscy byliśmy równi.

***

No i minęły te 3 tygodnie.

W dnu wyjazdu – dzieci od rana były smutniejsze, cichsze ale jednocześnie czuło się że są szczęśliwe i spełnione. Naładowały się dobrą energią, słońcem i powietrzem, a nade wszystko innymi ludźmi i dobrocią….

Dzieci z domu dziecka w Zabrzu też wsiadały do autobusu. Tereska ociągała się jak mogła. Wreszcie ten mały trzpiot, z krótkimi blond włosami, obciętymi tak jakby ktoś ciął je z zamkniętymi oczami nie zważając na to jak to wyjdzie – ten trzpiot podszedł do mnie i ostatni raz objął mnie za szyję.

– Do widzenia…. Tatusiu – powiedziała – dziękuję ci.

Przycisnęła mnie mocno do siebie, a potem znienacka puściła i poleciała do autobusu.

Kiedy ruszył – zobaczyłem ją jeszcze za tylną szybą. Machała mi i machała……. Była uśmiechnięta i szczęśliwa.

Autobus jeszcze jechał jakiś czas prosto, a potem zniknął za zakrętem w tumanie sierpniowego kurzu.

Niepotrzebnie się martwiłem – pomyślałem – wyszło to dużo lepiej niż mogłem przypuszczać. Robiłem tyle innych rzeczy a jej wymyślonym tatą byłem zupełnie przy okazji. To ona mnie zawsze znajdywała i znikała według własnych zasad. Była bardzo mądrą dziewczynką. Nie narzucała mi się wcale. Nie chciała wiele – tylko tego, żeby ją zauważyć. Chciała się przytulić, posiedzieć na kolanach. Nie oczekiwał ode mnie niczego.

Kiedy tak myślę o tym wszystkim dziś po latach, to zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo wiele dzieci nie dostaje od swoich rodziców tego, czego potrzebują. Bardzo wiele dziewczynek na przykład, nie widzi w oczach swoich ojców przyszłych wartościowych kobiet, którymi się staną. Szukają w nich wsparcia i nie znajdują. Czy we wszystkich pozornie zdrowych i normalnych domach są ojcowie, którzy biorą swoje córki na kolana i przytulają je ?

Czy są ojcowie, którzy biorą małych synków na kolana i dają im wiarę w siebie, bo przecież oni potrzebują tego w pewnym wieku nie mniej niż dziewczynki. Od chłopców zawsze wymaga się wiele, zwłaszcza by byli twardzi, ale czy będą twardzi i gotowi bronić słabszych, jeżeli sami nie dostaną miłości ?

Zrozumiałem też, o jakiej odwadze mówił Andrzej – kiedy dzwonił do mnie.

Prawdziwa odwaga, to być z osobą niepełnosprawną. Być, kiedy społeczeństwo cię obserwuje i często odrzuca. Opiekować się niepełnosprawnym dzieckiem. Otaczać opieką słabszych. To jest prawdziwa odwaga a nie jakieś tam skoki ze spadochronem, czy inne pierdoły. To jest jedynie brawura a nie odwaga.

Nie pytam już więcej, czy miało to wszystko sens na tylko 3 tygodnie. Wiem, że na każdy czas miałby sens, bo czasem te krótkie chwile jakie otrzymujemy od zupełnie obcych nam ludzi – bywają jedynymi……

Na tym dzisiaj kończę swoją krótką i prostą opowieść….

PS

Ciekawe, czy Tereska a raczej Pani Teresa jeszcze mnie dziś pamięta? Dziś ona dochodzi do 40-tki. Ciekawe co robi ? Czy ułożyła sobie życie ? Czy jest szczęśliwa w rodzinie ? Jakie miała relacje z mężczyznami ? Czy wierzyła im ? Czy kojarzy ich dobrze ? Mam wielką nadzieję, że tak…..

Ustroń 31.03.19

Poniżej ja na tym obozie w Brynicy – we flaneli…. 🙂

 


UWAGA !!!!!!!

Teksty poniżej są do mocnego zredagowania. Jest to surowe kopiuj/wklej z moich wcześniejszych wpisów. Zamierzam to opracować do 30.09.2020. Jest to więcej pracy niż myślałem ? a na razie mam jeszcze ostatnie dni wakacji ? i chcę je dobrze wykorzystać.