Teksty razem 2

OPUBLIKOWANE W22 LUTEGO, 2020 PRZEZ ADMIN
Dzień i noc. Noc i dzień….
Ostatnio tylko pracuję i krótko śpię…. przychodzę późno,, albo raczej wcześnie. Trudno powiedzieć. Normalni ludzie zwykle wtedy śpią.

Potem padam na łóżko i zasypiam – zazwyczaj w ubraniu. Leżę wśród swoich przeróżnych kartek z tekstami i rysunkami… jak pijak w barłogu wśród swoich butelek…. Co zdążę jeszcze napisać – piszę szybko, bo wydaje mi się, że czas wtedy nie istnieje… i padam tak nieprzytomnie….

Budzę się potem w środku nocy, żeby wziąć prysznic.
Na pamięć w ciemnościach idę do łazienki. Nie zapalam światła, bo kłuje mnie w oczy.
Właściwie,… to mógłbym ich w ogóle nie otwierać…

Przez moment zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia.

Jestem jak te mewy za oknem,…… zawieszony teraz w jednym punkcie…. na wietrze… Przyglądam się im.
Ani to nie fruną do przodu,.. ani do tyłu.
Podtrzymuje je tylko wiatr.
Dryfują….mistrzowie powietrznego surfingu…

Może czekają na lepszy moment? ….. Nie wiem.
Może tak razem czekamy…

————–

12 LUTEGO, 2020 PRZEZ ADMIN
„Wprawiacz w dobry nastrój”
Odkryłem dzisiaj podczas śniadania w hotelu, że ludzie są mi szczerze wdzięczni za bardzo proste gesty…Za uśmiech, serdeczność.. Czasem po prostu zauważenie ich i pamiętanie o tym, co zamówili np. wczoraj,…. albo czy nie chcą jeszcze trochę kawy…. Ot tak – za te proste ludzkie i naturalne gesty.

Uśmiechają się do mnie i widzę ich prawdziwą, niekłamaną życzliwość. Dajemy ją sobie zresztą nawzajem. Jakbym dawał im jakiś rodzaj wewnętrznego spokoju i zadowolenia. A może nawet przyjemności. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi… nie odkryłem tego jeszcze, za krótko tu pracuję…. ale takie odnoszę wrażenie. Wiem też, że i mnie sprawia to wielką satysfakcję. Kiedy żegnając ich mówię „Życzę miłego dnia”,….. to mówię to całym sobą. I oni to na serio czują. I ja też tego sobie samemu życzę.. ?

W tej mojej małej, niepozornej pracy odnajduję to, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze – a mianowicie kontaktach z drugim człowiekiem. A nam tych kontaktów bardzo dużo. Każdy dzień jest tutaj zupełnie inny i całkowicie nieprzewidywalny.
Odkryłem, że choć pozornie nie mam nic – to w praktyce mam bardzo wiele. Dzielę się więc tym, co mam…. – sobą, swoim spokojem i przyrodzoną mi beztroską ?

Pewna koleżanka z mojej ostatniej pracy powiedziała mi kiedy odchodziłem – coś, czego nie da się zapomnieć… bo były to najpiękniejsze słowa jakie słyszałem na temat mojej pracy.
Powiedziała mianowicie:
– Jarek, ja już teraz zazdroszczę ludziom, z którymi kiedyś będziesz pracować..

Jak to jest? Ktoś robi ci najpierw w życiu wielką przykrość, a nawet zmienia bieg twojego życia… a potem ktoś inny powie ci coś takiego, co nadaje wszystkiemu jeszcze głębszy sens….

Doszedłem więc dziś rano do wniosku, że chce wykonywać nowy zawód, a nazwę go „Wprawiacz w dobry nastrój”.
W tym właśnie chcę się specjalizować. Jutro znowu będę to robić… z gośćmi, z pracownikami… i wszystkimi, których spotkam.

Dziś Nigel był na zmywaku prawdziwym mistrzem świata. Manuel z Włoch zrobił spaghetti, jakiego w tym hotelu jeszcze nie jadłem… A młody Ben pracował ze mną całą dniówkę ostro ramię w ramię. Nawet troszczył się o to, żebym sobie zrobił przerwę. A wczoraj inny Ben przyszedł do mnie z kubkiem Lavazzy. Wiedziałem, że chce mi w ten sposób podziękować za dobrą dniówkę. I to było piękne…. Serio.

Powiedziałem im o tym wszystkim… każdemu z osobna. Powiedziałem o tym jaka robią pracę. Bo była to zresztą najszczersza prawda.

A potem niespodziewanie. pod koniec dniówki podszedł do mnie menadżer,… starszy gość. Jest chyba legendą tego hotelu.. Podał mi żółwika z pieści… i podziękował za dobrą pracę.

Zauważyłem więc , zupełnie nieoczekiwanie, że ludzie tego właśnie ode mnie chcą….. Dawania im dobrej aury. A ja zamierzam im to dawać.
Tak więc to kolejna specjalizacja, jaką przychodzi mi robić w moim skomplikowanym życiu. I czuję, że to naprawdę ma wielki sens.

Od rana o tym myślę… i patrzę na to piękne słońce ponad Kanałem La Manche – z okien naszej hotelowej restauracji….

——-

OPUBLIKOWANE W5 LUTEGO, 2020
Siedem Siostr..
Jestem już w Wielkiej Brytanii ponad 3 tygodnie. To jest taki czas, że zaczynasz rozumieć że jesteś za granicą. Nie tak turystycznie…. nie tak sobie last minute. Zaczynasz czuć całym sobą, że jesteś w zupełnie innym kraju i innej rzeczywistości….

Tu nawet zachody słońca są jakby inne. Takich jeszcze nie widziałem…

Po poszukiwaniach pracy, odwiedzaniu hoteli, restauracji barów……. znalazłem pracę jako barman w jednym z hoteli. W pięknym, starym hotelu…. położonym tuż nad samym morzem, przy głównej promenadzie. Zaraz obok są Hilton i Grand. Nie najgorsze towarzystwo….Mój jednak jest chyba najstarszy z nich wszystkich. Jest z 1824r. Wiekowo zbliżony może być jedynie Albion, w którym mieszkałem na samym początku – zaraz przy molo i Queens, tuż przy nim.

Tak więc zamiast na zmywaku, w pierwszym pubie po wyjściu z dworca – do którego od razu poszedłem (taki był mój pierwotny plan, kiedy się dowiedzialem, że straciłem pracę w Polsce „Wejdę do najbliższego lokalu od dworca i tak zacznę pytać. W jednym, drugim, dziesiątym, trzydziestym…. ” )… pracuję w tym pięknym hotelu. Ktoś wyżej ma co do mnie chyba jednak jakieś inne plany ?. Zmywak też chętnie wezmę, jeżeli taki będzie moment. Każda praca jest dobra, jeżeli jest dobrze wykonywana (cyt. z Einsteina ?).

Jestem więc barmanem i przyjmuję to z zadowoleniem. Jeszcze 2 tygodnie temu moja sytuacja wyglądała zupełnie inaczej…. Miałem w tym wszystkim dużo szczęścia. Przyjechałem tu zupełnie bez przygotowania i nie znając nikogo. Znałem tylko jedno – język angielski. Pomagał mi w życiu już wiele razy. Teraz…. po raz kolejny.

Na razie pracuję na drugie zmiany. Zaczynam po południu i kończę bardzo późno. Potem wracam nocą wzdłuż morza…. Idę tak z rękami w kieszeni i rozmyślam o wszystkim, co się wydarzyło w ciągu jednego tylko miesiąca.

Parę dni temu był bardzo silny wiatr od Atlantyku. Zachodni wiatr. Deszcz walił z taką siłą, że każda kropla wbijała mi się w twarz… jak kolejna igła… wręcz boleśnie.
Szedłem tak w noc,… pochylony mocno do przodu. Walczyłem z wiatrem. Po drodze mijam zawsze pewien kosz na śmieci, którego boczna klapa ciągle sama się otwiera i trzaska na wietrze… a ja w obawie że wiatr ją kiedyś urwie – zawsze zamykam ją nogą. Zaczep łapie.. i mam poczucie zrobienia czegoś dobrego dla świata. Prawie codziennie ją tak zamykam….. I tak jakoś zawsze (nie wiedzieć czemu) przy tej właśnie okazji liczę dni, które upłynęły od mojego wyjazdu. Nazbierało się już trochę….

Deszcz chłostał tamtej nocy wszystkie te wiktoriańskie, dziewiętnastowieczne kamienice, które wyglądają jak żywcem wzięte ze starego Londynu.. To tak, jakby Londyn przesunąć do morza….Majestatyczne wejścia z wielkimi kolumnami, marmury, wielkie żyrandole przy wejściu…. Światła palą się jeszcze tylko w niektórych oknach o tej godzinie. Czasem ktoś nie potrafi zasnąć. Może coś jeszcze pisze, przy słabym świetle… A może czuje samotność i rozmyśla…..

Deszcz niemiłosiernie chłoszcze chodnik, na którym zauważam mimochodem napis „Don’t look down „… Co oznacza Nie patrz w dół. Zauważam go niezmiennie każdego dnia i nie wiem jak to się dzieje, że wśród tylu płyt chodnikowych zawsze zwrócę na niego uwagę. Gdyby mnie ktoś zapytał, gdzie on konkretnie jest, koło jakiego domu? – Nie potrafiłbym odpowiedzieć. Jedno jest pewne – jutro zauważę go znowu. Ktoś cegłą wydrapał ten napis tak, że nawet deszcz go nie zmywa.

Taki człowiek, który idzie pod wiatr zachodni – myśli o tym żeby się ogrzać…. Morze było tak wzburzone że rozpylone krople wody ograniczały mocno widoczność. Fale widziałem na kilkanaście metrów a potem tylko ściana ciemności.

Stanąłem przy budynku Davida Gilmoura od strony morza. Tam też ktoś jeszcze palił niewielkie światełko. Potem postanowiłem przejść między budynkami i oto wyszedłem do miejsca, gdzie blaszany szyld pewnego pubu kołysał się na tym silnym wietrze i zgrzytał. Stanąłem na wprost niewielkiego domu i popatrzyłem w górę. Widniał tam napis ” The Neptun” tak nazywał się pub, do którego doszedłem. Jego małe szybki z grubego szkła były tak zaparowane, że nie było widać niczego w środku. Jedno było pewne… było tam dużo światła i ze środka dochodziła muzyka.

Postanowiłem wejść. Przy wejsciu na podłogę ściekł z mojej peleryny cały deszcz. Obecni w środku spojrzeli na mnie…. a potem znowu wszystko wróciło do tego samego gwaru jak przedtem. Usiadłem przy barze i poprosiłem o jedno „Ale” . Barman uśmiechnął się życzliwie i zaczął napełniać mi Kufel z piwem. Używał do tego pewnego rodzaju dźwigni, którą pociągnął wielokrotnie zanim napełnił szkło. Piwo pompował ręcznie, starodawnym sposobem. Tych dźwigni miiał zresztą więcej. Do każdego z piw osobno. Robił to tak zamaszyście, że można by odnieść wrażenie, że steruję statkiem. Dźwignia skrzypiała przy tym cicho.

Piwo, choć zimne – było tym, czego potrzebowałem tamtego wieczoru. Gasiło moje pragnienie i działało przeciwbólowo.

Rozejrzałem się po obecnych w środku. Sami mężczyźni, za wyjątkiem jednej kobiety – która siedziała tuż obok mnie. Wyglądała jak piratka, w swoich tatuażach, w kolorowych włosach i z kolczykami… wszędzie, łącznie z przegrodą nosa.

Barman wydał mi się dziwnie znajomy. Krótko ostrzyżony blondyn. W uszach miał dwa wielkie kolczyki. Po chwili zrozumiałem skąd to skojarzenie. Pomalowane kreską oczy. No tak, oczywiście….W moich stronach tak wyglądają oczy górników. Mają pył węglowy w rzęsach praktycznie cały czas. Po tym od razu poznać górnika. Nie potrafi tego domyć i wygląda jakby miał pomalowane na czarno oczy. Barman jednak raczej nie był górnikiem….

Resztę ekipy w tym lokalu stanowiło kilkunastu mężczyzn w dźwięku po 50ce. Zauważyłem, że dwóch z nich nie ma paru zębów. Mieli już swój wiek i wyglądali jak zaprawieni w bojach. Myślę że po prostu żyli w tym pubie.

Pirackie skojarzenia nie opuszczały mnie od samego początku wejścia do tego lokalu.
Samo wejście do pubu wyglądało jak tył starego, okrętu.

Wziąłem drugie piwo. Rozejrzałem się po wnętrzu i zauważyłem w rogu niewielką scenę, a na niej gitarę na stojaku. Wszędzie na ścianach są stare zdjęcia znanych muzyków… najwięcej jest Beatlesów, Ale jest też Elvis, Chuck Berry, Ray Charles. Normalnie do tego miejsca pewnie bym nie wszedł. .. Zaprowadził mnie do niego tamtej nocy zachodni wiatr….i poczułem się w nim dobrze.

Popatrzyłem jeszcze raz na swoich kompanów… Pewnie, każdy z nich – gdyby wziął teraz ten instrument, który stoi sobie w rogu na stojaku – zagrałby jak David Gilmour…. Nie minęło 10 minut i jeden z tych gości z brakiem paru zębów – wziął gitarę do ręki i tak sobie po prostu zaczął grać…. Zagrał w taki sposób że czegoś takiego się nie spodziewałem. Zapomniałem, że jestem w Anglii. Tu ludzie chyba rodzą się z muzyką we krwi. Wszyscy w pubie uśmiechali się z zadowolenia. Potem zaczęli się obejmować serdecznie…Mnie natomiast zaczęło się wydawać, że wszystko się kołysze… Byłem zmęczony po pracy i tym nocnym marszem. Za oknem wiatr cały czas przeciągle wył. Deszcz ciął prawie poziomo. Nie chciało się wychodzić na zewnątrz. Wszystko jakby lekko się kołysało i miałem wrażenie, że ten budynek wyrwie w którymś momencie z fundamentów i popłyniemy wprost na otwarty ocean. Skojarzenie ze statkiem było coraz silniejsze……. Musiałem wyskoczyć z niego…. Nadszedł ten moment..

W jednej chwili znowu znalazłam się w ciemnościach na wietrze. Szedłem dalej w swojej długiej do kostek pelerynie. Wyglądałem jak jakaś postać z baśni, która sunie wzdłuż morza, w sobie tylko znanym kierunku. Brakowało mi jedynie w ręku jakiejś latarni ze świecą w środku. którą mógłbym sobie przyświecać ten mrok…

Niedaleko stąd jest takie miejsce zwane Siedem Sióstr. To urwisko, w którym morze wyrzeźbiło w białej skale potężny spad. Siedem sióstr dlatego, że tyle jest obok siebie tych białych urwisk. Wyglądają tak jakby morze potężnymi zębami wyżarło w skale ślad – zabierając kawał lądu. W takich miejscach kończy się znany nam, bezpieczny świat…

Przypomniał mi się pewien teledysk zespołu Eurythmics, z lat 80tych. W nim Annie Lennox chodzi w deszczu na angielskim wybrzeżu. Zapamiętał mi się ten teledysk. Czułem się trochę podobnie tamtej nocy.

Daleko jest mój dom – Iwona i Artur…brak mi ich….

*****

Wreszcie docieram do domu. Mieszkam w typowym angielskim, szeregowym domku. Na piętrze mam swój ciepły, przytulny pokój. Biorę gorący prysznic i wskakuję do łóżka… Nakryty po same uszy grubą kołdrą -.. czuję jakbym ciągle słyszał silne fale, uderzające w wysokie skały……

———-

31 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Ostatnie 10min w Unii
Wróciłem z pracy, siedzę na łóżku i patrzę na zegar. Za 10min Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej. To wielka data i nie sądziłem, że zastanie mnie właśnie tutaj…..Może się jeszcze Anglicy rozmyślą… Zostały 2 minuty ?

Słucham w tym czasie muzyki, bo to ona barfzo łączy ludzi bez względu na inne różnice. Tu, na wyspach ludzie wyjątkowo kochają muzykę. Ci, którzy pogrywają tu zwyczajnie na ulicy – grają jak wyjęci z radia. Idąc nocą wzdłuż morza – mijam wiele domów… i jestem zadziwiony tym, w jak wielu z nich można zobaczyć gitarę. Wisi gdzieś sobie na ścianie, albo stoi na stojaku. W środku takiego angielskiego mieszkania właściciele jedzą sobie kolację i rozmawiają przy wesołym świetle małej lampy …a nierzadko pewnie sięgają po ten i inne instrumenty…. i grają.

Nie wiem teraz, jak pasuje do tego wpisu link poniżej, ale Anglia bez Beatelsów nie byłaby Anglią. Tu ich zdjęcia można spotkać gdzieś co chwilę. Przynajmniej dla mnie to bardzo silne skojarzenie. Anglicy jutro obudzą się już w innym układzie politycznym,… a ja tym czasem dziękując im za ich gościnność wspominam fenomenalnych The Beatles i mój ulubiony ich utwór (którym zadebiutowali zresztą )… „Love me do”… I świat oszalał ? Dobrej nocy Anglio.

————–

OPUBLIKOWANE W27 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Clannad…
Clannad, to mało znany szerszej publiczności, Irlandzki zespół, grający muzykę z pogranicza folk, progresywnego rocka i muzyki elektronicznej. Dlaczego o nich… dlaczego akurat dzisiaj….? Właśnie, żeby to było takie proste – odpowiedzieć, dlaczego coś dzieje się właśnie dzisiaj….. właśnie teraz.. .. ? Nie wiem..

Wszedłem do jednego z moich ulubionych miejsc, jakim jest biblioteka Jubilee w Brighton. Jest to wielki, nowocześnie zbudowany kompleks, gdzie wielu ludzie spędza całe dnie. Przychodzą się tu uczyć, popracować w skupieniu, napić kawy, kontemplować czas (jak ja, np.), albo zagrać w gry planszowe, jak tych co dwoje staruszków obok mnie. Mają oboje pod 80tkę i tak tu sobie widać przychodzą. Myślę, że taka biblioteka i kultura bycia w takich miejscach jest czymś wspaniałym. U nas w Polsce takich miejsc brak. Dla nas biblioteka to miejsce, gdzie się wchodzi po książkę i wychodzi. Nasze czytelnie w niczym nie przypominają tych tutaj. Tu przychodzi się po to, żeby z sobą być. To miejsca, w których są także strefy zabaw dla maluchów, strefy dla młodzieży. Ludzie szanują się nawzajem i zachowują cicho. Ten ledwie słyszalny, łagodny i kolyszący szum ludzkich głosów – wprawia mnie w błogi nastrój. Kiedy godzinę temu przyszedłem tutaj…wielki stół na środku alei z książkami – był pusty. Z sześciu wysokich krzeseł, zostało wolne tylko jedno…..Siedzimy tu sobie wszyscy, jak skomponowana przypadkiem rodzina. Starszy pan, co jakiś czas wylicza powoli:

– Five… Six

Już trzeci raz tak policzył. Nie znam się na dominie, ale to pewnie bardzo ważne ?. Dla starszych osób taka biblioteka jak ta – to błogosławieństwo. Zamiast siedzieć samotnie w domu, przychodzą tutaj – jak do pewnego rodzaju świątyni.

Mężczyzna znowu policzył powoli:

– One…. Two

Jest czas, kiedy uczymy się liczyć jako dzieci i czas kiedy zapominamy liczyć…

Dociera do mnie, jaki kawał historii przeżyła ta para. Urodzili się pewnie tuż przed wojną, a może w jej czasie…..Tyle mógłbym się od nich nauczyć, dowiedzieć o życiu i świecie, z ich punktu widzenia i miejsca, w którym tyle przeżyli.

Miło zwracają się do siebie ci staruszkowie. Widuje różnych ludzi, więc zwraca to moją szczególną uwagę. Są tu już że mną ponad godzinę, a nie padło ani jedno zgryźliwe słowo, czy nerwowa uwaga. Rozmawiają z sobą tak przyjaźnie… Ponad budynkiem słychać cicho mewy..

Przyszła też młoda studentka i około 50 letni mężczyzna, pracujący na Mac’u….. Miło mi tu z nimi się siedzi…

*********

Mieszkam od ponad tygodnia w różnych hostelach. Spotykam tu bardzo różnych ludzi. Śpimy w pokojach czasem po 12 osób. Każde z miejsc, które odwiedzam ma swoją specyfikę. W jednym jest wiele osób pokiereszowanych przez życie, czasem chorych, czasem w ewidentnej depresji….odrzuconych może, czasem zawieszonych w czasie – tak, jak ja. Najwięcej jest Anglików, ale są tu ludzie dokładnie z całego świata. Dla niektórych te hostele stały się po prostu domem…często ostatnia stacją. Prawdę mówiąc… Tego się w Anglii nie spodziewałem. Tyłu tu ludzi jakby na to nie patrzeć – zagubionych…. Na ulicach też to widzę.

W tych hostelach można się umyć, przespać w cieple i rano zjeść parę tostów z dżemem. Do tego kubek gorącej kawy… to naprawdę dużo. Za oknem,.. bezdomni śpią po prostu na chodniku…Niektorzy z moich sąsiadów mogą się tam kiedyś znaleźć. Tu jest o jeden schodek wyżej. Bezdomnych do Brighton ściąga wielu. Przyjeżdżają na południe… najdalej jak się da… Potem jest już tylko ocean. Wielu z nich siedzi tu na chodnikach i pasywnie patrzy przed siebie…Co mnie zadziwia, bo są to w większości młodzi całkiem ludzie. Mały namiot, na środku ruchliwego chodnika – tutaj nikogo nie dziwi. Ktoś wędrujący z kołdrą i proszący „Some change Sir? „… to częsta scena. Na ulicach można spotkać takich ludzi, a za chwilę przejedzie Bentley, Tesla, czy McLaren. Jest tu wszystko. Koloryt, koloryt, koloryt….

Jest to jednak przede wszystkim miasto sztuki i swobody . Dowiedziałem się bardzo szybko po przyjeździe tutaj, że Brighton to brytyjska stolica LGBT. Jest tu mnóstwo lokali oznaczonych flagą z tęczą – co oznacza otwartość na osoby o takiej orientacji. Widok dwóch starszych mężczyzn, trzymających się na spacerze za ręce – tu wcale nie szokuje. Co jakiś czas widzę w różnych miejscach mężczyzn w kobiecych ubraniach, z makijażem. Lesbijek jest tutaj nieprawdopodobna ilość. Wszyscy żyją tu jedak zgodnie i spokojnie. Nikt nikogo nie wyśmiewa. Panuje powszechna akceptacja inności. Ja też ich wszystkich akceptuję ?, choć sam jestem hetero. Nie przeszkadza mi to. Wierzę w to, co powiedział kiedyś jeden z myślicieli „Kochaj i rób, co chcesz”… Od zawsze tak myślę. Nie mam też nic do ludzi o innym pochodzeniu. Zdarzyło mi się tu mieszkać przez dwie noce z samymi czarnoskórymi chłopakami. Ciekawe doświadczenie, kiedy to biały człowiek nagle znajdzie się w „mniejszości” ?. I co? Było spoko… ludzie są wszędzie podobni. Jak napisał chyba Ryszard Kapuściński – „Pod cieńką warstwą kultury – wszyscy jesteśmy tacy sami”. A ja bym powiedział „Zawsze bądź po prostu czlowiekiem – a przyjmą Cię wszędzie”..

No tak, miało być o Clannad… A zacząłem pisać o czymś zupełnie innym. Chyba zmienię tytuł tego wpisu, bo zupełnie nie pasuje ?.

Dziś zamieniam hostel na mieszkanie. Kolejny rozdział. Wczoraj do północy rozmawialiśmy z Susan, Australijką i Denisem z Ghany…. Dziś z Patricia, z Irlandii (poetką ?) rozmawialiśmy o Clannad. W pewnym momencie, dla żartów zaczęła mówić po Celtycku. I tu dochodzę do wyjaśnienia, dlaczego Clannad. To zespół, który napisał muzykę do fantastycznego filmu, jaki bardzo zadziałał na moją wrażliwość. Chodzi o „Robin Hooda”, wersję z lat 80tych. Poniżej wrzucę jakieś linki, żeby przybliżyć temat. Obok takich filmów jak „West Side Story” – był to jeden z tych, które gdzieś mnie wewnętrznie budowały.

Pamiętam, jak zapisywałem tytuły ich utworów na okładce szpulowej jeszcze taśmy. Starałem się przy tym tak zapisać celtyckie brzmienie tych słów, żeby wyszło to możliwie wiernie…. Potem dużo starsze ode mnie studentki anglistyki – jakim pożyczyłem szpulę śmiały się z tego, co popisałem. Byłem wtedy tak onieśmielony tym, jak się z tego śmieją, że odbierając z powrotem taśmę, powiedziałem tylko krótko:

– OK

Dziś, po wyjściu z hostelu… idąc z workiem na plecach przez ulice Brighton, pełne niezliczonej ilości urokliwych kawiarenek, restauracji i pubów – nagle zauważyłem na samym dole tablicy z ogłoszeniami – plakat: „Clannad. Pożegnalny tour Marzec 2020, Brighton”.

Teraz wszystko jasne.

W filmie fascynowała mnie ich muzyka, pełna tajemniczości i niezwykłych nastrojów. Przenosiłem się w ten świat, stworzony przez twórców. Miałem może z 13 lat. Co niedzielę o g. 13.00. Pamiętam to dobrze. Czekałem jak na święto. Dla mnie Anglia to był w dużej mierze ten film. Zapytasz mnie: Anglia? – a ja w maksymalnie trzecim skojarzeniu odpowiem: Clannad.

Tak naprawdę to Irlandczycy. To dwie rodziny o dużych tradycjach muzycznych, grające obok instrumentów nowoczesnych – także na starodawnych, takich jak cytry, czy harfy. Robią to naprawdę wyjątkowo. Ponadto wokalistka tego zespołu – Moya – to siostra słynnej artystki, znanej jako Enya ?. Obie mają anielskie głosy. To dar…

Enya także grała na początku w Clannad, przed rozpoczęciem solowej kariery.

A co do Robin Hooda, to sama koncepcja autora tego dzieła była niezwykła. Niby przypadkiem, gdzieś w lesie – zebrała się grupa banitów…. z różnych przyczyn odrzuconych, albo ściganych, albo nigdzie nie pasujących przez swoją bezkompromisową inność… I ci ludzie stali się sobie tak bliscy, że byli gotowi walczyć w siódemkę z całym światem i umrzeć za wolność. Każdy z nich był jednocześnie taką indywidualnością, że aż cud że się nawzajem nie pozabijali. Połączyła tych ludzi głęboka przyjaźń i wiara w te same ideały…..Czy to nie piękne?

PS.

Chciałbym się wybrać na koncert Clannad ?. Poniżej trochę linków…

 

Teraz już wiadomo, o kogo chodzi ?. A poniżej „Together We”, czyli My Razem…. Grupa wyrzutków gotowych zginąć za wolność i za siebie nawzajem..

 

A co do mnie, to jest pewien utwór, który towarzyszył mi często w trudnych chwilach. Śpiewa go właśnie Moya Brennan wraz z Clannad. To utwór śpiewany w języku celtyckim, o którym pisałem wcześniej. Mówi o wędrówce „Idź Kochanie bezpiecznie”, śpiewa w refrenie Moya…….Idę ?

24 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Faded…
Jest taki sen, który kilka razy do mnie wracał…Budziłem się wtedy w ogromnym smutku. Sen, w którym poszukiwałem ludzi, ale nigdzie nie mogłem ich znaleźć. Wędrowałem przez jakieś opuszczone i zniszczone miasta. Jak po jakiejś wojnie… Chodziłem po gruzowiskach, wspinałem się po metalowych konstrukcjach, zupełnie jak w dzieciństwie…. i wchodziłem najwyżej jak się dało – żeby zobaczyć, czy ktoś jest wokół….. ale nie było ludzi….. nigdzie…. I budziłem się…..

Pewnego dnia zobaczyłem kiedyś ten teledysk Alana Walkera…. i zobaczyłem swój sen. Nieprawdopodobne… ten teledysk tak bardzo przypominał mój sen… A ja byłem tym, który z całym swoim dobytkiem na plecach wybrał się w drogę…. szukać ludzi.

——–
22 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Spacer po Brighton…
Wybrałem się wczoraj na słoneczny spacer po Brighton. Dowiedziałem się przy okazji kilku ciekawych rzeczy. Tu mieszka David Gilmour z Pink Floyd, Adelle, Fat Slim Boy, Jimmy Sommerville z Bronsky Beat….i kto wie, kto jeszcze ?

Bliskość Londynu sprawia, że żyje się tu ludziom wygodnie…. A sami londyńczycy przywożą tu z sobą dobry nastrój, bo po prostu przyjeżdżają wypocząć.? Tak tu było sto lat temu i tak jest teraz….

Poniżej trochę fotek, jakie zrobiłem…..

Upssss… Okazuje się, że mam problemy techniczne i chwilowo nie mogę ładować zdjęć… .. szkoda. Wczoraj była piękna, słoneczna pogoda i zrobiłem trochę ciekawych ujęć…

No cóż….w takim razie załaduję parę utworów artystów, których wymieniłem wcześniej… Piszę z komórki i też nie jest to zbyt wygodne niestety, dlatego piszę raczej mało.. Zdjęcia postaram się załączyć jutro/ pojutrze ? na razie udało mi się wrzucić tylko dwa, ale mam ich sporo…

 

 

Adelle…. HELLO

 

David Gilmour… Pink Floyd w jednym z moich ulubionych utworów…

 

Jimmy Sommerville… i Small Town Boy. Pisząc o tym utworze w listopadzie – nie przypuszczałbym, że on pojechał tym pociągiem z teledysku właśnie tu… ? Widać coś tu jest rzeczywiście niezwykłego….

——–

Why Liverpool?
Pamiętam to pytanie Mick’a przy bankomacie w Ustroniu:
– Dlaczego Liverpool?

– Bo Beatelsi,…. bo nad morzem…. i mam bezpośredni lot z Katowic.

– Jeżeli tylko tyle…. to leć do Brighton – odparł ? – Liverpool odwiedzisz potem…. No problem.

I tak jedno zdanie zmieniło mój kierunek.

– Wiesz, że zmieniasz moją historię? – powiedziałem.

Uśmiechnął się tylko i poszliśmy do pubu. Moja podróż zaczęła się tamtego dnia…. czułem to już wtedy…

**************

No i jestem….. ? nad Atlantykiem… jak w moim ulubionym teledysku U2….. A głosy mew przypominają mi dźwięki ich gitar……, przedzierające się wysoko ponad ziemię – w przestrzeń…

Jak kiedyś, kiedy jako chłopak – słuchałem tego utworu że słuchawkami na uszach… w sobotni, długi wieczór. Przebierałem dłońmi po kołdrze, udając że gram na gitarze. A czy to były jeszcze ich gitary, czy mewy – wolne ptaki…. nie pamiętam tego. Czułem wiatr od oceanu…. aż tam, w Siemianowicach… ?

 

Mewa, to dla mnie synonim przestrzeni, słońca, lotu po to żeby po prostu lecieć….. wysoko.

Poniżej jedna z mew budzących mnie rano. Chodzą sobie po murku… na oknie ?

I 360 w Brighton.. wieża widokowa… Patrząc na ten azymut… wylecisz na otwarty Atlantyk…. bezkresny…

——–

18 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Born to be wild…..
Od paru dni obserwuję życie w Brighton. To miasto ma ponad 150 tys. ludzi. Jest całkiem niemałe. Nie bez powodu Anglicy mówię na nie czasem London on See. Architektura jest tu tak różna, że czasem jest to Londyn a czasem nadmorski kurort. Główny deptak przypomina mi te z Lazurowego wybrzeża… Tylko w Środku palm brakuje. Siedzę teraz na Fish and Chips i rozmyślam… obok mam hotele Grand i Hilton a na wprost West Pier i najwyższą a wieże widokową na świecie i360. W Hali koncertowej tuż obok na światowe wody wyplynęła ABBA z utworem Waterloo, w konkursie Eurowizji.

Do Brighton z Londynu można podjechać w pół godziny a więc mniej więcej tyle ile miałem z Ustronia do Bielska, albo też połowa drogi z Ustronia do Siemianowic ??. A więc prawie nic. Ledwie ruszysz i włączysz radio a już jesteś. Londyńyczycy przyjeżdżają tu na potęgę… Zwłaszcza w weekendy i słoneczne dni. Bawią się w tutejszych lokalach, siedzą do rana w pubach, słuchają muzyki. Właśnie… ta miłość do muzyki jest tu widoczna wszędzie. Dwa dni temu obok mnie w pubie chłopak tak zagrał na gitarze…ze bylem pod ogromnym wrażeniem. Ich gust muzyczny jest naprawdę wysoki. Włosi maja najlepsza kawę ba świecie a Brytyjczycy muzykę… Tak to czuję. Tu na każdym kroku jest sztuką. Brighton jest znane jako miasto artystów i ludzi wolnych… tak czytam w przewodniku…

Kiedy kładę się spać.. to bywa, że przyjdzie wiatr tak silny, że wydaje mi się że jestem na środku morza w czasie sztormu…zastanawiam się, czy mój mały pokoik na ostatnim, piątym piętrze to wytrzyma ? wszystko na zewnątrz trzeszczy i wydaje się że zaraz się rozleci.. Wskakuję pod gorący prysznic a potem pod kołdrę. Słucham wycia wiatru nad La Manche, od oceanu… długo w noc.. A potem zasypiam. Błogo tu jest…

Rano budzą mnie mewy, które zaglądają do mojego mansardowego apartamentu. Chodzą sobie po murku.

Widok z mojego okna na molo… PIER…

——

14 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Brighton..
Dotarłem do miejsca o nazwie Brighton. To nadmorska miejscowość… Pierwsze Kąpielisko Anglii. Jakby odpowiednik polskiego Sopotu….

Poszedłem od dworca wprost w dół,… do morza. Już sam dworzec zrobił na mnie wielkie wrażenie – stary, 19-wieczny…jak z „80 dni do okola świata ” Juliusza Verna, zaraz przed podróżą samego Williasa Fogga (naczytalem się kiedyś). Esencja brytyjskości. Przypomina mi ten dworzec trochę mediolański. Ma ten sam szyk i rozmach. Oba też mają na końcach każdego toru bary i restauracje. Tu się chyba nic nie zmieniło od 200 lat. Pięknie tu…

Szedłem dalej w dół… Po drodze mijałem tyle starych, urokliwych restauracji, barów i pubów. Co chwilę w tych wąskich uliczkach jeżdżą piętrowe autobusy – jak w Londynie. Sama przejażdżka takim busem to musi być w tych stronach niezła wycieczka.

Anglicy kochają swoje puby. Widzę wielu uśmiechniętych ludzi w środku. Każdy z tych lokali na myślę ze 150-200 lat.

Anglia, to kraj starych tradycji…. W taką pogodę jak dziś – przy wietrze, który tu, nad kanałem La Manche wręcz sam pcha człowieka w sobie znanym kierunku ? – wejście do środka to po prostu dokładnie to, czego pragnie. Uśmiechnąłem się po drodze, widząc takie miejsca….I tak doszedłem do morza. Stałem z marynarskim workiem na plecach – z całym swoim dobytkiem w nim zawartym… Stałem i patrzyłem przed siebie….

– Jestem tu – pomyślałem.

Przedwczoraj wieczorem oglądaliśmy z Iwoną i Arturem album, jaki kupiłem w UK, w Plymouth… 23 lata temu. Jest też w nim wzmianka o Brighton. I rząd hoteli wzdłuż morza…Postanowiłem dotrzeć dokładnie do miejsca, w którym zrobiono to zdjęcie..

Brighton znają wszyscy Anglicy…i ja też chciałem je poznać… ?. Więc szedłem nim pod ostry wiatr.

Początkowo chciałem jechać do Liverpoolu. Spotkałem jednak w Ustroniu Mika – pewnego Anglika. Niesamowite to było spotkanie, tamtego wieczoru. Właśnie miałem kupić bilet a tu on. I pyta mnie:

– Dlaczego Liverpool?

– Bo jest nad morzem i Beatelsi byli stamtąd.

Uśmiechnął się tylko.

– Nie rób tego – mówi. Ja dużo podróżuję po świecie.. I wiesz, co Ci powiem? Trudno jest znaleźć takie miejsce jak Ustroń. Jestem tu z 7 razy na rok. Kupiłem nawet grunt. Bywam w Kanadzie, Meksyku, Australii…… ale to tu czuje się najlepiej. Coś tu jest niezwykłego.

– Wiem – mówię

– Ale, jeśli już chcesz jechać do UK, to jedź do Brighton. Ktoś, kto kocha Ustroń – polubi Brighton. Mam rodzinę w okolicy. Dobrze się tam żyje…. Jedź do Brighton. Potem poszliśmy na piwo do „Tete a tete” i długo rozmawialiśmy.

– Wiesz, że zmieniasz moją historię? – zapytałem tylko.

– Twoja podróż zaczęła się tutaj – powiedział, uśmiechając się zagadkowo. – Daj znać jak będziesz na miejscu. (Faktycznie – napisze do Mika SMS… przypomniałem sobie o tym. Napiszę „Pozdrowienia z Brighton”. Rozbawi go to pewnie. Sympatyczny z niego człowiek).

O tej miejscowości wiedziałem tyle, że w moim ulubionym filmie Ralph Fiennes śpiewa…

„Gdy wyszłaś na plażę w Brighton – uciekły wszystkie ryby”…

– Coś w tych pozornie przypadkowych zdarzeniach musi być – i tak oto tu jestem.

Skrecilem w lewo i znalazłem się prxy pięknym hotelu Royal Albion… Przy samym molo. Cudownie tu.. Po prostu wszedłem do pierwszego z brzegu… bez Bookingu czy czegoś tam. Wialo tak, że nie byłem w stanie iść już dalej. W środku ciepło i miło. Wielki hall… Stara restauracja i piękny bar. Ktoś śpiewa z mikrofonem w salonie….. Wowww… Widać tak musiało być. I jestem.

? Siedzę teraz przy hotelowej lampce, na wygodnym fotelu, z wycuagnietymi nogami. Zdałem mokre ubrania i grzeje mnie wielki kaloryfer. Patrzę w morze za oknem i piję mocną, gorącą herbatę. Zwyczajem angielskim – z mlekiem. Mam tu nawet czajniczek..

Cały hotel, ten mój pokój… i wszystko tu – ma swój niezwykły klimat… Jak z obrazów Jacka Vetrianiego… czy może być lepiej dla kogoś takiego jak ja ?

W tym małym pokoiku z wielkim łóżkiem – jest łazienka z wanną… O jak miło będzie się w niej wykąpać po dniu podróży. Z Ustronia, przez Norwegię… do Londynu… i w końcu do Brighton…

Jutro idę szukać pracy. W szafie nawet jest żelazko…. Wyprasuję nim swoją najlepszą, białą koszulę Windsor… i idę w miasto ? Może szczęście się do mnie uśmiechnie…

Ponizej foto z Brighton i mój hotel.

No i coś z klimatów Vetrianiego. Wiatr u niego na obrazie – jak tutaj.. dokładnie ?

——-

14 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
UK moje UK
I jestem tu…. znowu, po prawie ćwierć wieku nieobecności ?. W innych okolicznościach i w innym celu. Wtedy jako młody inżynier w garniturze i krawacie …. mieszkający w drogich hotelach….. Teraz jako 48 letni wagabund ?. Jak pięknie jest oglądać życie z różnych stron… i studiować na najważniejszym ze wszystkch uniwersytecie – uniwersytecie życia….

Na lotnisku London Gatwick grają właśnie Bruce’a Springstena….. ? Fajną, łagodną balladę.. Piję swoją pierwszą po latach brytyjską kawę z mlekiem. Tak mleczna jak ta dzisiejsza mgła. Trawy nigdzie nie są tak zielone a mgły tak gęste. Nawet do ładowania podchodziliśmy dwa razy przez mgły i silne wiatry.. Piję tą kawę spokojnie…. no i myślę,…. co dalej……. Zupełnie nie mam pojęcia – a jedynie jakiś bardzo mglisty zarys….. – Jak ta mgła ?……Ale znając siebie – zaraz coś wymyślę. Niech no tylko dokończę tę kawkę ???

London Gatwick 14.01.2020

——–

Ustroń – Oslo – London Gatwick
Ucałowałem wszystkich… A potem wsiadłem w ostatni pociąg 19.46 – z Ustronia………..

Teraz czekam na samolot do Oslo…. i myślę o gorącej kawie. Przysypiam obok Coffee House. Zaraz pójdę się jej napić, bo właśnie otwarli i słychać pierwsze uderzenia opróżnianej kolby z ekspresu do kawy. Obok jest welka, czerwona choinka.

Święta tego roku przeżyliśmy pięknie…. mimo tych wszystkich trudności jakie przyniosło życie. Trzymamy kurs….. czuwam nad tym. Choć niejeden powiedziałby, że jestem szalonym sternikiem. Nie jestem – wiem, co robię ?

——–

24 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Wigilia 2019”
Tak więc minął dokładnie rok od momentu, kiedy uruchomiłem swojego bloga. Rok z dokładnością co do godziny ? Tak się składa, że dokładnie tak jest. Wtedy w ciągu zaledwie dwóch godzin uruchomiłem wszystko. Pamiętam, jak to było. Wydawałoby się to niemożliwe. Musiałem przebrnąć przez problemy techniczne, nieznajomość oprogramowania, itp. itd. A jednak bardzo chciałem to zrobić – i tak od pragnienia do realizacji – zrobiłem to ! I wiem, że to byla dobra decyzja… ?

Myślę, że warto – by każdy z nas tworzył własnego bloga,…. własną opowieść. Aby pokazał innym jak odczuwa świat. Internet to potężne narzędzie i można je wykorzystywać na różne sposoby – także po to, aby dzielić się z innymi…. sobą. W razie – gdyby ktoś potrzebował pomocy w tym, jak przebrnąć przez to wszystko i jak to zrobić – chętnie pomogę ? Ja uczę się tego sam i mam jeszcze wiele pomysłów na przyszłość ?

Patrząc wstecz – widzę, że trochę tego jednak napisałem. Ten blog, ……kilkaset wpisów na Facebook, Instagram. Każdy wpis jest jak mały kawałek puzzli, które kompletują to, co chcę powiedzieć.

Kiedy przeglądam te różne wpisy, to odczuwam to co wtedy, kiedy je pisałem. A pisałem je w bardzo różnych okolicznościach. I tak, każda drobna różnica w nastroju, sytuacji, czy czegokolwiek – sprawiają, że dany tekst jest inny, niepowtarzalny….Pewnie gdybym pisał je w innym momencie – także byłyby ciut inne.

Cieszę się, że ktoś czyta to, co piszę. Przekonuję się o tym czasem w rozmowach. Ktoś np. nie śpi w nocy, bo tak mu się akurat zdarzyło i otwiera mojego bloga……zaczyna czytać i przenosi się wraz ze mną tam gdzie ja. Zabieram go we wspólną podróż w czasie….. Taka oto jest niezwykłość słowa pisanego. Twórca i odbiorca – spotykają się w połowie drogi. To, gdzie powędrują – zależy tylko od ich wyobraźni i wrażliwości. Słowa potrafią dotrzeć do najniższych warstw psychiki i uczuciowości, bo odpowiadają wprost sposobowi w jaki myślimy….a myślimy – niejako mówiąc sami do siebie ? Ze słowami trzeba obchodzić się ostrożnie. Ja staram się robić z nich dobry użytek. W to wierzę i to chcę robić dalej……..

Ciepłych i pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia 2019.

A co do przyszłości – Tom Hanks (konduktor) – mówi….

One thing about trains: It doesn’t matter where they’re going. What matters is deciding to get on…. (Jedna rzecz, jeśli chodzi o pociągi: nie ma znaczenia, dokąd jadą. Liczy się decyzja).

Zegar w salonie na tym filmie….tyka identycznie jak nasz – w środku nocy, tuż przed wschodem słońca ? Tak więc Magia Świąt działa ! Życzę Wam wszystkim, żebyście zawsze słyszeli ten dzwonek

22 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Early Bird…..cz.1”
Przebudziłem się bardzo wcześnie. Za oknem było jeszcze ciemno. Leżałem na kanapie, …patrząc przez szklaną ścianę na zarys gór. Słońce jeszcze nie wstawało. Wielki zegar na ścianie cicho i łagodnie tykał…. To jego tykanie jest zawsze takie spokojne….Obudziłem się i wiedziałem, że poprzedniego dnia zdarzyło się coś ważnego……, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć co….?

Powoli mój umysł zaczął się budzić…..już wiem……poprzedniego dnia straciłem pracę. Nie przedłużono mi umowy. Zupełnie nieoczekiwanie – po 3 latach pracy…….

Lubiłem tę firmę – bardzo. A już wyglądało na to, że życie zaczyna się układać….

Jest 20.12.2019. Za trzy dni Artur ma urodziny, a za cztery jest wigilia. Już wszystko składa mi się w całość. Już się dobudziłem. Pozycjonuję się w czasie i przestrzeni ..siadam powoli na kanapie. Spałem w ubraniu – bez przykrycia….

Przyglądam się swoim dłoniom, jak wtedy w nocy, otoczony swoimi rysunkami. Postacie z rysunków patrzyły wtedy na mnie – a ja nie mogłem uwierzyć, że sam je stworzyłem…..dałem im życie. Cokolwiek teraz nie będę robił i cokolwiek się nie zdarzy – mogę to zrobić własnymi rękami – ….tyle mam. Nimi mogę zrobić wszystko od nowa – sam tak przecież pisałem. Robiłem w życiu bardzo różne rzeczy i nie brak mi odwagi. Potem dotykam powoli dłonią czoła….mój umysł – tyle mam. Tam są wszystkie moje doświadczenia i moja wiedza. Moja wrażliwość i moja siła. Mam też dwie nogi – mogę na nich zajść daleko, nawet mając worek marynarski na plecach. Przecież w nim wszystko wciąż jest gotowe – właśnie na taki moment. Dotykam swoich twardych mięśni…..jestem silny i takim się czuję.

Siedzę tak jeszcze chwilę w ciszy……………………

Potem biorę głęboko powietrze w płuca i energicznie wstaję. Do włoskiej kafetiery wlewam czystą ustrońską kranówkę…..potem wsypuję mieloną kawę i jak zwykle przed zamknięciem wieczka wdycham zapach esencjonalnej kawy…upajam się nim……. Nic się nie zmieniło. Poranek jak zawsze ?

Mężczyzna jest po to, żeby iść pod wiatr. Jest po to, żeby przedzierać się przez noc…..Teraz przychodzi czas, kiedy po raz kolejny trzeba to udowodnić.

Życie jest nieprzewidywalne i zaskakujące – a już moje na pewno. Naprawdę chciałem je tym razem ustabilizować, zapewnić bezpieczeństwo……wreszcie zatrzymać się w tym pędzie. Nie chciałem żeby było jak podróż pociągami, kiedy wychodząc z jednego – porywa Cię drugi. Wyskakujesz na jakimś peronie w ciemną, zimową noc. Wszędzie biały, wysoki puch…..i już widać tylko ledwie małe światło ostatniego wagonu, tego pociągu w którym jeszcze przed chwilą jechaliśmy. Czekasz na następny pociąg…..jeżeli jakiś przyjedzie. I nadjeżdża….i porywa Cię z sobą….już inny świat, inni ludzie, inne miejsca, inne sprawy……..Trochę jak w tym filmie dla dzieci „Express Polarny” ? Mijają pory roku …lata… Zatrzymujesz to co najpiękniejsze w sercu..a wszystko pędzi – jakby coraz szybciej i szybciej. Ważne jednak jest to że zatrzymuję to w sercu. To pozostanie.

Nasze życie podzielone jest na miejsca zamieszkania. W elektronicznych archiwach są katalogi o nazwach miejsc, w których mieszkaliśmy. I tak, pod tymi katalogami są całe historie. Jak galaktyki, które na niebie są punktem, pod którym kryją się wielkie historie. Są tam zdjęcia, moje teksty, rachunki za mieszkania, moje rysunki, faktury, umowy, umowy o pracę, nagrania muzyczne, itp. itd. To trochę tak – jakby żyć co najmniej kilkanaście razy……..widać tak musi być. Widać muszę poznać wszystkie kolory tęczy i doznać bardzo różnych rzeczy. Może jest mi to do czegoś potrzebne ? Może tego nie rozumiem – teraz to nie ważne. Wiem, że rozumie to siła, która mnie prowadzi. Jak zawsze jej ufam……Jestem całkowicie spokojny.

Wczoraj, mój dobry kolega napisał mi na Messenger:

„Idź śmiało przez życie i bądź człowiekiem, gdziekolwiek zostaniesz posłany…..”

Oddał dokładnie mój sposób myślenia. On też tak czuje.

 

Niedziela 22.12.2019

Tymczasem jutro urodziny Artura a pojutrze wigilia. Cudowny czas ?

Nie wiem, co wymyślę, ale wiem że to będzie dokładnie to, co powinienem – i to będzie dobre ?

Momentami jest tak, jak na tym fragmencie z „Polarnego Expresu” . Czuję się jak Tom Hanks sterujący tym pociągiem na filmie poniżej. Wszystko pęka pod nimi, a pod lodową krą bezkresna toń lodowatej wody, ….. nie ma się na czym oprzeć – lód pęka i pęknięcie ściga ich bezlitośnie. Szczelina w górze lodowej przez którą chcą przejechać jest daleko i wydaje się nieosiągalna. A to oznacza, że trzeba jeszcze bardziej dołożyć resztek węgla do pieca i wycisnąć max z parowego kotła…Pociągiem rzuca na lewo i prawo. Zaraz pociąg chyba sie wywróci……ale jednak się nie wywraca i udaje się….., bo Tom – jak zawsze – nie traci przytomności umysłu, nawet w najtrudniejszych sytuacjach ?

A w Wigilię wydanie specjalne ❤️ bo to już rok od momentu kiedy uruchomiłem bloga. Zrobiłem to dokładnie wwigilię 2018 roku…

———-

15 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Bergen…”
Był taki czas – około 2012r, kiedy o mały włos nie wylądowałem w Bergen – w Norwegii. Miałem tam już zorganizowaną pracę – w firmie produkującej silniki do łodzi motorowych. Fajna praca dla inżyniera – za ciekawe pieniądze. W ostatniej jednak chwili coś uległo zmianie….. i jestem dalej w Polsce. Z perspektywy czasu wiem, że bardzo dobrze się stało. Wiele rzeczy potoczyłoby się pewnie inaczej, a jestem zadowolony z tego, że potoczyły się właśnie tak.

Byłem już mentalnie bardzo przygotowany do wyjazdu. Od paru tygodni jakbym już żył w trochę w innym świecie. Wszystko wokół wydawało mi się takie bardziej skandynawskie, leśne, chłodniejsze i trochę ciemniejsze. W środku domów jednak zawsze bardzo ciepłe i wesołe. Takie życzliwe i ludzkie. Trochę, jakbym wchodził w świat z książek. Znałem skandynawską kulturę ze Szwecji i bardzo ją cenię. Przede wszystkim za wielki szacunek dla przyrody i wysoki poziom wykształcenia tamtych ludzi. Ale także za ich wieczny spokój i pogodne smakowanie życia. W Skandynawii czas płynie inaczej. Do dziś nie zapomnę tego, jak z rybakami leżeliśmy po obiedzie – gdziebądź…..no bo przecież trzeba odpocząć ?

Może kiedyś wrzucę jakieś fotki w gumowanym stroju rybaka… ?

Do dziś pamiętam takie spokojne, późne popołudnie….idę wzdłuż morza i napotykam niewielką, drewnianą i czerwoną chatkę. Taką z białymi listwami u szczytu, jakich tam wiele. Myślałem, że jest opuszczona. W oknie były sieci zamiast firan. Na parapecie stała gipsowa mewa i lampka naftowa. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem w środku śpiącego sobie rybaka…….. Morze szumiało spokojnie…. W tamtym miejscu czas się chyba zatrzymał.

Przed naszym domem, w pewnej odległości rośnie wielka sosna. Nazwałem ją swego czasu „Sosną Norweską” – choć pewnie to inny gatunek. Zresztą ja wtedy wszędzie widziałem Norwegię. To trochę tak, jak kiedy jako dziecko czytałem „W pustyni i w puszczy” – i wszędzie doszukiwałem się Afryki. W pewnej odległości od naszego domu rósł ogromny dąb i kiedy przychodził zachód słońca – ten dąb z tyłu oświetlało pomarańczowo-czerwone słońce. Dąb był więc Baobabem. Trochę podrosłem i wszędzie w Ustroniu widziałem norweskie sosny…

Z tego okresu pozostało mi wspomnienie pewnego norweskiego zespołu: „Kings of Convenience” (mało znanego w Polsce) i utwór, który wtedy ciągle mi towarzyszył: „Me in You”. Tych dwóch genialnych muzyków snuje swoją gitarową opowieść – na dachu jednego z budynków – właśnie w Bergen. Ich ciepłe gitary przenikają się niezwykle subtelnie i harmonicznie. Bergen widać później z lotu ptaka – jest przyjemny rzut na miasto i zatokę. To właśnie miał być nasz nowy dom….. ?

– W Bergen wiecznie pada deszcz – powiedział mi ktoś…

– Nie prawda – powiedział ktoś inny – w zeszłym roku było parę dni słonecznych ?

Tak tam podobno jest. Słońce jest tam jednak w ludziach…. i to jest niesamowite.

Bergen to także miasto rodzinne jednego z elektronicznych geniuszy – Alana Walkera. Kto wie, może spotkałbym go kiedyś na ulicy ?

W „Me in You” Kings of Convenience śpiewają o rozdrożach, które dają możliwość wyboru („Crossroads and given the option”). I tak to właśnie jest w życiu… dochodzi się do jakiegoś skrzyżowania, czy rozdroża i wybiera się drogę – w lewo, bądź w prawo. Potem dochodzi się do innego i znowu – w lewo, bądź w prawo. Życie składa się z pozornie małych wyborów, które mają dalekosiężne konsekwencje. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo dalekosiężne.

Kiedy na zewnątrz robi się trochę chłodniej i świątecznie – lubię ich znowu posłuchać…. i popatrzeć przez okno na sosnę. Urosła już nieźle…..

Miłego i ciepłego wieczoru przy grzańcu ?

————

OPUBLIKOWANE W8 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Wild”
Wszedłem do lokalu „City Rock” w Katowicach. Przychodziliśmy tu kiedyś. Fajne miejsce – z wielkimi szybami, wprost na południe. Czuje się tu przestrzeń. Wpada też mnóstwo słońca w piękny dzień. Czas płynie tu leniwie – tak, …..jak lubię. W środku wszystko urządzono na amerykański styl lat 50-tych. Na ścianach wiszą elektryczne gitary. Ponad barem stoi stary Harley. Stoły, krzesła, fotele …. wszystko jak z innej bajki.

Podchodzi do mnie młoda dziewczyna w chustce zawiązanej nad głową – jak lollipop girl:

– Proszę, ….menu dla Pana – mówi, podając mi kartę.

– Dziękuję,… wezmę tylko espresso.

– Ok – uśmiecha się i obracając na pięcie odchodzi tanecznym krokiem.

– Mogłaby być moją córką – pomyślałem…

Obracam się za siebie i szukam wzrokiem wielkiej fotografii Jamesa Deana, która była tu kiedyś. Nie ma jej jednak.

Na ścianach są fotki Elvisa,….. Merilyn…., ale Jamesa nie ma nigdzie.

Patrzę przez okno na wielki budynek Banku Śląskiego. Wygląda jak potężny statek, płynący gdzieś na zachód. Ulica Sokolska tonie we wczesnogrudniowym słońcu.

– Proszę, Pana espresso – dziewczyna ściąga z tacy gorącą, małą filiżankę.

– Przepraszam,…….. była tu kiedyś fotografia Jamesa Deana. O tam ! – pokazuję miejsce na ścianie. – Czy powieszono ją teraz gdzie indziej ? – pytam.

– Nie, nie ma tu takiej. Ja pracuję dopiero od roku, ale nie mieliśmy tu czegoś takiego.

– Kiedyś była. Lubiłem ją. Fajnie było na nią popatrzeć… – mówię. – Dziękuję za kawę.

Zamyśliłem się na moment. Przypomniałem sobie jedno z wielu ciekawych zdarzeń z mojego życia. Jednym z nich było podświadome odtworzenie pewnych obrazów, które gdzieś sobie zapisałem – prawdopodobnie w podświadomości. Dążyłem do ich realizacji, nawet w sposób nieuświadomiony. Chciałem poczuć to, co sobie wyobraziłem. Jak bohater ze zdjęcia.

Pamiętam, jak szedłem wtedy ulicą i dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że odtwarzałem pewien znany mi obraz. Chciałem przez moment poczuć to, co on……beztroskę, całkowitą wolność i niezależność od wszystkiego. Nie mieć pozornie nic – a jednak mieć wszystko.

Podobało mi się w Jamesie to, że grał postacie, które nie brały udziału w wyścigu. Ludzi, którzy żyli tym, co daje im życie – tak po prostu. Nie poddawali się normom, bo mieli własne – moralne. Z takim człowiekiem trudno jest coś zrobić. Nie da się go przekupić, bo przedmioty nie mają dla niego wartości. Nie da się mu posłodzić stanowiskiem, czy pozycją – bo ma to totalnie gdzieś. Nie potrzebuje wiele do życia – bo jest jak dzikie zwierzę. Ceni jedynie wolność. Nawet za cenę głodu i bólu.

Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni kurtki notes – i zacząłem pisać……

„Byłem wtedy jeszcze bardzo młody…miałem może z 18 lat (30 lat temu ? )

Pamiętam, że wyszedłem tak – jak wstałem z łóżka….

Zapragnąłem po prostu iść przed siebie.

Dłońmi przeciągnąłem tylko do tyłu po włosach.

Taki miałem zwyczaj.

Po drodze przeczesze mnie wiatr – pomyślałem.

Wyszedłem w koszulce, w której jeszcze przed chwilą spałem…

Narzuciłem tylko gruby płaszcz.

Po drodze wypierze mnie deszcz – pomyślałem….

Szedłem półsenny…..

……..zamgloną, ulica…..

Jedną z tysięcy śląskich uliczek,

tak podobnych do siebie….

Szedłem przed siebie……….po prostu.

Ludzie rozpalali w piecach.

Dym wisiał nisko.

Wczesnoszary poranek……………

Dopiąłem płaszcz, ….bo zaraz prawie zima….

Idąc, włożyłem ręce do kieszeni,

Znalazłem tam parę monet.

Policzyłem….

Sterczy na bilet i kawę…

Zresztą gdyby nie starczyło na bilet,

….to poszedłbym piechotą….

Ważne, że mam na kawę….pomyślałem…

Śmiejąc się sam do siebie – szedłem szczęśliwy.

Szczęśliwy bez powodu…

Będąc całkowicie pewnym, że czeka mnie dobre życie….

Czasem tak jest…
że słyszę ten wiatr.
Słyszę go już z daleka,
zanim nadejdzie.
Taka moja natura…
Od zawsze…
Jestem czasem psem…
A czasem wilkiem…

Wilk będzie biegł zawsze szybciej niż pies. Nie boi się głodu i bólu. Braku snu i zimna. Jedynie mężczyzna, który ciągle ma w sobie to dzikie zwierzę – jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody życia….. i nie sprzeda się za komfort. Takiego człowieka – nie da się kupić….

Paradoksalnie – tylko taki mężczyzna jest w stanie dać kobiecie i rodzinie bezpieczeństwo. Jego nie uśpione, dzikie instynkty zareagują z wyprzedzeniem. Mężczyzna balansujący na granicy – gotowy stracić wszystko, żeby chronić wszystko….Chronić to, co najważniejsze…

Wychodzę z „City Rock”,…. stawiam kołnierz kurtki i idę Sokolską na południe….

Nie wiem, ile jeszcze obrazów jest zapisanych we mnie – jak np. ten ?

 

Albo ten….mężczyzna wychodzący na ulicę. Jeden z wielu…..i po prostu idzie przed siebie.

 

A może ten…

 

Podświadomość to wielka siła. Bohater filmu „Vanilla Sky”, którego gra Tom Cruise – odtwarzał w pamięci wiele scen – i między innymi także tą – z fotografii Jamesa Deana. Ja lubiłem Jamesa pewnego siebie i beztroskiego. Wolnego i silnego. Bohater „Vanilla Sky” – pamiętał to:

 

Myślę, że wszyscy zapisujemy w sobie czasem jakieś obrazy i zazwyczaj nie mając tego świadomości – próbujemy je odtwarzać. Warto to sobie uświadomić – i w razie potrzeby zapisać nowe. Warto zajrzeć w siebie i uświadomić sobie wszystko to, co nami kieruje. Warto zapisać treści, które mają dobrą wartość i sens – bo z takimi idziemy dalej przez życie

——–

Jestem spokojny – bo wiem, że wszystko wydarzy się we właściwym czasie…. Nie  martwię sie niepotrzebnie, że np. coś mnie ominie, itp. Wiem, że jakaś dobra siła mi pomaga … Czuję to…., doznaję tego i nie mam najmniejszych wątpliwości…Myślę, że jeżeli ktoś naprawdę postawi dobro i miłość najwyżej w swojej hierarchii wartości – będzie odczuwał ten sam rodzaj wewnętrznego spokoju.

OPUBLIKOWANE W24 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Bogowie elektroniki – cz.2 – ATB i Armin”
Spośród wielu artystów tworzących elektronikę – z pewnością nie mógłbym pominąć ATB i Armina Van Buurena. Celowo piszę o nich wspólnie, bo choć każdy z nich brzmi inaczej – to są w pewnym sensie jak „elektroniczni bracia”. Czasem robią razem fajne sety – jak to w rodzinie…..

Moje zainteresowanie muzyką elektroniczną sięga czasów, kiedy ta nazwa była kojarzona z zupełnie inną epoką – myślę tu o JMJ, Tangerine Dream, Kitaro, Vangelisie, Kraftwerk, Yani, itd…. Teraz mówi się o tamtej muzyce „Klasyczna muzyka elektroniczna”. Potem przyszła kolejna fala twórców, bardziej kojarzona z DJami. Okazało się jednak, że to znacznie więcej niż tylko miksowanie – to po prostu sztuka przez wielkie „Sz”. A potem przyszła kolejna fala i tak ten gatunek muzyki jest wciąż żywy i dalej dynamicznie się rozwija. Giganci stoją na ramionach gigantów – a poniżej kolejnych dwóch wielkich….

André Tanneberger (ATB) – niemiecki twórca z obszaru muzyki house i trance. Znany bardzo dobrze szerszemu gronu odbiorców, więc nie będę się rozpisywał na temat jego historii. Podam jedynie ciekawostkę – podobnie jak Armin, obaj są zafascynowani twórczością JMJ (Jean Michele Jarre). Armin nawet nagrał z nim niedawno znakomity „Stardust” – link trochę dalej.

——

OPUBLIKOWANE W17 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Depeche Mode…”
Jadąc ostatnio z pracy słuchałem w radiu jednego z utworów „Depeche Mode”. To było „Freelove”. Ten zespół wiele dla mnie znaczył. Przypomniały mi się dawne czasy….sprzed 35 lat…

Każdy człowiek w swoim czasie szuka jakiegoś stylu, czegoś co go wyraża. Chce znaleźć wokół siebie ludzi podobnie myślących i czujących. Depeche oscylowali gdzieś wokół tego wszystkiego, czego bardzo dawno temu szukałem – zwłaszcza na początku ich kariery, kiedy byli agresywnie elektroniczni i zbuntowani – wyobcowani i jednocześnie pewni swojej drogi. Odbiegali zdecydowanie od Main Streamu. Byli pewnego rodzaju symbolem mojego pokolenia. W ich muzyce słyszało się z jednej strony zamęt i szaro-czarność robotniczego miasta ….a jednocześnie pragnienie jakiegoś romantyzmu. W tych dźwiękach była tęsknota za miłością, ukryta za metalicznymi, ostrymi dźwiękami. Wszystkie te dźwięki, choć całkowicie syntetyczne, albo zsamplowane – brzmiały nieprawdopodobnie. Całość urzekała, bo mieliśmy świadomość, że oto tworzy się nowy styl. Trudno było go porównać go do czegokolwiek wcześniej. Choć sami Depeche mówią o silnym wpływie niemieckiego Kraftwerk (innej grupy, którą lubię), to poszli w swoją stronę – i to było świetne. Dave Gahan swoim zdecydowanym stylem wyrażania emocji porywał coraz większe grono ludzi. DM (Depeche Mode) nie byli przy tym typami celebrytów. Trudno też było o nich mówić „Artyści”, choć niewątpliwie nimi są. Oni po prostu byli DM i byli autentyczni i to się czuło – to tyle.

Kiedy po raz pierwszy ich usłyszałem – od razu zachwyciłem się ich „elektroniką”. Łaknąłem wszystkiego co elektroniczne. Nowe technologie stwarzały nieograniczone możliwości brzmieniowe – otwierały nowe światy. Lubiłem tradycyjne instrumenty, ale chciałem też poznawać zupełnie nowe obszary – i to bardzo. I ta kolorystyka DM, tak mi gdzieś bliska…często czarno-biała. Kiedy na Śląsku jest pochmurny dzień i wiszą mgły – wszystko jest szaro-czarne (tak przynajmniej było kiedyś).

Pamiętam, że w pokoju miałem 27 ich plakatów…. ?

W moim mieście było bardzo wielu fanów DM. Przez lata w dyskotece 80ka organizowano tam zloty miłośników DM. Może też dlatego, że współtworzył ten klub jeden z moich szkolnych kolegów – pewnie tak.

Prosto z Basildon w UK – do naszych Siemianowic. Ta muzyka trafiała do nas jakimś bezpośrednim pomostem…

 

To zdjęcie zrobiłem ostatnio w naszych Siem-cach (Siemianowicach Śląskich)……. – ten sam klimat…

 

Oczywiście, jak to bardzo młodzi ludzie – chcieliśmy wyglądać podobnie do nich, podobnie się ubierać, mieć te same fryzury. Pamiętam, jak po raz pierwszy u fryzjera pokazałem, jaką chce mieć fryzurę.

– Co !? – na pewno tak chcesz – zapytała fryzjerka.
– Tak – odpowiedziałem zdecydowanie
Kiedy założyłem potem swoją czapkę, wyglądałem bardziej jak Sal Solo a nie do końca o to mi chodziło. Wszyscy myśleli, że jestem wygolony na łyso – A tu nie ! Reszta, to oczywiście czarna kurtka, jasne dżinsy i buty na mocnej podeszwie. Moje pierwsze w stylu DM, jakie miałem – były z kopalni. Buty robocze, które dobrze wypastowane wyglądały trochę podobnie.

Takie buty nosiłem..

 

I identyczną robotniczo/marynarską czapkę – „Bretonkę”… jak dla mnie idealny wybór ?

 

DM kiedyś

 

I dziś…..nigdy nie stali się celebrytami….

 

Lata mijają, ale czy tak bardzo się zmieniłem ? Nie ubieram się jak dawniej, ale ciągle nie chcę iść pokornie drogą Main Stream i ciągle, jak śpiewali DM – „nie chcę dotykać ziemi..”. Są ludzie, którzy, jak mówią „stąpają twardo po ziemi” i szczycą się tym. Ja uważam, że lepiej tak bardzo „nie stąpać twardo po ziemi”. Chcę być dalej tym, który czasem jej dotyka a czasem nie – chcę żyć na pograniczu – czasem na ziemi, a czasem w chmurach……. ?

Dobranoc

Jarek

„Freelove” – to słyszałem jadąc autem – świetny utwór….wspomnienia odżyły..

 

A tak się zaczynała moja fascynacja DM – głębokie lata 80 te…. Wokół mieliśmy szaro-burość naszych dzielnic i czerwoność komunizmu – a tu Depeche Mode….

 

 

We’re flying high
We’re watching the world pass us by
Never want to come down
Never want to put my feet back down on the ground

Wzlatujemy wysoko
I patrzymy jak świat mija za nami
Nie chcę już schodzić
Nie chcę postawić nóg z powrotem na ziemi

 

A na koniec „Somebody” – z pięknym teledyskiem (zmontowanym przez miłośnika z Polski, ale oddającym idealnie sens utworu)… na Dobranoc….

——–

OPUBLIKOWANE W10 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
” Members Of Mayday….życie jest jak pudełko czekoladek”
Miałem być dziś na Mayday 2019. (a tak przy okazji Mayday – to światowy sygnał SOS, stosowany nie tylko na morzu….człowiek wzywa na pomoc człowieka).

Jest 20 rocznica tego zjawiska, które w Katowicach stało się zaczątkiem nowej subkultury. Co prawda w muzyce elektronicznej ja jestem na dokładnie drugim biegunie – bo o ile Westbam i jego koledzy tworzą mocno psychedeliczną muzykę, korzystając z tych samych muzycznych narzędzi – czasem bardziej z „ciemnej strony elektroniki” – a ja jestem znacznie bliżej transu i progressive house, czyli tego nurtu, który daje światło, energię i siłę…., to fajnie jest czasem posłuchać, co dzieje się na drugim końcu ? Elektronika daje nieprawdopodobne możliwości i otwiera przeogromne oceany dźwięków. I tutaj Mayday jako wydarzenie pozwala wszystkim „frakcjom” spotkać się w jednym miejscu.

W ostatnim jednak momencie coś się zmieniło i siedzę oto przy komputerze i piszę…. – słuchając ostrego techno…

Listopad, jak żaden inny miesiąc skłania do refleksji nad czasem. To nie znaczy, że mnie smuci – nie. W moim przypadku, czym zimniej jest na zewnątrz – tym cieplej jest we mnie. Jakoś tak to u mnie działa – mobilizująco. Sprawia, że bardziej też koncentruję się na sprawach ważnych. Na tych, na które wiem że powinienem zwrócić uwagę…..bo czas ucieka ? A ja przecież chcę zrobić te parę rzeczy, które sobie wymyśliłem.

Przeglądałem ostatnio swojego Excela, z projektami jakie postanowiłem zrealizować w tym roku….. i widzę, że co prawda je realizuję, ale jakoś wolno. A tu koniec grudnia lada moment i sam będę musiał siebie uczciwie rozliczyć. Tak więc trzeci bieg….a za chwilę czwarty i piąty – czas wrzucać ?

Te projekty, to z pozoru małe rzeczy – jednak dla mnie kluczowe, z punktu widzenia tego, co uważam za ważne. Jednym z projektów było uruchomienie np. tego bloga. Potem uruchomienie kilku kont językowych na Instagramie i kilku kont na FB – także pod pseudonimami ?

Od dawna coś pisałem do szuflady – ale nigdy nic więcej z tym nie robiłem. No może oprócz pisania wypracowań koleżankom w szkole podstawowej. To był mój sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Byłem zbyt nieśmiały, żeby zaistnieć w jakiś inny sposób ?

Co do tych projektów na ten rok – to np. bawimy się od jakiegoś czasu w rysowanie w Domu Dziecka w Bielsku. Jest fajnie i mam nadzieję, że to się będzie dalej rozwijać. Bardzo bym tego chciał. Innym projektem było robienie czegoś w domu opieki dla osób starszych. Byłem wczoraj w jednym z nich. Smuteczkiem powiało – bardziej niż myślałem. Niestety w takich miejscach przebywają osoby bardzo chore i naprawdę starsze. Niełatwo będzie zrobić coś więcej, niż po prostu być. Może posłuchamy trochę jakiejś muzyki – przecież kiedyś chciałem być DJ (jak Paul Van Dyk w „For an Angel”) – więc może zagramy np. Piotra Szczepanika (swoją drogą uwielbiam go) :)……..

Zawsze chciałem zrobić coś takiego – i robię.

Zrobiłem też parę innych rzeczy w tym roku i parę jeszcze zrobię……. – ale nie wspomnę o nich, przynajmniej na razie….

Techno w moich słuchawkach kieruje mnie w trochę inną stronę, ale chciałem napisać o dzisiejszym wieczorze w Siemianowicach…….Szedłem dość pustymi ulicami, bo trochę kropił deszcz. Zachmurzyło się i było tak, jak na Śląsku potrafi być – szaro. Gdybym kogoś zabrał z sobą na mały „spacerek” – pokazałbym mu bardzo różny Śląsk. Potrafi być zaskakująco nowoczesny i światowy i potrafi mieć dzielnice, gdzie czas dawno się zatrzymał. Są miejsca, z których wychodzi się ze spuszczoną ze smutku głową. Niedawno temu brałem zakręt samochodem w naszej dawnej dzielnicy – na Hugo. Pod auto o mało nie weszła mi dziewczynka. Szła jak zamroczona przed siebie. Miała może z 12 lat. Patrzyła mętnie przed siebie. Myślę, że coś wzięła i nie wyglądało mi to na alkohol. To są miejsca, gdzie patologia przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niedawno temu spotkałem na imprezie nauczycieli z innego miasta, którzy mieli okazję być w Siemianowicach, na jakiś zajęciach z dziećmi. Wspomnieli coś zaskoczeni….

– Co to dzisioj, że nos futrujecie maszkytami ? Dziyń belfra ? – (co to za dzień, że nas karmicie słodyczami ? Dzień nauczyciela ?) – zapytał ich jeden z chłopców.

– Nie, tak po prostu przyszliśmy – odpowiedziała ta nauczycielka – A co rodzice robią ?

– Leżom w łożku. Łoglondają pornola – mówi z grubej rury chłopiec. Tak całkiem normalnie to mówi – bez cienia żenady – Łojciec boł trocha łozarty (ojciec trochę wypił)….

Tak też jest. Mógłbym jak z karabinu maszynowego wymienić co najmniej 10 nazw ulic, gdzie codzienność jest raczej niezbyt kolorowa. I w każdym śląskim mieście znajdą się takie ulice. Żeby tak dotarło tam trochę więcej światła. Ja miałem dobre dzieciństwo i dlatego powinienem myślę coś dać z siebie….może jakieś trochę – przynajmniej. Jakoś za mało zrobiłem……zdecydowanie za mało zrobiłem dobrego w swoim życiu….

Ale wracając do tego spaceru. Dzisiejszy zimny wieczór, idę ul. Sienkiewicza, na stację benzynową – napić się gorącej kawy (Zabawne, ale najlepsze espresso jest aktualnie na stacji Moya. Mogę wielu rzeczy nie wiedzieć, ale zawsze będę wiedział, gdzie w danym okresie robią najlepszą kawę – i pójdę tam, choćby kawał drogi. ……

Skręciłem w prawo od baru „Faithless” (od niego dalej – to już „Hugo”)…robiło się coraz ciemniej, padało i było chłodniej.

 

W tej zimno-szarości zauważam wesołą, kolorową witrynę lokalu w stylu południowym (typu latino). Ciekawe….w takim miejscu. Wśród tych dość smutnych dziś krajobrazów. Z tyłu majaczy potężny, betonowy wiadukt. Na przeciw nie sprzątnięty gruz po zrównanej z ziemią hucie „Jedność”. Właśnie minąłem bar piwny o nazwie”Faithless” (tłum. z ang. – ten, który stracił wiarę). Jak nazwa zespołu elektronicznego, który lubię….. – ale w tych rejonach Siemianowic (wszystko, co jest za barem „Faithless” to już inna dzielnica – Hugo), ta nazwa jest raczej jak kropka nad „i”. No a tu ten meksykański bar. Pełno kolorowych światełek przy markizie u góry. W środku pomarańcz, miesza się z czerwienią. Jestem głodny i spragniony ciepła…. – wchodzę.

Wita mnie uśmiechnięty właściciel. Właśnie z córką zapalali małe świeczki, żeby podkręcić nastrój. Jestem jedynym klientem w tym momencie. Siadam i pozwalam się rozpalać kolorom tego wnętrza. Kiedyś z Iwoną chcieliśmy dokładnie tu otworzyć bar z ciepłymi „panini”. To było po naszym pierwszym wyjeździe do Włoch, w 96r. Jeszcze na długo przed moją historią we włoskiej firmie produkującej elektronikę – Bitron. Zachłysnęliśmy się już wtedy kulturą latino i wróciliśmy z głowami i sercami pełnymi słońca. Staraliśmy się o jakiś lokal. Ostatecznie otworzyliśmy inny, na głównej ulicy i zaczęliśmy sprzedawać….- okna ?

Tymczasem ktoś zrobił prawie to samo, o czym my myśleliśmy – właśnie w tym miejscu. Jak tu nie wejść ?

Właściciel sam wygląda mocno na latino. Ma charakterystyczną urodę i małą bródkę. Gdybym go widział gdzieś na południu – wziąłbym go za miejscowego.

Kiedy dochodziłem do tego miejsca – słuchałem tanga. W takim byłem w tamtym momencie nastroju.

– Wie Pan, że czerwony, czarny, żółty i pomarańczowy to kolory tanga ? Są jak flaga tego tańca. A u Pana pełno tych kolorów wszędzie. Na ścianach, kafelkach – dosłownie wszędzie.

Uśmiecha się.

– Teraz już wiem – mówi – A wie Pan…sam to wszystko robiłem. Tymi rękami. I te kilkanaście metrów rur do wentylacji – dodaje – Lokal mam 2 lata, ale dopiero od sierpnia działam. Ciężko było,….. ale nie jestem z ludzi, którzy się poddają.

Jem gorącą zupę z zielonymi paprykami. Jest świetna, mocno rozgrzewająca.

Z głośnika sączy się zmysłowa „Salsa”. W lokalu za dekorację robią min. puszki po oryginalnych meksykańskich „salsach”. Lokal jest mega malutki, ale ma fajny blat przy ścianie. Miejsce pracy kucharza jest tuż przy wielkiej witrynie. Ma stąd świetny widok na przechodniów i przejeżdżające auta. To miejsce, to wąskie gardło – którym codziennie przechodzi połowa Siemianowic. Jest niepozorne, ale bardzo uczęszczane. Na zewnątrz jest mały stolik, przystawiony do witryny, z dwoma krzesłami. Szef robi mi od serca kawę „sutą”. Sobie też robi i zaraz do mnie dołączy. Pojawiło się paru klientów. Ktoś podjechał na francuskich blachach.

Wykorzystuję moment i wyciągam z wewnętrznej kieszeni kurtki – mały notes i ołówek. Czasem noszę je przy sobie, żeby coś napisać, albo narysować. Kierowany emocjami staram się przedstawić tańczącą parę. Chcę pokazać jej napięcie, energię i namiętność – w postawie jaką przyjmuje ona i siłę oraz pewność, z jaką prowadzi ją on….. Nie dokańczam rysunku – dosiada się właściciel i miło rozmawiamy. Opowiada mi o swoich podróżach, kulinarnych pasjach. Jest fascynatem kuchni. Lubi też ludzi. Jest duszą tego lokalu. Widywałem wielu właścicieli takich małych klimatycznych lokali, w różnych miejscach – którzy mieli w sobie to, co widzę u niego. Dobrze, że to on tu działa – nie ja. To jest jego miejsce. Życzę mu wszystkiego dobrego i sukcesów.

– I tyle zostało z huty – mówi – mój teść przerobił tu 40 lat.

– Mój dziadek mniej więcej tyle samo – rzucam ja – to była jego świątynia.

– Na bank się znali

– No…na bank

– Jesteśmy kolejnym pokoleniem. A po nas są następni. Mam jeszcze 20-letniego syna. Staram się mu wpoić pasję do gastronomii. Zobaczymy – uśmiecha się.

– Nasz ma 21 za 2 miesiące – komentuję i obaj się uśmiechamy…

Pochodzi z paru ulic dalej. Zna wszystko tak jak ja – i postanowił stworzyć odrobinę Meksyku w Siemianowicach.

– Przydałoby się wino czerwone – stwierdzam. Wypilibyśmy za dobre czasy.

– Zawsze są dobre czasy – odpowiada z uśmiechem.

– I to mi się w nim podoba. Jest pełen energii i entuzjazmu. Lata mu jej nie odebrały. Mamy coś wspólnego.

– Jest 2019 i zaczyna się od tego lokalu – ciągnę – a może za parę lat tu obok, gdzie był „Kudełki” (najbardziej znany w mieście sklep z 1001 drobiazgów – jeszcze od sprzed-wojny) – otworzy Pan większy – taki z barem i hokerami. Ściągniemy Cyganów z Hugo. Pojawi się ktoś z gitarą, kontrabasem i będzie zabawa do rana. I taniec i wino będzie się lać strumieniami. I drinki. Mogę stanąć za barem – dorzucam, z lekkim uśmiechem.

– A wie Pan, że kupę lat byłem barmanem – mówi…

– A wie Pan, że ja też – mówię. Ale nie tyle, co Pan.

No to będziemy stali na zmianę – myślę – i pociągniemy losy, kto pierwszy. Zabawa będzie trwała w najlepsze. Zakołysze się ten bar „jak na morzu okręt” ( wziąłęm to z piosenki Marii Koterbskiej, którą też uwielbiam…) i zrobimy rozpierduchę. Wyobrazimy sobie po paru butelkach włoskiego wina, że to potężne gruzowisko po hucie – to jakiś odległy – meksykański, argentyński a może włoski port. I że stoją w nim jachty gotowe do rejsu,…… żeby wypłynąć nad ranem – zaraz, skoro świt.

Zagramy tej nocy „Vaia con Dios – Hey (Nah Neh Nah)”. Zawsze chciałem bawić się przy tym utworze do rana. To by było coś – …….nie ? Ona śpiewała: It was already half past three but the night was young and so were we dancing (Było już w pół do czwartej, ale noc była młoda – i tańczyliśmy).

I ja i on mamy już po prawie 5 dych i wiemy, o czym mówimy. Życie nie jest takie długie. Z czegoś trzeba zrezygnować, żeby zrobić coś – mówię w myślach do siebie….. Czasem na chwilę gdzieś się przystanie i człowiek się zastanowi…..jak ja teraz – na tym zakręcie, na ulicy Sienkiewicza, wyobrażając sobie na błękitnym niebie silne słońce.. ?

Pijemy gorącą kawę z dużych, żółtych kubków. Niebo jest śląsko-czarne. Deszcz spływa z kolorowej markizy wprost na moją nogawkę dresowych spodni. Chowam nogi i już jest lepiej. Kawa miło mnie rozgrzewa.

– Tu jest pełno słońca w piękny dzień – prawda.

– Dokładnie.

– Świetne miejsce.

– Świetne…….no.

Siedzimy trochę w ciszy………..

Z lokalu wychodzi chłopak z dziewczyną. Chłopak wielkości mojego brata i z podobną dzikością natury.

– To na razie – rzuca do szefa – będziemy spierdalać.

– Sie ma – odpowiada właściciel – jutro też otwarte…wpadajcie.

…………….

– Wie Pan, a miałem być dzisiaj na „Mayday” – jest okrągła rocznica ?

– Koksują tam mocno.

– Mmmmm – zamruczałem….niestety, efekt uboczny.

– Zna Pan już pewnie pół miasta, a to dopiero 3 miesiące ?- pytam.

– No coś w tym faktycznie jest – znowu się uśmiecha.

– Niedawno przejeżdżało tędy autem małżeństwo. Ona była Peruwianką. Jak zauważyła napis na szybie to od razu dała po hamulcach i postanowiła tu wskoczyć. Pogadaliśmy fajnie.

– I o to chodzi – stwierdzam – o takie chwile……. proste i niby zwyczajne….a jednak takie niezwyczajne.
.

Będę wpadał tam czasem……żeby załapać kolorów ? No i na kawę „sutą” (uwaga – nie ma jej w menu – dostałem „od serca”).

Dobranoc

Jarek

Miałem być dziś tam… Tak to się zaczęło – prawie ćwierć wieku temu w Katowicach zaczęła powstawać subkultura o nazwie „Mayday”. I trwa do dziś….Gdzie indziej te psychodeliczne dżwięki znalazłyby taką publikę, jak nie w przemysłowych dzielnicach Śląska… Czuć w nim do bólu – samotność, zagubienie, potrzebę drugiego człowieka – może właśnie dlatego Mayday, Mayday, Mayday (czyli SOS, SOS, SOS). Na ten sygnał – nawet z najgorszych nor…..ściągają zagubieni…..to ich jednoczy.. (poniżej klip z 1997r. – same początki Mayday)…

 

A tymczasem oglądałem to……Poniżej – wideo z tangiem, które oddaje dobrze istotę tego tańca – i to, co w nim lubię. Tego słuchałem, zanim wszedłem do baru……

 

To jest ten „niedokończony rysunek”. Nie będę go kończył. Niech taki zostanie….szybki i emocjonalny. To, co chciałem w nim ująć – już w nim jest….

 

Ten poniżej wykonałem rano, …..szybki strzał do kawy…

 

A to Vaya con dios – w samraziste do porządnej, sobotniej rozpierduchy – w towarzystwie ludzi z fantazją. Kto wie ? Może pewnego dnia w Siemianowicach ? ?

 

I świat znów stanie się kolorowy. Wszystko płynie z naszego wnętrza ? ? ?

 

Może jeszcze pewnego dnia, zamiast tylko biednym staruszkom – zagram jak Paul Van Dyke – w moim jego ulubionym kawałku. Tak też zawsze chciałem…… ? Zagrać dla tysięcy ludzi w jednym momencie czasu. I poruszyć w nich wszystkich dobrą energię…. I tak przejść z cienia do światła……..

Zawsze szukałem światła i ciepła. Zawsze wyjścia tam, gdzie teoretycznie go nie było.

To dlatego mój gatunek to „Progressive House”. A czym jest – przykład poniżej.


OPUBLIKOWANE W3 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Droga…”
Dzisiejszy wpis miał być ciągiem dalszym dotyczącym moich dawnych mistrzów – tych, od których się uczyłem i których uważałem za bardzo ważnych na mojej drodze. Stwierdziłem jednak, że to nie wniosłoby niczego nowego do tego, co już znamy. Ostatecznie zdecydowałem się napisać coś swojego. Bo przecież każdy człowiek patrzy na sprawy choćby trochę, ale jednak inaczej. I o to właśnie chodzi – żeby dzielić się z innymi swoim własnym, indywidualnym spojrzeniem. Tak więc w tym wszystkim ja też mam swoją drogę – wypracowaną przez lata poszukiwań, kilogramy książek, tysiące godzin przemyśleń…..Na końcu jednak – moje wnioski są bardzo proste. Tak proste, że aż chciałoby się zapytać

– Czy warto było tyle nad tym myśleć ?

– Tak, ……. warto. Bo usłyszeć to jedno – a zrozumieć to drugie. I ja sam, musiałem to najpierw przez lata przemyśleć, żeby potem zrozumieć i prosto powiedzieć.

Dzielę się więc swoimi przemyśleniami w krótkich tekstach, które piszę w mediach. To takie migawki – wnioski z obserwacji. Może skłonią kogoś do zastanowienia….może sprawią, że ktoś spojrzy trochę inaczej na to, co jest wkoło nas. Chcę się uczyć innych ludzi i jednocześnie dzielić sobą…

Upsss – wyłączyli w tym momencie prąd. Pada mi bateria tak w komputerze, jak i w telefonie. W Ustroniu dziś tak silny, listopadowy wiatr, że aż wciska nam „szklane ściany” domu. Wiatr idzie już bardziej od południowego zachodu,…. jest chłodniejszy.

Nie rozpisuję się więc. Rano napisałem coś, co zamieszczam poniżej. Dołączam też wersję dźwiękową – jaką sam nagrałem. Tak więc poniżej opowieść o mojej „Drodze” i moim rozumieniu tego, co ważne.

 

„DROGA”

 

Znajdź swoją drogę – odpowiedź jest głęboko w Tobie.

Zajrzyj tam ………

A potem idź nią spokojnie,

każdego dnia.

 

Nie oglądaj się za bardzo na boki – na innych.

ani za bardzo za siebie,

ani też nie patrz zbytnio przed siebie – ponieważ na przyszłość mamy bardzo ograniczony wpływ.

Idź powoli i ciesz się prostymi chwilami.

 

Osiągnięcie jakiegokolwiek celu nie ma nic wspólnego ze szczęściem.

To tylko osiągnięcie celu – nic więcej.

Porażki, których doznajesz po drodze – tak naprawdę nie mają większego znaczenia.

Należy jedynie wyciągać z nich wnioski.

Ważne jest tylko to, że idziesz dalej.

Starając się przy tym być dobrym człowiekiem,

Bo to jest jedyny prawdziwy cel,

Który realizujesz idąc swoją drogą,

Jakąkolwiek nie wybierzesz…..

 

Niewiele potrzebujemy do życia:

– snu

– czystej wody

– prostego, zdrowego posiłku

– odrobiny słońca

– czystego powietrza

– czasem odrobinę ciszy

– ciepła w dni zimne i ochłody w dni gorące

– trochę pieniędzy, żeby zabezpieczyć te podstawowe potrzeby (ale tak naprawdę, to bardzo niewiele ich potrzebujemy)

 

Potrzebujemy jednak przede wszystkim miłości.

Zacznijmy ją dawać,

a zaczniemy ją dostawać.

 

Natura dała kobiecie mężczyznę – a mężczyźnie kobietę, żeby byli ze sobą szczęśliwi i spełniali się nawzajem.

Żeby byli swoimi największymi przyjaciółmi.

 

Nie wszystkim dane jest mieć dzieci – to prawda…

ale kiedy kobieta i mężczyzna mają siebie – już są rodziną.

A to jest najważniejsze, w trudnych chwilach życia…

 

Czy potrzebujemy czegoś więcej ?

Tak naprawdę nie…..

Wszystkie inne potrzeby – są urojone,

a brak ich realizacji prowadzi jedynie do frustracji.

 

Wszyscy jesteśmy częścią większej całości.

Nie musimy tego wszystkiego od razu rozumieć.

Ważne, że to odczuwamy,

Że rozumiemy, iż każdy człowiek jest ważny,

że każdy z nas jest po coś.

I nie ma mniej i bardziej ważnych.

Wszyscy jesteśmy ważni i niepowtarzalni.

 

Nie spiesz się tak bardzo do dnia jutrzejszego,

Bo jutro chcesz mieć to, czego nie masz dzisiaj,

Ale z kolei jutro nie będziesz mieć tego, co masz dzisiaj.

Szanuj więc zdrowie i najbliższych,

oraz czas – wielką wartość,

której nie da się kupić za żadne pieniądze.

 

Spokój, jaki mamy naturalnie w sobie,

Jest darem…………

Tam jest odpowiedź – na wszystkie nasze pytania.

Tam słyszymy siebie……

———

OPUBLIKOWANE W27 PAŹDZIERNIKA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Najpiękniejsze sceny miłosne…- mój wybór, cz.2”
Do momentu obejrzenia „Angielskiego Pacjenta”, filmem, który uważałem za najpiękniejszy – był musical z 61 roku z muzyką Leonarda Bernsteina. Ciekawe, co ? Ja i musical.. ?…nieprawdopodobne ? – A jednak. Mowa oczywiście o West Side Story…..

To historia miłości, która zaistniała w ciągu jednej nocy. Historia oparta o Szekspirowskie dzieło „Romeo i Julia”, rozgrywająca się w zupełnie innych realiach.,…tym razem Nowego Jorku i młodocianych gangów. Niestety tej miłości nie było dane trwać dłużej… ale czy to oznacza, że nie miała ona sensu ? Nie……kazda miłość ma ogromny sens. Nawet ta, którą los gwałtownie przerwie…nawet gdyby miała trwać tylko chwilę. Bo w chwili wypelnionej miłością zaklęta jest wieczność…

Muzyki do tego filmu słuchałem wiele razy. Jest niezwykle piękna, energetyczna i bardzo romantyczna. Jest też wiele pięknych scen tanecznych – a ja kocham taniec.. Słuchałem jej w chwilach szczęścia, Dodawała mi sił zawsze, kiedy tego potrzebowałem.

Spotkalem się z tym filmem kiedy byłem jeszcze w szkole średniej. I ja też, jak Tony -czekałem na swoją kobietę. Wiedziałem, że się pojawi i czulem, że poznam ją w tańcu….

Zamieszczam tylko jedną scenę z filmu, ale za to bardzo ważną. Scenę ich poznania…..wśród zgiełku zabawy Tony nagle zauważa ją – Marię. Od tego momentu nic innego już dla niego nie istnieje. Maria jest dla niego jak wszystkie inne ikobiety świata zaklęte w tej jednej. Jest tylko Ona i wszystko inne znika w kolorowej mgle..

To historia dwojga młodych ludzi, którzy chcieli tylko siebie. Jak śpiewają w jednej z późniejszych scen….mamy tylko miłość i to wszystko, co namy…..

Mimo upływu lat, ten film wcale nie wydaje mi się naiwny. O nie…ani trochę…

———-

20 PAŹDZIERNIKA, 2019 PRZEZ ADMIN
Run deep…Run wild
Dzisiaj tylko tyle. Piękny utwór i piękny teledysk – taki wyjątkowy….. Opowiada o sprawach trudnych i głębokich. O bólu, milosci i namiętności…..Raz on szuka jej….raz ona szuka jego. ….I Itak siebie szukają….. Ona potem stoi przez moment i waha sie….Wreszcie decyduje się za nim iść, potem aż biegnie…….Jest taki moment, w którym zdejmuje buty żeby go dogonić…. Biegnie gołymi stopami po zimnym śniegu….ii dogania go……na szczęście……miłość zwycięża…

————

OPUBLIKOWANE W13 PAŹDZIERNIKA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Najpiękniejsze sceny miłosne…- mój wybór, cz.1”
Dzisiejszy tytuł może wskazywać na trochę inną treść, jednak niekoniecznie muszę zaraz przejść do scen jakich można by po nim oczekiwać. Zacznę więc nietypowo, ale zacznę od spraw naprawdę ważnych. Otóż miłość kobiety i mężczyzny ma wiele wymiarów. Tylko wtedy jest głęboka. Tylko wtedy jest prawdziwa.

Życie niesie z sobą różne żywioły……i trzeba się z nimi zmierzyć. Piękne jest to, że bez względu na wiek – pewne cechy pozostają niezmienne. Czas mija i zmieniamy się fizycznie, jednak nasze podstawy – to, z czego sami się zbudowaliśmy w młodości – niesiemy przez życie zawsze.

Są takie chińskie baśnie filmowe, które bardzo lubię. W jednej z nich („Hero”) jest scena, która wyjątkowo mnie wzrusza. Oglądam ją czasem wieczorem. Do tego ta niezwykła muzyka….

Otóż Ona („Śnieżna Zamieć”) chce stawić czoła niezliczonej armii łuczników Qin. Chce bronić klasztoru, w którym od wieków mnisi w spokoju oddają się sztuce kaligrafii. To ich rodzaj medytacji. Pojawia się On („Bezimienny”) i nie zamierza pozostawić jej w tej walce samej. Nie pozwoli jej zginąć. Razem z nią chce zmierzyć się z przepotężną armią.

– Odejdź – mówi Ona

– Sama ich nie pokonasz – mówi On

Ona wie, że on jej nie zostawi….. i wypadają oboje przez drzwi….na spotkanie śmierci…..

Dwoje desperatów zamierza walczyć ze sztormem tysięcy strzał. Szanse wydają się żadne….jednak to robią…..Czy to nie przypomina sytuacji rodziców, którzy walczą o swoje chore dzieci ? Czy to nie przypomina sytuacji małżeństwa, które walczy z przeciwnościami losu, z nieszczęściami ? Nie wszyscy młodzi ludzie mają w życiu łatwo. Na ślubnym kobiercu wszystko jest piękne…..a potem przychodzi życie…..i trudy……i walka…..Czy jeśli przeciwnik jest nieporównywalnie silniejszy – będziesz walczył czy uciekniesz? Czy będziesz walczyć ze złem, nawet wtedy kiedy wynik wydaje się przesądzony ? Oni walczą razem, ramię w ramię – obok siebie. On jej nie zostawi samej, a ona nie zostawi jego.

Tymczasem wracając do „Śnieżnej zamieci” i „Bezimiennego” – Ona i On….wychodzą naprzeciw złu….jak to się zakończy – już poniżej:

 

Kiedyś, siedząc późno wieczorem w nieistniejącym już (fajnym) lokalu „Górna półka” w Ustroniu, słyszałem rozmowę trzech nauczycielek – które siedziały obok. Jedna z nich mówiła o tym, że zrobiła podstawowy kurs rehabilitacji dla dzieci i jeździ do jednej matki z małym dzieckiem. Ta dziewczyna była sama z tym dzieciątkiem. Miała w pokoju tak mało miejsca, że musiała przesuwać meble, żeby rozłożyć niewielki kocyk na podłodze, gdzie miała odbyć się rehabilitacja. Nie straciła wiary. Próbowała dalej……Nauczycielce, która o tym opowiadała – łamał się głos. Siedziałem obok i widziałem tę scenę jak żywą. Takie oto rzeczy słyszy się czasem przy wieczornym wyjściu do lokalu. To jest ten rodzaj walki, o którym tutaj mówię. Ta dziewczyna potrzebowała wsparcia…..nie tylko nauczycielki, ale kogoś silnego,…..obok……na co dzień……

Prawdziwe uczucia widać dopiero wtedy, gdy znika blichtr, gdy traci się wszystko, gdy nikt nikogo nie udaje, gdy nie ma się nic do stracenia. Poniżej dwie inne sceny – trochę lżejszego gatunku. Pierwsza to scena z innego chińskiego filmu, jaki bardzo lubię „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Film obfituje w piękne sceny. Jeśli chodzi o te miłosne – to tutaj mamy dwa równoległe wątki – ludzi w różnym wieku. Pierwszy to miłość Jen (młodej księżniczki) i Lo (pustynnego rozbujnika). Drugi to miłość mistrza Li Mu Bai oraz wojowniczki Yu. W tym drugim przypadku to para starszych ludzi, którzy całe życie szli innymi drogami i dopiero po latach dotarli do siebie. Obie miłości mają bardzo trudną drogę. Ta pierwsza – to droga młodziutkiej i niezwykle nieposkromionej Jen, która zaprzeczając swojej naturze – ma wyjść za mąż, za kogoś kogo nie kocha. Lo nie może się z tym pogodzić. Chce zabrać ją na pustynię – tam, gdzie już raz ją porwał. Nie ma nic, oprócz wiatru, słońca i niepewności jutra. Jednak kocha ją całym sobą i wie, że ona też nie jest przeznaczona życiu na dworze….., że podobnie jak on – jest dzika i wolna. Walczy o nią z całym światem. Poniżej scena, w której się poznają, kiedy prowokacyjnie kradnie jej grzebień po ataku na królewski konwój, w którym ona jedzie. Oj trudna była ich droga do siebie. Jednak przeznaczenia nie da się oszukać ? Tak oto się poznali. Odwaga w kobietach – zawsze mi imponowała…

 

No i scena, w której Lo rozpieprza wesele – uwielbiam ją „Wracaj ze mną na pustynię – woła do niej”…

 

Teraz o miłości ludzi dojrzałych w tym filmie……”Some Tea”….. czasem jestem takim trochę mnichem – dlatego tak ją lubię ? Siedzą przy mojej ulubionej zielonej herbacie i rozmawiają dojrzale o sprawach najważniejszych….zbyt wiele czasu zmarnowali bez siebie…teraz to rozumieją.

 

I inna, w której Li Mu Bai mówi:

– Został mi tylko jeden oddech

 

No i na koniec teledysk – z pięknym video i pięknym tekstem. Tak właśnie wyobrażam sobie prawdziwą miłość – gotową na stratę wszystkiego, w każdej chwili…mając siebie – zawsze. Takie historie mogą się zdarzyć wszędzie. Tu nie trzeba blichtru, samochodów, wielkich domów, wykwintnych kolacji, wielkich podróży. Wystarczy miłość, wolność i wieczna dzikość serc ……… takich jak tych dwoje. No jak On mógłby o niej zapomnieć – NIGDY !!! – tu jest wszystko, zupełnie wszystko….Cudowny teledysk….Dobranoc

29 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Życie jest podróżą”
Rano obudził mnie cichy stukot motoru….jechał obwodnicą Ustronia i to delikatne echo niosło się przez całe miasteczko.

Uwielbiam takie poranki. Zaczynają się cicho,….łagodnie. Te niedzielne kocham szczególnie. Niedziela to czas kiedy następuje cudowne zawieszenie, kiedy do nikąd się nie spieszę. Na nic nie czekam. Jest tu i teraz…..tak, jak powinno być. Mam wszystko to, co chcę mieć…….i czuję się szczęśliwy.

Nalałem do metalowego kubka kawy i zacząłem rysować………motor ? Zabawne – nigdy w życiu nie rysowałem jeszcze motoru. Skąd to się wzięło – i akurat dzisiaj ?

Można powiedzieć, że w pewnym sensie dźwięk motoru z oddali, to jeden z dźwięków mojego dzieciństwa….tak – ja mam nie tylko smaki, ale też dźwięki dzieciństwa. Do tego obrazy, światło i wszystko co jak się okazuje nas tworzy. Kiedy słyszę dźwięk motoru w oddali – uspokaja mnie to bardzo…..kołysze łagodnie. Przy takich dźwiękach zasypiałem……

Do naszego domu docierały dźwięki z szosy, jaka biegła nie tak daleko od nas. Dźwięk przechodził pomiędzy niewysokimi domkami i dostawał się do mojego łóżka. Takie dźwięki pojawiały z oddali i w oddali cichły. Słyszałem je czasem wieczorem….a czasem właśnie o poranku. Ktoś jechał daleko i w danym momencie nas mijał. Takich dźwięków dzieciństwa mam zresztą więcej. Ten jest jednym z nich….pojawił się niezapowiedzianie. Innym jest stukot kół pociągu – daleko na horyzoncie. Jeszcze innym dźwięk upuszczanej na długim korytarzu monety – ten akurat znam chyba ze szpitala. Byłem tam na tyle długo, żeby zapomnieć świat jaki znałem – włącznie ze swoimi najbliższymi. Świat odbierałem wtedy głównie dźwiękami. Do dziś, kiedy ktoś upuści na korytarzu monetę – hipnotyzuje mnie to momentalnie….

Dobiegam 50-tki i pewne rzeczy coraz wyraźniej mi się przypominają. To niesamowite. Dlatego tak często wspominam dzieciństwo. Ono ma ogromny wpływ na całe nasze życie. Ciekawe, co jeszcze sobie przypomnę ? W pewnym sensie czuję się tak, jakbym momentami cofał się w czasie. Obrazy, dźwięki, zapachy…..wszystko, co znam – uruchamia we mnie dawno zapomniane szczegóły.

Do 6 roku życia cały mój świat był bardzo mały „geograficznie”. Nie znałem innych dzieci, nie wychodziłem się bawić na zewnątrz. Zastanawiałem się potem – dlaczego tak było? Niedawno się dowiedziałem. Kiedy miałem jakieś 3 lata bawiłem się pod domem – u dziadków na przeciw. Ktoś podjechał samochodem, otwarł drzwi i chciał mnie wsadzić do środka. Dziadek w ostatniej chwili to zauważył i podniósł krzyk…..no i tak piszę sobie tego bloga. Kto wie, co mogłoby się wtedy stać ? Całkowicie rozumiem teraz strach rodziców. To nie była bezpieczna dzielnica. To nie były bezpieczne czasy. Miałem więc swój dom z ogrodem i wyobraźnię…..i dźwięki…..piosenki, opowieści, jakich słuchałem od odwiedzających nas ludzi….no i czasem telewizję ?

Ten motor chyba czekał na swój moment. Musiał się kiedyś pojawić. Był we mnie przez te wszystkie lata. Kiedy skończyłem rysunek przyjrzałem mu się uważnie. Nie był zbyt udany,…….jednak miał w sobie światło wschodzącego słońca – na plecach motocyklisty. Z lewej strony rysunku udało mi się pokazać światło, które go popychało…….Tak, to co najważniejsze w nim było. Tego właśnie szukałem. Zawsze, kiedy coś narysuję podejmuję tylko dwie decyzje – tak, albo nie. Jeżeli nie – rysunki drę na kawałki i wynoszę od razu do kosza na papier. Robiłem tak bardzo wiele razy. Temu jednak przyglądałem się dłuższą chwilę i uśmiechnąłem się …. – tak.

Jeżeli ktoś zapytałby mnie o motor – to powiedziałbym o jeszcze jednej scenie. Tej z filmu „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. To świetny film – jeden z tych, po obejrzeniu których wie się od razu i z całą pewnością, że miało się właśnie kontakt z arcydziełem. Opowiada historię człowieka, który w miarę upływu czasu stawał się coraz młodszy. Opowiada także historię miłości, która miała swój czas w jego życiu. Pewnego dnia ruszył w podróż…….żył w różnych miejscach, wykonywał różne zawody. Spał gdzie życie go rzuciło, jadł co życie mu dało. Podróżował na motorze. Spełniało się jego przeznaczenie…..

Bohater filmu cofa się w czasie…trochę jak ja dzisiaj ?

To bardzo niezwykły film. Nakręcono go na podstawie książki Francisa Scotta Fitzteralda – tego samego, który napisał „Wielkiego Gatzbiego”. Swoją drogą niezwykły człowiek musiał być z tego Scotta.

Niedziela powoli się kończy.

Lubię czasem wyjechać z mojego ukochanego Ustronia, ale jeszcze bardziej kocham do niego wracać

———

OPUBLIKOWANE W23 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Bogowie Elektroniki – cz.1”
Dzisiaj wyjątkowo w poniedziałek, ponieważ wczoraj byliśmy na długiej wycieczce i bardzo późno wróciliśmy ?

Pojawiają się na moim blogu wpisy typu – „…..- cz.1”. Postanowiłem (niekoniecznie w serii) umieszczać wpisy dot. moich inspiracji. Tutaj powinienem od razu napisać w pierwszej kolejności o JMJ (Jean-Michele Jarre). Bardzo go szanuję – nie tylko za dokonania muzyczne i wieczne eksperymentowanie bez względu na publikę, ale także za jego sposób myślenia i stosunek do świata. Jest filantropem i człowiekiem świadomym ekologicznie. Jest wizjonerem i kimś gotowym do realizacji bardzo wielkich pomysłów. Jest po prostu….. mądrym człowiekiem. To jest jednak temat na osobny materiał. JMJ to zbyt ważna postać dla mnie, żeby nie popracować nad tym wpisem bardziej.

Dzisiaj natomiast krótko (któtko tylko dlatego, że muszę iść spać) o grupie Kraftwerk. To nazwa, która dla wszystkich miłośników muzyki elektronicznej znaczy tyle, co Michał Anioł dla artystów. Znaczy tyle co czerń i biel dla malarzy….To Kaftwerk stworzył i tworzy dalej nowe „kolory tęczy”. Ich syntetyzowane dźwięki słychać potem prawie wszędzie. To inżynieria dźwięku na najwyższym poziomie. Ogromna ilość wykonawców korzysta ze stworzonej przez nich palety. Są jak twórcy farb, z których korzystali i korzystają dalej inni. Oczywiście, przed nimi byli inni i po nich było wielu innych. Każdy jednak, kto trochę bliżej niż trochę spotkał się z muzyką elektroniczną – musiał bardzo szybko natrafić właśnie na nich. Ja trafiłem na tę grupę mając 11 lat. Kolega pożyczył mi kasetę z czymś tak innym od wszystkiego co do tej pory słyszałem, ……..że „odpadłem”. Słuchałem ich na okrągło. Słucham też często i dzisiaj. Przyglądam się ich postępom. Kraftwerk to znacznie więcej niż muzyka – to kompletny koncept artystyczny. Pracowali prawie wyłącznie w nocy – idąc rano do baru w Dusseldorfie i rozchodzili się do siebie. Muzycy elektroniczni często tak robią. To z powodu ciszy i maksymalnej koncentracji, jaką zapewnia właśnie noc. W całej historii udzielili tylko 1 wywiadu (i to niedawno temu sam Ralp Hutter – silnik grupy). Było to na rozdaniu nagród Grammy w 2014r (grupa działa od 1970r – czyli po 44 latach działalności !). Do tego momentu konsekwentnie tego odmawiali. Znano ich muzykę, ale nie znano ich. Nie będę tu jednak opisywał historii, bo zrobiła to świetnie Wikipedia ?

Wspomnę jedynie kilka utworów – które przybliżą to, czym jest Kraftwerk:

 

Wrzucę jeszcze nagranie z jednego z koncertów.

 

Zarzuca się nam, że jesteśmy bardzo zdehumanizowani w swojej muzyce – powiedział kiedyś Karl Bartos – to nieprawda, jesteśmy bardzo zhumanizowani.
W pełni się z nim zgadzam. Tak mógłby pomyśleć jedynie ktoś, kto zupełnie nie rozumie ich muzyki. Kraftwerk ma drugie dno. To za robotycznymi i zmechanizowanymi sekwencjami – kryją się wrażliwi ludzie. Ta zimna warstwa górna to ich wołanie o człowieka. Prowokują – to bardzo inteligentna postawa – trzeba ją po prostu umieć dostrzec.

Ciekawostką socjologiczną (robiono na ten temat badania naukowe) jest fakt, że Kraftwerk lubią prawie wyłącznie mężczyźni…., niesamowite i bardzo szkoda. Spotkanie kobiety zainteresowanej muzyką elektroniczną już samo w sobie nie jest łatwe, a spotkanie miłośniczki Kraftwerk – statystycznie prawie niemożliwe.

Można powiedzieć, że w 60% słuchałem zawsze muzyki elektronicznej. Nie dlatego, że wolałem te dźwięki bardziej od instrumentów naturalnych – o nie. Uwielbiam tradycyjne instrumenty. Elektronika daje nam jedynie możliwość tworzenia jeszcze bardziej złożonych i nieograniczonych jakości. Kiedyś słuchałem tysiącami godzin takich twórców, jak oczywiście JMJ (mój absolutny nr 1), wspomniany Kraftwerk. Innym przykładem jest także Tangerine Dream, Vangelis, Yani……… Moi wielcy to także ATB, Armin Van Buuren, Avici, ….nie wymienię wszystkich a lista byłaby długa. Teraz słucham najczęściej nowych twórców – na początku swojej drogi. Dają bardzo dużo świeżości tej muzyce. Jednym z nich jest Lumidelic – młody Hiszpan. Zachwycam się tym, co robi już dobre 10 miesięcy. Prawie co dzień leci u mnie coś z jego repertuaru. Jest niesamowicie twórczy. Czasem w ciszy nocy śledzę jego track’i w zapisie na ścieżkach komputerowych i nie mogę wyjść z podziwu – jakim jest umysłem. Niedawno na Facebook wymieniliśmy z sobą parę zdań na temat muzyki elektronicznej :), to jest właśnie siła internetu. Poniżej przykładowi twórcy: Lumidelic, Maiga, Alex H. Pamiętajcie o dobrym sprzęcie do odsłuchu – inaczej nic z tego ? Miłego odbioru

—–

jaro SHOP – opening soon

GIFTS ? !!!
OPUBLIKOWANE W15 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Moi Mistrzowie – cz.1 – Ryszard Kapuściński
Każdy z nas ma takie osoby na swojej drodze, od których wiele się uczył. Począwszy od najbliższych, aż do tych których znaleźliśmy często przypadkiem. Mógłbym ich wymienić kilka. Z pewnością jedną z tych postaci jest polski dziennikarz i reporter wojenny – Ryszard Kapuściński. Dlaczego on ? Czy interesuje mnie tematyka wojenna ? – Nie.

Interesuje mnie człowiek, człowieczeństwo – a Kapuściński potrafił pisać o człowieku w sposób wyjątkowy.

Zaczęło się od tego, że około 1998 r. przeczytałem w gazecie krótką wzmiankę o jego „Lapidariach”. Z opisu wynikało, że w swoich kolejnych odcinkach zapisał krótkie myśli, zdarzenia, wspomnienia – w sposób niechronologiczny, wyrywkowy. Raz krócej, nawet mega krótko, raz dłużej – nieważne. Skacząc z tematu na temat i układając z tego wszystkiego jedną historię – no bo przecież wszystko składa się ostatecznie w jedną wielką historię. Tak naprawdę, to opowiadając ją od którejkolwiek strony i tak uzupełniamy powoli krajobraz z puzzli. Nasze umysły nie pracują chronologicznie. Myśli i emocje przeplatają się w nas bezustannie. Takie jest pisarstwo Kapuścińskiego. Dla mnie on nie był dziennikarzem, ani reporterem wojennym. Był dla mnie myślicielem, człowiekiem który potrafił wyciągać wnioski bardziej ogólne z wydarzeń niepozornych. Potrafił obserwować i wskazać na te elementy, które były znaczące. Odnalazłem Kapuścińskiego ponownie około roku 2009, kiedy wpadła mi w ręce książka „Podróże z Herodotem”. Herodot…….?? – Father of history – jak nazywał go Angielski Pacjent – bohater mojego ulubionego filmu ? To książka Herodota była przy nim zawsze. To w niej umieszczał luźne rysunki, zapiski, kawałki kartek…….Nie mogłem więc nie przeczytać tej książki…..no i się zaczęło…………. Byłem potem ciekaw, kim był człowiek, który tyle razy był w sytuacji zagrożenia, który poznał tylu różnych innych ludzi, którzy pomagali mu w ciężkich chwilach,……….. jak ci Afrykańczycy z plemienia, którzy znaleźli go chorego na malarię. Umarłby wycieńczony, gdyby nie oni. Potem, kiedy już trochę doszedł do siebie – całe plemię otoczyło go w wiosce……. i wszyscy patrzyli jak je……- jedno jajko. Jajko, które było dla nich jak złoto, a mimo to podzielili się nim z nim, białym człowiekiem. Uratowali go…..

Przeczytałem wiele z jego książek, niektóre po kilka razy – jak np. „Lapidaria”. Ich kolejne odcinki leżą gdzieś w szafie. Czasem wyciągnę któryś i na chybił trafił otwieram. I tak na chybił trafił cytuję poniżej fragmenty Lapidarium VI, po to żeby pokazać kim był człowiek, który wywarł na mnie tak wielki wpływ.

Pisał do końca – nawet na receptach w szpitalu. Żył skromnie. Był zawsze gotowy do podróży. Kiedy wyjeżdżał np. na rok do Afryki, w miejsca gdzie trwały wojny, albo do Ameryki Łacińskiej, czy Południowej – i wszędzie tam, skąd powrót był jak 50/50 – to zabierał z sobą klucze do domu – jakby wyjeżdżał na chwilę. Brał te klucze, żeby móc otworzyć po cichu drzwi w nocy…… i wejść, gdyby jego żona spała…….

Zanim na końcu wrzucę cytaty – krótki wywiad z M.Dorocińskim, który podkładał głos w filmie „Jeszcze dzień życia” – o R.Kapuścińskim. Zaraz potem trailer filmu.

 

 

Teraz parę cytatów:

Niekończący się temat – media i polityka. Edward Luce w „Financial Times” z 20.04.02 zwraca uwagę na wpływ mediów na zachowanie posłów w parlamencie Indii. Jeżeli kamery TV są włączone – posłowie krzyczą, awanturują się, skaczą sobie do gardła, pchają się na mównicę, chcą pokazać, że walczą o interesy swoich wyborców. Kiedy operatorzy wyłączają kamery, na salę powraca normalna, nawet przyjazna atmosfera.

*

Coraz wyraźniej dostrzegamy dziś jeszcze inną cechę biedy – jej dziedziczność. Przechodzenie biedy z pokolenia na pokolenie. Dziecko rodzi się z biednych rodziców, dorośleje w biedzie i następnie przekazuje ją swojemu potomstwu. Ten stan dziedziczenia sprzyja rozwojowi mentalności getta, która cechuje myślenie każdego uwięzionego w swoim losie biedaka.

*

Z „Autobiografii” Jorge Borgesa (tłum. Adam Elbanowski). Borges o złych książkach, które pisał w młodości: „Dzisiaj nie czuję się już winny owego braku umiaru: książki te pisał ktoś inny”. I dalej: „Nie czuję żadnej więzi z zarozumiałym i nieco dogmatycznym młodzieńcem, jakim kiedyś byłem”. „Posługiwanie się wyrafinowanym stylem jest błędem i to błędem płynącym z próżności. Zdecydowanie wierzę, że dobre pisarstwo wymaga skromności”.

*

Wojna Ameryki z Irakiem to w dużym stopniu – po obu stronach – wojna elit, klanów patrycjuszowskich. Spójrzcie na ich protagonistów – gdzie widzimy Busha? W pałacu. Husajna – w pałacu. Ben Laden też urodził się i wychował w pałacu.

Ludy są tylko ofiarą, mięsem armatnim. Te matki, które płaczą nad zwłokami swoich synów, to są ubogie, proste kobiety. Te idące w panice pochody uchodźców – to najczęściej wiejskie kobiety z dziećmi.

Każda wojna jest nienawistna ludziom, na wojnie lud nigdy nie korzysta, lecz przeciwnie – traci domy, dobytek, jeśli nie po prostu – życie.

Boję się tłumu. Rzadko boję się pojedynczego człowieka, natomiast zawsze boję się tłumu, nawet kiedy jest ogromny i radosny. Bo wiem, jak łatwo, jak momentalnie, w ułamku sekundy, rozbawiona, wesoła zbiorowość może przemienić się w bestię i eksplodować furią.

Albowiem w tłumie zawarte są wszystkie możliwe zachowania ludzkie – od życzliwości i entuzjazmu po wściekłość i zbrodnię, a o tym, która z tych sił się ujawni i wypłynie na powierzchnię, decyduje rodzaj detonatora, jaki nią poruszy, pchnie do działania. Stąd tak ważne jest, kto stanie na czele tłumu i jakie w ten tłum rzuci hasło.

——-

OPUBLIKOWANE W8 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Indian Summer…”
Obudziłem się dzisiaj cicho…..usłyszałem w oddali łagodny stukot pociągu. Przez dolinę jechał ten na Katowice 5.16.

Wstałem, tak żeby nie budzić nikogo…….Zrobiłem sobie kawy w skręcanej, włoskiej kafetierze i nalałem do swojego ulubionego, metalowego kubka. Takie kubki mają na filmach kowboje :)…… mam i ja.

Potem zakładam słuchawki i puszczam sobie Bruca….. I’m on fire……i postanawiam porysować…

 

Wczoraj do późna oglądałem różne zdjęcia, np. Jamesa Dean’a. Przypomniałem sobie np. to poniżej. Jedno z moich ulubionych:

 

Dean jest na nim wolny od wszelkich norm, zasad….jest outsider’em w samej swojej postawie. Ciekawe….większość moich kolegów to outsiderzy. Kogo bym nie wspomniał. Jednocześnie silne i niezależne osobowości. Ludzie idący swoją drogą, nie oglądający się na main stream..

Nad górami unoszą się mgły. Powietrze jest rześkie…ma dziś swój dobry, energetyczny smak. Podchodzę do okna popatrzeć na dzikiego ptaka lecącego nad horyzontem. Jest jeszcze oszarówka. Gorąca kawa rozgrzewa mnie od środka. Rozglądam się po szczytach. Jeszcze są zielone, ale lada moment zrobi się tu kolorowo. Będzie piękne „Indiańskie lato” – Indian Summer, jak mówią za Atlantykiem. Ciekawe, zaczynam doceniać wiewiórki, jakiegoś zająca, który czasem przeleci w pobliżu. Przy drodze nad ranem mogą się zdarzyć nawet sarny. Jesteśmy częścią natury. Czuję to coraz bardziej….tak.

 

Postanawiam porysować. Wyciągam jakieś kartki….pierwszy z brzegu ołówek z pudełka po herbacie Twinings Earl Grey (pasuje idealnie). Rysuję kowboja……takiego, jakim wewnątrz trochę jestem. Jest chłodny i wilgotny poranek, więc stawia kołnierz……

 

Rysuję go, wspominając film „Zaklinacz Koni” Roberta Redforda (i z nim także). No i oczywiście z Kristin Scott Thomas.

 

Fajny film z ’98r. Miło go wspominam. Są w nim klimaty, jakie teraz trochę czuję. Skąd się to wzięło właśnie dziś….ciekawe ?

Słucham Bruce’a i po cichu zaczynam robić naleśniki. Jak zwykle mega-garnek. ciasta – jak dla armii. Jak zjeść – to zjeść. Smażę je przez dobre 2 godziny. Siedzę przy tym smażeniu z gitarą i pogrywam. Płynie czas wolno….o to chodzi w życiu. Nigdy nie chciałem wiele.

 

Lubię sposób, w jaki Bruce uderza w stalowe struny. Jest charakterystyczny dla niego…..mocny, bardzo bardzo energetyczny – nisko, przy mostku. Struny brzmią wtedy bardzo rasowo… Springsteen gra z serca – całym sobą.

Przy okazji przypomniałem sobie, że w kuchni na samej górze szafki, mam taki uchwyt do harmonijki jak Bruce – zaraz go wyjmę. Całe lata go nie wyciągałem…

W jednym z moich ulubionych utworów Springsteen’a – „Atlantic City” – śpiewa. „Zrób sobie makijaż i popraw włosy…Spotkamy się wieczorem w Atlantic City”. Wszystko, czego potrzebuje, to te chwile spędzone z nią.

Kiedyś wybrałem się rano w bardzo długą trasę. Żadnego utworu nie słuchałem tyle razy pod rząd, co właśnie „Atlantic City”. Harmonijka Bruce’a jest dla mnie obłędna. On gra energetycznie, mocno, zdecydowanie. Słyszę w tej muzyce przestrzeń, wiatr….radość. To właśnie w nim lubię. To muzyka pełna dobrej energii. Śpiewa o prostych rzeczach. Prostych, ale jak ważnych.

Z biegiem lat czuję, że staję się coraz bliższy naturze. Zauważam więcej niż kiedyś i inaczej reaguję. Niedawno temu byłem zmienić oponę do mojego Forda. Jest taki wulkanizator na starej szosie z Bielska do Cieszyna, po lewej. Jedzie się przez pola – góra ….dół – fajna trasa. W miejscu z otwartą przestrzenią jest ten warsztat. Są sympatyczni i nie ździerają – lubię tam jeździć. Kiedy czekałem, aż skończą robotę, przez szklane drzwi z biura – zaglądał młody wilczurek. Kosmaty – jak to one. To mądre psiska. Drapał łapką i piszczał. Żal mi się go zrobiło. Podszedłem do drzwi i się uspokoił. Patrzył na mnie ciekawie……. a ja poczułem, że fajnie byłoby mieć takiego psa. ? Potem właścicielka wypuściła go i poleciał przez warsztat wesoło.

Artur podjadł ze mną trochę naleśników. Wersji z kawą jeszcze nie jadł. Ja lubię kawę i lubię naleśniki. Do tego Nutella, albo po prostu cukier. Czasem starte jabłka. Wczoraj z nocy zostało mi w kubku całkiem dużo kawy. Eksperymenty lubię najbardziej…więc wlałem ją do ciasta. ? W lodówce było trochę maślanki. Dodałem do tego. A może jeszcze jedno jajko, a może jeszcze mąki, a może jeszcze oleju do ciasta…..i tak się bawię i osładzam tą chłodnawą niedzielę. Aha….zapomniałem powiedzieć, że ciasto miałem z przedwczoraj. Smakowało jednak dobrze. Tyle, że się rwało. Przy okazji wyciągnąłem jeden wniosek. Robiąc małe naleśniki dało się je smażyć. Robiąc duże – rwały mi się. Czasem tak samo jest w życiu – lepiej robić rzeczy w małych kawałkach. Tak to jest….co nie robię, skłania mnie do szerszych wniosków ? Jakoś nie mogę inaczej. Naleśników została zresztą cała fura. Pewnie jeszcze zjem ich parę zaraz…..

Teraz przeczytam jeszcze raz to wszystko, poprawię błędy, coś skreślę, coś dopiszę, zgaszę lampkę przy naszym kuchennym stole i skończy się dobry dzień…..

Jeszcze jedno….wynosząc wieczorem śmieci przyglądałem się wielkiemu kamperowi, jaki stoi przy wejściu do naszego domu. Jest mniej więcej tej wielkości, co amerykański GMC, w jakim mieszkaliśmy kiedyś przez 2 tygodnie, w Szwecji z moim kuzynem Jarkiem Makoszem (jest nas dwóch ? ). Potem poszliśmy dalej zwiedzać ten ciekawy kraj. Przemierzaliśmy Szwecję….potem Danię. Spaliśmy tam, gdzie się dało. Czasem w lesie, czasem w parku, czasem na łodzi…..i tak szliśmy dalej. Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku z tymi metalowymi kubkami i piliśmy kawę zbożową…….to było 30 lat temu. Ten kamper mi to przypomniał. W moich notesach pisałem różne rzeczy, wykonywałem proste rysunki tego co akurat było wokół. Dobrze to wspominam. Nie potrzebowałem wiele. Cały dobytek był w plecaku. Jutro było niewiadomą. I tak właśnie traktuję życie. Każdy dzień może być zaskakujący. A jeżeli taki nie jest – to trzeba zaskoczyć dzień. Chyba jeszcze raz posłucham „I’m on fire”. Mam na to ochotę. Jest miło łagodny. Dokładnie tego teraz potrzebuję.

Co zostało we mnie z tamtego „kowboja” ? Myślę, że nie tylko metalowy kubek, w którym podgrzewałem na ognisku kawę. Myślę, że trochę więcej. To sposób myślenia, podejścia do życia. To prostota bycia, połączona z szacunkiem do natury. To docenianie najważniejszych rzeczy, które jednocześnie są zupełnie za darmo. To one właśnie stanowią treść naszego życia. Czasem zdarzy mi się stanąć gdzieś na stacji, jadąc do Ustronia z pracy, albo na parkingu przy barze po drodze… i gram sobie na harmonijce ustnej, którą kupiłem ostatnio w Lidlu za parę złotych. Puszczam mojego harmonijkowego mistrza z Tennessee i gram razem z nim. On uczy z auta – ja uczę się w aucie. Sprawia mi to radość. Lubię wtedy patrzeć na zachodzące, pomarańczowe słońce. Nic się nie zmieniłem….i nie chcę się zmieniać.

 

A poniżej – krajobraz z moich stron – ze Śląska. Tak oglądaliśmy zachody słońca, kiedy spędzaliśmy wakacje z chłopakami..np. na moście, patrząc na horyzont i marząc o podróży w wielki świat..

——
1 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Wrzesień…
Kończy się lato. Jest jeszcze jednak bardzo gorąco….nadchodzi mój ulubiony miesiąc – wrzesień….Wspominam chwile…słońce, wyjazd w ulubione strony….kolory, smaki, zapachy. Lato było piękne i udane…

Słońce pada już pod innym kątem. Światło jest rześkie, soczyste – pełne barw i cieni. Wydobywa cały urok świata.. Jeszcze chwila i będzie można zrzucać kasztany. W dzieciństwie robiliśmy to małymi kawałkami desek. Cały dzień od rana potrafiliśmy tak rzucać i pobijać rekordy. Ktoś zrzucił za jednym razem 14 sztuk…..i chyba to byłem ja. Potem tymi kasztanami chłopcy rzucali w naszym kinie. Łatwo było dostać w łeb, więc trzeba było uważać. Ze wszystkich filmów najbardziej lubiłem oczywiście „Żandarmy” (z Saint Tropez) – tak nazywaliśmy tą serię. O tym pisałem już nie raz, ale nie mogłem się oprzeć po raz kolejny. Kończyły nam się wakacje, ale my się nie poddawaliśmy – cały wrzesień był nasz – pełen niezwykłych pomysłów. Cudne czasy…

Dzisiaj jest gorący, niedzielny wieczór. W Ustroniu mieliśmy przez większą część dnia wyścigi samochodowe. Główne ulice zamieniły się w tor wyścigowy. Impreza nabiera rozmachu i przyjeżdża mnóstwo miłośników tego sportu. Słychać ich w całym mieście. Z Ustronia zrobiło się nam małe „Monte Carlo”. W ogrodzie przed naszymi oknami jeszcze parę dni temu słychać było wnuki sąsiadów. Przyjeżdżają tak co 2-3 lata z USA. Kiedy byli mali – dziadek składał im wielki basen i pluskali się w nim radośnie. Podrośli w międzyczasie bardzo. Teraz przyjechało ich chyba z pięciu. Grali w piłkę pod naszymi oknami przez dobre 3 tygodnie. Było ich wszędzie pełno. Nie mówią po polsku, więc amerykański angielski towarzyszył nam tak często, że aż zaczęło mi go brakować, kiedy zrobiło się w ogrodzie ciszej. Ostatniego wieczoru wszyscy z ich rodziny zebrali się pod altaną i zrobili sobie wesołą kolację. Rozwiesili pełno kolorowych lampek. Do tego dźwięki zabawy, gdzieś z lokali nad brzegiem Wisły, cichy stukot pociągu biegnącego w Polskę, ……wesołe głosy dobiegające z biesiad przy grillu w innych ogrodach, wszędzie wokół……czas płynie dalej. Słychać świerszcze….jakie to miłe. Lekki wiatr chłodzi wnętrze pokoju, po upalnym dniu….Na stole, przy moim komputerze leży miska z czysto warzywnym Leczo. Dojrzałe papryki, soczyste i pełne słońca pomidory, aromatyczna cebula. To prosta, zdrowa i genialna potrawa. Jest jak to lato – pełne dobrego słońca. Całość wygląda bardzo apetycznie. Sos doprawiony jest różnymi przyprawami. Ta dojrzała soczystość miesza się ze sobą i kusi wzrok. Sam widok tej potrawy jest wręcz malarski. Lepiej już zakończyć to pisanie, bo mocno mnie to rozprasza ?

Słyszę Harley’e wyjeżdżające na trasę. Latem przyjeżdżają tu w nieprawdopodobnej ilości. Stąd mają fajne trasy dalej na południe – w górskie serpentyny. O tej godzinie wracają już ostatni z nich. Przejeżdżają szosą daleko na horyzoncie. Słychać ich cicho…..biegną do siebie.

Mógłbym tak pisać…. i pisać…..ale chciałem podzielić się czymś innym w gruncie rzeczy. W tym tygodniu wpadł mi w ręce audiobook książki, którą czytałem wielokrotnie. Jestem z tych, którzy czytają po ileś razy te same książki. To trochę tak jak z człowiekiem. Kiedy poznam kogoś, kogo naprawdę chcę poznać, to nigdy nie mam go dość…..czy nie lepiej bliżej poznać niewielką ilość ludzi, ale dobrze – dając im także siebie, swój czas, uwagę, troskę…..niż znać wielu, ale pobieżnie i ciągle gdzieś gonić……. ?

Tak więc, oto książka, która wywarła na mnie duży wpływ. Jest jedną z najlepszych, jakie w życiu czytałem. Potem chwyciłem za inne tego autora – także były dobre. Ta jednak jest kultowa. Wpadła mi w ręce, pewnego dnia w Rossmanie. Stwierdziłem, że skoro taki sklep sprzedaje taką książkę – to może być niezła. Przeczytałem parę fragmentów ….. i natychmiast mnie wciągnęła. Mój pierwszy egzemplarz cały popisałem różnymi uwagami i notatkami. Potem kupiłem kolejny. Polecałem tę książkę wielu osobom. Dziś polecę Tobie.

Mamy to szczęście, że w j.polskim jest naprawdę dobrze nagrana. Są nawet wstawki „aktorskie”. Można jej słuchać wszędzie…jadąc samochodem, sprzątając, zmywając naczynia….Przeczytałem ją ok. 5 razy. Jutro rano, jadąc do pracy – załączę ją znowu, bo jak napisał sam autor – Dale Carnegie – „choć sam ją napisałem, to muszę ją sobie od czasu do czasu przypomnieć, bo zapominam”…..

PS

Udało mi się przepisać dość sporo myśli – są w zakładce „Myśli – do wydruku”.

No i ciekawostka – dodałem zestawienie 2 zdjęć, na końcu – w zakłade „About me”…..

Miłego wieczoru…. j

 

malarz w Saint Tropez… ? Wspomnienie tegorocznego wyjazdu na Lazurowe Wybrzeże…

 

Zawsze byłem ciekawy, czy ta kawiarnia z czerwonymi markizami i czerwonymi krzesłami jeszcze istnieje (widać ją na początku filmiku po prawej stronie) …… i istnieje ? To Senequier.. Jak to fajnie, że są miejsca, do których zawsze można wracać.

 

Coś nie zawsze włącza się filmik, więc wrzucę jeszcze twista z Saint Tropez. Lubię tę wesołą pisenkę (zawsze poprawia mi humor) …. no i Genevieve Grad..

—–

25 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Podświadomość…”
Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jakie programy – zapisane w nas – realizujemy w ciągu życia. Już kilka razy zdarzyło mi się, że zrobiłem coś – co było we mnie właśnie zapisane i nie zdawałem sobie nawet do końca sprawy z tego, że dążę do realizacji celu w sposób podświadomy. Uświadomienie sobie tego w tamtym momencie było dla mnie dowodem na to, że tak naprawdę jest. Nasze wyobrażenia, marzenia, wizje, myśli….to wszystko prowadzi nas w jakimś kierunku. Czasem nawet nieuświadomionym. To jest właśnie potęga podświadomości……Jeżeli jest dobrze wykorzystana i uświadomimy sobie istnienie podświadomości – możemy przebudować swoje życie w kierunku bardziej świadomego i dobrego.

Zdanie sobie sprawy z tego zjawiska może nas prowadzić do realizacji celów wartościowych, nie zaś przypadkowych. Co mam na myśli….oto kilka przykładów:

Ktoś wyobraził sobie siebie, że podjedzie drogim autem na rynek i ludzie będą go za to podziwiać. …… i dąży do tego obrazu podświadomie. Widzi siebie zadowolonego i upojonego tą myślą ……Cel nie warty osiągnięcia. Być może go osiągnie i tak się kiedyś stanie, ale posiadanie czegokolwiek nie może być prawdziwym dążeniem…..

Ktoś wyobraził sobie siebie z drinkiem na tarasie swojego wielkiego domu. Ma przedmioty, których pragnął i tym się otoczył. W wyobraźni rysuje obraz siebie, człowieka bogatego, któremu wszyscy tego zazdroszczą………. Cel nie warty osiągnięcia. Być może zdobędzie pieniądze, ale one są tylko środkiem do realizacji rzeczy znacznie ważniejszych niż one same. Jeżeli tego nie zrozumie……wszystko na marne………Jeżeli chce mieć pieniądze, żeby zrobić z nimi coś dobrego i traktuje je jako środek a nie cel – to OK.

Ktoś wyobraził sobie siebie, jako szefa dużej grupy ludzi. Wszyscy go słuchają i podziwiają. I tego podziwu chciał….Cel nie warty osiągnięcia. Władza jest czymś, co powinno się powierzać ludziom wyjątkowo odpowiedzialnym za innych, nie tym którzy szukają jej dla karmienia własnej pychy…..Jeżeli to zrozumie i dobrze wykorzysta swoje cechy osobowości – to OK, ale nie władza jest celem.

…… i tak dalej, i tak dalej.

A co, gdyby postawić sobie naprawdę wartościowe cele – a może bardziej kierunki, bo ja tak patrzę na sprawy – dla mnie wybór właściwego kierunku już jest wyborem celu – to co wtedy ? ………..Poziom jego realizacji, jaki uda się nam osiągnąć to sprawa drugorzędna – ważne, że dajemy z siebie wszystko stawiając każdy pojedynczy krok. Wybór właściwej drogi i wytrwałe podążanie nią – to już samo w sobie osiągnięcie celu. To, ile dni będzie nam dane i ile uda się w tym czasie zrobić……to już nie zależy od nas…..

Ważny jest wybór własnych celów, w które naprawdę wierzymy. Celów, które są dobre, a nie próżne. Realizacja tego, co jest naturalnie w nas i jest dobre, co stanowi naszą istotę, a co wynika ze zrozumienia tego – po co jesteśmy. Żeby dojść do takiego punktu – zazwyczaj trzeba trochę pożyć na tym świecie i zajrzeć głęboko w siebie. Zobaczyć, co tam jest zaprogramowane przypadkowo i przeprogramować to na nowo ?

Na temat podświadomości wiele napisano i powiedziano. Ja słucham czasem wykładów Bruce Lipton’a. Ten poniżej dotyczy w większości tematu farmaceutyki, ale można go z łatwością przełożyć na cokolwiek.

—–

18 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Konformizm…
Jednym z największych niszczycieli naszych naturalnych talentów jest – KONFORMIZM….. W warunkach komfortu nigdy nie osiągamy szczytu naszych naturalnych możliwości. Za wygodę płacimy wysoką cenę – siebie.

Definicja konformizmu wg. Wikipedii:

„Zmiana zachowania na skutek rzeczywistego bądź wyobrażonego wpływu innych ludzi. Podporządkowanie się wartościom, poglądom, zasadom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. W tym rozumieniu jest to zmiana związana z faktem, że członek grupy miał początkowo inne zdanie czy inaczej się zachowywał niż grupa, a następnie je zmienił w kierunku zgodnym z oczekiwaniami grupy…”

Cała filozofia jednego z moich ulubionych myślicieli – Anthony De Mello, to filozofia kwestionowania konformizmu.

W sieci szukam nauki, inspiracji, refleksji….(www to nie tylko źródło zabawy :)…., to potężne źródło wiedzy, które polecam każdemu. Poniżej wrzucam jedną z najlepszych przemów motywacyjnych, jakie znalazłem. Mówi je człowiek, który osiągnął wiele na kilku polach (Arnold Schwarzenegger) – a to wszystko dzięki temu, że wiedział dokąd idzie (to zasadnicze pytanie), że ciężko pracował, że był zdeterminowany. I te słowa, jakie padły z ust Muhammada Aliego:

– Ile zrobisz przysiadów ? – pyta Arnold

– Nie wiem, nie liczę, dopóki nie zaczynam czuć bólu…..- odpowiada Ali

Uśmiecham się, bo znam to doskonale, z różnych swoich historii ?

Polecam poniższy film i zachęcam do szukania własnych, inspirujących materiałów. Oby każdy z nas wydobył z siebie to, co ma najlepszego i dzielił się tym z innymi. Szczerze tego wszystkim życzę. Wtedy świat wokół będzie lepszy…

——-

11 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Każdemu wolno kochać…
Zastanawiałem się, co dziś napisać….Może zamiast tego – wrzucę piosenkę, która od wczoraj za mną chodzi ? Chyba tak…

Piękny utwór, piękny teledysk (zwłaszcza końcówka), cudowny fortepian i świetny wykonawca. Czuję, że mógłbym się z nim nawet zaprzyjaźnić, gdybyśmy się kiedyś spotkali. Wydaje się, że fajny z niego gość….normalny, bez szpanu. Taki po prostu…człowiek. Oby więcej takich mężczyzn…

 

Poniżej wersja czysto fortepianowa (która to ciągle we mnie gra). Proponuję przejść od razu do 45 sekundy, bo na początku jest trochę wprowadzenia – a nie znalazłem innej wersji. I jeszcze jedno….piękny tekst tego utworu.

Miłego wieczoru….do zobaczenia za tydzień w niedzielę.

——

2 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Bossa…
Jest taka muzyka, która zawsze przynosi mi wspomnienia wakacji 2002r… Gilberto & Getz.

Każdy z nas ma takie wspomnienia. Słucham właśnie teraz tych delikatnych melodii i czuję tamto słońce…tamten księżyc. Pamiętam tak dobrze gorące powietrze,……. wieczory z muzyką……. Zamykam oczy i czuję wiatr wpadający przez pootwierane okna i szyberdach czerwonego Forda Mondeo,…… biegnącego nocą, ……..nad morzem……w blasku księżyca, jaki odbijał się w wodzie, taki bliski….jak na wyciągnięcie ręki……………….jak czas leci………… ?

Bossa Nova, nazywana też brazylijskim jazzem. Czuć w niej także wpływy samby. Tworzono ją na przestrzeni lat 50′- 60′. Jest ponadczasowa,…… ciągle świeża i jakże nastrojowa……uspakajająca…….kołysząca. Poniżej płyta klasyków Joao Gilberto i Stan Getz’a – niezapomniana ………A najlepiej słuchać jej właśnie teraz, ze szklanką np. zimnej Caipirinha w dłoni (przepis na samym dole).

——

21 LIPCA, 2019 PRZEZ ADMIN
Joga…
Wstałem dziś wcześnie rano. W niedzielny poranek słońce wpadało delikatnie do pokoju. Czuję się dobrze,….. jestem wypoczęty. Póki rodzina jeszcze śpi, postanowiłem napisać parę zdań o jodze – tak, jak zapowiedziałem tydzień temu. Najpierw wykonałem jednak parę ulubionych ćwiczeń. To zawsze daje mi radość. Są jak odprężający masaż swojego własnego ciała. Jest to niezwykle przyjemne. Zaparzyłem w kafetierze kawę i zacząłem pisać…..

Z jogą zetknąłem się mając jakieś 14 lat. W Polsce, w latach komunizmu pojawiła się w księgarniach książka Sławomira Bubicza – właśnie o jodze, wg. szkoły B.K.S Iyengara – hinduskiego nauczyciela, dzielącego się wiedzą o tej sztuce ze światem.

Bubicz spędził trochę czasu w Indiach i poznał nie tylko jogę, ale zafascynował się także innym sposobem myślenia, innym podejściem do wartości w tamtym kraju. Ja byłem wtedy w okresie głębokich poszukiwań odpowiedzi na wiele pytań, które sobie stawiałem. Nigdy nie byłem człowiekiem, który przyjmował dogmaty – bez ich przemyślenia i zrozumienia. Jeżeli tak się nie działo – odrzucałem je. Stawiałem sobie samemu bardzo podstawowe pytania. Robiłem różne rysunki i grafy. Zbierałem książki, wycinki z gazet, przeglądałem encyklopedie. Szukałem związków między rzeczami i starałem się poznać odpowiedzi na najważniejsze ludzkie pytania. To jest chyba zupełnie naturalne i każdy z nas musi sobie na nie odpowiedzieć – odpowiedzieć na pytanie: „jakim chcę być człowiekiem ?”.

Uzupełniałem swoje informacje w różnych źródłach. Czym były różniejsze – tym miałem poczucie, że staję się w tym bardziej obiektywny. Poszukiwałem w książkach, które przetrwały wieki. Zawsze z szacunkiem odnosiłem się do takich prac. W każdej z nich można znaleźć mądrość pokoleń wielu ludzi. W każdej z nich jest coś wartościowego. Czytałem biblię – ale odpowiadał mi tylko nowy testament. Nawet, gdyby rozpatrywać go tylko w kategoriach dzieła sztuki – jest to w takim razie piękna i pełna mądrości książka. Takich dzieł na świecie jest więcej. Ja szukałem jednego wspólnego mianownika – a mianowicie tego, co jest w nich dobre, tzn. co jest takiego w nich, co sprawia że stajemy się lepszymi ludźmi. Szukałem w książkach o filozofii, czytałem różnych myślicieli…Arystotelesa, Platona, Konfucjusza….a także wielu, wielu innych ludzi zupełnie nie znanych a mających bardzo wartościowe przemyślenia.

Szukałem np. bardzo prostej odpowiedzi na pytanie „Dlaczego ludzie chcą być dobrzy. Dlaczego wybierają dobro i uznają je za największą wartość. Jego najwyższą formą jest przecież miłość”. To pytanie może wydać się banalne, ale takie nie jest. Cały dział filozofii o nazwie Etyka – w gruncie rzeczy do tego się sprowadza. To pytanie jest fundamentalne. Odpowiedź na to, czym jest dla nas dobro – jest odpowiedzią na to kim tak naprawdę jesteśmy. Każdy powinien zadać sobie to pytanie. A to ma związek bezpośredni z tym co robimy, co wybieramy w prostych i codziennych decyzjach (jakich są setki), dokąd zmierzamy w życiu…… Na studiach, na elektronice w Gliwicach toczyliśmy z kolegami różne rozmowy na ten temat. Najczęściej ja je prowokowałem. I tak np. jeden z kolegów stał na stanowisku, że dobro jest całkowicie względne.

– Czyli co – dobre jest to, co jest dobre dla ciebie – pytałem. A reszta ?

Inny z kolei twierdził, że dobro jest logiczne.

Jeszcze inny, że cała nasza miłość to po prostu chemia – i to wszystko.

Każdy z nich poszedł dalej przez życie raczej pozostając w swoich przekonaniach. Trudno jednak nie przyznać każdemu z nich częściowo prawdy. Lata życia nauczyły mnie także respektu do poglądów innych ludzi.

Dobro jest piękne – to prawda…..bezdyskusyjnie.
Dobro jest logiczne – to prawda…bo kto czyni źle, jest jak człowiek który tnie gałąź na której siedzi i wcześniej, czy później to wróci do niego i nie ma w tym żadnej magii ani karmy – to prosta logika następstw. Ludzie odpłacają tym samym, co dostają. Jeżeli ktoś tworzy sobie złe środowisko wokół siebie – to ono zareaguje także na niego samego.
Ale te odpowiedzi do końca jeszcze mnie nie zadawalały. Cały czas szukałem brakującego elementu. Trwało to wiele lat. Co jakiś czas wracałem do tego pytania i dopiero jakiś rok temu znalazłem odpowiedź. Brzmi ona:

„Źródłem dobra jest współczucie”.

Właśnie.

To nie znaczy, że trzeba odpowiedzieć sobie na to pytanie, żeby dobrze żyć. Oczywiście, że nie. Inaczej jedynie filozofowie byliby dobrymi ludźmi – a to przecież nie prawda. Prawdą jest natomiast, że jeżeli ktoś ma w sercu prawdziwe współczucie – będzie dobry. I to wystarczy. Nie trzeba czytać tych wszystkich książek, rozmyślać, medytować i kto wie co jeszcze. Można nim być od najmłodszych lat – do najpóźniejszych, bez względu na miejsce w którym ktoś jest.

Ten kto współczuje potrafi być dobry. Ze współczucia do wszystkiego co żyje – nie tylko do innych ludzi, ale i zwierząt a także natury (którą często niszczymy bezmyślnie) – rodzi się wszystko.

Niedawno temu, na lotnisku – zdarzyło mi się rozmawiać z hinduską rodziną. Dzieliliśmy się różnymi spostrzeżeniami. Rozmawialiśmy między innymi o Anthony De Mello (hinduskim myślicielu – człowieku, który wywarł na mnie bardzo duży wpływ). Jednak jedno słowo poruszyło momentalnie wszystkich. W lot zrozumieliśmy się wszyscy. To było słowo „współczucie”. Wszyscy bardzo żywo na nie zareagowali. Tak……taka jest prawdziwa odpowiedź o źródło dobra. Współczujemy całkowicie bezinteresownie. Wiemy czym jest ból, niedostatek, samotność, zagrożenie……Jeżeli nie chcemy tego także dla innych – to znaczy, że jesteśmy ludźmi. Te cechy ujawniają się już we wczesnym dzieciństwie. Kiedy rodzice swoim przykładem dają dziecku drogowskazy mające u podstaw współczucie dla drugiego – to jest dobrze.

Dobroć to prawdziwa mądrość. To nie wykształcenie czyni ludzi mądrymi, choć wykształcenie pozwala wiele rzeczy lepiej zrozumieć. To nie inteligencja świadczy o mądrości (gdyby tak było ilu znanych w historii tyranów byłoby uznanych przez innych za mądrych). Inteligencja to tylko narzędzie – jak nóż, który można użyć do różnych celów. Sama w sobie nie stanowi większej wartości. Może być jedynie narzędziem do przetrwania i ewentualnie próżnej dominacji nad innymi – i tu się inteligencja kończy. Sama w sobie – jest nic nie warta. Jest jak pieniądze – które mogą być środkiem, ale nigdy celem…

Dobrze żyć – to być po prostu dobrym. Myślę, że jeżeli ktoś taki był, to przeżył dobrze swoje życie – bez względu na to, czy coś innego mu się w życiu udało, czy nie. Ostatecznie, tylko to ma znaczenie. Tak myślę i tak to czuję. Pewnie wielu ludzi będzie miało inne zdanie, ale przecież każdy żyje i myśli po swojemu. To nie znaczy oczywiście, że sam o sobie myślę, że jestem dobry – o nie ? Chciałbym taki być ? To np. w biblii padają słowa „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry”.

Dobro to ideał, to droga….

No ale miałem napisać o mojej przygodzie z jogą. Tak naprawdę najbardziej w tej książce podobał mi się wstęp do niej. Czytałem go chyba z kilkanaście razy. Ma ponad 30 stron. Są tam takie zdania, które posłużyły mi za drogowskazy w moim rozwoju. Jako młody człowiek szukałem takich wzorców….wskazówek.

Są tam np. takie:

Jogin nikogo się nie boi i nikt nie musi bać się jogina.
Nie posiadaj więcej niż naprawdę potrzebujesz.
Te zdania i inne zdania kształtowały mnie od wewnątrz. Pomagały mi w rozwoju świadomości. Czytałem je rano przed szkołą. Uczyłem się asan. Co do pranayamy (ćwiczeń oddechowych), to miałem spory dystans. Uważałem zawsze, że oddech powinien być po prostu pełny i głęboki – dostosowany do fizjologicznych potrzeb. Asany zacząłem powoli okrajać do swoich ulubionych. Stawiałem na ćwiczenia symetryczne. Tak powoli powstawał mój wybór, który ćwiczę sobie od lat. To nie są ćwiczenia wymagające niezwykłej elastyczności. To nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek akrobatyką. Wykonywane jednak poprawnie pozwalają natychmiast odnieść bardzo duże korzyści dla samopoczucia i zdrowia. Z czasem zacząłem wymyślać różne modyfikacje i tak doszedłem do własnego systemu, który nazwałem „swing”. Chodzi o to, aby w najgłębszej pozycji, przy pełnym rozluźnieniu – wykonywać delikatne ruchy pogłębiające. Przypomina to kołysanie. Ćwiczenia hatha-jogi uzupełnione przeze mnie o ten element stają się jednocześnie dynamiczne – a nie jedynie statyczne. Statyczne są w moim zestawie jedynie przez kilka chwil – potem je dynamizuję. Zauważyłem u siebie znaczne korzyści ze stosowania właśnie takiej praktyki.

Polecam proste ćwiczenia jogi wszystkim. Sam Pilates tak naprawdę w dużej mierze wykorzystał elementy jogi w swoim systemie. Był kiedyś chorowitym człowiekiem. Doszedł do zdrowia i dzielił się tym z innymi. Stworzył system ćwiczeń, który zaczęła wykorzystywać nawet armia. Pilates jest niezwykle korzystny także w rehabilitacji. Przynosi bardzo szybkie postępy. Wiele ćwiczeń nie wymaga żadnego sprzętu (nawet maty) i takie lubię najbardziej. Można je ćwiczyć dosłownie wszędzie. Dzisiaj czerpię z różnych systemów ćwiczeń i to, co robię już nie mogłoby chyba być nazwane jogą. Szukam własnych dróg. Joga jednak pomogła mi zrozumieć ich istotę.

Polecam max 10 min. dziennie na proste ćwiczenia jogi – czy pilates, czy stretching, czy cokolwiek innego. Kiedy znajdujemy harmonię z własnym ciałem – znajdujemy harmonię ze swoim wnętrzem.

Jak zwykle piszę o wszystkim tak, jak ja to czuję – dlatego nie będę udzielał dalszych wskazówek. Miało być o jodze a zacząłem się rozpisywać o poszukiwaniach duchowych z dawnych lat. Moje dłonie piszą same….. nic na to nie poradzę ? Sorry. Musze nad nimi zapanować – może przez jogę ?

Każdy może szukać swojej drogi do harmonii ciała i umysłu. Wiele wskazówek jest choćby na youtube. Poniżej zamieszczam prosty materiał, który być może kogoś zachęci ?

PS.

Dodałem trochę zdjęć w zakładce „About me”. Uzupełniłem też wpisy „Myśli” o kilka nowych z tego tygodnia. Niestety coś mi się stało w oprogramowaniu (instalowałem nowe wtyczki) i cały zbiór zniknął przed chwilą. Straciłem też na dobrą godzinę wszystkie wpisy. Odzyskałem je jednak ? Tak to jest – całe szczęście nie jesteśmy tylko wirtualni. Inaczej zniknęłoby po nas wszystko w jednej małej chwili. Nie znam przyczyny technicznej i szukam/uczę się dalej. Co najwyżej będę to przepisywał od nowa ? – albo stworzę coś innego ? Który to już raz coś tracę.

Życzę pięknej niedzieli. W przyszłą niedzielę kolejny wpis. Nie będę jednak zapowiadał o czym. Lubię sam siebie zaskakiwać i nie wiedzieć, co wymyślę ?

Wczoraj mieliśmy 50-rocznicę lądowania ludzi na księżycu. Dla mnie ten dzień też był bardzo szczególny. Dlaczego – może napiszę o tym kiedyś, za parę lat ?

—–