Teksty razem3

14 LIPCA, 2019 PRZEZ ADMIN
Komentarz 14.07.
Hej,

Tydzień temu napisałem, że moim wielkim marzeniem jest wydanie kiedyś swoich Myśli w postaci małej, kieszonkowej książeczki, którą można zabrać w każdą podróż – nawet wkładając ją do tylnej kieszeni dżinsów ? Z reguły tak te teksty powstawały (w drodze) i taki ich sposób czytania pewnie byłby najbardziej naturalny. W ciągu tego tygodnia zrozumiałem jednak, że to się już stało – bo tymi małymi książeczkami są przecież dzisiejsze smartfony ? Można je zabrać w każdą drogę, mają nieprawdopodobny zasięg i ja sam mogę mieć do nich dostęp tam, gdzie jestem. Dla mnie to spełnienie tego pragnienia…. ?

Zaktualizowałem w menu teksty w zakładce „MYŚLI – tekst”. Będę to robił raz w tygodniu. Oprócz tego kontynuuję wpisy na Instagram. Zauważyłem, że to właśnie Instagram najbardziej odpowiada mojej koncepcji „kartek na wietrze”.

——

OPUBLIKOWANE W13 LIPCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Dezyderata..”
Dzisiaj….coś innego niż zwykle – nagranie dźwiękowe. Prosty tekst, który zawiera cenne drogowskazy życia. Natknąłem się na niego 30 lat temu. Kiedyś przepisywałem takie rzeczy i wieszałem je sobie nad łóżkiem. Miałem tego wiele. Jeżeli coś mnie urzekło w sposób szczególny – uczyłem się tego na pamięć, żeby sobie przypominać o tym w różnych sytuacjach. Wielu było ludzi, którzy mieli na mnie duży wpływ tym – co robili, jak myśleli. Dezyderata, to jeden z takich utworów. Jest na niecałą kartkę A4, a zawiera tyle treści.

Czasem,…. po południu – zakładam sobie okulary….. i czytam – np. to poniżej. A tak przy okazji, to w weekendy nie lubię się golić. ?

 

Pod nagraniem – link do historii tekstu oraz pełny tekst (jeżeli ktoś woli sobie poczytać, zamiast słuchać mnie.

——-

OPUBLIKOWANE W6 LIPCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„What are you waiting for…”
– I na Ingrid właśnie zakończę nasze dzisiejsze spotkanie z tangiem, proszę Państwa. Teraz mamy wyjątkową okazję zobaczyć kino w kinie. Dziękuję bardzo za ten piękny wieczór. Mam nadzieję, że zabierzecie Państwo ze sobą dzisiejsze inspiracje. Kluby tanga są w całej Polsce i łatwo je znaleźć. Może jeszcze kiedyś się spotkamy – powiedziałem …… i po chwili wyłączyłem mikrofon.

Na sali panował ten miły półmrok, jaki tak lubię. Opuszczone rolety pozwalały na bardziej kontrastowy obraz z rzutnika. Na wielkim ekranie – Ingrid maluje czerwoną szminką usta. Zachodzące słońce …..pulsowało. Pełnia lata, a lato ubiegłego roku miało wiele pięknych dni. W trakcie spotkania powoli zachodziło. W tamtym momencie rzucało jeszcze ostatnie promienie.

Goście wpatrują się w obraz na ekranie. Przyglądam się zawsze ich reakcjom. Mają w oczach coś z rozmarzenia, z błysku, z ekscytacji…..to dobrze. Właśnie to chciałem w nich obudzić.

Potem się żegnamy, wymieniamy jakieś spostrzeżenia. To zawsze były miłe rozmowy. Seans się kończy……. Na sali VIP hotelu Belweder zostaję sam……

Zdejmuję swoją ulubioną, czarną marynarkę i wieszam na krześle. Jest bardzo ciepło. Mam ochotę przejść się po drewnianym parkiecie. Każdy, kto kocha taniec…zwraca dużą uwagę na parkiet. Ten tutaj jest idealny. Ma swój niepowtarzalny charakter.

Rozglądam się wkoło…..piękne miejsce – wyjątkowe. Ktoś zaprojektował je w stylu angielskiego klubu z lat przedwojennych. Ściany w orzechowym drewnie. Sofa i fotele, jak z lat 20-tych. Wielka komoda, na której wykładane były zawsze małe kanapeczki (vol-au-vent) i stały srebrne cooler’y z lodem. W nich świetne wino…..ja zawsze oprócz białego wstawiałem tam też czerwone. Tak lubię. Ale największą atrakcją były ogromne lustra, na centralnej ścianie i tej na przeciw, przy której paliły się świece. Wielkich świec na ten wieczór było więcej. Lustra dododawały temu wnętrzu niesłychanej przestrzeni, chociaż wcale nie jest takie wielkie. Mogło pomieścić jakieś 15 osób. Po bokach były też niewielkie lampki, dające urokliwy nastrój świetlnej miękkości. Na środku tych luster stał mały, ciemnobrązowy stolik a na nim wielki wazon z nieprawdopodobną ilością czerwonych róż. Po ich bokach także dwa świeczniki. Róże zamówiono specjalnie na tę okazję. Hotel miał gest…

Pokochałem to miejsce od pierwszego wejrzenia. Natychmiast skojarzyłem je z tangiem. To się musiało tak skończyć.

Wszystko razem dawało klimat, jaki znajdywałem w kinie, na filmach o tamtych latach. Zaprojektowano je na potrzeby spotkań biznesowych – w niewielkim gronie. Tymczasem wyobraźnia podsuwała mi różne pomysły. Przenosiłem się więc momentami w czasie. A przecież był rok 2018 – lipiec.

Zbliżyłem się do okna. Słońce już zaszło. Pod oknami, na dole było na trawie pełno pustych leżaków. W ciągu dnia goście hotelowi kąpali się na nich w słońcu, a potem wskakiwali do basenu obok – albo na przemian. A basen jest tam rzeczywiście wyjątkowy….i do tego całoroczny.

Teraz jednak nie było już nikogo. Świerszcze powoli wypełniały ciszę wieczoru. Widok ustrońskich gór z tego miejsca jest przepiękny. Gdzieś w dole – miasto….sobotni wieczór. Wszyscy chcą się bawić….żyć….kochać.

Stojąc tak w oknie, zacząłem wyciągać spinki z koszuli. Podwinąłem rękawy,…..zdjąłem czarny krawat. Pozostały jedynie szelki ze srebrnymi zatrzaskami. Czerń i biel…..to kolory, które z tangiem są mocno związane. To taniec skrajnych emocji. Do tego dochodzi jeszcze czerwień……jak te róże, przy lustrze i płomień….jak te świece.

Wciągam świeże powietrze w płuca.

Piękny ten wieczór – myślę – ale trzeba powoli iść.

Stanąłem na środku sali i popatrzyłem w lustro…….

Pomysł przyszedł sam. Wypiłem już razem z gośćmi trochę argentyńskiego wina i moja własna fantazja przejmowała nade mną kontrolę. Była zresztą jeszcze połowa butelki w coolerze i zostało trochę vol-au-vent.

Stałem na wprost, układając ręce jak do objęcia. Dokładnie tak, jak uczyłem tutaj swoich gości, kiedy tańczyli w parach. Wykonałem pierwsze kroki „paso básico„…obrót, colgada……..powrót do pozycji początkowej.

– Odstawiasz tu Dirty Dancing, Jarosławie…. – pomyślałem i od razu się uśmiechnąłem. Nie jesteś do końca normalnym, prawie 47- latkiem…..

Ok,…to jeszcze raz – tym razem, po kilka razy „Lapiz” i „Paso cruzado”….. Znowu się zatrzymałem. To, co najbardziej lubię w tangu – to jego figury. Adaptuje je do współczesnej muzyki. To daje nieograniczone wprost możliwości. A nade wszystko te figury można składać w sposób improwizowany, co daje ogromne możliwości ekspresji, wzajemnych kombinacji, zmiany akcentów….

Po chwili przypomniałem sobie o czymś, co miałem na dysku… Tango, które kocham – powinno się tańczyć do tego – myślę głośno – właśnie tak. Dokonać w nim rewolucji.

W końcu podszedłem do komputera. W wielkich głośnikach Yamahy usłyszałem pierwsze dźwięki. Były takie czyste, że podkręciłem jeszcze bardziej regulator. Pomieszczenie wypełniało się tym, co wylewało się z głośników. Na ekranie – dziewczyna wchodzi do tajemniczego pomieszczenia, w lekkim półmroku….zupełnie jak tutaj. Rozgląda się.

Dałem się temu ponieść i zacząłem tańczyć….

Słyszę Ellie…

You’re the light, you’re the night
You’re the colour of my blood…

——-

OPUBLIKOWANE W30 CZERWCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Słońce Toskanii…”
Miałem dzisiaj napisać o czymś zupełnie innym. Od wczoraj o tym myślałem. Tekst miał być o kolejnym z moich ulubionych artystów – nazywa się David Downton. Widziałem tysiące różnych portretów – ale jego po prostu mnie urzekły. Dla mnie to król „Fashion Drawing”, który tę dziedzinę podniósł do rangi sztuki. Znalazłem go jakieś trzy lata temu. Niezwykła prostota wyrazu, połączona z ogromną wrażliwością i minimalizmem. Jego portrety po prostu żyją. To wyjątkowy człowiek.
Brałem jednak przed chwilą kolejny prysznic (w takie gorące dni to jest prawdziwe domowe SPA) i już podczas kąpieli zacząłem zmieniać tematykę tego, o czym napiszę……..zwrot akcji – dla mnie norma.

Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich może zainteresować malarstwo a temat przyszedł sam. Zaraz po kąpieli skojarzenia pojawiły się samoistnie. W salonie, złote żaluzje pospuszczane w dół. Nawet wielkie, drewniane okiennice z poziomymi łopatkami przepuszczają tak silne, późnoczerwcowe słońce. Jest dokładnie na wprost szklanych ścian – wślizguje się do środka każdą szczeliną. Przez otwarte okno wpada całe szczęście lekki powiew i raz wpycha a raz wciąga cienką, białą firanę. Czerwone, lniane zasłony ledwie zasłaniają widok na zewnątrz – zieleń gór malowana silnym słońcem. Te czerwone zasłony wnoszą południowe zabarwienie przestrzeni w środku. Powietrze staje się wręcz lekko czerwono-pomarańczowe.

Siedzę tak przy wielkim i ciężkim, drewnianym stole – z Rosji, co ciekawe (made in Ikea). Uwielbiam ten stół. Dla mnie porządny stół, to podstawa domu. Centralne miejsce życia. Miejsce, przy którym wiele się dzieje, przy którym koncentruje się rodzinne życie.

Na wprost ustawiłem mocny wentylator. Mamy taki – chromowany, wzorowany na lata 40-te. Cały jestem taki „Old fashioned” – więc spodobał mi się kiedyś od razu. Teraz po kąpieli owiewa moje jeszcze wilgotne ciało. Czuję przyjemny chłód. Zrobiłem sobie „caffe shakerato” – z podwójnego i mocnego espresso (przepis podaję na dole tekstu). 20 lat temu pierwszą taką kawę robiłem w litrowym słoiku, bo nie miałem shaker’a ? Widziałem, jak robi to barista. Pamiętam go w „Del Fioro”. W białej koszuli i muszce, białym garniturze. Tak się tam chodzi. Z uśmiechem shake’ował ten napój. Ja też tak chciałem. Piję je teraz z wielkiego kieliszka. Kawa w każdej postaci – także tej na zimno, kiedy jest dobrze zrobiona – dla mnie to coś, co daje mi radość. Zostało też jeszcze trochę „cantuccini” (ciasteczka z migdałami) i parę czekoladowych ciastek z cytrynowym nadzieniem………. W czasie pisania będę więc sobie przypominał różne smaki ?

Mhmmmmm…..chyba nie mógłbym w tym momencie napisać o niczym innym – właśnie.

Podobnie jak z południem Francji – jest dla mnie z Toskanią. Kiedy nie ma mnie tam jakiś czas – myślę o niej. To magiczne miejsce, gdzie historia jakby się zatrzymała. Gdzie stare, średniowieczne miasteczka, ze swoimi klasztorami i kościołami – od wieków stoją sobie na małych wzgórzach. Wokół winnice i gaje oliwne. Wiosną żółte kwiaty….wszędzie wokół. Potem słoneczniki, w ilościach nieprawdopodobnych. A nocą….ptaki, cykady, świerszcze i co tylko – śpiewa, jak nigdzie indziej. Wino ma tam swój smak. Kupuje się je w baniakach 5 litrowych z takich dystrybutorów wina. Kosztuje grosze i jest wspaniałe – zwłaszcza schłodzone. Ja najbardziej lubię czerwone, schłodzone mocno wino. Mało kto tak robi – …… ale ja nie lubię robić tak jak wszyscy – lubię szukać tego, co mnie akurat odpowiada. Odkrywam przy tym rzeczy nowe. Tak lubię. Zawsze szukałem własnych zmian, ulepszeń – a czasem wywrócenia wszystkiego do góry nogami.

Pomieszam dziś trochę tematów – jak to ja. Trochę o Wiśle….trochę o przemyśle. Potem okraszę to wszystko trochę po swojemu (mam takie woreczki z własnymi ziołami i przyprawami). Lekko zamieszam – i gotowe.

Dzisiejszy tekst będzie trochę jak włoska kuchnia. Zwłaszcza ta toskańska – niezwykle prosta w składnikach i prosta w przygotowaniu, ale jaka genialna ! Chłopska, zwyczajna. Sycąca i dająca życie. Te dania może przygotować każdy. Mają zazwyczaj mało składników – nawet czasem tylko 3. Warzywa kroi się grubo. Wszystko przygotowuje szybko. To odpowiada mojemu stylowi myślenia. Danie daje mi energię życia. Nie musi być skomplikowane. Kiedy jest sycące i smaczne – jest w nim wszystko. Zresztą, gdyby się przyjrzeć temu bliżej, to większość dań, jakie znamy ze świata – to dania wymyślone przez ludzi prostych – dania chłopskie i robotnicze. Dające siłę i radość. Tam jest sekret. Potem takie pomysły przenosi się z niewielkimi zmianami do wielkich restauracji i kasuje grubo klientelę. Tymczasem prawda jest bardzo prosta. Czy można chcieć więcej ? W prostocie i zwyczajności jest klucz. Szczęście jest generalnie w rzeczach prostych. To właśnie proste szczęście możemy też wyczarować sami…….gdziekolwiek jesteśmy. Wystarczy odrobina pomysłowości i wyobraźni. Nie trzeba wcale jechać aż do Toskanii. Gdyby ktoś jednak chciał, to mamy teraz tanie połączenia lotnicze do Rzymu. Stamtąd najlepiej wynająć samochód. Jeżeli ktoś zamierza być tam tylko kilka dni – to najlepszy pomysł. Potem poniżej 2 godzin jazdy i można się znaleźć w samym środku Toskanii. Jest też piękne morze, bo Toskania to nie tylko część śródlądowa – to także wybrzeże. Jest tam wiele miast i miasteczek wartych obejrzenia. Wśród nich te parę dla mnie szczególnych, jak np. Viareggio. Teraz jednak chciałbym, żeby ktoś kto mnie teraz czyta, mógł przenieść się w wyobraźni w inne miejsce. Nazywa się Cortona. To jedno z wielu podobnych miasteczek o starej historii. Dla mnie wyróżnia je jedno – a mianowicie, to że w Cortonie kręcono film „Pod Słońcem Toskanii”. Ciepłą, romantyczną komedię, którą widziałęm już chyba z 6 razy. Jest to jeden z tych filmów, które można oglądać w nieskończoność. Ma w sobie słońce, spokój i ponadczasowość tamtych miejsc. Jeżeli ktoś nigdy nie był w Toskanii – niech obejrzy ten film…….i ją poczuje. Może tak zacznie się właśnie jego przygoda z tym magicznym miejscem. Kiedy po obejrzeniu filmu po raz pierwszy przyjechaliśmy na tamten rynek i usiadłem dokładnie w miejscu, w którym siedziała główna bohaterka, (wypisując pocztówkę dla kogoś – pisała o tym, co widzi i czuje w tamtym momencie) – to okazało się, że ja czuję dokładnie to samo. Taki sam piękny i słoneczny dzień. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem, oglądając film…….Nie zapomnę tego. Trzeba zobaczyć cały film, żeby wyłapać ten fragment. Na fragmentach filmu tego nie ma.

Cortona – rynek. To z tego miejsca bohaterka pisała pocztówkę.

 

Widok z miasteczka – na okolicę

 

Są miejsca, które nie wiadomo dlaczego – zapamiętujemy na całe życie, choć wydają się takie zwyczajne. Dla mnie jest to np. ta kamienna ławeczka – z bezkresnym widokiem ze wzgórza. Jest w tym widoku coś świętego….

 

Film, to historia pewnej kobiety, która po rozwodzie z mężem nie bardzo potrafi się w życiu odnaleźć. Mieszka w Stanach – po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ktoś przypadkiem namawia ją na podróż do Europy.

– Nie chcę nikogo spotkać – mówi bohaterka. Nie jestem na to gotowa.

Ostatecznie, daje się jednak przekonać……. ? Nic ją nie trzyma w starym życiu……. i postanawia (lecz bez specjalnego przekonania) – wyruszyć w tą podróż. I tak nie ma nic do stracenia.

W miejscu – zwanym Toskanią, jest stary dom do remontu, który można kupić i odnaleźć tam spokój życia. Decyzję podejmuje natychmiast – wiedziona instynktem.

Starsza właścicielka może go sprzedać za wysoką cenę komuś innemu, jednak decyduje się sprzedać go właśnie jej – czując przeznaczenie.

Początki są trudne. Amerykanka nie zna miejscowych obyczajów. Sama nie poradzi sobie też z remontem domu. Tutaj wynajmuje trzech „robotników” z Polski. W rzeczywistości są to jednak ludzie z przypadku. Jeden z nich jest profesorem literatury i czyta pokątnie Miłosza. Drugi jest ciepłym i wrażliwym człowiekiem, który sam potrzebuje pomocy. Trzeci, to młody chłopak – pełen życia i ciekawości świata. Poznaje piękną Włoszkę i w jej domu znajduje dla nich schronienie.

Robotnicy odwalali różne numery, jak np. podłączenie gorącej wody do spłuczki sedesowej ? – można było zaparzać herbatę. Przedstawiciel biura nieruchomości to kolejna postać, jaka uzupełnia ten krajobraz. Ci przypadkowo (albo i nie) spotkani ludzie powoli stają się jej najbliższymi istotami na ziemi.

Po początkowych, wielkich problemach – jakie wspólnie przeżywają, sprawy zaczynają się układać coraz lepiej. Pusty dom, w którym brakowało kobiety – zaczął powoli odżywać. Tak……kobieta jest domem. Mastroiani w „La Dolce Vita” miał rację. Kiedy przy fontannie „Di Trevi” w Rzymie, mówi Sylvii – w serii, jeden za drugim – różne komplementy – na końcu wypowiada jeden „Jesteś domem…..tak, jesteś domem”. Te słowa długo grały mi w uszach. Tamten film widziałem wiele lat temu, ale te słowa pamiętałem. Mężczyzna mówi do kobiety – „jesteś domem”. Zrozumiałem to……..

Tak więc Diane Lane (grająca główną rolę) stała się domem. To ona wypełniła starą, kamienną budowlę – swoim sercem, tak jak „dusza” wypełniała stare, przedwojenne żelazka – dając im ciepło.

Dalszej historii nie opowiem. Zachęcam do oglądania ?

Mamy teraz w Polsce upały, które dla nas są czymś wyjątkowym. Tam, na południu – to jest zupełnie normalne. Pamiętam, że bywały dni, kiedy musiałem trzy – cztery razy zmieniać w ciągu dnia koszulę, bo wystarczyło z klimatyzowanego pomieszczenia przejść przez jezdnię – żeby być całym mokrym ? No a do pracy Włosi chodzą bardzo elegancko ubrani i natychmiast obrzucą wzrokiem kogoś, kto nie „trzyma fasonu” ? Wyjście w porze lunchu na zewnątrz to kontakt z prawdziwym słońcem.

Gdyby się dobrze przyjrzeć, to w filmie jest więcej różnych i bardzo ciekawych wątków. Nie tylko ten główny – o kobiecie szukającej swojego miejsca na ziemi. Trailer’y nie zawsze wychwytują to zręcznie. Film jest zdecydowanie lepszy niż poniższy trailer, dlatego trzeba go po prostu zobaczyć w całości.

Tak więc poniżej link – mały skok w tamte strony ? Klik i jesteśmy…

„Pod słońcem Toskanii – trailer”

Te kolory…….to ciepło……prawda ? ?

Pamiętam, że po tym filmie – wiele lat temu – kupiłem lniany, jasnobeżowy garnitur letni. Do tego nosiłem białą koszulę, jak ten młody mężczyzna – w którym zakochała się „Dian Lane”. Swoją drogą, jak takie obrazy na nas wpływają – programują nas na całe lata i nawet podświadomie je odtwarzamy. Teraz garnitur wisi od dawna w szafie. Dalej w idealnym stanie. Nie byłem w nim chyba z 10 lat. Nie jest jedyny zresztą. W pokrowcach wiszą inne – lniany, ale czarny, albo szary wieczorowy, albo trzy-częściowy kremowy, itd…… ? To dawny ja….. krawaty, garnitury…..dziesiątki dopasowywanych koszul, butów….itp., itd. Mój Boże – …… byłem jak zupełnie inny człowiek. Nawet chyba z trzy razy kupowałem ten sam model kabrioleta, jaki jest na filmie. Jechałem po niego do Warszawy, potem Gdańska i Gliwic… Jak silne może być takie zaprogramowanie siebie…..zabawne. Pewnego dnia Artur zapytał:

– Tato, a gdzie ja będę siedzieć ?

W lot zrozumiałem, że takie kolejne auto jest nie na miejscu. Niby proste, ale ja tego nie rozumiałem. Cóż z tego, kiedy będzie drugie – kiedy w tym nigdy nie pojedziemy razem. …Wypożyczyć jednak taki samochód – chciałbym znowu. Wrażenia z jazdy takim mocnym roadster’em są niesamowite. Do tego polne, kręte drogi….wzgórza, brzeg morza. Tęsknię za tym. No cóż…..romantyzm to coś, co po prostu nie przemija. Nie muszę czegoś mieć na własność, żeby się tym cieszyć. To też jeden z wniosków, jakie przyszły w ciągu lat życia.

……….No i jak to ja – zastanawiam się teraz, co ja tak właściwie napisałem ? Poleciałem myślami daleko. Zmieszałem groch z kapustą……..i właściwie dlaczego ? Co mną kierowało ? Często coś robię instynktownie i dopiero potem zastanawiam się dlaczego robię coś tak, a nie inaczej. I teraz też się zastanawiam. Co więc łączy David’a Downtona, Toskanię, włoskie dania, caffe Shakerato i zwykły dębowy stół w naszym salonie……. ?

Prostota. Genialne piękno prostoty.

W niej jest odpowiedź. Czasem ktoś inny musi nam pokazać to, na co patrzymy codziennie i tego nie widzimy. Patrzymy i nie widzimy. Kafka miał rację, kiedy powiedział „Szczęście jest jak lina, zawieszona nisko nad ziemią. Ludzie prędzej się o nią potkną, …..niż je zauważą”.

Potem, kiedy inni to docenią – nagle wszyscy to doceniają i tak zaczyna się legenda. Czy my jednak, w naszej prostocie i codziennym życiu – nie mamy rzeczy równie pięknych ? ?

A śląski żur ?

A barszcz (prosta zupa z buraków) :

A zwykłe polskie ziemniaki – najlepsze, jakie znam ?

Po powrocie do Polski długo jeszcze szukałem tej prostoty wszędzie. I znajdywałem ją. Widziałem jej piękno lepiej niż kiedykolwiek. I doceniłem znaczenie stołu w rodzinie. We Włoszech to podstawa. Tam kolacja jest codziennym świętem. To święto życia. Prosty posiłek i kochający ludzie wokół stołu. Takie kolacjowanie („Cenare”) trwa nawet parę godzin. To piękny zwyczaj, łączący ludzi po pracy. I nie trzeba mieć do tego pieniędzy. Wystarczy chęć wspólnego bycia. Posiłek jest tu uzupełnieniem a nie głównym celem. Oni to rozumieją. To jedna z rzeczy, które od razu rzuciły mi się w oczy, kiedy rozpoczęliśmy swoje życie w tym kraju. To wielka mądrość, której warto się od Włochów nauczyć.

Piękno prostoty trzeba po prostu umieć zauważyć. W ogródku działkowym moich dziadków, gdzie spędzałem zawsze większą część wakacji – znajdowałem ten sam nastrój i słońce, które znalazłem tam, we Włoszech. I z pomidorami – pełnymi słońca, które uprawiał na ogródku dziadek – mogły się równać jedynie te toskańskie ?

A teraz wrzucę parę linków dot. włoskich tradycji. Poniżej przepis na caffe shakerato. Jest po włosku, ale tu słowa są niepotrzebne.

 

Jedno z klasycznych włoskich dań……jakie proste. Świadczy o tym choćby długość tego filmu i składniki, jakie dziewczyna prezentuje na początku. Można bez wahania powiedzieć, że te przepisy z pewnością Włochom dał sam Bóg ? Ich dania są tak proste i genialne, a jednocześnie tak pyszne…

 

Jeden z klasycznych włoskich likierów – ten akurat pochodzi z Sycylii. To „Limoncello”. Nie mylić z polską „Cytrynówką”. To dwie zupełnie różne rzeczy. Włosi często robią ją sobie samodzielnie. Przy podaniu smakuje znakomicie mocno schłodzona ?

 

No i chyba na koniec linii do David’a Downtona – bo tak miało dzisiaj być ?

David Downton

i jego oficjalna strona

David Downton – official web

David pracuje instynktownie, szybko – wykonuje parę pociągnięć pędzlem i gotowe. Jak we włoskiej kuchni. Ale to pozory – ta prostota wymaga wielu lat praktyki. Kiedyś zainspirowany jego pracami – malowałem na szybko czarnym tuszem, na wielkich pudełkach po pizzy (znowu te Włochy). Z reguły za chwilę musiałem gdzieś lecieć (taki okres) i to potęgowało konieczność streszczania się. Oto jedna z prób namalowania Juliett Binoche – jedyne pudełko, jakie mi zostało. Resztę zdjęć ostatnio straciłem, a pudełka wyrzuciłem. Szkoda – takie życie ?

 

I inna, dawna moja proba w jego stylu…temat był wlasny..

 

Teraz tworzę we własnym stylu. Ponieważ jest gorąco – wymyśliłem coś takiego…brak tylko wentylatora na tym obrazie….jest gdzieś z lewej strony ?

 

Tak więc widzę, że napisałem groch z kapustą. Ale czy to proste, ludowe danie z naszych stron też nie zasługuje na wyżyny ? ?

———

OPUBLIKOWANE W23 CZERWCA, 2019 PRZEZ ADMIN
Jack Vetriano a Szkoty/Ślonzoki (jedyn pieron…hajery)…
Jack’a Vetriano (wł. Jack Hoggan) – szkocki malarz. Lubię jego styl, dobór tematu, wrażliwość na kolory, jego nastrój i jednocześnie ponadczasowy spokój, który jest w tych obrazach.

To jeden z moich ulubionych malarzy. Jest całkowitym samoukiem – to fantastyczne. Z jego sztuką zetknąłem się wiele lat temu – przypadkiem..

To ten szkocki górnik, o którym wspomniałem wcześniej. W którymś momencie życia zajął się malarstwem. Zna smak węgla w ustach i pot na plecach, od prawdziwej, ciężkiej pracy na dole. Zna szarość górniczych miasteczek i pył zawieszony w powietrzu. Gdzieś tam w dalekiej Szkocji mieli bardzo podobne klimaty – jak my na Śląsku. Widać to też na filmie, którego link zamieszczam pod obrazem. Między innymi dlatego Vetriano jest mi tak bliski. Może dlatego, tak dobrze rozumiem jego sposób tworzenia. Trzyma się też z daleka od snobistycznej elity (co go wyróżnia i co mi bardzo imponuje). Robi to, co czuje że powinien robić – bez względu na modę i trendy. Przez długi czas nie pokazywał swoich prac. Robił to z wewnętrznej potrzeby. Przez wielu krytyków nie jest uważany za artystę i jest odrzucany w pewnych środowiskach artystycznych. Jego prace jednak mówią same za siebie. Są po prostu piękne.

Zamieszczam też ciekawy film o nim, zrealizowany przez BBC. W 5 minucie filmu opowiada o swojej historii. Wspomina miasteczko, z którego pochodzi i mówi:

…..and my father was a coal miner and my grandfather was a coal miner (…… skąd ja to znam – zupełnie jak u mnie ).

Bardzo też lubię jego szkocki akcent – jest inny. Gwara śląska też jest inna. To język górników. Język, którego nie powinno się było używać w szkole – bo to nie podobało się nauczycielom i można za to było mieć wizytę rodzica. Uważano górników za ludzi niższej „kasty”. Uważali ich za takich ci, którzy przyjeżdżali z zewnątrz. Gdyby się trochę nad tym zastanowić, to trudno się dziwić temu, że Ślązacy są tacy „hermetyczni” w relacjach. To ma gdzieś swoje podłoże. Wszyscy, którzy tu przyjeżdżali – przyjeżdżali zarobić na węglu a górnik był jedynie środkiem do osiągnięcia tego celu.

Komin na kominie, szyb górniczy na szybie…. – krajobraz moich stron. Zimą powietrze po prostu lekko białe. Oprócz kominów z hut i zakładów – dym z domów, z piecy węglowych. Białe koszule zakładano tylko w niedzielę. Na kołnieżyku najlepiej widać było jakość powietrza. Powietrze zawsze miało swój zapach…zwłaszcza zimą.

Dzisiaj rano przeglądałem stare fotografie. Znalazłem parę fajnych z Siemianowic (ze Śmianowic – jak mówi ktoś, kto jest naprawdę stamtąd). Sam też zbieram tego typu fotografie. Siemianowice były ostatnim niemieckim miastem na wschodzie, w czasie zaborów. Stąd aż do Japonii – była Rosja i stąd aż do Francji – Niemcy. Kawałek dalej (od Mysłowic – Trójkąta Trzech Cesarzy), dodatkowo wbijało się trzecie mocarstwo – i stąd aż do Morza Śródziemnego – Austro Węgry. Śląsk jednak był tu cały czas…..nigdzie się nie ruszał. To do niego przyjeżdżano – po „czarne złoto”…. prawie jak na Alasce ?

 

Teraz Śląsk już się zmienia, ale jeszcze do mojej młodości „Cowiek widzioł cym dycho” (człowiek widział, czym oddycha). A to mówi samo za siebie. Oto fotka z lat, kiedy na świecie budował się Nowy Jork. W Paryżu pamiętano jeszcze echa słynnej wystawy światowej. Do USA i Argentyny zmierzała statkami wielka włoska emigracja.

A u nas w tym czasie było tak… (my, w swoim czasie mieszkaliśmy na końcu tej drogi i kawałek w lewo. Były tam kolejne kominy ? )

 

Poniżej foto obecnej ulicy Fitznera – widać po lewej, na samej górze nasz budynek z 1895r. Na przeciw, po prawej – prawie niewidoczna willa Fitznera.

 

Na poniższym zdjęciu oznaczyłem balkon, który po 100latach mieliśmy zająć my – rodzina Makosz ? Na przeciw willa Fitznera, z jej wieżą w stylu północno-afrykańskim.

 

Dla porównania – poniżej jedno ze szkockich, górniczych miasteczek – z tego okresu. Z mojej rodziny w swoim czasie – zaraz po wojnie – też ktoś wyjechał do Szkocji.

 

Aż chciałoby się powiedzieć „Szkocja/Ślonsk – jedyn pieron…….” (wszystko jedno). Swoją drogą – piękne jest światło słoneczne na tych starych fotografiach. Wybierano właśnie takie momenty. Inaczej zdjęcia by nie wyszły.

Poniżej Nowy Jork w tym samym czasie..

 

 

Jakże świeżo prezentują się na tym tle te dwie panie poniżej, na obrazie Vetriano……wow. Jak on bardzo szuka soczystości kolorów – wręcz łaknie tego. Robi to pewnie instynktownie. Brakowało mu tego. Kliknijcie sobie na ten obraz a otworzy się link do innych jego prac.

 

A oto film o jego pracy i historii – część 1/2.

Ja, podczas swoich prac robię nie mniejszy bajzel niż Vetriano. Maluję sproszkowanym grafitem i węglem. Używam do tego pędzli, palców, wiszerów. Tworzy się pobojowisko. Brudzę przy tym nieziemsko. Tak więc z węglem chyba całe życie będę mieć kontakt. Jak nie tak – to inaczej ?

 

Teraz wiecie już kto to jest Vetriano.

I na koniec ciekawostka. McDonalds postanowił w niektórych ze swoich placówek umieścić jego obrazy na ścianach – w formie fototapety. Teraz kojarzycie te łodzie, albo parę tańczącą pod parasolem na plaży ?….. właśnie ? To on……

Miłego, niedzielnego popołudnia..

Jarek

Aha – a hajer to górnik – grubiorz – chop, kiery robi na grubie (kopalni) ?

Poniżej górnicy z Kopalni Siemianowice – pierwszy z lewej to mój ojciec.

 

OPUBLIKOWANE W17 CZERWCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Echa Śląska”
Kiedy tydzień temu zapowiedziałem, że napiszę tekst „Echa Śląska” – nie spodziewałem się, że będę go pisał w okolicznościach tak różnych. Zamierzałem zrobić to tam, na miejscu – w Siemianowicach Śl. Ja jednak sam nigdy nie wiem, co zrobię za chwilę a co dopiero za tydzień….no i tak to już ze mną jest……

Piszę więc z miejsca, gdzie chciałem być dawniej, w swoich marzeniach. Piszę stąd natomiast o tych miejscach, w których byłem wtedy. Tak więc, daje mi to możliwość spojrzenia z innej perspektywy na siebie samego, na swoje pragnienia, marzenia…..fantazje….
Postanowiłem opowiedzieć o moim spojrzeniu na Śląsk – miejsce, w którym się urodziłem, wychowałem i spędziłem większą część życia. Temat jest obszerny, więc na pewno nie chciałbym go zakończyć na tym wpisie. Dotknę natomiast jednego elementu – obrazu…..

Od dzieciństwa starałem się szukać piękna gdziekolwiek. Szukałem go nawet tam, gdzie pewnie nikt nie zatrzymałby się nawet na chwilę. Jako, że do ukończenia szóstego roku życia wychowywałem się w bardzo ograniczonym świecie i niewiele wiedziałem o tym, co jest na zewnątrz (niewiele też wiedziałem o ludziach – oprócz tych mi najbliższych) – bardzo dużo sobie dopowiadałem, „dowyobrażałem”. Świat rysowałem po swojemu. Wyłapywałem światło, dźwięki, zapachy. Wszystko niosło jakąś treść. Do dziś np. pewne dźwięki poruszają we mnie struny dawno zapomniane. Otwiera się wtedy jakby dawny wszechświat. Nie podejrzewałem nawet, że on ciągle we mnie istnieje. Jestem w wieku, w którym coraz więcej przypominam sobie rzeczy dawniejszych i odkrywam, jak wielkie mają one znaczenie w dalszym życiu człowieka. Jak często determinują nas podświadomie.

Teraz jednak opowiem o świetle, które jest podstawą obrazu. Kocham zwłaszcza ciepłe, popołudniowe światło słońca. Jest dobre,….. spokojne. Wydobywa nieprawdopodobną plastyczność ze wszystkiego, na co się położy. Cienie są długie,… bo słońce jest niżej. Tego typu efekt jest zwłaszcza wiosną, wczesną jesienią i w letnie, gorące popołudnia.

Z naszego domu, z ogrodem obserwowałem wtedy często wysoką, ceglaną ścianę. Cegły były niby czerwone. Jednak słońce robiło z nimi cuda. Raz były głęboko i soczyście czerwone, raz wesoło-marchewkowe, a kiedy indziej wręcz świeżo-pomarańczowe. Ponad tą ścianą było zaś piękne, błękitne i bardzo głębokie niebo. To zestawienie ściany z niebem i mocnym słońcem – to były trzy elementy, które budowały moją pierwszą kompozycję. Nie potrafię tego chyba lepiej opisać, ale uczucia których doznawałem były niezwykłe. To był spokój, połączony z pewnością, że czeka mnie za chwilę coś dobrego…..

Jak można zachwycać się zwykłą, ceglaną ścianą ?…….. Ja mogłem. Na tym zdjęciu, pomimo, że jest czarno – białe jest podobny klimat, jak z moich wspomnień.

 

Nawet dziś, kiedy widzę podobne ściany – zatrzymuję się i patrzę w niebo… Robię czasem takie oto fotografie…

 

Śląskie cegły są niezwykle plastyczne i ciepłe…. Może to śmieszne, co piszę, ale tak jest. Ja to wiem. W niepogodę są szare i zakurzone od węgla. W piękny dzień oddają z siebie wszystko… Ta ściana też mnie zaciekawiła i zrobiłem zdjęcie.

 

Jeden z pierwszych pięknych obrazów, jakie widziałem to zachód słońca na horyzoncie, z szybem górniczym w tle. Dziadek zabrał mnie na wielkie pole zboża. Na pierwszym planie miałem jego kłosy….a w oddali szyb i kościół. Słońce było wręcz czerwone. Słyszałem ciche stukanie pociągu z węglem. Cykały świerszcze. Dziadek miał na sobie bardzo białą koszulę i kapelusz. Patrzyliśmy w to słońce w milczeniu. Niestety nie znalazłem bardzo podobnego zdjęcia, bo na poniższym brakuje zboża i kościoła. Kolor nieba jest jednak podobny. W tym zdjęciu jest ta sama święta cisza….

 

Od zawsze byłem ciekawy tego co jest dalej – za horyzontem. Kiedyś wymyśliłem sobie, że wskoczę do towarowego pociągu i pojadę w świat ? Nie mogłem jednak zrobić więcej niż wskakiwać na gapę do różnych autobusów i jeździć do końcowych przystanków – tam i z powrotem. To był najtańszy sposób na poznanie „świata”. Wbrew pozorom – bardzo dużo wtedy zobaczyłem ciekawych rzeczy.

Poniżej rampa kolejowa przy Hucie Jedność, gdzie planowałem wskoczyć kiedyś nad ranem do pociągu ?

 

Musiałem jednak trochę poczekać, aż dorosnę. Ledwie dali mi pierwszy paszport w znowu wolnej Polsce (w 90r) – pojechałem od razu…..do Paryża. Marzyłem o tym. Do Francji mam wielki sentyment. Spotykały mnie tam zawsze dobre rzeczy.

Tam jest lekkość, przestrzeń, pogoda życia, beztroska….życzliwi ludzie. Zapach miłości jest wszędzie. Tacy oni są. Mam z nimi dużo wspólnego.

Kiedyś często jeździliśmy na Lazurowe Wybrzerze. Prawie każdy wolny weekend spędzaliśmy nad morzem. Z Turynu mieliśmy blisko. Potem już tylko co 2-3 lata. Zawsze brakuje mi tego miejsca…..kiedy dłużej mnie tu nie ma.

Nigdzie indziej chyba, jak tylko tutaj – można spotkać tak wielu mężczyzn w błękitnych koszulach ? Są z tej samej bajki co ja ? Kiedy tu przyjadę – zauważam to od razu.

Uwielbiam tutejsze słońce. Jest dokładnie takie, jak sobie wyobrażałem kiedyś, oglądając jako dziecko filmy z żandarmem z Saint Tropez, w naszym Siemianowickim, małym kinie. Wiedziałem to wtedy i wiem to też dzisiaj. Sprawdziłem to doświadczalnie ?

Poniższe zdjęcia zrobiłem przedwczoraj. Udało mi się na nich uchwycić błękit tutejszego nieba i moc słońca na ścianie budynków. Jest bardzo ciepło.

 

Idąc promenadą zauważyliśmy puste niebieskie krzesło. Jakże charakterystyczny obraz dla tego miejsca (jest ich tu wiele na promenadzie – najczęściej przy dużym słońcu – ludzie zabierają je pod palmy, które mamy za plecami)….zrobiłem z zachwytu foto tej biało-błękitności.

 

Tak na marginesie – to jestem też miłośnikiem posterów z tamtych stron. Tak tych starych – z lat 20-tych i 30-tych, jak i nowych. Kolory, jakich się do nich używa i gra światłem są absolutnie unikalne.

 

 

 

 

 

Jak widać jestem chłonny kolorów. Mimo tego, że sam maluję na sucho grafitem w czerni i bieli. Rozmazuję go palcami i pędzlami – dotykam papieru i wyobrażam sobie światło….kolory. Pozostawiam też ich doobrażenie sobie odbiorcy. Każdy z nas ma swoją wyobraźnię i dopisuje sobie dokładnie to, co jest w nim samym. Mnie, w moich pracach – zawsze chodziło o powiedzenie jak najmniej i jak najprostszymi środkami, tak aby to odbiorca dopisał resztę…

Tę samą błękitność co na francuskiej riwierze znalazłem kiedyś w obrazie Jacka Vettriano – „Bluebird at Bonneville”. Podziwiałem ten obraz. Widać w tej pracy jego „złaknienie świeżości koloru”. Co ciekawe, Vetriano był szkockim górnikiem. Oglądałem filmy o nim i ich szkockie dzielnice miały dużo wspólnego z naszymi – śląskimi. W dni niepogodne – szarość i węglowość. W dni słoneczne pewnie wszyscy patrzyli do góry – w błękit i szukali światła. Tęsknota za światłem i kolorem była widać także u niego – przeogromna.

 

 

 

Kolory są cudowne ! To dlatego ja, dziecko ze śląskiego krajobrazu – tak bardzo za nimi tęskniłem i szukałem tego wszędzie. W tych obrazach to znajduję. To tak, jakbym spragniony w upalny dzień napił się chłodnego, pomarańczowego i świeżo wyciskanego soku…..cudowne uczucie.

———————————————–

Saint Tropez jest tak blisko – ledwie 1,5 godziny jazdy. Jednak teraz znowu do niego nie dojadę. Byliśmy tam tylko raz – w nocy i powiedziałem wtedy, że przyjedziemy w dzień, bo tak będzie najpiękniej. Uległem wczoraj wypadkowi w wodzie i skończyłem na pogotowiu. Szyli mi nogę. Odpłynąłem trochę za daleko od brzegu i przy dużej fali rzuciło mnie na wystające skały. Jednak dopłynąłem szczęśliwie z powrotem i teraz muszę siedzieć na miejscu w naszej willi – z nogą wysoko.

Siedzimy więc w Cannes, czytamy i jemy śródziemnomorskie sałatki. Do tego zagryzamy soczyste, chłodne melony i jak zawsze tutaj bagietki (taki tu jest zwyczaj). W gorące dni smakują świetnie. Pijemy zimne Rose i słuchamy szumu fal.

Willa ma wyjście wprost na morze. Cicho tu i dobrze.

 

Panuje tu klimat jak z filmu „Dobry Rok” Ridley’a Scott’a.

 

Właścicielka uwielbia, kiedy porównuje się to miejsce z tym filmem, ale naprawdę tak jest. To budynek z połowy 19 wieku, budowany w kolonialnym – trochę marokańskim stylu. Wyłożony kolorowymi mozaikami……Jest taki wewnątrz jak i na zewnątrz. Czuje się tu historię.

 

Przyjeżdżał tu kiedyś Jacques Cousteau (legendarny badacz mórz i oceanów) – jako, że jest tutaj szkoła płetwonurków od bardzo wielu lat. Siedzimy z nimi na tarasie wieczorem. Po swoich wieloletnich doświadczeniach pod wodą mówią np. takie rzeczy:

„wszystko jest nam dane tylko na czas życia – nic nie jest nam dane na zawsze”.
” powinniśmy szanować to, co dała nam matka natura. Nie jesteśmy jej wdzięczni”.
„dopiero pod wodą czuć prawdziwą potęgę natury. Tu, na lądzie mamy dopiero jej część”
Jacques Cousteau

 

Fajnie jest tego słuchać. Nigdy nie robiłem tego co oni i pewnie nigdy nie będę.

Znam natomiast dobrze „błękitną płytę” JMJ (Jean’a Michele Jarre) o tytule „Waiting for Cousteau”. Kiedy przyjechaliśmy do katowickiego Spodka, przed koncertem cały budynek wypełniony był dźwiękami tego cichego fortepianu, jakby zatopionego w bezkresnym oceanie. Płyta magiczna……

———————————————-

Tymczasem wysokie upały są tak w Polsce, jak i tu. Tyle, dzięki bliskości morza – inaczej się to odczuwa.

Rozleniwienie więc błogie………beztroskie……i można słuchać np. muzyki z filmu „Good Year” ?

Ostrzegam – jeżeli ktoś już widział ten film, to ta niepozorna melodyjka wpada tak w ucho, że będzie was kołysać delikatnie całe popołudnie ?

 

I kolejny szlagier z tego filmu – w sam raz na olewanie wszystkiego w ten gorący dzień….. ? Jeżeli ktoś zna film – wie, w jakim momencie był ten podkład – niezapomniane ? ? ?

 

Kiedyś podjechaliśmy do kina na ostatnie 15min filmu.

Poprosiłem o dwa bilety. Bileterka mówi:

– Przecież film się kończy. Wie Pan o tym ? – pyta mocno zadziwiona.

– Ależ oczywiście, że wiem – odpowiadam z uśmiechem, kłaniając się wprost do okienka – zdążyliśmy jeszcze przynajmniej na tę scenę – dorzucam – znam ją i wiem, że warto.

Tik Tak Tik Tik – piękna, wieczorna scena „kina w kinie”….open air

 

Jest dostępny też i trailer – ale nie oddaje on idealnie nastroju filmu, dlatego go nie zamieszczam. Trzeba zobaczyć koniecznie cały film.

Tak więc z poziomu tarasu obserwujemy sobie teraz ogród, basen, mnóstwo egzotycznych roślin. Nocą te rośliny pachną nieprawdopodobnie. Nocą też para młodych Francuzów wchodzi do basenu. Ona i on…w świetle księżyca. Dobrze wiedzą, że tu siedzimy i pijemy wino a jednak to robią……Życzę im szczęścia – z całego serca.

Dziś już wiem, że to miłość sprawia, że każde miejsce jest piękne. Bez niej życie nie miałoby dla mnie sensu….

Cannes/czerwiec 2019

———

9 CZERWCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Gitara..”
Już tyle lat jestem zakochany w tych kolorowych kulkach………I gram to po nocach.

Z tego powodu kupiłem swoją Ibanez.

Gitara Gonzalez’a -……….Heartbeats (bicia serc)…

Czy jeżeli się kocha….można przestać – ……… ???

Nie…….

————

jaro SHOP – opening soon

GIFTS ? !!!
OPUBLIKOWANE W5 MAJA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Imagine it and you’ll hear it…”
Nie bez powodu dwa dni temu zamieściłem na swoim blogu jmakosz.com, na Facebooku – fotografię tramwaju skręcającego w wąskiej uliczce. Skręcał w stronę światła – to była Lizbona. Napisałem „Zawsze chciałem wiedzieć, co jest za zakrętem. Dlatego ciągle jestem ciekawy świata…”. Już jako małe dziecko wsiadałem sam do różnych autobusów i jechałem aż do ostatniego przystanku, a potem w drugą stronę i znowu z powrotem. Tak próbowałem wszystkich możliwych linii. Oczywiście na gapę, bo kto by tam ukarał dziecko. Patrzyłem za okno z otwartymi ustami i tak poznawałem świat. Nikt tego nie wiedział – aż do dzisiaj ? .

Nigdy nie byłem w Lizbonie, ale wyobrażam ją sobie jako piękne miejsce – tak jak wyobrażali sobie bardzo wiele różnych rzeczy – bohaterowie pewnego filmu…..

Może kiedyś pojadę do Lizbony (przecież mam dopiero 47 lat ? ) i jestem przekonany, że będzie tam dokładnie tak – jak to sobie wyobrażam. Mogę też sobie wyobrazić (jak w filmie) potężny statek w porcie , choć wszyscy – nawet miejscowi mówią, że niczego takiego tam nigdy nie było.

Ian – postać w filmie i ja mamy z sobą wiele wspólnego. I to nie tylko z powodu zamiłowania do okularów typu Aviator. Obaj mamy w sobie w równym stopniu tak wielką wrażliwość – jak i siłę. Bo żeby pozwolić sobie na szczególną wrażliwość – trzeba być najpierw szczególnie silnym.

Rzadko zdarza mi się trafiać na postacie tak podobne do mnie – on jest….zabawne. Obaj też chodzimy własnymi drogami i szukamy rozwiązań tam -gdzie wszyscy mówią, że już ich po prostu nie ma i trzeba się z tym pogodzić.

Gdybym jeszcze raz miał zdecydować w życiu, czym się zająć – to zająłbym się robieniem filmów – takich jak „Imagine”. Takie filmy zmieniają ludzi……na lepsze. I o to mi chodzi ?

Chciałbym cofnąć czas, do momentu kiedy widziałem go po raz pierwszy. Opowiem Wam bardzo krótko, o czym jest. Zacznę od tego, że prawie nikt go nie zna. Takie rzeczy przemijają niezauważone . Kiedy się je jednak zobaczy, to się wie, że coś się wewnątrz nas zmienia. Jest to jeden z ważniejszych dla mnie filmów. To dlatego, że opowiada o rzeczach najistotniejszych – w sposób najprostszy.

Tak więc pewien niewidomy Ian, na przekór wszystkiemu – postanawia uczyć niewidome dzieci wyobraźni otoczenia. Robi to przy użyciu dźwięku. Wydobywa ustami dźwięki (mouth clicking – jak je nazywa „kląskanie”), które pozwalają mu zorientować się w tym, co go otacza. Wyobraża sobie w ten sposób – jak daleko jest ściana, krzesło, szafa, czy jakiś inny przedmiot. Podobnie zresztą robią niektóre zwierzęta. Dzisiaj nauka wie to na pewno. Wydają dźwięki i nasłuchują dźwięku odbitego. Ustalają w ten sposób odległość, wielkość, typ przeszkody. Spróbujcie sami ? Ja często słucham muzyki w całkowitych ciemnościach, albo gram na gitarze. To zupełnie inny odbiór zmysłowy. Zwierzęta wydają czasem ultradźwięki. (wykorzystano ten efekt np. w sonarach wojskowych). Ian wpada na to instynktownie. Nie poddaje się ułomności – próbuje, szuka rozwiązań. Takiego człowieka jak on nie można zniechęcić. Upada po porażkach i znowu wstaje. Idzie w tym jeszcze dalej i wyobraża sobie całe otoczenie na podstawie dźwięków. Mówi innym, że to możliwe, ale nikt mu nie chce uwierzyć. Próbuje tego uczyć niewidomych. Jedni mu wierzą, inni są sceptyczni, jeszcze inni uznają go za oszusta. Po raz kolejny powtórzę, że Einstein miał rację „Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza”.

Ian to człowiek niepokorny, który robi to czego nie powinien robić według niektórych – daje niebezpieczną nadzieję. Mówią mu, że się nie da – że to nie jest właściwa droga. Większość się podda, ale on dalej robi to, w co wierzy. Pewnego dnia, chcąc dowieść lekarzowi, że ma rację – porywa się na rzecz karkołomną. Chce udowodnić, że znajdzie właściwą drogę nawet na wielkim i otwartym placu pełnym hałasów. Nie udaje mu się jednak i wpada do dziury przez otwartą klapę. Pozornie ponosi klęskę, ale tylko pozornie, bo jednak doszedł do celu. Nikt tego jednak nie zauważył. Otwarta klapa, do której wpada była tylko nieszczęśliwym przypadkiem, nieznaczącym epizodem. To nie on znaczył o jego racji. To jednak wystarczyło, żeby go ostatecznie wydalić z ośrodka.

– Jest Pan niebezpieczny dla siebie i innych – mówi lekarz.

Ian odchodzi.

…………………………………..

W filmie jest przede wszystkim bardzo silny wątek miłosny. To uczucie, które rodzi się pomiędzy nim a inną niewidomą młodą kobietą z ośrodka. Tu nie będę zdradzał więcej……..

Jest wiele pięknych scen z Lizbony. Są uliczki zalane słońcem i spokój tamtego miejsca ……świadomość Atlantyku, który jest tuż obok. Ciepłego wiatru znad niego. Są staruszkowie grający spokojnie w szachy lub warcaby. Malutkie kawiarenki, ludzie pijący wino albo porto (ja też piję właśnie teraz wino. Miało być z Argentyny- a czytam z etykiety …. że z Portugalii -…….przypadek ?????).

Dla mnie najpiękniejszą sceną jest jednak ta, w której Ian odchodzi powoli przez ulicę Lizbony, w sobie tylko wiadomym kierunku. Dziewczyna, którą pokochał – pozostaje w ośrodku. Jako niewidoma – nie może iść do miasta. Nie rozumie tego, co się dzieje. Musi zdecydować, czy złamać zasady i iść szybko za nim – …… czy zostać. Świat na zewnątrz ją przeraża. Następuje moment ogromnego napięcia. Ona bije się z sobą…. boi się. Na mieście są tramwaje, samochody, ludzie – pełno niebezpieczeństw. W końcu zakłada okulary słoneczne, by nie zwracać na siebie uwagi i decyduje się to zrobić.

Idzie przez ulice, potykając się co chwilę, uderzając w różne przedmioty, potykając się o ludzi. Szuka go rozpaczliwie, krążąc po ulicach Lizbony. Zdaje sobie wreszcie sprawę z tego, że to on jest mężczyzną jej życia i jeżeli odejdzie – nie wróci już nigdy. Zrozumiała, że go straci…..

Czy go znajdzie ? Jak skończy się ta historia ? Zobaczcie sami. Zachęcam do obejrzenia filmu „Imagine”. Poniżej trailer i mój wpis na Fanpage. Miłego oglądania.

To tyle.

Ja ze swojej strony postanowiłem przerwać na jakiś czas moje wpisy na blogu. Pewnej pięknej niedzieli opublikuję znowu kolejny wpis. To będzie punktualnie o godz. 21.00. Jednak teraz chcę przerwać – …. zamilknę na jakiś czas. Tak mówi mi mój instynkt, a ja ze swoją naturą nie kłócę się nigdy. Ona zawsze ma rację ?

 

 

„Zawsze chciałem wiedzieć, co jest za zakrętem. Dlatego ciągle jestem ciekawy świata…jmakosz”.

 

„Imagine it and you’ll hear it…………………………………..”

———-

OPUBLIKOWANE W20 KWIETNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Will you still love me… when I’m no longer young and beautiful….. ?
Dziś wyjątkowo w sobotę – jutro Wielkanoc.

———————————————–

Niedawno odwiedziłem ważne miejsca.

Był środek kwietniowej nocy – coraz cieplej.

Księżyc świecił mocno i magicznie. Oświetlał moje miasto. Znam tu wszystko…….przecież jestem właśnie stąd. Tu jest jak w latach 20-tych. Są takie miejsca, gdzie nic się nie zmienia.

Kwiaty pachniały – jak wtedy, kiedy czułem w sobie tamten spokój i pewność, że idę dobrą drogą…..

Wiosenne, nocne powietrze wdzierało się do samochodu przez otwarte okna.

Widząc wielkie, pionowe neony, wysoko na krawędzi budynku – wykonałem gwałtowny skręt Cruiserem w lewo. Księżyc odbił się na ułamek sekundy w jego srebrnym body.

Wybrałem na klawiaturze sterownika znany mi kod……potężna brama drgnęła i po chwili zaczęła się bardzo powoli przesuwać…….

Wjeżdżaliśmy do innego świata……do świata, który nie przeminął……

W radiu śpiewała Lana Del Rey….Young and Beautiful. Tak czysto, tak kobieco, tak wdzierając mi się w serce……………….Przypadek….. ?

„Will you still love me when
I’m no longer young and beautiful?
Will you still love me when
I got nothing but my aching soul?

I know you will, I know you will
I know that you will………………………”

 

 

PS.

Wielki Gatsby z Leo Di Caprio – to jeden z moich ulubionych filmów.

To opowieść o mężczyźnie, gotowym zrobić dla kobiety tak wiele – gotowym zyskać i stracić wszystko. Jego niezachwiana wiara w miłość – ciągle mnie porusza….

Powieść Fitzgerald’a. Doczekała się 5 ekranizacji. Pierwsza z 1926r, a ostatnia z 2013r (właśnie ta).

W miejscu, o którym piszę – było kiedyś kino „Jedność”. Stare, przedwojenne kino. Wielkie, z rozmachem tamtych lat. To tu widziałem wielki ekran po raz pierwszy. Spłonęło w roku 2001 i zostało później rozebrane. Jest tam teraz wielki plac, a na nim parking hotelu – który jest zaraz obok. Parking ma automatyczną bramę, ze sterownikiem numerycznym. Wjeżdżających obserwują kamery. Wjazd w to miejsce był symboliczny……choć naprawdę czułem się tak, jakbym przekraczał bramę tajemnicy i innego świata – to jest właśnie siła wyobraźni. Do teraz czuję atmosferę tej chwili w sobie, kiedy tylko o tym pomyślę. Samo pisanie o tym znowu mnie tam przenosi…. ?

Kiedy już zostanę milionerem – zorganizuję tam kino dla samochodów (jak w USA) – …….. one day ?

Na starej fotografii, poniżej – pierwszy budynek po prawej, to właśnie ten, z którego rozbudowano później duże kino. Najpierw był tam hotel, mniejszy kinoteatr i restauracja. Ja już od dziecka uwielbiałem to miejsce. I to słońce, które w południe biło w ścianę budynku, dodając mu jeszcze większego majestatu. Na wprost kina są zakłady wojskowe (kiedyś fabryka kotłów Fitzner’a) – inne ważne miejsce. Nic się nie zmienia na tamtych ulicach. Miasto rozbudowało się dynamicznie na początku XX wieku. Budynki powstawały jeden po drugim, stąd ich stylistyczna jednolitość. Dokładnie w tym samym czasie rozbudowywał się daleko stąd Nowy Jork……tło epoki jazz’u – i powieści „Big Gatsby”.

 

A poniżej widok na starej fotografii, jadąc od drugiej strony. Zaraz za budynkiem byłej dyrekcji fabryki Fitznera – po lewej – trzeba ostro skręcić, aby „wjechać do kina Jedność” – wystarczy tylko odrobina wyobraźni. Na budynku w głębi jest dziś wielki neon hotelu. Dokładnie taki, jak te w filmie. Ciekawostką jest fakt, że tuż obok otwarto w 1928r wytwórnię filmową, nazywaną śląskim Holywood’em. Nazywała się „Espe-film”. To miasto jest pełne ciekawych historii, które często sam powoli odkrywam. Choć mieszkam teraz zupełnie gdzie indziej – to z ogromnym sentymentem wracam w te wszystkie miejsca. Każdego z nas coś tworzyło. Ja wychowałem się tam.

Jestem gościem, który powinien się chyba urodzić na początku XX wieku. Te moje Panamy, które kupuję (białe kapelusze z czarnym paskiem), stylowe szelki, muzyka której słucham, tango, itp. itd. Jak miałem 13 lat, kupiłem sobie spodnie w stylu Humphrey’a Bogarta – w sklepie dokładnie pod hotelem. ( Długo takich szukałem. Miały zakładki u dołu i lały się dokładnie jak jego. Tu też kupiłem swoją pierwszą marynarkę. Chodziłem z małym słownikiem angielskiego i uczyłem się z niego, gdzie popadnie. Wymowy uczyłem się najpierw z transkrypcji fonetycznej – przekręcając wyrazy. Chciałem rozumieć w oryginale słowa aktorów – to było ważne. Przypomniałem sobie o tym, kiedy siedzieliśmy w hotelowej restauracji na parterze. To przecież dokładnie tu był ten odzieżowy sklep. Chodząc ulicami podrabiałem ruchy Franka Sinatry, czy Freda Astaire (serio :). Luz, eneria z jaką się poruszali. Czasy musicali, jakie oglądałem w niedzielę w telewizji. Kiedy sobie o tym przypominam – śmieję się do siebie. Byłem chyba dość nietypowym chłopakiem ……. co ja robię w XXI wieku ? ?

Zaraz na przeciw hotelu była nasza pierwsza wspólna dyskoteka „Quattro”. Niektórzy jeszcze ją pamiętają. To była świątynia muzyki. Dla mnie jak „Ministry of the sound” w Londynie. Świetne nagłośnienie, klimatyczny parkiet, małe loże. Po raz pierwszy też widziałem tam różnych szemranych gości. Takich w tamtych stronach ciągle nie brakuje. Przychodzili też młodzi cyganie, którzy mieszkali zaraz za torami – w dzielnicy Hugo. Zawsze bardzo eleganccy, z ubraniami szytymi na miarę, z wyżelowanymi włosami i flakonami wody kolońskiej wylanymi na siebie. Taksówkami podjeżdżały prostytutki. Inny świat. Oglądałem to wszystko i czułem, że kiedyś o tym napiszę…..no i piszę….

Kiedy odwiedzam Siemianowice, czasem stanę przed wejściem na wysokie schody byłej „Quattro” . Lampa u góry oświetla je majestatycznie – jak kiedyś. Myślę, że pewnego dnia opowiem o naszym życiu w dyskotekach – o tych wszystkich sobotach na parkiecie. To moje oblicze, którego większość moich znajomych nie zna i pewnie będzie mocno zaskoczona. Na teledysku poniżej Lany – przedsmak tego, co zawsze kochałem….szaleństwo i pójście na całość. Choć w innych latach, to klimat jest identyczny. Zastanawiałem się, czy to wrzucić, bo koliduje to trochę z pierwszą częścią mojego tekstu – no ale, czy nie takie jest życie ? Pełne wszystkich kolorów….

A ci, którzy byli kiedyś w kinie „Jedność” i przeżyli w nim piękne chwile – doskonale wiedzą, o czym mówię…..

 

Klimat prawie jak z Quattro

Spojrzenie znad książki
Oglądam ostatnio sporo starych, polskich filmów. I tak na przykład, niedawno widziałem „Pociąg”, z 1959r. Zawsze wiedziałem, że chcę zobaczyć ten film, ale nie wiedziałem dlaczego. Widziałem jedynie jakieś fragmenty w telewizji. Czułem, że jest w nim klimat – którego chcę dotknąć. Jest nim coś – co jakbym znał, ale nie potrafię powiedzieć co to jest.

Podobnie nie wiem dlaczego, ale właśnie dziś rano przypomniałem sobie duże, czarno-białe zdjęcie – oprawione w ramę przez mojego dziadka, jakie wisiało w jego altanie. Przedstawiało dwie postacie nad morzem. Było stare, może jeszcze z lat 50, ale pięknie doświetlone. Nie wiem, czy dziadek sam je zrobił – przecież zajmował się hobbystycznie fotografią? Miał swoją ciemnię fotograficzną i spędzał tam setki godzin. A może to była jakaś reprodukcja, która mu się wyjątkowo spodobała i ją oprawił ? Przyglądałem się temu zdjęciu – za każdym razem, kiedy tam byłem. Cisza……szum morza…i delikatne słońce. Postacie oświetlone były z tyłu, więc nie widziałem dokładnych szczegółów. Ta fotografia miała w sobie nieprawdopodobny spokój. Jej oglądanie przynosiło mi za każdym razem dużą satysfakcję. Patrzyłem i doznawałem tych wszystkich przyjemnych uczuć, tak bardzo namacalnie. W którymś momencie nawet chciałem ją zabrać do domu, ale nawet nie wiem kiedy – fotografia zniknęła. Był taki czas, że dłużej nie było mnie w tamtych stronach…. i w międzyczasie wszystko się pozmieniało. Cała tamta epoka gdzieś przeminęła. A tę fotografię kojarzyłem z tą epoką. Czasem lat 50 tych – 60 tych. Jedynie altana pozostała. Choć to nie była moja epoka bardzo dobrze ją rozumiałem…… Bardzo dużo się od niej uczyłem.

Upłynęło wiele lat, zanim do tego filmu sięgnąłem. Tak więc zobaczyłem go ot tak, po prostu. Przypomniałem sobie o nim i włączyłem:

Wpiszcie sobie w you tube – to jest trailer, kilkuminutowy. Nie chce mi się zaciągnąć automatycznie niestety. Cały film jest na cda.pl

Pociąg”/”Night Train

https://www.youtube.com/watch?v=i8z95IncWx0

Siedzę teraz sobie na ławce, w parku Ustrońskim. Dokładnie na tej samej ławce, na której Artur lubi uczyć się do egzaminów. Po lewej mam Parkową 10. Jest piękne, słoneczne południe. Przetwarzam to, co niedawno zobaczyłem….jeszcze mój umysł to porządkuje i nadaje temu jakieś podsumowanie.

W tym filmie jest klimat, który dobrze znam. Środek lata, ludzie jadący nad morze. Chcą jechać tak daleko, jak tylko się da. Dalej jest już tylko piaszczysta plaża i bezkresna woda. Wiele różnych osobowości jedzie w tym pociągu. To taka trochę metafora życia. Podróżujemy razem przez życie, często przypadkowo napotkani. Jedni przesypiają podróż, zamknięci w swoich wagonach. Drudzy czytają, inni rozglądają się przez okno. Jeszcze inni opowiadają swoje historie. Ktoś tam ciągle się denerwuje, czymś co zupełnie nie jest tego warte. Ktoś tam sieje intrygi, ktoś chce w tej podróży być ważniejszy niż inni…….. i tak dalej i tak dalej.

W tym wszystkim, w jednym przedziale spotyka się przypadkowo dwoje ludzi – Ona i On. Lucyna Winnicka i Leon Niemczyk. Na początku jest awantura o to, kto powinien siedzieć w tym jednym przedziale sypialnym. Leon chcę być sam. Jest gotów nawet za to zapłacić dodatkowo konduktorce. Lucyna jednak stwierdza, że to jest jej miejsce i nie zamierza ustąpić. W końcu Leon się poddaje i jadą dalej…

Do tego ta przedziwna muzyka….i dworzec kolejowy Łódź Kaliska, który znam bardzo dobrze. Stamtąd odjeżdżało się do Katowic. W Łodzi mam rodzinę – to dlatego. Także w takie letnie dni, jak ten na filmie zdarzało nam się odjeżdżać.

Nie będę opowiadać filmu, bo nie o to chodzi, ale wiem już dlaczego powinienem był go poznać. Myślałem, że z zupełnie innych powodów. Tymczasem, kiedy zobaczyłem pewną scenę – coś mnie mocno poruszyło.
To scena, w której Lucyna patrzy znad książki na Leona. Trwa to zaledwie parę sekund, ale tego nie da się nie zauważyć – ani zapomnieć. Cały film zamknąłbym w tym jednym spojrzeniu. To patrzyła Lucyna… nie bohaterka jaką grała.

Otwarłem Wikipedię i prześledziłem dalsze losy Lucyny. I tak, okazało się że grała w paru filmach, jednak to „Pociąg” był najbardziej znany. Zagrała nawet w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie. Wikipedia podaje na jej temat dość skromne informacje – oto one:

Przed wojną uczennica szkoły im. Cecylii Plater-Zyberkówny w Warszawie, przy ul. Pięknej 24. Absolwentka VI Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Reytana w Warszawie. W 1950 ukończyła studia na Wydziale Prawa UW. W 1953 ukończyła studia na PWST w Warszawie. Do 1974 r. występowała na scenach Szczecina i Warszawy. W drugiej połowie lat 70. zakończyła karierę aktorską. Założyła Akademię Życia i prowadziła ją przez ponad 10 lat, ucząc medycyny niekonwencjonalnej, filozofii i medycyny Dalekiego Wschodu. Dziennikarka i publicystka, m.in. „Przekroju” i „Literatury”. Była jedną z założycielek Transparency International Polska, organizacji do walki z korupcją. Przez ostatnie lata żyła w domu spokojnej starości w Palmirach[2].

Wydała książki Podróż dookoła świętej krowy oraz W poczekalni nieba.

Nigdy nie wiemy, co będzie potem. Dopiero ci po nas mogą to podsumować.

Robiono w dawnych latach wiele ciekawych filmów. Grano światłem i cieniem. Taśma była czarno-biała a środki skromne, więc skupiano się na wartościach istotnych. W tej prostocie zachowywano jednak wszystko, co istotne.

Pomijając jednak film – zainteresowała mnie sama postać Lucyny Winnickiej. To z pewnością była ciepła i dobra kobieta. Musiała być bardzo interesującą osobowością. Oglądałem z nią wywiady, z późniejszych lat. Przyglądałem się temu, jak zmieniała się na przestrzeni czasu. Jak pięknie się starzała. I to jest myśl dla wszystkich. Jak człowiek może iść przez życie, nie obawiając się zmarszczek. Jeśli jakaś kobieta martwi się o to, jak będzie na starość wyglądać – to nie powinna się martwić, bo piękno pozostanie. Ono ma związek ze światłem, które bije z człowieka, z jego wnętrza. A czym dalej człowiek posuwa się w latach – tym to wewnętrzne piękno coraz większe ma znaczenie i wtedy wychodzi na naszych twarzach wszystko to, czym żyliśmy. Czy byliśmy zgryźliwi, złośliwi, skwaszeni, zazdrośni, nerwowi czy wręcz odwrotnie – zupełnie inni….

W końcowej scenie pociąg dojeżdża nad morze. Jest słoneczny poranek. Wszyscy wysiadają i idą na plażę. Ciepły wiatr powiewa firankami wagonów przez pootwierane na oścież okna. Jest przyjemnie, beztrosko……

jarek

Oto Lucyna Winnicka

 

 

 

W scenie poniżej Leon Niemczyk czytał swoją kwestię z kartki na suficie – sam się przyznał.

 

 

 

 

Lata nie zabierały jej urody – wręcz przeciwnie.

 

 

PS

Nakręcono też ciekawy materiał – Pociąg, 40 lat później…..warto go zobaczyć. Polecam.

————

7 KWIETNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Ruhe
Dziś nie mam ochoty na pisanie dłuższych tekstów, ale podzielę się z Wami jedną z wielu muzycznych fascynacji. To będzie nie tak znany muzyk elektroniczny z Niemiec – Schiller. Jego współpraca z Heppner’em (wokalistą) przyniosła coś, co bardzo mnie urzekło. Żeby dostrzec w pełni piękno tych utworów – warto słuchać ich przez dobre słuchawki.

Na początek – zgodnie z moim dzisiejszym nastrojem – proponuję posłuchać „Dream of you”.

 

A teraz „Ruhe”….. (spokój/cisza). Zwróćcie uwagę na to, jak ten utwór wycisza, jak czyste pojawiają się tutaj dźwięki – jak te krople wody, na początku teledysku. Wsłuchajcie się uważnie w każdy szczegół dźwiękowy. W każdy najmniejszy szmer, odbicie dźwięku, echo…….każdy najdrobniejszy dźwięk.

Ten utwór przechodzi od ciszy….do energii. Niezmiennie lubię go od lat. Bo czy można coś mniej lubić, tylko dlatego że upłynęły lata ?

 

I kolejny – można się zatapiać w tej krainie dźwięków…. Ein shoener Tag.

W teledyskach Schillera często pojawia się motyw mnicha. Lubię to, ponieważ jak kiedyś sam odkryłem – chyba jestem kimś w rodzaju takiego wędrownego mnicha. Mam w sobie takie cechy. To odkrycie było dla mnie zaskakujące. Pamiętam dzień, kiedy wychodząc z samochodu spojrzałem w słońce. Zrozumiałem to w jednej chwili. Potem wziąłem swój marynarski worek i uśmiechnąłem się do siebie – pięknego dnia !

 

Moja przygoda z muzyką Schillera rozpoczęła się od „I feel you”.

Kiedyś, jako młody człowiek – jeździłem na takim starym, może jeszcze przedwojennym rowerze – jak Heppner w teledysku. To było nad morzem w Szwecji. Klimat tego teledysku coś mi przypomina. Może także dlatego tak lubię ten utwór. I jego tekst – bardzo przejmujący…

——-

OPUBLIKOWANE W31 MARCA, 2019
Tereska
Mamy od wczoraj mocne słońce i to sprawia, że przypominają mi się różne historie, ze słońcem w tle…. Oto jedna z nich – krótka i całkiem prosta….

Miałem wtedy 19 lat. Poczułem, że chcę zrobić coś – co ma sens. I zrobiłem. Mam 20-letniego syna, ale całkiem niedawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że kiedyś miałem i córkę – przez całe 3 tygodnie.

Miałem dawno temu kolegę Andrzeja, ciekawą postać. Pełnego duchowości i poszukiwań. Osobę o wysokiej kulturze osobistej i szacunku dla drugiego. Nie znałem jego historii, ale z pewnością była w nim jakaś tajemnica. Był bardzo wyciszonym człowiekiem, łagodnym – ale też jakby w jakiś sposób zranionym. W jego mieszkaniu, w Bytomiu, gdzie go czasem odwiedzałem – wszystko było takie inne. Bardzo stare meble, wszędzie dużo książek, ale zawsze poukładanych równo. Jakieś stare obrazy na ścianach. W środku tego wszystkiego, we flanelowej koszuli (w takich się wtedy chodziło) siedział on i ni stąd, ni zowąd grał na gitarze – Pink Floyd, Cohena, Stare Dobre Małżeństwo. Czytał Stachurę i potrafił o tym wszystkim pięknie opowiadać. Działał w grupie, która pomagała ludziom potrzebującym. Zainteresowało mnie to. Spotkałem człowieka, który nie tylko pięknie mówił, ale to robił.

Chciał się rozwijać duchowo – ja też. Byliśmy równolatkami, ale czułem, że mogę się od niego wiele nauczyć. Na drodze duchowości doszedł dalej ode mnie – tak to odczuwałem.

Andrzej był katolikiem, jednak szukał także innych inspiracji. Miał otwarty umysł. Czytał dużo Mahatma Gandhi’ego – czasem go cytował. U niego też po raz drugi usłyszałem nazwisko Anthony De Mello. Człowieka, który miał mieć duży wpływ na mój rozwój. To był hinduski duchowny, myśliciel. Człowiek, którego sposób myślenia zmienił potem mój. Pozostawił po sobie prace, które mnie inspirowały i skłaniały do weryfikacji własnych postaw.

W miarę rozwoju swojej świadomości byłem coraz bardziej przekonany, że religie bardziej skłócają ludzi niż jednoczą. Doszedłem też do wniosku, że nie ma dobrych religii – choć w każdej z największych można znaleźć coś dobrego. Musiałbym stwierdzić, że jedyną dobrą religią jest po prostu Dobro. Bez ceremonii, kapłanów, bez tradycji, bez piekła i nieba. Bez obietnicy życia wiecznego, co jak myślę jest podstawą wiary większości ludzi. Taki handel wymienny z Bogiem, w którego wierzą. Ja będę dobry a ty w zamian dasz mi nieśmiertelność. Czy byliby dobrzy, gdyby w zamian nie było obietnicy niczego ? Kiedy to zrozumiałem – bardzo się zasmuciłem. No, ale moja prosta wiara w dobro to nie religia. To po prostu podstawowa wartość, w jaką się wierzy …… i tyle. I tu poszedłem swoją drogą – inną niż Andrzej i inną niż De Mello i inną niż wiele innych osób. Drogą prostą i zwyczajną…..swoją.

Ale nie o tym chciałem pisać. Tak więc siedzieliśmy w jego mieszkaniu i rozmawialiśmy, pijąc herbaty które zaparzał. Jego spokój wewnętrzny i coś w rodzaju naturalnej równowagi były tym, co budziło mój szacunek. Całe to stare mieszkanie na Wallisa w Bytomiu, ze swoim półmrokiem, mimo lata i światłem wpadającym dyskretnie do środka – było jak z dalekich Indii, albo Chin. Cisza, która tam panowała, dodatkowo powodowała, że prawie natychmiast każdy kto tam wchodził – też się wyciszał. Te mieszkania budowali jeszcze Niemcy. Takich budynków w tym mieście jest całe mnóstwo.

Czułem, że Andrzej rozumie coś, czego ja jeszcze szukam.

I tak pewnego dnia zadzwonił do mnie i zapytał czy jestem gotów pojechać gdzieś na 3 tygodnie – popracować z dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną.

– Pewnie – odpowiedziałem krótko.

– Mówiłeś, że jesteś odważny – czułem jak się śmieje do słuchawki.

– Jestem

– Pojutrze jedziemy – rzucił na pożegnanie. – spakuj się……..

Pamiętam, jak prawie chwilę później wsiadałem już do autobusu. Przy wejściu stał Andrzej, ze swoją kulą Rudych włosów na głowie. Jak murzyn – tyle, że rudy. W Irlandii pewnie wyglądałby zupełnie normalnie. W Polsce był egzotyczny.

Powiedział krótko:

– To jest Adaś, twój podopieczny.

Spojrzałem na chłopaka, siedzącego na fotelu. On też mi się przyglądał. Miał kruczoczarne włosy i przenikliwe spojrzenie. Szczupłą twarz. Wątłe, szczupłe ciało. Ręce i nogi miał mocno skrzyżowane, wykrzywione nadgarstki, wykrzywione usta. Potem dowiedziałem się, że tak wyglądają osoby z porażeniem mózgowym. Czułem, że chce mi coś powiedzieć, ale wydobywał z siebie tylko ciche jęki. Nic nie rozumiałem, ale byłem pełen woli zrozumienia. Patrzyliśmy tak na siebie jeszcze przez chwilę. Nagle autobus szarpnął i wpadłem w fotel. W tym momencie objął mnie za szyję i przycisnął do siebie. Byłem totalnie zaskoczony sytuacją.

Andrzej, który jak się okazało ukradkiem przyglądał się wszystkiemu – zawołał z dalszego rzędu.

– Adaś cię zaakceptował. Spoko. On zna się na ludziach. – uśmiechał się przy tym od ucha do ucha, w swoim niepowtarzalnym stylu.

Nie podejrzewałem nawet, że właśnie rozpoczyna się jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia. Przygód, dzięki którym zrozumiałem, co to znaczy człowieczeństwo.

Dojechaliśmy do Brynicy, małej wsi niedaleko Opola. Przez całe 3 tygodnie miała być piękna słoneczna pogoda i upały. Miejscem, w którym mieliśmy spędzić ten czas był wielki klasztor. Cały pusty. Wokół pastwiska, małe domki, gdzieś tam dalej kościół. Przed budynkiem mieliśmy dużo zieleni i niewielki sad.

Adaś jeździł na wózku inwalidzkim, więc przydzielili nam zakrystię małej klasztornej kapliczki, jaka istniała w budynku – żeby nie wnosić tego wózka. Była zalana słońcem w środku i od razu mi się tam spodobało.

Całą tą imprezę wymyślił pewien Leonard – kolejny człowiek tajemnica. Pamiętam, że palił jednego papierosa za drugim i lubił cytować kanadyjskiego myśliciela, piszącego po francusku – Jean’a Vanier. Czytał nam fragmenty jego książek wieczorem.

Byliśmy tam zbieraniną bardzo różnych ludzi. Ktoś tam był wcześniej mnichem albo siostrą zakonną, ktoś tam działał w organizacji charytatywnej, ktoś tam studiował medycynę, ktoś teologię, ktoś fizykę, a jeszcze inny matematykę. W tym wszystkim byłem też ja – człowiek ciekawy wszystkiego.. nie byłem specjalnie religijny, choć pochodziłem z bardzo religijnej rodziny. Nie szukałem religijności. Szukałem ludzi….

Wszystkich nas łączyło jedno. Chcieliśmy zrobić coś dobrego dla tych dzieci i młodzieży. Leonard pozbierał ich z najbiedniejszych dzielnic z okolicy Zabrza, Gliwic i Rudy Śląskiej. Wszystkich tych, których nie było by nigdy stać na wyjazd. Były z nami dzieci upośledzone umysłowo i mocno niepełnosprawne ruchowo. Były dzieci z pijackich rodzin i z trudnymi doświadczeniami. Wielki mix ludzkich historii.

Dziwne było to, że od kiedy znalazłem się wśród nich – tych, których odrzucało społeczeństwo – poczułem, że jestem wśród swoich. Wśród ludzi, którzy nie silą się na to żeby coś osiągać, żeby imponować – bo społeczeństwo i tak ich dawno skasowało. Wydawałoby się, że wszystko stracili przez swoją ułomność, chorobę i ograniczenia. A to nieprawda, bo to właśnie w nich było to, co w człowieku jest najpiękniejsze – szczerość, prostota serca i dobro, którego doznawałem na każdym kroku. Starsi niepełnosprawni mieli w sobie wrażliwość i piękno dzieci. Ich naiwną wiarę w człowieka – mimo wszystko. Wiele by o tym pisać…..

Nasza grupa była bardzo liczna (około 120 osób). Tak więc pierwszego dnia poznałem pobieżnie tylko niektórych i dopiero następnego zaczęliśmy realizować jakieś plany co do pobytu.

Pamiętam, że naprawiałem jakiś wózek inwalidzki, kiedy zauważyłem że ktoś mnie obserwuje.

Obróciłem się lekko. Niedaleko mnie stała mała dziewczynka. Może ośmio-dziewięcioletnia. Uśmiechała się i składała razem dłonie wyginając się trochę w bok. Była wyraźnie podekscytowana.

– Co robisz ? -zapytała.

Pokazałem jej dłonie brudne ze smaru.

– Staram się to naprawić – odpowiedziałem.

– Znasz się na tym ?

– Nie wiem, może ? Właśnie próbuję się tego dowiedzieć – odpowiedziałem.

– Skąd jesteś ? – pytała dalej

– Z Siemianowic Śląskich

– A ja z Zabrza. Nazywam się Teresa. Na razie – powiedziała, machają przy tym ręką.

Pobiegła gdzieś, a ja dalej robiłem swoje.

Mieliśmy bardzo zajęty czas a chłopaków nie było aż tak wielu, więc było dużo pracy fizycznej. W ciągu dnia mniej się myślało a więcej pracowało. W nocy odwrotnie.

Tego samego jednak dnia, pod wieczór ta mała znalazła mnie znowu podczas kolacji. Siedziałem na zewnątrz, na ławce i jadłem jakieś skromne danie. Dziewczynka o krótkich blond włosach i niebieskich oczach podeszła bliżej i usiadła obok mnie. Przyglądała mi się uważnie, lekko się uśmiechając. Rano nie miała tyle odwagi żeby podejść. Zaczęła się lekko kołysać w przód i w tył na tej ławce. Wyraźnie czułem, że chce coś powiedzieć, ale jakoś nie umiała tego z siebie wydobyć.

– Jadłaś już ? – zapytałem.

Pokiwała głową, kołysząc się dalej.i chowając szyję w ramionach. Coś kombinowała i zamiatała nogami ziemię pod ławką. Widziałem to wyraźnie.

– Zostaniesz moim tatą ? – powiedziała w końcu.

Aż mi się oczy szerzej otwarły.

– Jak to, ……tatą !!? – odparłem zdumiony.

Wystraszyła mnie tym nieoczekiwanym pytaniem. Nie wiedziałem do czego to wszystko prowadzi. Pojawia się jakieś dziecko i zadaje takie pytanie tak po prostu i bezpośrednio. Szok……. Nie wiedziałem, co zrobić a ona patrzyła na mnie uważnie, nie spuszczając ze mnie teraz wzroku. Jak z tego zręcznie wybrnąć ? – myślałem. Nie chciałem jej skrzywdzić swoją odpowiedzią. Szybko wymyśliłem więc odpowiedź-pytanie, żeby zyskać na czasie, choć trochę.

– Chcesz żebym był twoim tatą ? Jak to ?

– No tak – powiedziała – tylko w czasie tego obozu. Mógłbyś być moim tatą. Zgodzisz się ? – Wpatrywała się we mnie dalej, oczekując reakcji. Widziałem na jej buzi wyraźne napięcie. Niebieskie, lekko smutne oczy czekały na odpowiedź.

– I co miałbym robić ? zapytałem.

– Nic nie musisz robić. Będę mogła nazywać cię tatą i czasem zabierzesz mnie na spacer z innymi, albo posiedzisz ze mną, albo mi coś poopowiadasz.

Milczałem. Dalej jakoś nie mogłem sobie tego wszystkiego poukładać. Taki strzał – wprost między oczy.

– To jak, będziesz ? – powtórzyła raz jeszcze, zniecierpliwiona i rozżalona bo za długo się zastanawiałem.

Wyobrażała sobie pewnie, że entuzjastycznie powiem – Tak, oczywiście… Super !

Czułem, że od początku tej całej imprezy wchodzę w jakieś grube tematy i nie umiałem się z tym jeszcze oswoić. Jeden temat gonił drugi – a na żaden nie byłem gotowy. Wczoraj byłem jeszcze gdzie indziej, aż tu nagle zupełnie inny świat.

– Jak się tu znalazłaś ?- zapytałem, ciągle oddalając odpowiedź.

– Jestem z domu dziecka. Jest nas tu więcej, ale jesteśmy zdrowi. Ja mam mamę i tatę. Tata jest daleko a mama za nim tęskni.

Tak oto krótko przedstawiła mi swoją prostą historię.

– Teraz rozumiem. Czyli byłbym takim twoim tatą tymczasowym ?

I co, będę 19 letnim tatą ośmioletniej dziewczynki ? – pomyślałem. I zupełnie nie wiem czego ona może oczekiwać. Jak ja się mam zachować ? Potem obóz się skończy i to dziecko będzie zrozpaczone. Już jej chciałem to wszystko wytłumaczyć, ale widząc jej wyraz twarzy powiedziałem.

– Będę.

Podskoczyła z radości i podekscytowania. Położyła swoją małą rączkę na mojej a potem nakryła drugą. Uśmiechnęła się od ucha do ucha a potem nagle zerwała się i poleciała gdzieś, podskakując po drodze.

Może dobrze, bo nie miałem pomysłu na to – co zrobić dalej.

– Uff – pomyślałem – a to ci przeżycie.

***

Na obozie mieliśmy co chwilę coś do zrobienia, więc nie było za dużo czasu na zastanawianie się nad wszystkim. I dobrze. Dopiero późnym wieczorem rozmawiałem z jednym z chłopaków, który wiedział więcej na temat tego co się tam dzieje. Był z Zabrza i podobno przyjechał z tą grupą, z domu dziecka.

– Znasz Tereskę, taką małą, szczuplutką blondynkę ?

– Znam – odpowiedział – Ona ma rodziców. Matka odwiedza ją bardzo rzadko. Pije. Ojca nie widuje wcale. Nie wiem, co z nim. Historia, jakich wiele. To tyle – a co ?

– Nic – odparłem – opowiadała mi o swojej rodzinie.

– Ona ma skłonności do fantazjowania. Nie wierz we wszystko, co mówi. To dobre dziecko. Jest bardzo uczynna i energiczna. Wszędzie jej pełno.

– Zauważyłem

Tego samego wieczoru wjeżdżaliśmy z Adasiem wózkiem na zakrystię a w korytarzu stała już Tereska.

– Dobranoc tatusiu ! – powiedziała głośno i dumnie, machając mi ręką.

Uśmiechnięta obróciła się i w podskokach szybko wybiegła z korytarza.

***

Adaś był dobrym kompanem. Okazało się, że mówi, tylko bardzo rzadko, wolno i z dużym trudem. Obaj mieliśmy po 19 lat. W miarę jednak upływu czasu zdobywał się na coraz więcej. Wystarczyło, że byłem cierpliwym słuchaczem.

Na zakrystię wpadało zwykle parę osób z gitarami, w tym Andrzej. No i było świetnie. Noc, ich poezje i to, że wszystko traktowali tak serio, jakby mieli w pełni świadomość tego, że każde spotkanie drugiego człowieka tak wiele znaczy. To było piękne. Do tamtego momentu nie znałem takich ludzi. Cieszyłem się ich obecnością. Każdy był tak inny i każdy fascynujący.

Kolejnego dnia miałem się przekonać jakie to pomysły siedzą w głowie takiej małej dziewczynki o imieniu Teresa. Jeszcze przed obiadem robiłem coś ważnego, mocno tym zajęty a oto przychodzi Tereska z jakąś towarzyszką, którą przyprowadza za rękę. Potem ją zostawia i szybko ucieka.

– Obok stała jakaś dziewczyna. Wreszcie niemniej zawstydzona ode mnie – mówi:

– Przyprowadziła mnie do ciebie i mówi że jesteś jej tatą.

Uśmiechamy się oboje.

– Wakacyjnym tatą – mówię – I co w związku z tym ?

– Nie wiem, ale ona chyba szuka ci partnerki.

– Ale jaja – rzuciłem, podenerwowany tym trochę. – to dlatego tak uciekała.

Przedstawiliśmy się sobie i porozmawialiśmy chwilę.

Tereska jednak nie odpuszczała przez następne dni i prawie codziennie przyprowadzała mi jakieś dziewczyny, potencjalne partnerki na moje życie.

– Musisz mieć kobietę – mówiła – bo inaczej będziesz smutny. Moja mama jest smutna bez mojego taty.

Wielokrotnie powtarzała jakiś wierszyk, którego niestety nie zapamiętałem. Jedynie samą końcówkę – „ …..bo bez tatusia smutna mamusia „.

W ciągu dnia, jak tylko była okazja – pytała opiekuna swojej grupy czy może iść ze mną na spacer. Szliśmy przez wieś, wraz z innymi dziećmi. Z radością do nas dołączała. Jak tylko się dało – próbowała zwracać moją uwagę.

A to na przykład wchodząc na drzewo i i wołając:

– Tatusiu, tatusiu. Zobacz co potrafię !

Innym razem stając na rękach przy ścianie.

Zbierała dla mnie kwiatki, albo przynosiła mi owoce, których narwała komuś z ogródka. Kiedy przychodziłem na posiłki – ona już podawała mi talerz pełen różnych rzeczy. Wpychała się do kolejki, żeby jak najszybciej to dla mnie załatwić.

-Dzieci z domu dziecka tak mają – powiedział kolega, który siedział kiedyś obok. – muszą dbać o siebie same, ale o ciebie widzę już ktoś zadbał – uśmiechnął się.

Gdzieś trzeciego, czwartego dnia Tereska nabrała większej śmiałości. Do tamtego momentu podawała mi czasami rękę, jak gdzieś dobiegała – kiedy szliśmy na spacer z grupą. Tak więc, gdzieś czwartego dnia ….bez słowa wdrapała mi się na kolana i przytuliła do mnie. Zaskoczyło mnie to bardzo, ale nieśmiało i ja ją objąłem, przytulając do siebie. Siedzieliśmy tak w ciszy. Nie mówiłem nic, ale czułem że temu dziecku jest to potrzebne. Natychmiast też pojawiła się w mojej głowie myśl, że przecież ja nie jestem jej ojcem i ona będzie bardzo cierpieć kiedy ta cała impreza się skończy. To mnie martwiło z pewnością …..bardzo.

Jakoś akurat w tamtym momencie nie było osób, które mogły to zauważyć. Może właśnie taki moment wyczekała Tereska. Potem ześlizgnęła się powoli na stopy, uśmiechnęła się raz jeszcze i poleciała.

Myślę, że powiedziała o tym swojej najlepszej koleżance bo już następnego dnia miałem dwie amatorki do siedzenia na moich kolanach. Drugą dziewczynką była mała cyganka. Miała na imię Inez. Bardzo to było dziwne, bo nie sądziłem że cygańskie dzieci też są w domach dziecka. Nie słyszałem o takich historiach. Ale, co ja wiedziałem? Tak więc od następnego dnia miałem dwie małe towarzyszki, ale tatą byłem tylko Tereski. Tak to sobie wymyśliła a Inez respektowała te niepisane ustalenia. Obie pojawiały się znienacka i niezapowiedzianie znikały. Ja przez cały ten czas byłem zainteresowany poznawaniem znacznie starszych towarzyszek….

Kiedyś Inez siedząc mi na kolanach wzięła moją rękę i powiedziała:

– Daj, powróżę Ci. Jestem przecież Cyganką.

Palcami przebiegała po moich liniach dłoni. Wreszcie powiedziała:

– Widzę, że w twoim życiu będziesz mieć bardzo dużo koleżanek i bardzo mało kolegów…

Tylko tyle powiedziała – i nic więcej.

Zastanowił mnie sposób, w jaki to powiedziała. Odwróciła się i popatrzyła na mnie ciemnymi, piwnymi oczyma. Było w tym spojrzeniu coś niezwykle dojrzałego.

Nie wiem, na ile to sobie wymyśliła a na ile to był efekt po prostu uważnej obserwacji. Podejrzewam to drugie, bo wokół było rzeczywiście wiele dziewczyn, z którymi spędzałem sporo czasu. Uczyłem się ich zupełnie innego sposobu patrzenia na świat – kobiecego.

Rozmawialiśmy z dziewczynami na różne tematy, aż kiedyś z jedną z nich zacząłem rozmowę o Teresce.

– Słuchaj, nie chcę zrobić krzywdy temu dziecku – bo to przecież za niedługo się skończy. To tylko 3 tygodnie. Jak mam postępować ? – zapytałem.

– Po prostu bądź, ale też niczego nigdy nie obiecuj. Słuchaj jej uważnie, staraj się zrozumieć, zauważ w niej wartościowe rzeczy. To wszystko. Więcej nie trzeba. I nie przejmuj się tym. Ktoś tam na górze wie lepiej co robi.

I tak mijał czas. W dzień dawaliśmy z siebie wszystko. Jeździliśmy na wycieczki. Przy tej okazji wnosiliśmy na rękach dzieci i młodzież do autobusu. Pamiętam moment, kiedy wnosiłem dziewczyny po 17, 18 a nawet dwadzieścia parę lat. Pamiętam ten moment, kiedy chwytały mnie za szyję i w takim bliskim objęciu szedłem z nimi na rękach. To były chwile nieoczekiwanej intymności dla obojgu. Robiłem to wiele razy. Nanosiłem się na rękach za wszystkie czasy.

Po tych dniach upału nocami byliśmy zbyt rozentuzjazmowani żeby spać. Nie da się zapomnieć tych wieczorów przy ognisku, tych rozmów. Byliśmy wszyscy młodzi, szczerzy i autentyczni. To gdzieś tam właśnie, w tym okresie życia kształtuje się w nas to jaką drogą chcemy iść. Dla mnie ten czas w Brynicy był bardzo ważny – bo po raz pierwszy wiedziałem, że robię coś, co naprawdę ma sens. A tym sensem było dla mnie dawanie siebie innym.

Wieczorami śpiewaliśmy czasami z pewnym Jurkiem z Bytomia. Dużo starszym ode mnie bo i takie osoby tam się zdarzały. Był niepełnosprawny – tak ruchowo jak i trochę intelektualnie. Opiekowali się nim w domu jego rodzice, dwaj staruszkowie. Żył na co dzień w zupełnie innym świecie a ten wyjazd był dla niego jak błogosławieństwo. Tak więc siedzieliśmy z Jurkiem na parapecie i pod zachód słońca śpiewaliśmy na przykład jakieś powstańcze, śląskie piosenki typu – „Już zachodzi czerwone słoneczko” albo „Od Bytomskich Strzelców chłopcy nadciągają….”. Był bardzo muzykalny i uwielbiał śpiewać. A mnie to pasowało niezmiernie.

Adaś, mój podopieczny choć niewiele mówił – bardzo dużo wyrażał swoim spojrzeniem, swoimi ruchami. Wszystkie reakcje tych niepełnosprawnych ludzi były bardzo bezpośrednie. Tu nikt nic nie kombinował, nikt nic nie miał do stracenia. Czuło się natomiast bezdyskusyjnie, że ci wszyscy chorzy i niepełnosprawni, odrzuceni przez los – mają w sobie pewien dar, którego my zdrowi możemy jedynie ledwie dotknąć. Tego się od nich w pokorze uczyłem. Nie było lepszych i gorszych – wszyscy byliśmy równi.

***

No i minęły te 3 tygodnie.

W dnu wyjazdu – dzieci od rana były smutniejsze, cichsze ale jednocześnie czuło się że są szczęśliwe i spełnione. Naładowały się dobrą energią, słońcem i powietrzem, a nade wszystko innymi ludźmi i dobrocią….

Dzieci z domu dziecka w Zabrzu też wsiadały do autobusu. Tereska ociągała się jak mogła. Wreszcie ten mały trzpiot, z krótkimi blond włosami, obciętymi tak jakby ktoś ciął je z zamkniętymi oczami nie zważając na to jak to wyjdzie – ten trzpiot podszedł do mnie i ostatni raz objął mnie za szyję.

– Do widzenia…. Tatusiu – powiedziała – dziękuję ci.

Przycisnęła mnie mocno do siebie, a potem znienacka puściła i poleciała do autobusu.

Kiedy ruszył – zobaczyłem ją jeszcze za tylną szybą. Machała mi i machała……. Była uśmiechnięta i szczęśliwa.

Autobus jeszcze jechał jakiś czas prosto, a potem zniknął za zakrętem w tumanie sierpniowego kurzu.

Niepotrzebnie się martwiłem – pomyślałem – wyszło to dużo lepiej niż mogłem przypuszczać. Robiłem tyle innych rzeczy a jej wymyślonym tatą byłem zupełnie przy okazji. To ona mnie zawsze znajdywała i znikała według własnych zasad. Była bardzo mądrą dziewczynką. Nie narzucała mi się wcale. Nie chciała wiele – tylko tego, żeby ją zauważyć. Chciała się przytulić, posiedzieć na kolanach. Nie oczekiwał ode mnie niczego.

Kiedy tak myślę o tym wszystkim dziś po latach, to zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo wiele dzieci nie dostaje od swoich rodziców tego, czego potrzebują. Bardzo wiele dziewczynek na przykład, nie widzi w oczach swoich ojców przyszłych wartościowych kobiet, którymi się staną. Szukają w nich wsparcia i nie znajdują. Czy we wszystkich pozornie zdrowych i normalnych domach są ojcowie, którzy biorą swoje córki na kolana i przytulają je ?

Czy są ojcowie, którzy biorą małych synków na kolana i dają im wiarę w siebie, bo przecież oni potrzebują tego w pewnym wieku nie mniej niż dziewczynki. Od chłopców zawsze wymaga się wiele, zwłaszcza by byli twardzi, ale czy będą twardzi i gotowi bronić słabszych, jeżeli sami nie dostaną miłości ?

Zrozumiałem też, o jakiej odwadze mówił Andrzej – kiedy dzwonił do mnie.

Prawdziwa odwaga, to być z osobą niepełnosprawną. Być, kiedy społeczeństwo cię obserwuje i często odrzuca. Opiekować się niepełnosprawnym dzieckiem. Otaczać opieką słabszych. To jest prawdziwa odwaga a nie jakieś tam skoki ze spadochronem, czy inne pierdoły. To jest jedynie brawura a nie odwaga.

Nie pytam już więcej, czy miało to wszystko sens na tylko 3 tygodnie. Wiem, że na każdy czas miałby sens, bo czasem te krótkie chwile jakie otrzymujemy od zupełnie obcych nam ludzi – bywają jedynymi……

Na tym dzisiaj kończę swoją krótką i prostą opowieść….

PS

Ciekawe, czy Tereska a raczej Pani Teresa jeszcze mnie dziś pamięta? Dziś ona dochodzi do 40-tki. Ciekawe co robi ? Czy ułożyła sobie życie ? Czy jest szczęśliwa w rodzinie ? Jakie miała relacje z mężczyznami ? Czy wierzyła im ? Czy kojarzy ich dobrze ? Mam wielką nadzieję, że tak…..

Ustroń 31.03.19

Poniżej ja na tym obozie w Brynicy – we flaneli….

 

OPUBLIKOWANE W24 MARCA, 2019 PRZEZ ADMIN
Błękitna koszula
Zawsze kiedy jestem w sklepie i chcę kupić nową koszulę – to przeglądam trzy kolory….. białe, czarne i nade wszystko……błękitne.

Wracamy ze Zbyszkiem z delegacji – samochodem. Przyjeżdżamy Słowację. Jest piękna pogoda. Mam na sobie właśnie błękitną koszulę. Jedną z moich wielu, ale zauważam to dopiero kątem oka, kiedy patrzę w tylne lusterko i widzę w nim mężczyznę – prawie 50 letniego, który mruży oczy od słońca – ……….to ja.

Od kiedy pamiętam….. w moich szafach najwięcej było koszul błękitnych. Kupowałem je od młodości. Błękit – kolor, który pasuje idealnie do mojego stanu umysłu, który nie zmienia się od lat. To ten właśnie kolor najbardziej oddaje to, jaki jestem naprawdę.

To kolor marzeń. Lekkości i nadziei. Nieba nad plażą. Świeżości i soczystości życia…..jego ulotnego piękna, które ciągle odradza się na nowo.

Choć nie miałem wielkich planów na swoje życie i zawsze żyłem chwilą, to była we mnie ekscytacja tym, co wydarzy się za niedługo. A nie miałem wątpliwości, że to będzie dobre – no bo przecież będąc w takiej koszuli…nie może być inaczej. Sam fakt noszenia jej na sobie już wprawiał mnie w dobry nastrój. A to przyciągało dobre zdarzenia. Dziwne, ale prawdziwe. Do takiego lekkoducha jak ja, co innego mogłoby pasować bardziej ?

Co jakiś czas zerkam w to lusterko. Mężczyzna z siwiejącą brodą jeszcze bardziej się uśmiechnął. Śmieją mu się kąciki oczu – jak kiedyś. Dokładnie tak samo.

Dobrze się jedzie. Jest spokojny, niedzielny poranek. Auto biegnie samo.

Tyle się zmienia w życiu człowieka a to co lubimy pozostaje przez lata prawie niezmienione. Takie banalne rzeczy jak ulubiony kolor jeansów, rodzaj butów…… kolor koszuli. Zmieniałem te rzeczy wielokrotnie, ale różnice między nimi były niewielkie. Człowiek ma swoje preferencje i wraca do nich – podświadomie.

Minęło trochę czasu. Nie czuję tych lat, które upłynęły. Nasza pamięć zresztą jest dość wybiórcza i pamiętamy raczej pewne fragmenty historii – małe kawałki, które gdzieś potem sklejamy ze sobą po latach. Czasem nawet nie jestem w stanie powiedzieć, który był najpierw, a który potem – choć kiedyś mogło się to wydawać nieprawdopodobne. Czas weryfikuje wszystko sam na to – co jest ważne i to, co mniej ważne.

Zerknąłem znowu na starszego pana w lusterku.

Przypomniałem sobie niespodziewanie, jak idę przez główną ulicę naszego miasta.

Jest bardzo słoneczny poranek – taki, jak dziś. Niebo cudnie błękitne…no i ta koszula – wypuszczona na spodnie. Mam podwinięte rękawy. Ręce wkładam nonszalancko do obu kieszeni. Od razu widać, że ktoś taki to ma w głowie błękit…….

Jest ciepły, letni wiatr. Wpada mi pod mocno rozpiętą koszulę i opływa nagie ciało. Rozwiewa mi włosy – kiedyś prawie czarne. Ludzie, których mijam – uśmiechają się do mnie. Cieszę się…… sam nie wiem z czego. Tak to jest, kiedy ma się 16 lat. To jest prawdziwa radość życia. Cieszymy się, ale nie wiemy do końca dlaczego. Tak po prostu. Z tego, że żyjemy, z tego co widzimy, z tego co słyszymy. Uśmiechamy się do swoich marzeń. Idę i czuję ekscytację, bo nie wiem co zdarzy się jutro ……..i to jest piękne. Mijam swoje ulubione kino. Trochę dalej, po lewej – dziewczyna ze sklepu odzieżowego wyszła na schodki przed wejściem. Ma długie, czarne i lśniące włosy. Uśmiecha się do mnie. Tak,…… do mnie – wiem to na pewno. Zarzuca przy tym włosy lekko do tyłu. Zapamiętuję ten ruch – jak fotografię.

Na tej fotografii pamięciowej z tamtej ulicy mam 16 lat. Teraz mam 47. Podnoszę oczy do tylnego lusterka i w swoich oczach widzę przeszłość i teraźniejszość. I widzę w nich tą samą ciekawość jutra, co dawniej. Widzę tą samą beztroskę i lekceważenie zasad, jakie towarzyszyło mi od zawsze.

– Niewiele się zmieniłeś w środku……- mówię do siebie w myślach – nigdy już nie zmądrzejesz,……… ale chyba dobrze mi z tym. Każdy jest z innego tworzywa, czego innego pragnie. Każdy ma swój wewnętrzny kompas i idzie przez życie nim właśnie kierowany. Człowiek nie zrozumie drugiego człowieka do końca, bo każdy ma w sobie swój własny kod. Ktoś nad nami jednak prowadzi nas we właściwą stronę. Czym dłużej żyję – tym bardziej to rozumiem i tym bardziej jestem spokojny. Nie szarpię się już z życiem. Nie mam do siebie pretensji o niepowodzenia, czy stracone okazje. To moje życie. Jest jak film, w którym gram swoją rolę. Improwizuję z chwili na chwilę. Lubię zaskoczyć siebie samego. Bo moja własna nieprzewidywalność jest cechą, która mnie bawi i ciekawi.

Jakoś nigdy nie chciałem wielkich rzeczy. Nie chciałem otaczać się przedmiotami. Byłem zawsze minimalistą. Miałem raczej problem z tym, że miałem za dużo – jak na takiego jak ja człowieka. Rozdawałem więc swoje rzeczy przy różnych okazjach, starając się przekazać je w dobre ręce. Robiłem to wielokrotnie – zwłaszcza przy zmianach mieszkań. Były to wszystkie przedmioty, jakie może zgromadzić człowiek – z całymi zestawami mebli włącznie. Sam bym się chyba nie doliczył wszystkich. Lubiłem namiętnie kupować ubrania – rozdawałem ich potem całe mnóstwo. I tak cyklicznie, i falowo. Kupowałem i rozdawałem.

Jednak, już jako młody chłopak wymyśliłem sobie, że jako cały mój stan posiadania – chcę mieć jeden marynarski worek, do którego wrzucę parę najniezbędniejszych rzeczy – żeby zawsze być gotowym do drogi, żeby nie mieć nic, co może mi w życiu przeszkadzać. Worek miał czekać – zawsze gotów. Do tego koniecznie notes i ołówek – żebym mógł pisać i rysować.

Nigdy nie myślałam o tym, że gdzieś tam chcę wybudować dom, mieć samochody, baseny, stałą i niezmienną pracę, zorganizować grilla dla gości w sobotę i pokazywać im to wszystko co rzekomo zdobyłem. Nie,………. to nie byłem ja. Nigdy nie chciałem budować takich zamków na piasku….. To, co naprawdę jest trwałe – jest w nas. Tam jest wszystko, co mamy. Kiedyś w hotelu stanąłem nagi pod prysznicem i zrozumiałem, że wszystko co mam – właśnie jest pod tym prysznicem – to po prostu ja. Wszystko, co zawsze miałem – ciągle mam. Musiałem trochę pożyć, żeby to zrozumieć.

Ja chciałem wyjść naprzeciw życiu. Z jego wszystkimi kolorami. Szczęściem i bólem. Bo to znaczy żyć. Iść tam, gdzie nikt nie chce iść i przyjąć od życia nieoczekiwane szczęście. Brać, jak leci. Wygrywać i tracić i znowu wygrywać – wszystko. Va Banque..

Wydaje mi się, że wszyscy rodzimy się z jakimś kodem, że wiemy intuicyjnie dokąd iść. Ja od zawsze wiedziałem, że cały mój życiowy dorobek, jaki chcę osiągnąć – będzie niematerialny. Miał być zawarty w moim doświadczeniu. Chciałem zbierać piękne chwile – nie przedmioty. Zawsze ceniłem w ludziach prostotę, szczerość, gotowość na stracenie wszystkiego w imię prawdziwych wartości. Takich ludzi lubiłem najbardziej – byli mi najbliżsi.

W głośnikach słyszę „Time” Hansa Zimmera…. Jak to się wszystko z sobą spaja samoistnie.

Pamiętam też inną chwilę w błękitnej koszuli. Siedzimy na plaży z Iwoną i Arturem w małej zatoczce blisko Saint Tropez. Jest ciepłe popołudnie i znowu ten przyjemny, ciepły wiatr. Niedaleko od nas, trójka młodych ludzi pije szampana. Dziewczyna co jakiś czas uśmiecha się do nas. Arturek kopie dziury w piasku. Czuję jak piasek jest mocno rozgrzany…..przyjemny. Iwona ma piękną, kolorową spódnicę w kwiaty. Kładzie policzki na swoich kolanach i przygląda mi się ciekawie. Fotografuję w pamięci tę chwilę.

Niektórzy ludzie już w młodości postanawiają, co chcą mieć w szczegółach.Wiedzą nawet ile chcą mieć dzieci i wykonują swój plan. A ja zawsze chciałem niewiadomej. Chciałem wyjść na wiatr – prosto w twarz. Nie chciałem posiadać – chciałem prawdziwości.

Kiedy zobaczyłem pewnego dnia postać z Titanica – Jacka Dawson’a, którego gra Leonardo DiCaprio – widziałem człowieka, który jest tak bardzo podobny do mnie. Łapał chwile. Nie miało dla niego znaczenia, czy jest na górnym, czy dolnym pokładzie. Trzymał swoje życie w swoich rękach. I podobnie jak ja – rysował. Niewiele mu trzeba było. Był prawdziwy i gotowy na ryzyko. Gotowy na wszystko. To dlatego tak lubię ten film. Co ciekawe, na jednej ze scen biegnie dokładnie z takim workiem, jaki mam ja…….

Mijały lata, ale nie zmieniłem się pod względem swojej chłopięcej prostoty. Wciąż ekscytuję się tym, co przyniesie życie. Nie boję się przewrócić i stracić wszystkiego, bo za chwilę mogę wszystko wygrać. Potem stracić i znowu wygrać. Takie jest życie – zaskakujące i piękne. Kiedy wydaje nam się czasem, że wszystko się wali – właśnie wtedy dzieje się coś, co to wszystko odwraca. Moneta znienacka obraca się na drugą stronę. Ale nade wszystko, w każdej sytuacji trzeba być człowiekiem. O to w tym chodzi. Nadejdzie wiatr, który zadmie znienacka w żagle jachtu, który stał w marinie. Choć tego wiatru nikt się nie spodziewał. Trzeba być zawsze gotowym na dobro, które właśnie nadchodzi – zawsze gotowym do rejsu. A rejsem wcale nie musi być daleka podróż – to raczej metafora. Rejsem jest życie….

Mam czasem wrażenie, że ktoś mnie w tym moim podejściu próbuje. Życie składa się z pojedynczych dni, przeżywanych w niepowtarzalny sposób. Niesamowite jest to – jak dzień do dnia jest niepodobny. Przynajmniej moje dni …………

Dzwonię do Iwony, umawiamy się na spacer – zaraz po moim przyjeździe. Jedziemy od razu….

Ten dzień jest niezwykły. Jest jak zawieszenie w czasie.

Pojechaliśmy do kina w Skoczowie – lubimy bardzo to miejsce. Potem do Wisły Wielkiej, nad jezioro. Jest piękna pogoda i spacerujemy po malutkim molo, przy marinie. Jest cicho, słonecznie i pięknie. Kiedy stoimy na molo, jakaś dziewczyna robi nam fotografię. Zauważyłem to. Coś jej się chyba w nas spodobało….. Kolejna fotografia…..

……………Minął już tydzień od tego przyjazdu, a ja ciągle czuję szczególną atmosferę tamtej niedzieli. Nie wiem, jak nazwać to uczucie….jak je określić. Jeszcze tego nie przetworzył mój umysł. Wiem, że było to ważne…………………

Ustroń, 24.03.19

Jack pokazuje Rose swoje rysunki.

 

Scena, w której zaczyna się rozumieć wiele

 

Moja błękitna koszula.

———–

23 MARCA, 2019 PRZEZ ADMIN
Mrówka – moje nagranie głosowe 🙂
Hej,

Postanowiłem przeczytać moją refleksję pt. „Mrówka”.

Będę nagrywał swoje teksty także w tej postaci – wtedy można sobie będzie tego posłuchać gdziekolwiek – np. jadąc samochodem, w wannie, leżąc w łóżku ?

Mnie sprawia to nagrywanie wiele radości. Mam nadzieję, że taki sam będzie Wasz odbiór.

————-

jaro SHOP – opening soon

GIFTS ? !!!
OPUBLIKOWANE W11 MARCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Muzyka mojego dzieciństwa”
Mike Oldfield „Five Miles Out” – od tego utworu zaczęła się moja wielka przygoda z Hi-Fi.

Ojciec kupił za duże pieniądze pierwszą wieżę, do tego Magnetofon 4 ścieżkowy z przesuwem 19,5cm/s – jakość wręcz studyjna. No i potężne kolumny Altus 75 – marzenie. Załączył mi to………….i powiedział:

– To jest Mike Oldfield, muzyk elektroniczny z Anglii…. – wystarczyło.

Słuchaliśmy jak zaczarowani.

I ten głos Maggie Railly – tak wyobrażałem sobie głos anioła…….

Potem słuchałem tego setki razy przez słuchawki i nie mogłem się oderwać…

Odtwarzacz video

00:00
04:14

Kolejny legendarny utwór, którego słuchało się obłędnie w moim domu to „Blue Monday” – grupy New Order. Wypełniał całe mieszkanie……Tak powoli rozkochiwałem się w muzyce elektronicznej. Chyba trudno się dziwić ?

Byłem złakniony wszystkiego, co elektroniczne…..to było wtedy tak niezwykłe.

Bawiliśmy się z ojcem kanałami, balansem, korektorem…….jazda…….. ?

 

 

Mój brat ma to samo. Najważniejsze wyposażenie każdego z jego mieszkań to zawsze był sprzęt Hi-Fi. W domu miał kolumny koncertowe ? Potężne, estradowe.

Robiliśmy z nim kiedyś super performance. Przewieźliśmy cały jego sprzęt furgonetką do pustej hali produkcyjnej i do nocy graliśmy to (mój ukochany Kraftwerk) – z pełną mocą. Nigdy tego nie zapomnę.

———

OPUBLIKOWANE W10 MARCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Mrówka”
Zastanawiałem się od wczoraj – o czym dzisiaj napisać. Mógłbym sięgnąć do jednego z tekstów, które są gdzieś po szafach, ale siedząc tak na kanapie z podwiniętymi nogami i wdychając rześkie, prawie wiosenne powietrze z gór… zauważyłem na drewnianej podłodze małą biedronkę. Dreptała w jakimś sobie znanym kierunku. Przyglądałem się jej dłużej. Zaczyna się wkrótce wiosna, więc wiele istot budzi się do życia. Przypomniała mi się pewna moja obserwacja sprzed ponad 20 lat.

Stałem wtedy na przystanku autobusowym – wracając z pracy. Słońce mocno świeciło na rozgrzany asfalt drogi. Wręcz się od niego odbijało. I dlatego na jego tle zauważyłem mały obiekt – mrówkę. Niosła coś dużego na sobie – coś znacznie większego niż ona sama….. i tak szła przed siebie, bardzo powoli, dziesiątkami milimetrów. Przejście przez jezdnię musiało być dla niej oceanem pełnym niebezpieczeństw. Drogą mającą trwać…..kto wie jak długo.

Samochody przejeżdżały w jedną i w drugą stronę. Widziałem parę razy jak auto zdmuchiwało ją z kursu a ona wczepiała się pewnie małymi łapkami, starając się przetrwać. Rzucał ją co któryś z nich 2-3m dalej. Jakimś cudem znowu wracała na obrony wcześniej kurs, jakby wiedziała gdzie iść. Jakimś też cudem ja ciągle ją widziałem. Wydawałoby się to niemożliwe – taką małą mrówkę. Ona jakby zmierzała do jakiejś magicznej latarni. To ciekawe, jaki jest kompas w zwierzętach? Jak to się dzieje, że bociany wracają dokładnie w to samo miejsce – odległe o tysiące kilometrów, z dalekich podróży ?

Mrówka szła – nie zważając na nic. W każdej chwili mogła zginąć pod pojazdem, zbierała się jednak i szła dalej. Realizowała swoje życiowe powołanie. Czy my ludzie też mamy taki instynkt ? Czy wiemy dokąd idziemy? Czy jesteśmy wierni obranej drodze ? Czy jesteśmy dość wytrwali ? Czy robimy to, co powinniśmy i w co wierzymy – bez względu na to czy nas klepią po ramieniu, czy hejtują ?

Zadaję sobie to pytanie już ponad 20 lat i znam odpowiedź. Za każdym razem, kiedy zastanawiam się nad tym – po co coś robię – przypominam sobie tą mrówkę idącą przez jezdnię. Nie wiem, czy przeszła ? Ważne, że szła. Bo to było jej powołanie. Nie zauważyłbym już zresztą tego – bez przesady – z takiej odległości. Wytrwałość tej istoty budziła jednak mój ogromny szacunek.

Myślę, że skoro robimy dokładnie to, co powinniśmy robić…osiągamy spokój umysłu, ciała i duszy…. I nie ma ani jednego zmarnowanego dnia, ani jednej zmarnowanej chwili.

Myślę też, że tylko w spokoju i szczęściu wiemy – którą drogą iść. Tylko będąc w stanie szczęścia i radości podejmiemy dobre decyzje. Tego każdemu – z całego serca życzę.

jmakosz – Ustroń 10.03.19

PS

Kiedy piszę – często słucham tego utworu:

 

 

Postawa tego mnicha wyraża w jednym obrazie całą moją filozofię życia

 

 

OPUBLIKOWANE W3 MARCA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Szachy”
Pewnego wieczoru ojciec przyniósł do salonu małe, drewniane szachy. Powiedział z uśmiechem:

– Nauczę cię grać.

Miałem wtedy 6 lat. Poznałem pierwsze posunięcia i dobrze pamiętam tamten wieczór. Nie sądziłem wtedy jeszcze, że szachy odegrają w moim życiu tak ważną rolę. Tak więc graliśmy z ojcem i graliśmy…….

Dużo ćwiczyliśmy. Pokazywał mi różne rozegrania, warianty, debiuty, gambity….. Ćwiczył mnie w grze środkowej i końcówkach. Poznawałam co to jest partia włoska, hiszpańska, rosyjska, obrona sycylijsca i wiele, wiele innych. Poznawałem nazwiska wielkich szachistów. Wśród nich jego ulubieńcy: Tal, Spasski, Smysłow, Karpow, Kasparow. Ojciec kupował mi książki przeznaczone dla młodych adeptów tej gry. Poprzez zabawę chciał mnie tym zainteresować. On sam kupował dużo rosyjskich czasopism i książek, ponieważ to właśnie Związek Radziecki był niekwestionowanym królestwem szachów a tak naprawdę Gruzja, która wtedy jeszcze była częścią tego kraju. Ojciec grał przy każdej sposobności. Miał kolegów – szachistów. Grywał też sam ze sobą w domu, albo w oparciu o swoje książki. Rozwiązywał zagadki szachowe. Grał nawet w wannie. Pamiętam jak nieraz czytał i grał do późna w nocy, zanurzony po szyję w wodzie. W jednej ręce książka, w drugiej magnetyczne, małe szachy. Można je było trzymać w każdej pozycji. No i tak czasami zasypiał. Kiedyś mama znalazła go o może pierwszej nad ranem – z książką pływającą w wodzie i szachami. To było jego ulubiona książka. Na szczęście zszywana, więc można ją było dalej używać dalej – wystarczyło ją wysuszyć suszarką, co zresztą zrobił. Była potem dwa razy grubsza.

Odwiedzali nas jego koledzy, z którymi też często grywałem. Prezentowali dużo lepszy poziom ode mnie, więc wszystko to było pół żartem. Zawsze byli to jednak ludzie bardzo mi życzliwi. Czasem graliśmy u naszego sąsiada, człowieka który kochał szachy. Chodziliśmy więc piętro niżej i graliśmy do późna w nocy, a potem jak już byłem starszy i zbliżały się np. zawody to potrafiliśmy grać do rana. Potem oni zbierali się do pracy na 5:00, żeby zdąrzyć na ostatni zjazd w kopalni, pół kilometra pod ziemię – a wieczorem znowu graliśmy. Ojciec zawsze wspierał mnie w pracy nad sobą. Pamiętam, że chciał żebym zajął się kulturystyką – nie udało mu się. Potem chciał żebym został hokeistą – odwiedził nas nawet zawodnik z klubu sportowego Beldon w Katowicach – jego kolega. Przywiózł eleganckie łyżwy – prawdziwe, zawodnicze. Ojciec zabrał mnie na lodowisko, nauczył jeździć w jeden dzień. I nawet było to całkiem zabawne. Szybko się uczyłem jazdy, ale nie wyobrażałem sobie ćwiczyć w tym klamorstwie na sobie – latem i wiosną, o każdej porze. O nie ! To pewnie rozczarowało tatę, bo hokej to była jego chyba największa pasja.

Ale udało mu się zainteresować mnie szachami. Pewnie dlatego, że w tej grze było coś więcej – była jakaś magia. Była w niej dla mnie jakaś droga intelektualnego i duchowego rozwoju. Czegoś, co przeczuwałem, choć jeszcze nie rozumiałem. Intuicja podpowiadała mi, żebym się tym zajął.

Od samego początku dobrze zrozumiałem to, o czym mówił tata – nie chodziło o wygranie z drugim człowiekiem. Szachy, to spotkanie z nim. Z jego umysłem, z jego charakterem, osobowością, mądrością. Ponadto rozumiałem, że tak naprawdę ojciec uczy mnie siły charakteru – a szachy to jest jedynie droga i nigdy nie chodziło o to że bym zwyciężał, żebym był nastawiony rywalizacyjnie. Taka postawa jest niegodna prawdziwego szachisty. Chodzi o samorozwój i dyscyplinę. Tak mi to tłumaczył.

W swojej historii z szachami w tle widziałem bardzo różnych ludzi. Oczywiście ci, którzy grali dłużej musieli mieć pewne cechy osobowości. Ci ludzie mi imponowali. Natomiast ludzie, którzy mieli z szachami styczność powierzchowną – z reguły nie mieli dostatecznej wypracowanej siły charakteru. Bywały sytuacje, w których tracili kontrolę nad sobą, wstydzili się strasznie przegranej, albo byli źli na przeciwnika. Szachy odsłaniały wszystkie niedostatki. Wiele osób przegrywając w tej intelektualnej potyczce – czuje się jakby ktoś udowadniał im ich niższość – a to wyzwala różne reakcje u słabszych.

Zdarzyło mi się nawet grać z ludźmi, którzy mieli na pieńku z prawem. Otoczony przez całą ekipę – jako młody chłopak grałem z dużo starszym od siebie przeciwnikiem. Ktoś powiedział mu, że ja gram w szachy i że warto tego ze mną spróbować. Jako, że on uważał się za znakomitego gracza – znaleźli mnie, rozłożyli szachownicę i otoczyli nas dookoła.

Rozpoczęliśmy grę. W trakcie partii widziałem wyraźnie, że mój przeciwnik się denerwuje. A koledzy przecież na niego patrzyli. Miałem może z 10 lat. Przegrana z kimś takim musiałaby bardzo boleć – i to przy kolegach. W trakcie gry zacząłem zmieniać strategię. Prowadziłem grę w taki sposób żeby on nie miał nawet świadomości tego, że pozwalam mu rozegrać partię na swoich zasadach. Korzystnie dla niego robiłem to powoli i umiejętnie. Wyciskałem przy tym z niego maksimum jego możliwości. Na koniec, kiedy ostatecznie wygrał ze mną – przeszczęśliwy ściskał mi rękę, potrząsając nią mocno. O mało nie padł mi w ramiona. Koledzy byli z niego dumni – klepali go po plecach. Każdy też podszedł do mnie i gratulował mi dobrej gry.

Tak na marginesie historia niektórych z tych ludzi, którzy wtedy obserwowali nas przy szachownicy potoczyła się bardzo dramatycznie – ale o tym nie będę wspominać.

Lekcja, którą wyniosłem z tamtej partii – to była lekcja dyplomacji. Pozwoliłem mu wyjść z twarzą. Dla mnie była to po prostu kolejna partia i kolejna analiza sytuacji na planszy.

Co sobotę chodziłem do kółka szachowego – w klubie Henryka Jordana w Siemianowicach Śląskich. Tam Pan Zogata prowadził zajęcia dla kilku młodych chłopaków, wśród których byłem i ja. Zakładałem robione na drutach przez babcię kapcie (były bardzo modne w tamtych latach – dawało się je schować nawet do kieszeni) i graliśmy.

Pan Zogata miał taki zwyczaj, że zabierał sobie damę i odkładał na bok. W ten sposób próbował wyrównać siły z nami, jako że dama jest najsilniejszą figurą. Jednak i tak z nami wygrywał. Był dla mnie za silnym przeciwnikiem. Na jednym z zawodów pokonał go mój ojciec, ale ojciec nigdy nie odkładał damy, grając ze mną – chociaż był ode mnie nieporównywalnie lepszym graczem. Nigdy nie pokazywał mi swojej siły i to sobie ceniłem. Wręcz odwrotnie – grał tak, żeby miał cały czas wrażenie, że prawie prawie z nim wygrywam. Czasami dawał mi wygrać – wiem to, ale w większości przypadków przegrywałem w ciężkim boju. Moja głowa parowała z wysiłku.

Graliśmy z ojcem ogromną ilość partii. Godziny, które spędziłem na tej grze idą w tysiące.

Grałem z nim tak dużo, że nauczyłem się wręcz jego sposobu myślenia. Byliśmy w stanie nawzajem przewidzieć to, co zrobimy za chwilę, albo w następnym ruchu, albo w trzech następnych. Znałem jego styl, niekonwencjonalne rozwiązania.

Tata zabierał mnie na zawody szachowe. Klub górniczy organizował co jakiś czas turnieje. Byłem tam pewnego rodzaju maskotką. Dziecko grające ze starszymi mężczyznami. Niemniej jednak zawsze było to święto i chwila podniosła. Od samego początku ojciec uczył mnie pewnej postawy szachisty. Szachista to człowiek opanowany, to człowiek silny psychicznie, kulturalny, szanujący innych ludzi. To ktoś, kto nie uprawia hazardu. Pieniądze i alkohol nie idą w parze z szachami. Takie zasady mi wpajał.

Z czasem spotykałem coraz więcej takich ludzi. Tych, którzy szachy traktowali znacznie poważniej. Przychodziłem do klubu hutniczego HKS, w naszych Siemianowicach Śląskich. Był w budynku starej, przedwojennej pływalni koło wiaduktu, na pierwszym piętrze. Odbywały się spotkania, na które przychodzili w większości starsi mężczyźni. Wchodząc po schodach mijałem zawsze małą figurkę pływaka z brązu. To tutaj właśnie ćwiczyli polscy olimpijczycy w pływaniu, przed olimpiadą w Amsterdamie, w 1928r. To miejsce budziło mój szacunek.

Starsi ode mnie o 30 lat i więcej panowie. Grało się prawie w ciszy, przez wiele godzin i to było niezwykle przyjemne – ta cisza, tykanie szachowych zegarów, słońce wpadające do środka i oświetlające szachownice, ustawione jedna obok drugiej. Pamiętam to jak wczoraj. Widok tych mężczyzn, którzy się nawzajem szanują i respektują, to dla mnie obraz prawdziwego szachisty. Nie wiem, co w tym było ale oni bardzo lubili chodzić w koszulkach polo i w garniturach, albo co najmniej samych marynarkach – trochę już przygniecionych, bo chodzili w nich za często. Ciągle skupieni na czymś, małomówni ale nieprzeciętnie inteligentni.

Pamiętam jak wiele razy dzieli się jakimiś spostrzeżeniami na temat rozgrywek albo śmiali się z tego ile czasu komuś zajęło rozwiązanie zagadki szachowej, bo w czasopismach dla miłośników tej gry zawsze było takich zagadek dużo. Mat w dwóch posunięciach, trzech posunięciach, w czterech posunięciach. Czasami były to bardzo wymyślne zagadki, które rozśmieszały swoją konstrukcją.

Cieszę się, że miałem okazję spotkać takich ludzi.

Grałem też w turniejach międzyszkolnych. Najfajniej wspominam te zespołowe. Sławek, Olek, Kasia i ja. Zawsze w zespole była dziewczyna. Kasia imponowała mi zawsze swoim spokojem i inteligencją. Mieliśmy zespół …o tak. Do końca nigdy nie wiedzieliśmy jedynie, czy Sławek zdąży na czas. Ze wszystkich ludzi, których znam – jedynie Sławek mógł spóźnić się na coś jeszcze bardziej niż ja. Między innymi za to tak go lubiłem. Obaj czas mieliśmy dokładnie gdzieś.

Rodziców oczywiście cieszyły niewielkie sukcesy na miejskim szczeblu. Czasami zdarzało się, że wyjeżdżałem z młodzieżą do innego miasta, ale o tym nie będę już opowiadać. Opowiem natomiast o czymś, co bardzo zmieniło moje podejście nie tylko do szachów ale o wiele, wiele bardziej do innych rzeczy.

Była to jedna z tych nocy, w które graliśmy u naszego sąsiada poniżej. Było kilku kolegów ojca. Sąsiad wyjął swoje olimpijskie szachy. Duże, turniejowe, drewniane figury trzymał zawsze w woreczku. Do dzisiaj pamiętam dźwięk wysypywanych z niego figur. Na prawdziwej, dużej, olimpijskiej planszy rozgrywaliśmy partie. Mieliśmy dwa takie zestawy. Ojciec chciał mnie wtedy przygotować do jakiś zawodów, które były za parę dni. Było już bardzo późno. Może druga nad ranem. Grałem z jednym z kolegów taty.

W którymś momencie gry uzyskałem niespodziewanie bardzo silną pozycję. Mój przeciwnik zastygł, mocno się zastanowił. Pozostali skończyli w międzyczasie swoją grę i przyglądali się temu co się dzieje. Uśmiechali się i kiwali głowami do siebie. Nie było wątpliwości – moja pozycja była zwycięska. Ja sam nie miałem już co do tego wątpliwości, ale zgodnie z tym czego uczył mnie ojciec – nigdy nie okazywałem lekceważenia, ani zadowolenia. Z miną pokerzysty patrzyłem w dół na szachownicę. Opierając łokcie o stół, dłońmi przysłaniałem sobie jednak usta, żeby zasłonić delikatny uśmiech, który mimowolnie cały czas mi się wymykał. Nie podnosiłem wzroku na swojego zawodnika. Siedział nieruchomo. Słyszałem jego powolny, głęboki oddech. W którymś momencie ktoś z mężczyzn powiedział do niego:

– I co Andrzyj, unfall ? (i co Andrzej, wypadek)

Siedzieliśmy tak….cisza. Minęło pierwsze pół godziny. Mój przeciwnik przeprosił, wstał i wyszedł na balkon. To było lato. Ciepła noc. Poszedł zapalić. W pokoju, w którym byliśmy mógł palić spokojnie – bo palili wszyscy. Na popielniczce było tyle papierosów, że w trakcie gry nikt już nie pamiętał czyj był czyj a sam pokój tonął we mgle. Wrócił……… Siedzieliśmy kolejne może 20 minut. Znowu zrobił przerwę na papierosa. Siedzieliśmy kolejne pół godziny. Tamten mężczyzna rozumiał piękno szachów. Rozumiał, że przegrana nie oznacza pokonania człowieka. Trzeba przede wszystkim umieć przegrać. To po sposobie w jaki przegrywasz poznać to – jakim jesteś zawodnikiem, …….jakim jesteś człowiekiem. On to niewątpliwie wiedział. Po raz kolejny wyszedł na balkon, na papierosa. Patrzyłem na niego i starałem się odgadnąć o czym myśli. Patrzył przed siebie – w noc. Wiedziałem to, co wiedzieli wszyscy obecni w tamtym pokoju……., że teraz wróci i poda mi rękę. Patrząc mi w oczy, z uśmiechem – jak wszyscy szachiści z którymi grał mój ojciec mieli w zwyczaju powie:

– Winszuja…(gratuluję)

Wrócił. Usiadł i wykonał spokojnie ruch.

To był szok……….

Co on zrobił ? Byłem całkowicie zdezorientowany. Tego rozwiązania nigdy bym się nie spodziewał. Ono nie istniało, to niemożliwe……a jednak.

Zaczęło docierać do mnie, w którym kierunku chce iść mój przeciwnik. Decyduje się iść na ogromne straty, niemniej jednak rozwiązanie, które wybrał pozwala mu wyjść z tej sytuacji. To wyjście nie istniało, ale w momencie zrozumiałem że mój przeciwnik właśnie wymyka mi się z rąk. Wszyscy znowu kiwali głowami. Jak on to zrobił ?

Przez cały ten czas, kiedy odchodził – miał z pewnością przed sobą obraz szachownicy.

Mój tata rozgrywał ze mną partie w pamięci. Wyobrażaliśmy sobie układ szachownicy i mówiliśmy nawzajem np. Laufer G8-E6. Wieża B7-B6. Uwielbiał takie zabawy. Tamten człowiek jednak prawie nie patrzył na planszę. Myślę, że po prostu za bardzo sobie zluzował grę ze mną na początku, ale potem sytuacja zaczęła go zastanawiać, zwłaszcza że wszyscy już mnie klepali po plecach. To go zmobilizowało i postanowił ze mną wygrać.

Nie było w tym z pewnością zażenowania, że przegra z dzieckiem, ale w pewnym momencie wyzwaniem stało się dla niego to, że wszyscy uważali, że z tej sytuacji nie ma wyjścia. A on zamierzał je znaleźć – tak po prostu, ale nie żeby mnie pokonać. Bo tacy są właśnie prawdziwi szachiści. I nie chodzi o wyniki, nie chodzi o zwycięstwo, nie chodzi o pokonanie drugiego człowieka. Tu chodzi o rozwój własnych umiejętności.

Zapamiętałem tamtą, może trochę bolesną dla mnie lekcję, że z każdej sytuacji można znaleźć rozwiązanie jest to tylko kwestią dostatecznie długiego myślenia. Nigdy nie powiedziałbym „nie da się”. Nie lubię też, kiedy ktoś tak mówi. Wiele lat później spotkałem koreańczyków – oni pytali wtedy kogoś, kto tak twierdził „A czy próbowałeś chociaż ?”. W tym jednym doskonale ich rozumiałem.

Tu zakończę swoją opowieść o szachach. To była najlepsza lekcja jaką otrzymałem z tych wszystkich lat gry. Co ciekawe i ja cieszyłem się z tego, że on ostatecznie ze mną wygrał. Szczerze mu tego gratulowałem. Popatrzył wtedy na mnie i uśmiechnął się zagadkowo. Wiedział, że zrozumiałem już o co w tym wszystkim chodzi.

A tak w ogóle, to zapamiętałem też wiele cichych popołudni, gdy z ojcem graliśmy w salonie. Mama sprzątała mieszkanie, piekła w soboty ciasto. Czułem jego zapach. Siedzieliśmy w cichym tykaniu szachowego zegara i graliśmy….graliśmy.

Kiedy miałem 17 lat przestałem grać w szachy. To stało się tak po prostu – z dnia na dzień. Doszedłem do wniosku, że już wystarczy. Nie uważałem siebie za dość dobrego zawodnika.

Zdarzało mi się jeszcze sporadycznie grywać z kolegą, który przyjeżdżał z wojska na przepustkę. Z tym Sławkiem, z którym graliśmy kiedyś w jednej drużynie. Był jakoś niesamowicie silny wtedy. Ogrywał mnie raz za razem a ja mu tylko mogłem gratulować.

Poza tym, to zajmowało ogromne ilości czasu a ja chciałem robić coś innego. Ojciec może czuł się trochę zawiedziony, ale nigdy mi tego nie powiedział. On zresztą grał dalej. Szachiści mają to do siebie, że grają w szachy. Ja jedynie się w to bawiłem, ale ta gra nauczyła mnie bardzo wiele, zwłaszcza rzeczy pozaszachowych.

Po wielu latach, kiedy nasz syn Artur miał może jakieś 9 lat – przyniósł mi mały przedmiot. Drewniane szachy, ze sklepu „Wszystkko za 2 zł”. Uwielbiał robić takie żartobliwie tanie zakupy. Bardzo go to rozśmieszało.

– Patrz tato – szachy za 2zł. Nauczysz mnie grać ? – dodał.

Śmiał się przy tym szeroko.

– Historia toczy koło – pomyślałem.

Teraz czasem zagram z synem. Jest to forma spędzenia razem czasu. Posiedzenia obok siebie. Pomilczenia wspólnie, przy jednym stole.

Kto wie, może kiedyś zagram jeszcze z ojcem. Na jego ogródku działkowym jest taki fajny tarasik. Nad nimi pną się dziko winorośla, z których robi wino. Słońce przebłyskuje przez listki. Moglibyśmy pić kawę i pograć. A może tak….. z czystej ludzkiej przyzwoitości – powinienem kiedyś kupić bilet na last minute do Gruzji – ojczyzny szachistów ? Tam gra się wszędzie – w parkach, kawiarniach, herbaciarniach. A może to ojcu powinienem kupić bilet ? Niech leci. W końcu to będzie w podzięce za to, że poznałem kiedyś tą piękną grę….

Jarek

Dziadek i tata..grający w szachy (lata 70-te).

 

Z każdej sytuacji można znaleźć wyjście, jeżeli dostatecznie długo się nad nią myśli….

———–

OPUBLIKOWANE W24 LUTEGO, 2019 PRZEZ ADMIN
„Całe to moje rysowanie”
Zacząłem, kiedy byłem dzieckiem.

Kiedy trafiało mnie jakieś przeziębienie – siedziałem z reguły u moich dziadków. Zawsze była pod ręką jakaś kartka papieru i ołówek. Oczywiście, w tamtych czasach rysowałem wszystko, ale od samego początku zauważyłem, że pewien rodzaj kreski bardziej mi się podoba, że lubię uproszczenie, szybkie rysowanie – oddające uczucia, emocje, charakter osoby która tworzy. Były w tamtym czasie takie programy w telewizji – rano w niedzielę. Może niektórzy jeszcze to pamiętają ? To były spotkania z Szymonem Kobylińskim. Facet z długą brodą brał kawałek węgla i błyskawicznie wyczarowywał różne postacie. Opowiadał przy tym ciekawe historie. Dla mnie niesamowite było to, jak z tych pozornie chaotycznych kresek powstawał bez poprawek temat. To wszystko powstawało na oczach widza. Po prostu zaczynało żyć na moich oczach. A to wszystko przy pomocy tak prostych narzędzi. Był dla mnie jak czarodziej. Do dzisiaj ten typ rysunku lubię najbardziej – szybki, mocny, bezpośredni, bez zastanowienia. Nie musi być technicznie doskonały, ale najważniejsze jest to, żeby były w nim uczucia – moje uczucia, uczucia osoby którą przedstawiam i uczucia osoby, która odbiera to co stworzyłem.

Potem było tak, że dostałem kiedyś w prezencie kalendarz z reprodukcjami obrazów Jana Matejki. Były tam między innymi takie obrazy jak Hołd Pruski, Bitwa pod Racławicami, Rejtan, no i oczywiście bitwa pod Grunwaldem. Bawiłem się w rysowanie tych obrazów na większym formacie. Rysowanie jednego zajmowało mi nawet 3 popołudnia, ale byłem bardzo wytrwały i wiedziałem, że żeby stworzyć coś co przyniesie mi satysfakcję – muszę temu poświęcić dużo wysiłku. Pokonywałem więc niepowodzenia, niecierpliwość, frustracje. Nie dokończyłem jedynie Bitwy pod Wiedniem, bo kalendarz gdzieś zniknął.

W tamtym czasie nauczycielka plastyki zaprosiła mnie do udziału w kółku plastycznym w naszym domu kultury, w zameczku. Mieliśmy na ostatnim piętrze piękną pracownię. Było też kilkoro innych dzieci a nauczycielka – fantastyczna osoba, Basia Piszczan – pokazywała nam bardzo różne techniki, podejście do perspektywy, cienia, itp. I to mnie fascynowało. Ona także potrafiła cudownie o wszystkim opowiadać – z takim zaangażowaniem, całą sobą – że wiedziałem, że to jest prawdziwa artystka. Gdzieś tam podskórnie czułem, że to jest kierunek który chciałbym zgłębić. Czasem, kiedy oglądała moje prace – mówiła z uśmiechem:

– I co, Makosz ? Osiadłeś na laurach ? Przecież stać Cię na więcej. Popracuj jeszcze nad tym.

Wiedziałem, że we mnie wierzy i wracałem do pracy. A ona żegnała mnie tym zagadkowym półuśmieszkiem, z założonymi rękami – jak miała w zwyczaju. Na szyi nosiła często korale. Korale do jasnych golfów i bardzo długie jakby bezrękawniki z dzianiny. Tak…….tak je nosiła.

Pewnego dnia zabrała nas do telewizji Katowice. Mieliśmy z kolegą namalować plansze do programu o Śląsku. Będąc kiedyś w Planetarium Śląskim widziałem, że horyzont zbudowany jest symbolicznie z różnych budynków kościołów, kominów, szybów górniczych. Te wszystkie elementy na samym dole potężnej kopuły planetarium były namalowane konturowo, jakby pozostawały w cieniu. W tle była projekcja wschodzącego, albo zachodzącego słońca. My tworzyliśmy coś bardzo podobnego. Praca była bardzo szeroka. Czuliśmy na sobie wielką odpowiedzialność – no i w którymś momencie, bliżej końca – wydarzył się mały dramat, a mianowicie niechcący otarłem pędzel o krawędź słoika z wodą w taki sposób, że farba prysnęła na całą plansze. Kolega był wściekły a ja nie pozwoliłem mu na siebie naskakiwać. Przeprosiny niewiele tu poprawiły. Zaczęła się poważna kłótnia. Mieliśmy może po 12 lat, ale było dość ostro. Zainterweniowała nauczycielka. Wkurzyłem się i wyszedłem. Nie wiem, kto za mnie dokończył tą pracę. W każdym bądź razie wypisałem się z kółka plastycznego i przestałem chodzić na zajęcia. Zapomniałem o rysunkach i malowaniu.

Przypominam sobie teraz, że dużo wcześniej – a mianowicie w wieku może 9 lat rysowałem dużo, ale w zupełnie innym kontekście. Rysowałem mianowicie na różnych kartkach i w zeszytach akty kobiece. Nie przeszkadzało mi słuchanie jednocześnie tego co mówi nauczycielka na zajęciach typu fizyka, która była moim ulubionym przedmiotem i jednoczesne rysowanie czegoś zupełnie odmiennego ?

Pamiętam, jak zdarzyło się ze trzy razy kiedy jedna bądź druga nauczycielka zauważyły kątem oka – co rysuję. Pamiętam ich purpurę na twarzy i szybkie wycofanie się w zawstydzeniu. Ja zamykałem pospiesznie zeszyt i sprawy wracały do porządku dziennego. Lubiłem się uczyć, więc temat nigdy nie był poruszany. Były to czyste akty kobiece, jednak rysowane w taki sposób, że nawet dziś zastanawiam się nad tym – jak jako dziecko mogłem mieć taką fantazje i skąd przychodziło mi to wszystko do głowy ? Wielu z tych tematów nawet dzisiaj bym nie narysował.

Mijały lata. Rysunek mógł mi służyć co najwyżej do tego żeby lepiej wyjaśnić to o czym myślę, ponieważ coraz bardziej stawałem się istotą techniczną i coraz bardziej ciągnęło mnie do inżynierii.

I tak nadeszły studia na wydziale elektroniki. Kiedy jednego roku wyjechałem z akademika na wakacje – do naszego dwuosobowego pokoju wprowadziła się pewna Rosjanka. Nigdy osobiście jej nie poznałem, ale kiedy wróciłem z wakacji – nie poznałem swojego pokoju. Był cały w malunkach. Na suficie i ścianach były postacie jak z Kaplicy Sykstyńskiej – Michała Anioła. Postacie aniołów, rycerzy, bohaterowie jakiś nieznanych mi baśni. To było niesamowite. Kolega powiedział, że ta dziewczyna studiuje na Akademii Sztuk Pięknych. Nasz pokój widział już różne rzeczy, ale to było naprawdę coś. Pomijam fakt, że wszystkie meble i ściany mieliśmy wcześniej popisane cytatami naukowców , artystów i myślicieli. Nad moją głową ktoś rozpisał myśli Einsteina. Na drzwiach szafy – ktoś inny przepisywał poezję. Jednak elektronicy, to wrażliwe dusze. I kto by pomyślał ? To wszystko pozostawało po poprzednich rocznikach, które mieszkały w tym pokoju. Ale rysunków jeszcze nie mieliśmy. Czegoś takiego nie spodziewałbym się nigdy.

Wkrótce potem zacząłem bawić się ołówkiem i rozpoczął się kilkumiesięczny epizod powrotu do rysowania. Dostałem od Iwony dwa albumy ze sztuką. Patrzyłem na to, co robił Renoir i próbowałem to odtwarzać. Tamtego roku wyjechaliśmy też zimą do Zakopanego. W naszym ciepłym i miłym pokoju w willi Renesans – chwytaliśmy często za ołówki i rysowaliśmy dla zabawy. Cały czas przez te wszystkie lata dużo pisałem – tego nie przerwałem nigdy. Czułem się blisko sztuki, czegoś co zawsze mnie pociągało. Sprawiało mi to dużo przyjemności.

Niemniej jednak w którymś momencie postanowiłem przerwać, dlatego że uznałem, że jest to droga w której będę coraz głębiej wchodzić w siebie i zatracać się w tym. Obawiałem się, że zanurzę się coraz głębiej w siebie a w tamtym okresie nie byłem gotowy na to, żeby z taką łatwością wychodzić z powrotem. Instynkt nakazał mi przerwać.

Odłożyłem więc ołówek i tak minęło kolejne 25 lat – ćwierć wieku.

Aż tu pewnego niedzielnego poranka, przy kawie w Ustroniu na naszym Zeta Park…… coś się stało.

Na stole leżało jedno z kolorowych czasopism typu Elle. Bardzo spodobała mi się fotografia dziewczyny, która była na okładce. Tak się złożyło, że pod ręką była i kartka i ołówek. Zacząłem zupełnie dla zabawy ją rysować……………..
Wykonywałem szybkie ruchy. Kreska błądziła sama, szukając jej postaci, którą wyczuwałem. Rysowałem mniej pewnie, niż kiedyś – ale nie zapomniałem tego. Po jakiś 5 minutach szybki rysunek był gotowy. Zatrzymałem się i popatrzyłem na to, co zrobiłem …….zastanowiło mnie to mocno. Ten rysunek sprawił, że zrozumiałem, iż za pomocą tak prostych środków – można przekazać tak wiele uczuć. Od tego czasu zacząłem rysować około godziny w każdą sobotę i niedzielę. Uczyłem się całkowicie samodzielnie, wyciągając wnioski z tego co zrobiłem. W internecie oglądałem rysunki, które mnie inspirowały. Rysowałem dużo i szybko. Brałem jedną kartkę za drugą i następną, i następną. W niedługim czasie uzbierało się ze 100 takich kartek.

Pewnego dnia poukładałem wybrane przeze mnie rysunki w koło, Siedząc na kanapie obserwowałem to wszystko. Rysunki były niedoskonałe, miały swoje poważne defekty techniczne, ale nie to było dla mnie istotne. Postacie, które tworzyłem – patrzyły na mnie. Jakby chciały mi coś powiedzieć ………i to było niesamowite.

Kiedy patrzyłem na nie wieczorem – ona dalej mi się przyglądały.

Dałem im życie………

Potem, po około roku przyszedł moment kryzysu. Nie potrafiłem przekroczyć pewnego poziomu, zrozumieć pewnych zależności, które rządzą światłem i cieniem. Zrozumieć tego – po co mi kreska i po co mi plama. Byłem całkowitym samoukiem i nikt mi niczego nie podpowiadał. Zupełnie jak z gitarą.

Najbardziej zastanawiające było to, że kiedy rysowałem – rozmyślałem ……zapisywałem różne notatki dotyczące tego co robię a wnioski, do których dochodziłem wykraczały znacznie poza rysowanie.

To ciekawe, jak podczas tworzenia tych prac zdołałem się mocno wyciszyć, skoncentrować, zejść bardzo głęboko w siebie i wydobywać stamtąd wspomnienia, uczucia, myśli…. gdzieś zapomniane, przerwane. Jak zaczynałem rozumieć wiele rzeczy, zupełnie nie związanych z rysunkiem.

Odnajdywałem porozumienie z sobą, harmonię.

Wykonywałem mnóstwo rysunków. Sprawiało mi to przyjemność. W ciągu na przykład pół godziny byłem w stanie wykonać nawet 5 rysunków. O ile wcześniej miałem poczucie tego, że wszystko co robię zajmuje mi mnóstwo czasu i przepada bezpowrotnie, to od kiedy zacząłem rysować – zrozumiałem, że coś po sobie zostawiam – uczucia, nastroje, myśli, część siebie.

Wiele z tych rysunków wyrzucałem, bo nie byłem z nich zadowolony, ale zawsze kiedy wrzucałem je do kosza z papierem – patrzyłem na nie raz jeszcze jakbym się z nimi żegnał – wiedząc, że one też czemuś służyły. Temu, żeby kolejny był lepszy.

Rysowałem tak dużo, że dochodziło do sytuacji absurdalnych – to znaczy brakowało mi papieru i nie miałem już na czym rysować. Musiałem kupować kolejną ryzę A4 – do ćwiczeń. A jak to w niedzielę rano – nie chce się jechać do sklepu, no więc szukałem czegokolwiek, na czym mógłbym rysować, nie dlatego że to była obsesja, ale dlatego – że to była potrzeba i przyjemność. Są takie tematy, które rysowałem po kilkanaście i więcej razy. Za każdym razem zastanawiam się czy ta postać, którą próbuję narysować jest lepsza w tym rysunku niż we wcześniejszym. Zostawiałem więc starą wersję i tworzyłem kolejne. Potem je zestawiałem ze sobą i i tworzyłem następne, a potem 20 następnych. Wszystkie podobne – jak siostry.

Nastąpiła sytuacja, w której byłem w stanie rysować non stop przez 20 godzin, pijąc jedną kawę za drugą – a kiedy robiło mi się słabo bo nie jadłem – przegryzałem parę paluszków albo brałem łyżkę musu orzechowego i dalej byłem całkowicie zatopiony w tym co robię. I to było właśnie to, czego obawiałem się przed laty – wszedłem bardzo głęboko w siebie. To sprawiało mi oczywiście dużą przyjemność, ale wyobcowywałem się z otoczenia. Wreszcie zrozumiałem……że przesadziłem.

To samo zresztą było z gitarą. Gitara wciąga mnie jak narkotyk. Kiedyś (a gram na od 14 roku życia) była to rozkosz połączona z uzależnieniem. Kiedy grałem – znajdowałem się w innym świecie.

Muzyka generalnie – działa na mnie bardzo mocno. To jest jednak inna historia……

Jestem na tyle odporny psychicznie, że zrozumiałem w jakim kierunku idę. Zatrzymałem się. Dokonałem korekty swoich zachowań. Wiem dokładnie co, jak i kiedy chcę zrobić i nie czuję potrzeby posuwania się dalej. Człowiek jest jednak maszyną samo uczącą się. Całe szczęście.

Był jednak moment kolejnego wielkiego kryzysu, kiedy powiedziałem sobie, że rysunek który teraz tworzę jest ostatnim -jaki wykonam. Nie byłem zadowolony z tego, co osiągnąłem do tamtego momentu.

Tak więc usiadłem do tego rysunku i niemalże ze wściekłością zacząłem rysować portret mojego dziadka, który który w robotniczych łachmanach stoi na wprost mnie i patrzy swoimi głębokimi oczyma. Jakoś to akurat trafiło mi w ręce – jego stara fotografia.To co narysowałem na formacie A3 zajęło mi dosłownie parę minut. Jak wspomniałem rysowałem ze złością, prawie ostatkiem sił.

Skończyłem. Rzuciłem na stół ołówek i wyszedłem do łazienki, umyć ręce. Po chwili wróciłem i popatrzyłem mimowolnie na rysunek, który ustawiłem na desce, na krześle.

I to był szok…….

Dziadek patrzył na mnie z tego rysunku. Patrzył na mnie dokładnie tymi otrzyma jakie zapamiętałem. On z tego rysunku mnie pytał…. I co chcesz się teraz poddać, naprawdę chcesz się poddać ?

I do tego wszystkiego, jakby lekko się uśmiechał.

Rysunek wykonany był najzwyklejszym w świecie ołówkiem HB. Wiele detali nie było widocznych z odległości, w której stałem – ale niesamowite było to, że on był żywy.

Kiedy podchodziłem do rysunku i zacząłem analizować szczegóły, widziałem Ile błędów popełniłem, widziałem różnice w wielkości oczu, przesunięcie między uszami a nosem, w kształcie podbródka, chaotycznych kreskach – czy też jego czapce, ale kiedy znowu odchodziłem parę kroków – on znowu tak samo na mnie patrzył i tak samo zagadkowo się uśmiechał.

Kiedy tego dnia nadszedł wieczór a w pokoju było prawie ciemno – patrzyłem na ten rysunek. I dziadek dalej patrzył na mnie… Tak samo jak wcześniej. W tych prawie ciemnościach jego oczy ciągle szukały we mnie samym odpowiedzi. Pamiętam moment, w którym siedząc na krześle popatrzyłem na swoje własne ręce. Nie mogłem uwierzyć, że sam to narysowałem.

Od tamtego momentu czułem, że robię postępy na drodze którą chciałem iść w rysunku. Zacząłem rozumieć, że nie istnieje kreska, że jest iluzją. Jest tylko spotkaniem światła i cienia, w zależności od oświetlenia. Widzimy tyle, ile możemy zobaczyć – resztę nasz umysł dopisuje, w zależności od wrażliwości odbiorcy. To, co odbiorca zobaczy w rysunku, który ja tworzę jest tym co jest w nim, bo on dopiszę sobie szczegóły, których nie widać – tak jak ja dopisywałem sobie szczegóły twarzy dziadka, których na rysunku ewidentnie nie ma.

Zacząłem rozumieć, że linia w przyrodzie nie istnieje. Jest tylko spotkaniem światła i cienia. Jeżeli przyciemni się światło – zobaczę tylko część tego obiektu. Zobaczę tylko tyle, ile pozwoli mi zobaczyć światło które na niego pada.

Takie i wiele innych obserwacji poczyniłem później. Zapisywałem wszystkie te myśli i wyciągałem wnioski z tego co robię.

I tak poszukiwałem swojego własnego stylu – nie dlatego, że chciałem być oryginalny, ale dlatego że chodziło mi o przekazywanie uczuć moich jak i wywołanie tych samych uczuć u odbiorcy. Rysunek pozwala w mgnieniu oka przekazać znacznie więcej niż często ogromna ilość tekstu. Jego siła przekazu jest olbrzymia.

I tak minęło trochę czasu. Niektóre rysunki zacząłem wrzucać na Facebooka od momentu, kiedy go założyłem – czyli od 25 września 2018.

Będę to robił dalej, bo czuję taką potrzebę. Technika, którą się posługuję – przypomina malowanie na sucho. Używam palców dłoni, dotykam nimi swoich postaci. To bardzo zmysłowe doznanie. Uwielbiam to robić, ale też dziś wiem kiedy przestać…… Zobaczymy jakie będą kolejne rysunki. Ja sam nawet nie znam odpowiedzi, bo wszystko co robię powstaje z potrzeby chwili. Taki już jestem – nie mam ani wielkich marzeń, ani wielkich planów. Co najwyżej mogę myśleć o tym jaką koszulę wyprasować na jutro rano do pracy ….a resztę odpowiedzi zna czas i wiem, że będzie dobrze – bo wiem, że nie jestem sam…. Bo wszystko co robimy ma jakiś głębszy sens i niekoniecznie my sami musimy znać na to odpowiedź. Ktoś dobry prowadzi nas w życiu i z biegiem lat coraz lepiej zaczynam to rozumieć. Nie martwię się już o nic , bo wiem że jest dokładnie tak jak powinno być….

Jarek

Rysunek dziadka, kiedy byłem w momencie krytycznym na drodze w rysunku….:)

Szkic z Zakopanego, jakie ocalały..

Inne szkice z Zakopanego ’95.

 

Zakopane ’95

 

Było ich dużo, ale potem już nigdy więcej nie rysowałem karykatur. Bardziej chodziło mi w tym o uchwycenie cech specyficznych danej osoby.

Zdarzało się, że rysowałem na tym co było – tam gdzie byłem. Tu np. Szwecja. Zazwyczaj czekając na coś, albo rozmyślając…

Uwielbiałem rysować bardzo szybko, namiętnie – bez zastanowienia…….. Czasem lekko, a czasem mocno naciskając ołówek…….

Takich mega-szybkich prac wykonałem całe setki. Niektóre z nich są gdzieś jeszcze w teczkach…Nie zaglądałem do nich od dawna. Teraz przyszła chwila.

Jeszcze jedna z karykatur, które znalazłem….

Zdarzył się jednak mały epizod – teraz to znalazłem – z czasów mojej pracy jako konstruktor w ABB Daimler Benz…. Tak więc kreska służyła mi nie tylko do rysowania schematów elektronicznych ?

Tutaj wróciłem po latach…..2017

Po latach zacząłem powoli rozumieć o co chodzi w rozkładzie światła i cienia…..

Zacząłęm upraszczać ……….

I nastąpił przełom. W tym rysunku „Tango in the club” zrozumiałem, jaką drogą chcę iść…tworząc swoje prace. Zacząłem od niechcenia, jedną ręką trzymając kromkę chleba a drugą rysując na niewielkiej, obtarganej kartce…..i nagle zrozumiałem.

————–

OPUBLIKOWANE W17 LUTEGO, 2019 PRZEZ ADMIN
„O Miłości”
To był piękny dzień. Usiadłem na ławce nad stawem kajakowym w Ustroniu. Łapię ostatnie promienie zachodzącego słońca, które oświetla mi twarz…… i piszę o miłości…. Czy może być piękniejszy temat ?

Po czym poznać miłość ?

Ma dwie cechy – jest stała i wieczna.

A jej miarą jest troska o drugą osobę – bezinteresowna.

To pomaganie kochanej osobie, by była szczęśliwa, spełniona i wolna. By się rozwijała w kierunku, w jakim pragnie iść.

Miłość nie wymaga poświęceń. Jeżeli tak jest – to nie jest to miłość.

Miłość to wysiłek, jaki podejmujemy na rzecz drugiej osoby. Ile potu jesteśmy w stanie wylać, by na końcu wspólnie się roześmiać ?

Miłość to nie tylko słowa, ale także czyny.

Ten kto kocha – jest w stanie w każdej chwili stracić wszystko, bo nie dobra materialne są w życiu tym co jest naprawdę ważne i możemy z uśmiechem na ustach stracić wszystko co mamy – bo stracimy to razem…..

Miłość nie chce aby oddawać siebie drugiej osobie – przeciwnie, szczodrze daje obopólnie.

Dzięki niej stajemy się lepszymi ludźmi – to jej wielka, charakterystyczna cecha.

Jeszcze raz powtórzę – Miłość jest stała. Nie ma wzlotów i upadków. Zawsze Cię przyjmie z powrotem…..nawet po latach…zawsze.

Jeszcze raz powtórzę – Miłość jest wieczna. Nigdy się nie kończy. Nic nie jest w stanie jej zniszczyć.

Miłość to dobro. Zastanów się chwilę nad tym prostym zdaniem……proszę.

W gąszczu określeń jak „kochać się” , czy „make love” bywa zupełnie opacznie rozumiana, ale ona ciągle jest najwyżej………od zawsze.

Kto kocha – nie mówi: „Nie mogę bez ciebie żyć”, ale: „tak, mogę…. jeśli beze mnie będziesz szczęśliwsza”.

Miłość to nie pożądanie , bo ono dąży do posiadania drugiej osoby.

Miłość nie zabrania niczego,…… pozwala decydować. Nie traktuje drugiej osoby jak własność. Nie chce jej posiąść.

Przez miłość się nie cierpi – nigdy……To też nie wieczna tęsknota…jak napisał ktoś inny.

Miłości nie trzeba pielęgnować. To twierdzenie (które wszyscy powtarzają jeden po drugim), to jedna z największych bzdur, jakie w życiu słyszałem. Jeżeli ktoś boi się, że jego miłość zgaśnie, bo jej nie podlewa…..to tak się stanie pewnego dnia….wystarczy że przestanie ją „podlewać” – proste. To jednak także nie jest prawdziwa miłość a jedynie marny jej substytut.

Jak wspomniałem, miłość prawdziwa jest stała i wieczna i nie trzeba się o nią martwić – bo ona po prostu jest.

Miłość jest cierpliwa – tak,…. gość miał rację.

Miłość wszystko przetrzyma…. tu też miał rację.

I jeszcze jedno……….

Sex bez miłości nie przetrwa…….

Miłość bez seksu – tak..

To tyle…..

PS

Słońce już zaszło za górami. Chłodniej się zrobiło nad stawem. Będę wracał. Za godzinę to opublikuję.

Jedyne, czego mogę żałować to tego – że nie udało mi się dać jej jeszcze więcej, że zabrakło mi nieraz czasu…chociaż, kto wie – co przyniesie jutro.

————-

10 LUTEGO, 2019 PRZEZ ADMIN
„Moje Myśli”
I tak oto dzisiaj dochodzimy do sedna tego, po co jestem w mediach……

Wszystko, co robiłem do tej pory – było jedynie wstępem do tego, co naprawdę zamierzałem zrobić. Chciałem publikować swoje myśli. To je uważam za istotę mojej pracy. Wszystkie rysunki, opowiadania, fantazje……to był tylko początek. Rodzaj zabawy.

Mój pierwszy wpis na Facebook, w dniu moich urodzin 25.09.2018 mówił o tym, że podobnie jak pewien niewidomy Irlandzki poeta rozrzucał na wiatr kartki ze swoimi pracami, licząc na to że ktoś je przeczyta – choć większość z nich kończyła w błocie …. blisko niego samego – tak i ja zrobię to samo. Tymi kartkami są moje myśli. Spisywane w innej, elektronicznej formie – ale sens jest ten sam. Zasięg jednak zupełnie inny. To czy ktoś odbierze jednak mój przekaz, zależy w dużej mierze od niego (a dokładnie w połowie).

Pomiędzy nadawcą a odbiorcą musi wytworzyć się porozumienie, inaczej nie ma transmisji.

Kiedyś, kiedy pisałem te wszystkie myśli – na luźnych kartkach, paragonach, serwetkach w niezliczonych kawiarniach, (a robię to już od ponad 25 lat) – wiedziałem, że przyjdzie taki dzień, w którym udostępnię to innym. Kiedy zaczynałem, nikt nie myślał nawet o czymś takim jak internet. Chciałem to wszystko kiedyś przepisać, a potem wydrukować. Taki pełen segregator zamierzałem zanieść do Banku Śląskiego, zaraz na Złotym Rogu w Siemianowicach. Na pytanie pani w okienku:

– Co Pan chce zdeponować ?

Odpowiedziałbym

– Siebie. Może ktoś to kiedyś przeczyta i mnie zrozumie…….

Życie bywa zaskakujące i mamy takie możliwości jak publikacja bez ograniczeń. Nie jesteśmy od nikogo zależni. Sztuka i myśl są wolne……chwała Internetowi. Dla mnie jednemu z największych osiągnięć cywilizacji.

Wiele z myśli przepisałem kiedyś a potem utraciłem bezpowrotnie wersje elektroniczne – szkoda….nie drukowałem ich.

Moje szuflady, notatniki …. są ciągle pełne tych do przepisania, tych które jednak przetrwały. Niektóre kartki powkładane gdzieś w stosy do reklamówek. Jedną z takich reklamówek zgubiłem podczas którejś przeprowadzki ?

Teraz mam jeden pewny adres jmakosz.com i tu mogę zapisywać wszystko to, co przetrwało, jak i rzeczy najnowsze.

Tak więc to na Myślach będę teraz koncentrował swoją działalność. Oko, które wybrałem na swój symbol jest czujne i wrażliwe. Obserwuje, interpretuje i reaguje….

Uwaga techniczna. W wersji na smartphone mój blog na Facebook wyświetla się w takiej postaci, że strzałkami łatwo jest przewijać w prawo i w lewo poszczególne wpisy. Miłej lektury.

Zapraszam też do polubienia moich muzycznych propozycji – z menu trzeba wybrać „Moja muzyka – 3 propozycje muzyczne na ten tydzień”. Tym razem Depeche Mode – zawsze byłem ich fanem. Do teledysków zawsze dodaję jakieś swoje osobiste komentarze – odniesienia do mojego życia, wspomnień, miłości….

Podsumowując – na Instagramie będą moje prace plastyczne, na blogu osobistym Facebook – Myśli, a tutaj na blogu www.jmakosz.com jest mój wirtualny dom, gdzie prywatnie zapraszam na odwiedziny. To mój kolejny, nowy adres zamieszkania.

————–

2 LUTEGO, 2019 PRZEZ ADMIN
„Dać z siebie wszystko…..” (Give everything from me …)
Każdy rysunek wykonuję tak, jakby miał być moim ostatnim..

I każdy tekst piszę tak, jakby miał być moim ostatnim….

Całym sobą….daję z siebie wszystko….

Co nie znaczy, że czekam aż coś się skończy,

Wręcz przeciwnie……

VIVE LA VIE !!!!

Mój świat jest na teledysku poniżej – Not Giving Up On Love !!!!!!!!

Jarek/ Ustroń 2.02.19

—————————————————————

I make every drawing as if it were to be my last ..

And I write every text as if it were my last ….

With all myself … I give everything ….

Which does not mean that I’m waiting for something to end,

On the contrary……

VIVE LA VIE !!!!

My world is on the music video below – Not Giving Up On Love !!!

—————-

jaro SHOP – opening soon

GIFTS ? !!!
OPUBLIKOWANE W27 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„My English Patient”
Opowiem o moim ulubionym filmie – „Angielski Pacjent”. O tym dlaczego to właśnie ten film jest dla mnie tak wyjątkowy. A stało się to zupełnie przypadkiem, …. jak większość ważnych dla nas rzeczy.

Pewnego letniego dnia wybraliśmy się z Iwoną do kina. Kupiłem dwie pizze – zaraz obok wejścia, w „Avanti” – no i weszliśmy… jak zwykle mocno spóźnieni, na górne piętro. Szukając po omacku swojego rzędu – usiedliśmy wreszcie. Film leciał już od dawna. Otwarłem pomału pudełka z pizzą. Zapachniało Włochami. Ktoś się odwrócił zdziwiony. W kinie było niewielu ludzi – czas urlopów. Na ekranie jakiś żołnierz w turbanie, chyba Hindus – kołysze na lewo i prawo wykrywaczem metalu. Cisza….słychać tylko jego kroki na małych, drobnych kamyczkach drogi. Na ekranie jest popołudnie,…. tak jak u nas wtedy. Pogoda też identyczna z tą, jaką zostawiliśmy na zewnątrz. Jem trójkąt pizzy, włoskim sposobem, zwijając go po bokach – Quattro Stagioni smakuje wyśmienicie. Spoglądam na Iwonę – robi to samo. Widzę jak walczy z ciągnącą się mozzarellą. Uśmiecha się do mnie. Hindus na ekranie zdejmuje zegarek, oddaje go jakiejś dziewczynie….. poznaję ją – to Juliette Binoche….

Do kina wybraliśmy się z przypadku. Wojtek w pracy tego samego dnia rano powiedział mi coś o jakimś nudnym filmie.-

– Tak, A co to było ? – zapytałem od niechcenia.

– „Angielski Pacjent”. Coś pomiędzy Casablanką a Pożegnaniem z Afryką. Dłużyzna panie.

Chyba nie mógł bardziej mnie zachęcić, bo oba filmy bardzo lubię i postanowiłem jeszcze tego samego dnia sprawdzić gdzie leci. No i był – i to w naszych Siemianowicach Śląskich.

Film grał dalej a my coraz bardziej się w nim zatracaliśmy… bez reszty…..

Gdy się skończył – nie miałem najmniejszych wątpliwości, że zobaczyłem arcydzieło. Wyszliśmy, a ja ciągle jeszcze byłem gdzieś daleko stąd – w Afryce, Toskanii,….Egipcie. Przeszliśmy tamtego wieczoru ulicą Świerczewskiego, aż do Złotego Rogu. Na prawo – wieża Willi Fitznera do złudzenia przypominała mi wieżę tego klasztoru z filmu. To był bez wątpienia magiczny wieczór. Na czystym, letnim niebie świecił pełny księżyc. Byłem nieobecny jeszcze bardzo długo tej nocy. Moje myśli gdzieś wędrowały………

Do biura wszedł uśmiechnięty Andrea:

– Jarek, la sorpresa (niespodzianka) – mówi podekscytowany.

– A to ciekawe ? – odparłem.

Kładzie przede mną wydruk mapy,…. jakieś opisy.

– Zainteresuje cię to miejsce. To tam kręcili Paziente Inglese, o którym mi kiedyś wspominałeś. Jest koło Pienzy, w Toskanii. Nazywa się z Santa Anna di Camprena – dorzucił, rozpromieniony.

Andrea zawsze wprawiał mnie w dobry nastrój. To człowiek złoto.

Wziąłem od niego kartki. Wszystko mi przygotował. Cały dojazd z Turynu obliczył na niecałe 6 godzin.

– Jesteś niemożliwy. Dzięki ! – prawie wykrzyknąłem.

To był piątek. Zerwałem się wcześniej z biura. Decyzja mogła być tylko jedna – jedziemy natychmiast !

Mknęliśmy na południe a wieczór jakoś się nie zaczynał. Wszędzie tyle słońca. W końcu jechaliśmy w jego stronę, na południe. Po drodze, na stacji benzynowej kupiłem Vin Santo (Święte Wino), w opakowaniu razem z Cantuccini – małymi, twardymi pierniczkami, które mają w środku kawałki migdałów. To Toskański przysmak. Nie wiem skąd mi przyszło do głowy żeby je kupić, ale czułem że tak mam zrobić.

Dojechaliśmy do Pienzy wieczorem. Stare, średniowieczne miasteczko na wzgórzu – wokół pola w kwiatach, cyprysy, samo piękno w czystej postaci. Ktoś poradził mi jak jechać dalej, w kierunku klasztoru. Polnymi dróżkami jechaliśmy przed siebie a ja czułem jak z minuty na minutę rośnie moja ekscytacja. Zaraz miałem zobaczyć to miejsce. To jakby jechać w samo serce swoich marzeń. Wydaje mi się, że słyszę Szerelem, Szerelem – węgierską kołysankę z początku filmu. Cichy szum silnika dopełniały dźwięki cykad i świerszczy. Toskania to niezwykłe miejsce. Przyroda tutaj daje znać o sobie zwłaszcza w nocy. Słychać tu śpiew ptaków, jakich nigdy nie słyszałem. Ja, człowiek z Siemianowice Śląskich, daleko stąd. Wieczór był letni, ciepły – jak wtedy, gdy wyszliśmy z kina. Powiedziałbym…. identyczny.

Załączam CD z muzyką filmu od Roberto, który już jakiś czas temu mi ją podarował, bo wiedział że jestem fanem tego filmu – jak zresztą wszyscy, którzy mnie znali.

Jechaliśmy w górę i w dół, w lewo i w prawo. Wśród strzelistych cyprysów dojeżdżaliśmy coraz bliżej. Ella Fitzgerald śpiewała „Cheek to Cheek”. Szyberdach PT Cruisera – był otwarty na całość. Wszystkie szyby także. Ciepło wieczoru wlewało się do środka. Jedną rękę wyciągnąłem w górę ponad szyberdach, bawiąc się powietrzem. Śpiewamy „I’m in heaven” Freda Astair’a. Ustami udaję trąbkę. To taki mój pomysł na wytwarzanie dźwięków, kiedy nie mam przy sobie żadnego instrumentu.

Do klasztoru podjechaliśmy dokładnie tak samo, jak w filmie Juliette Binoche – od strony cyprysów. Ona stanęła wtedy i spojrzała w górę. Zastałem to miejsce w tej magicznej ciszy – tak, jak ona…….

Podniosłem do góry głowę i poczułem wielki szacunek do tego, co widzę. A więc jesteśmy tu….

Podeszliśmy na chwilę do małej furtki od ogrodu. Wśród zieleni, nad niewielkim oczkiem wodnym pochylała się młoda dziewczyna. Słysząc kroki nadchodzących – odwróciła się. Uśmiechnęła się szeroko:

– Ciao ! Sono Ornella. Piacere.

– Ciao ! Jarek. Sono molto contento di incontrarti – finalmente.

To „finalmente” (wreszcie) brzmiało jakoś inaczej. Słyszałem ją przecież po raz pierwszy jakieś 7 godzin wcześniej a była mi taka bliska.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie z radością i z ciekawością zarazem.

– Teraz to ty jesteś dobrym duchem tego klasztoru ? – zapytałem.

– Tak. Teraz to moja kolej – odparła, trochę jakby zawstydzona. Miała na sobie sukienkę w kwiaty. Robiła coś w ziemi i lekko ubrudziła sobie nos. Wyglądała zabawnie.

– Przyjeżdżali tu kiedyś ludzie z całego świata, z powodu filmu – opowiadała – Około 1999 roku mieliśmy tu całe pielgrzymki. Ludzie rozbijali wkoło namioty. Minęły te 3 lata i się uspokoiło.

– Napijecie się soku ? – zaproponowała po chwili.

Po podróży chętnie się zgodziliśmy. Kiedy poszła do kuchni stałem przy małym oczku wodnym, chwyciłem się obiema rękami balustrady, która okalała je dookoła. Spojrzałem w dół. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to samo zrobiła także Juliette, kiedy tu przyjechała. To była pierwsza rzecz jaką zrobiłem. Właśnie to. Może każdy tak robi, kiedy tu przyjedzie ? Nie wiem…..

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w „Agriturismo Colombaiolo – Pienza”. Było troszeczkę w dół, parę minut jazdy od klasztoru.

Gospodarze przywitali nas serdecznie. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Co ciekawe prowadziłem z nimi rozmowy o uprawie wina i oliwek (jakbym się na tym znał). Oni zresztą byli o tym chyba przekonani, bo opowiadali mi o wszystkim z taką pasją. Zaproponowano nam kolację, a potem postanowiliśmy się wykąpać w wielkim basenie – przed domem. Woda była bardzo ciepła a noc księżycowa. Doznania niesamowite. Nie spodziewałem się tego zupełnie. Klasztor widziałem na wzniesieniu, niedaleko od nas. Był oświetlony silnymi lampami.

Pierwszy raz kąpałem się w środku nocy, wśród pól winnych i gajów oliwnych, pod pełnym księżycem, jaki świecił teraz nad klasztorem. Jesteśmy tu…w sercu Toskanii i zanurzamy się w niej, jak w wodzie. Cisza tej nocy kołysała nas rozkosznie.

Nasz pokój, jeden z dwóch (Luna i Sole) miał okno także na wprost klasztoru. Siedząc na łóżku, piliśmy w ciemnościach Vin Santo. Moczyliśmy w nim ciasteczka z migdałami. To był słodki smak Toskanii. Słuchałem tych wszystkich dźwięków nocy. Rozkoszowałem się nimi. Wydało mi się, że słyszę Bacha…..

Następnego dnia rano wybraliśmy się na zwiedzanie Santa Anna. Idąc pieszo, wszystko jest inne niż kiedy się przemyka samochodem. Dróżka była bardzo malownicza a sobotni poranek ciepły i słoneczny. Tym razem wyszliśmy od strony kościoła. Zaraz przy wejściu do części klasztornej, po prawej stronie było biuro. Ledwie przekroczyliśmy jego próg – Ornella wyjrzała zza rogu.

– Jesteście. Cudownie ! Pokażę wam coś ciekawego – Moje zainteresowanie Jeszcze bardziej wzrosło.

Pokazała nam oprawiony w dużą ramę arkusz papieru. Na nim pełno podpisów, anglojęzyczne nazwiska wszystkich filmowców a wśród nich ten jeden szczególny – Anthony Minghella. To dzięki niemu wszystko to powstało. Michael Ondaatje zainspirował Minghell’ę, ale to jego scenariusz zrobił z tego filmu arcydzieło, które zdobyło tyle Oskarów. Film obejrzałem już wtedy około 7 razy. Książka była bardzo różna od filmu. Zaledwie nakreśla to, o czym mówił film.

No dobrze, ale co takiego ja w tym filmie widziałem, bo przecież o coś mi chodziło w tym wszystkim ?

Film jest dramatem. Jest ciężki. To nie jest łatwe kino. Dla mnie jest wielki dlatego, …….że mówi o miłości totalnej. Miłości, jakiej dwoje ludzi jest przeznaczonych. Jest w nim jeszcze jedno – MAGIA….

Ona i On wiedzieli o nieuchronności ich uczuć od samego początku, od pierwszego spojrzenia i wiedzieli że nie unikną tej miłości, że jest silniejsza niż oni, ich życie, silniejsza nawet niż czas.

Na początku on próbuje jej unikać. Wiedział, co im grozi. Próbował się przed nią bronić. To ona – Katharine, wykonała pierwszy krok. Scena w samochodzie, w czasie nocnej burzy piaskowej, kiedy opowiada jej baśnie o afrykańskich wiatrach. Wtedy po raz pierwszy jej dotyka i od tego momentu nie ma już odwrotu. Potem zaczyna się miłosne szaleństwo. Wreszcie moja ulubiona scena – akt miłosny w hotelu, w Kairze. Wtedy ona przychodzi do niego w białej, eleganckiej sukni, z torebką w ręku, w naszyjniku, z białą kokardą we włoskach. On rozrywa tę suknię na niej i ogarnięci pożądaniem pochłaniają się wręcz wzajemnie – w miłosnym amoku. Ich pragnienie znajduje wreszcie upust. W oddali słychać śpiew muezina z meczetu….

Potem leżą obok siebie, w białej pościeli, w promieniach zachodzącego słońca. Wszystko wydaje się takie jakby lekko pomarańczowe. Światło w tej scenie jest niezwykłe. Almasy gładzi jej włosy, dotyka ją delikatnie dłońmi, wreszcie palcem znajduje to zagłębienie w okolicach obojczyka, które tak kochał. Potem biorą kąpiel w wielkiej wannie – razem. Ona myję mu włosy. On pyta:

– Kiedy byłaś najbardziej szczęśliwa ?

– Teraz – odpowiada Katharine.

– A kiedy byłaś najbardziej nieszczęśliwa ?

Po chwili zastanowienia odpowiada – ……….teraz.

Taka była ich miłość. Trudna, pełna sprzeczności, bo taki trudny był ich los. Spotykali się ukradkiem, w poczuciu winy i wstydu. Jednak nie mogli bez siebie żyć.

Tak, to namiętność ukazana w tym filmie była dla mnie najsilniejszym argumentem przemawiającym za tym, że uznałem ten film za wielki. Do tego obsada, muzyka, sceneria. Wreszcie przeniesienia w czasie jakich doznawał poparzony Almasy (Ralph Fiennes) – w swoim cierpieniu, leżąc w klasztorze odwiedzał w wyobraźni miejsca, które znał. Podróżował w czasie i przestrzeni.

Pamiętam, jak kiedyś w Siemianowicach przywieziono na oddział pewnego młodego mężczyznę. Miał może z 28 lat. Próbował ratować swoje dzieci z płonącego, drewnianego domku kempingowego. Uratował je. Sam jednak doznał śmiertelnych oparzeń. Jego ciało wyglądało strasznie. Ból, którego doznawał – nieopisany…

Kiedy wezwano nas do niego w czasie weekendowego dyżuru – poprosił mnie, żebym zdjął ze ściany krzesło. Potem opowiadał różne historie z innej rzeczywistości. Mieszał ze sobą różne wątki – zupełnie jak Alamasy. Skądś to już znałem. Tamtego dnia byłem na dyżurze z Helą – jedną z tych cudownych i jednocześnie najtwardszych pielęgniarek, jakie u nas pracowały. Podłączyliśmy go do dializatora i czekaliśmy. Wiedzieliśmy jednak, że jego szanse są praktycznie żadne. Zmarł 2 dni później.

To był dla mnie wielki człowiek. Podziwiam go. Może chociaż w ten sposób go upamiętnię. Ja go zapamiętałem. Hela też (Helu, jeśli to kiedyś jakimś cudem przeczytasz – całuję Cię ! Pamiętasz, jak ścigaliśmy się po oddziale w drewnianych chodakach ?).

Katharine w Angielskim Pacjencie gra Kristin Scott Thomas. Gra ją pięknie, zmysłowo, kobieco. Zachwyca. Pojawia się też Willem Dafoe, w roli kanadyjskiego agenta z czasów wojny w Libii, który przychodzi do klasztoru po to, żeby przypomnieć Almasy o tym kim jest i zemścić się na nim. Jest i Colin Firth, w roli męża Katharine – ogarnięty zazdrością o żonę…

Almasy co jakiś czas wędruje myślami daleko, w świat pustyni, jaskiń, wojny. Każdy dźwięk, szmer – wszystko to budzi w nim jakieś wspomnienia i to jest również wyjątkowe w tym filmie – wędrówki w czasie. Dodatkowo to wyczuwalne, bardzo pacyfistyczne i kosmopolityczne przesłanie filmu, które wyczuwa się bardzo wyraźnie. Wojna zastaje archeologów różnych nacji na pustyni. Są przyjaciółmi – Włoch, Anglik, Węgier, Żyd, Niemiec. Ich kraje wchodzą w spór – oni nie. Mądrość zwycięża.

————————————————————————

W Santa Anna byliśmy łącznie 4 razy. Za trzecim razem przywiozłem z sobą magnetowid. W kuchni naszych gospodarzy zorganizowaliśmy projekcję filmową, przy zasłoniętych okiennicach – Cinema Club Colombaiolo. Oni oczywiście wiedzieli że tam były realizowany film Angielski Pacjent, ale nigdy go nie widzieli. To było tym bardziej ciekawe przeżycie – widzieć ich podekscytowanie, kiedy rozpoznawali wszystkie te miejsca, znane im tak dobrze. Dowiedzieli się też, po co był potrzebny rower mamy naszej gospodyni – ….. dla Juliette Binoche – teraz to było oczywiste. Filmowcy pożyczyli go od nich na chwilę. Jedzie na nim w jednej ze scen.

Piliśmy tamtego wieczoru Vin Santo – tym razem zrobione przez samego gospodarza. Siedzieliśmy długo i rozmawialiśmy w noc.

———————————————————————-

Kiedy przyjechaliśmy do Santa Anna ostatni raz w 2006 roku miała miejsce rzecz wyjątkowa. Wtedy też po raz pierwszy mieszkaliśmy w samym klasztorze, zaraz przy wejściu – od strony ogrodu.

Przy tym wejściu do małego ogródka – Hindus Kip w filmie rozbił wtedy namiot.

Zachodziło toskańskie słońce. Przez otwarte drzwi i szyberdach PT Cruisera wylewały się wszystkie dźwięki ze ścieżki filmowej.

W klasztorze byliśmy zupełnie sami. Zjedliśmy kolację, złożoną z miejscowego pieczywa, sera pecorino, pysznych pomidorów, rukoli, salami, oliwek i tuńczyka. Popijaliśmy wszystko Chianti. Tamtejsze powietrze to dodatkowa przyprawa. Tam wszystko smakuje inaczej….

Niepostrzeżenie nastała gwiezdna noc. Te wszystkie boskie stworzenia – ptaki, świerszcze i owady – rozpoczęły już swój koncert, który w magiczny sposób komponował się z naszą muzyką z samochodu…

Wstałem od stołu i wszedłem przez małą bramkę do przedsionka ogrodu. W tym momencie poczułem coś dziwnego. Trudno to wytłumaczyć, ale było to jakby spotkanie mostu w czasie…………..

Osłupiały pochyliłem się do ziemi i dotknąłem płyty chodnikowej. Była lekko chłodna. Przypomniałem sobie w tym momencie, jak podczas pierwszego seansu poczułem dokładnie to samo w kinie. Tak – Juliette skakała po tych płytach grając w klasy. Czułem temperaturę tych płytek i gorąco tamtej nocy. Byłem w tamtej chwili jak po drugiej stronie ekranu kina. Doznawałem identycznych uczuć jak wtedy, kiedy siedziałem w kinie. Przypomniałem sobie słowa, które ktoś kiedyś powiedział „Wyobrazić coś sobie coś, to dokładnie tak, jak to przeżyć „. Wtedy zrozumiałem, że to prawda. Mój stan psychiczny był identyczny z tym, jaki już znałem. Przeniosłem się w czasie…naprawdę.

Poczułem jak wszystkie włosy na moim ciele stają mi dęba i nie była to sprawa wina – bo przecież połowa butelki ciągle jeszcze stała na stole.

Obróciłem się. Za mną stała Iwona.

– Czujesz to ? – zapytałem – Czujesz tę ciszę ?

– Czuję – odparła cicho…….

Nocą ten klasztor mówi własnym językiem. To teren chroniony przez UNESCO i nie wolno tam niczego ani budować ani przeszkadzać – to teren święty. I taki jest rzeczywiście. Minghella szukał tego miejsca bardzo długo, wśród wielu innych klasztorów, ale dopiero tu znalazł to, czego potrzebował. To właśnie to miejsce było wyjątkowe. Miał rację.

Teraz nocą, te mury budziły respekt i szacunek. Przemawiały do nas wieki historii Toskanii. Mnichów już dawno nie było. Klasztor był długo opuszczony. Jeszcze parę lat temu był zarośnięty – wyglądał dokładnie tak, jak na filmie.

Uświadomiłem sobie wtedy, że jesteśmy sami w tym miejscu – ja Iwona i Artur – na wielkiej przestrzeni, w nocny, w środku tej wolnej krainy. Od wieków nic się tam nie zmieniało. Nawet światło tej nocy było zgaszone. Jedynie mała lampka przy wejściu do naszego pokoju świeciła blado.

Od tego wejścia, gdzie staliśmy – Kip ułożył świetlną drogę, z małych ogników – ze świeczek chyba. Prowadziły aż do warsztatu, po prawej stronie – po to żeby zwabić do siebie Hanę czyli Juliette, tak – by mogła go znaleźć. Chciał się z nią kochać i tak romantycznie ją do siebie przywoływał. Nawet w tym trudnym, wojennym czasie potrafił wymyślić coś niezwykłego, czym chciał ją zaskoczyć, sprawić by poczuła się inaczej przy nim, by zapomina o tych wszystkich bolesnych przeżyciach.

Tamta chwila pozostanie we mnie niezapomniana……..

Następnego dnia rano spakowaliśmy rzeczy i wyjechaliśmy. Ruszyliśmy w drogę dokładnie z tego miejsca co bohaterowie filmu, bo akurat od tej strony był nasz pokój. Kip, żegnając się z Haną powiedział:

– Będę zawsze wracał do tego kościoła.

Ona odpowiedziała tym samym.

– Będę zawsze wracała do tego kościoła.

– A więc kiedyś się spotkamy – dodał.

Potem pocałował ją i po raz ostatni i odjechał na swoim motorze, wśród cyprysów….

My też odjechaliśmy. Popatrzyłem jeszcze na niebo, ..na słońce. Byłem ciekaw, czy tak jak w filmie będzie mi mrugać przez czubki cyprysów ? Tak, migotały właśnie tak – identycznie. Wszystko było takie, jak w ostatniej scenie filmu. Wszystkie te wizyty w Santa Anna były właśnie takie….

———————————————————————–

Przypominam sobie, jak kiedyś rano, już w Siemianowicach -wstałem wcześnie w słoneczny, letni poranek w naszym mieszkaniu na Złotym Rogu. Letnie słońce oświetlało coraz mocniej wieżę Willi Fitzner’a – zaraz naprzeciw naszego balkonu. Oparty o drzwi wdychałem świeże powietrze. Pijąc gorącą kawę i przyglądając się wierzy – zachwycałem się strzelistymi topolami. Przypominały mi trochę cyprysy. Słońce migotało na ich poskręcanych listkach. Szumiały cicho. Wieża i topole były prawie na wyciągnięcie ręki. W takie niedzielne poranki jak tamten – sam Fitzner jadał kiedyś na wieży z rodziną śniadania. Opowiadała mi o tym sąsiadka. Widziała to na własne oczy, kiedy była dzieckiem…

Poranek był bardzo cichy. W dole nie kołowały jeszcze samochody i nie przechodzili ludzie. Cudowny moment dnia. Iwona podeszła do mnie z kubkiem gorącej kawy. Oboje w białych szlafrokach witaliśmy wschodzący dzień.

Patrzyliśmy w to słońce w ciszy. Słowa były niepotrzebne………

Jarek

Ustroń 27.01.2019

Trailer filmu..

 

 

Magiczna Toskania

 

Santa Anna di Camprena – klasztor – pierwszy raz….popołudnie. Takim go zastaliśmy – jak Juliette..

 

Ja z Arturem, tuż przy wjeździe na dróżkę do klasztoru.

 

Na końcu tej dróżki jest już klasztor.
Wejście od ogrodu i oczko wodne….tu po raz pierwszy w klasztorze pojawia się Hana (Juliette Binoche)

 

 

 

Tell me about winds…. tak to się zaczęło – tu dotknął ją po raz pierwszy.. Pomyśleć, że uczyłem się arabskich nazw tych wiatrów, powtarzając za Ralph’em na pamięć każde słowo ? Tak bardzo mi się podoba..

 

Moja ulubiona scena – hotel w Kairze.. – ujęcie 1 – namiętność

 

Moja ulubiona scena – hotel w Kairze.. – ujęcie 2 – w wannie….. upojenie miłością…..

 

Tu wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy – jak oni….

 

A to oryginalny wyjazd bohaterów filmu z tego miejsca..

 

„Angielski Pacjent” – zdobywca 9 Oscarów – zasłużenie…

 

I moja Santa Anna di Camprena, czyli Willa Fitznera w Siemianowicach Śl.

 

I wspomnienia… które zabieram z sobą wszędzie, gdzie jestem..

—————–

OPUBLIKOWANE W19 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Serce”
Każdy z nas jest z czegoś stworzony. Na te materie składają się nasze małe chwile, jakie zmieniły naszą drogę – jak przerzucone zwrotnice naszego życia – wspomnienia innych ludzi, których słowa głęboko zapadły nam w serca. Oni pewnie nawet nie zdawali sobie sprawy, że tak bardzo na nas wpłynęli, bo to było dla nich takie naturalne. Bo byli – po prostu…sobą.

Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa – dziadek siedzący przy piecu, machający do mnie rękami. Obok wielu innych ludzi w tej kuchni a ja powoli zaczynam ich wszystkich poznawać i powoli zapadam w sen, bujając się na swoim koniu na biegunach. Dziadek przywracał mnie do rzeczywistości.

Kolejne wspomnienie – to mama tańcząca ze mną na rękach. W radiu śpiewa Dalida – „Parole, Parole” (teraz już wiem, jak nazywała się tamta piosenka).

Kolejne wspomnienie – mama czyta mi książki późnym wieczorem przy naszym małym, żelaznym piecyku. Widzę te czerwone węgielki i wyobrażam sobie to wszystko, co mi czyta. Świat na zewnątrz – jest światem w mojej wyobraźni.

Kiedy indziej robimy z mamą teatr kukiełkowy, albo auto z kartonu po pralce.

Kolejne wspomnienie – tata zimą robi mi ze śniegu zamek w ogrodzie. Ma fantazję jak to on i zamek to jest rzeczywiście coś. Zmieściłby ze czwórkę dzieci. Ma wysokie ściany i wieżyczki. Mogę się tam schować i walczyć z nim śnieżkami. Jesienią przyniósł mi potężny wór, pełen kasztanów. Robiliśmy razem postacie. Rycerz, koń, dżdżownica……. To też było coś. Śpiewał mi czasem piosenkę o misiu. Taka kołysanka Czerwonych Gitar. (Muszę jej poszukać na YouTube….).

Kolejne wspomnienie – nasz dom. Mój cały świat to właśnie nasz dom i mieszkanie dziadków, zaraz naprzeciw. Wychodzę rzadko. Kiedy jestem trochę większy, chodzimy z babcią co niedzielę do kościoła na 7:30. Czuję się za każdym razem, jakbym szedł przez miasto z królową brytyjską. Widziałem ją na pocztówkach, jakie dostawaliśmy z Anglii od ciotki Hany. Babcia, choć żyła z dziadkiem bardzo skromnie, z jego renty inwalidzkiej, to w niedziele była ubrana bardzo elegancko. Płaszcze, kapelusze, chusty, buty, torebki, rękawiczki – wszystko dopasowane do siebie idealnie. Bardzo dbała o takie szczegóły. Ja, idąc z nią – też musiałem dobrze wyglądać. Czasem nosiła biały, gustowny naszyjnik przypominający perły – tyle że z plastyku, ale jak ona potrafiła to nosić !

Szliśmy powoli w górę ulicy do kościoła który był w najwyższym punkcie miasteczka. Po drodze mijaliśmy jej znajomych. Mężczyźni kłaniali się lekko, podnosili kapelusze.

Kiedy szliśmy z powrotem do domu, mijaliśmy moją drugą świątynię – kino. To to widziałem potem „Gwiezdne Wojny” i kochałem się w Carrie Fisher, tu widziałem „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Spilberg’a i te wszystkie filmy, które miały wpływ na całe nasze pokolenie. Zapach tamtej sali przypominał mi całą ekscytacje wszystkim, co się za chwilę wydarzy. Wszystko było fascynujące,…….nowe, wielkie. Ze szkoły brali nas tutaj na filmy radzieckie, które również miały swoją wielką wartość, mimo tego że w podtekście była zawsze jakaś propaganda. Wiele z nich było bardzo pięknych. Mnie zaś interesowało wszystko, co piękne. No i wreszcie najważniejsze filmy – Żandarmy z Louis de Funes’em. Na każdy z tych filmów chodziliśmy z kolegami (już w podstawówce) po parę razy z rzędu, bo kino było tanie – po 20 zł (z Nowotką). Te francuskie komedie zabierały nas w inny świat, zupełnie inny. Dla mnie to słońce, plaże i kobiety….. nagie….nie do pomyślenia, że tam kobiety na plażach są nagie. Łałłłł,… tak wyglądał dla mnie Raj na ziemi. Tam chcę żyć ! – zdecydowałem wtedy bez namysłu. I to piękne, mocne południowe słońce, kładące się na postaciach, budynkach, zaglądające do kawiarń i restauracji – to był świat moich marzeń. Van Gogh i wielu innych malarzy, doskonale wiedzieli, że tamtejsze słońce jest wyjątkowe, bo naprawdę takie jest. Przekonałem się o tym dużo później. Jest tam dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Takie jest właśnie Saint Tropez. Jak na tych filmach. I nic się tam nie zmienia. Lazur morza, spokój i beztroska. Czy chcieć czegoś więcej ?

Kiedy wróciliśmy z babcią, w domu zaczynało się niedzielne śniadanie. I jak zawsze w niedzielę, takie samo – grzony wuszt, żymła i zymft (gotowana kiełbasa, bułka i musztarda). I zawsze tak samo dziadek mówił: – Jydz, pieronie. Musis mieć sioły (jedz, musisz być silny).

No i zaczynaliśmy.

Po śniadaniu zdejmował obrus z lampowego telewizora, który był najdroższą rzeczą jaką posiadali i załączał mi teleranek. Dzięki niemu uczyłem się mówić czysto po polsku. Do szóstego roku życia mówiłem tylko gwarą. W całej mojej rodzinie i środowisku nikt nie mówił inaczej. W pewnym sensie czysty polski, to mój pierwszy „nowy” język.

Dziadek słuchał, jak powtarzam zdania po dzieciach z Warszawy i mówił do babci.

– Pacz sie Milka, jak poradzi (popatrz Emilko, jak sobie radzi).

Zawsze mnie dopingował, zawsze podziwiał. Dla niego byłem kimś, w kogo wierzył. Już samo to podnosiło mnie w niebiosa. Dzisiaj rozumiem, jak to jest ważne, by dziecko podnosić na duchu. Ono patrzy w nasze oczy i chce zobaczyć wartościowego siebie. Dziadek mi to dawał. Tak, …..po stokroć mi to dawał. Nie zdawałem sobie wtedy nawet z tego sprawy.

Dziadek miał swoją pracownię. Intymne miejsce – mały pokoik z oknem przy suficie. Przy ścianie stolik, lampka, krzesło. Obok, od podłogi aż po sufit piętrzyły się kartony z czasopismami. To były zbiory dziadka – jego skarby. Najciekawsze artykuły oznaczał małymi krzyżykami. Taki miał system. Czytał w tym pokoiku godzinami. Nie przeszkadzałem mu, bo to było jego święte chwile.

Oprócz domu, dziadek wychodził jeszcze na ogródek, na końcu naszej ulicy. Zabierał mnie wtedy zawsze ze sobą. Sadzonki, jakie hodował w małych kubkach, wyrastały potem na wielkie pomidory. Do dziś takich olbrzymów nigdzie nie widziałem. Cieszyło go to niesamowicie.

Zdarzało się parę razy do roku, że szedł z babcią na czyjeś urodziny. To musiało być dla niego zawsze bardzo trudne. Ludzie patrzyli z dziwnymi minami na starego górnika, pochylonego do ziemi. Ciężko dysząc, co jakiś czas stawał wtedy i łapał oddech…. Kiedy jednak wychodził, na wyjście wyjątkowo ubierał swoją białą, wykrochmaloną koszulę z dobrego przedwojennego płótna (bo u moich dziadków wszystko było jak z innej epoki, jakby czas zatrzymał się pół wieku wcześniej). Ubierał swoje wyjściowe francuskie buty, które tak się świeciły, jakby je kupił wczoraj. Czasem nosił kapelusz typu Borsalino. Normalnie był w pudle na szafie, ale i na niego przychodził moment. Dziadek podwijał zawsze rękawy koszuli – taki miał obyczaj. Mówił, że tak robią Włosi. Pracował z nimi w czasie wojny jeszcze w hucie, więc wiedział co mówi. Pamiętam, jak moczył grzebyk i czesał nim włosy takim gestem, jaki widywałem na starych filmach. Dla niego jego wygląd był ważny. Bolało go pewnie niesamowicie to, że kobiety widziały w nim jedynie inwalidę. A tak bardzo się nimi fascynował. To musiało być dla niego największym dramatem. Kochał bardzo babcię i wariował na jej punkcie, kiedy np. dłużej jej nie było. Jako że miał wypadek jako młody mężczyzna, jego świat zatrzymał się na tamtych latach, tuż powojennych. Mówił nieraz o rzeczach, które dawno się zmieniły. Opowiadał o tym jednak zawsze z wielkim sentymentem i wielkim szacunkiem. Tak,…. on także uczył mnie szacunku do historii i do wiedzy. Opowiadał o świecie znacznie więcej niż sam mógł wiedzieć z doświadczenia. Znał to z czasopism, gazet i telewizji. Zdarzało się, że zaskakiwał mnie mało znanymi faktami, kiedy już ja po latach byłem w jakimś miejscu i tego nawet nie wiedziałem. W rozmowie z nim, zawsze potrafił mnie czymś nowym zaskoczyć. Wszystko było w jego notatkach, …na małych karteczkach.

Dziadek to też wspomnienie Michałków z Hanki. Pamiętam, że leżał zawsze na szafce jeden, koło jego starego zegarka na łańcuszku, jeszcze po jego ojcu. Michałek czekał na mnie a dziadek nigdy o mnie nie zapominał. Bardzo je lubił, ale cieszyło go szczególnie patrzenie kiedy to ja go jem – z radością. Cieszył się tym tak samo, jak ja. Miał coś w sobie z małego dziecka i nigdy tego nie zatracił. Kiedyś, czytając Kapuścińskiego znalazłem scenę, kiedy on chory, znaleziony w Afryce przez tubylców je jedno jajko. Jajko, które dla tych ludzi jest czymś wymarzonym. Stoją uśmiechnięci wokół niego a on je to jajko. Cieszą się jego radością. Niesamowite. To wspomnienie Michałka ma coś z tego zdarzenia…

Babcia i dziadek często wieczorami śpiewali. Jest taki moment dnia, kiedy jest jeszcze za jasno, żeby świecić i za ciemno żeby robić coś innego. Wtedy oni śpiewali stare piosenki. Czasami Śląskie, czasami niemieckie – bo dziadkowie ciągle jeszcze znali niemiecki z lat okupacji i sprzed wojny. Zresztą, kiedy nie chcieli żebym ich rozumiał – używali tego języka. Nie było to dla nich niczym dziwnym – to był język ich szkolnego dzieciństwa. W szkole uczyli się najpierw pisać po niemiecku.

Dziadek grał też na akordeonie. Kochał muzykę. Szkoda, że nie zagramy nigdy razem. Wybrałbym „Libertango”. Słyszałem kiedyś w San Remo kombinację akordeonu i gitary. Ten utwór Piazzoli jest wręcz stworzony do tej kombinacji instrumentów. Dwaj muzycy grali to przy stoliku, na zewnątrz restauracji. Właśnie to chciałbym z nim zagrać,……właśnie to.

Dziadek nie wychodził z domu z powodu swojego kalectwa. Przeżył dwa zawały węgla na kopalni. Za drugim złamało mu kręgosłup. Cudem przeżył, chowając się za maszyną. Górnictwo to paskudna rzecz. W mojej rodzinie jestem pierwszym mężczyzną, który z górnictwem nie ma nic wspólnego. Mama znała życie, jakie prowadził dziadek – pochylony do końca życia mocno w dół, oglądający buty innych ludzi i nie mogący się wyprostować. Znała nieszczęścia innych rodzin. To wszystko było bardzo namacalne, tuż obok..

– Po moim trupie. Ty niy zjdzies na doł !!! Doś……- i tak się stało.

Wokół naszych domów co rusz były jakieś szyby górnicze, ale ja nigdy nie zjechałem. Ojciec codziennie zjeżdżał na 600m i głębiej, ale nie lubił rozmawiać o pracy. To było znamienne. On nie poruszał tematu kopalni. Kiedyś wymyślił, że wyjedziemy do Australii, też do kopalni, bo jego koledzy wyjeżdżali – ale tutaj mama zdecydowanie się sprzeciwiła. I tak nie zobaczę pewnie nigdy Dingo i Aborygenów – szkoda (żartuję).

Ojciec mówił..- Sprobuj niy być lepszy łodymie !

Piękne, bo ilu ojców by tak nie powiedziało ? Próbują konkurować ze swoimi własnymi dziećmi. A on chciał tego zawsze i dawał mi dobre podstawy. Uczył mnie wszystkiego, co potrafił. Bardzo twardo, ale bardzo skutecznie. Zawsze chciał, żebym podejmował trud nauki. Sam też bardzo dużo się uczył. W naszym było dużo książek, słowników, encyklopedii. Uwielbiał zwłaszcza te encyklopedie. Używał ich często on i używałem też ja. Teraz stukamy w internet i jest – wtedy musiałem wyjąć ciężkie księgi i je przerzucać, literując w myślach alfabet, by wiedzieć która litera jest po której. W szafach mieliśmy pełno książek i czasopism technicznych. Ojciec po pracy konstruował jakieś teleskopy lunety, anteny. Rysował jakieś rozwiązania techniczne dla kopalni. Przywozili im sprzęt z Anglii, Niemiec i skądś jeszcze. I on uzupełniał często to, czego brakło w dokumentacji, tworzył coś nowego i działało. Ja, po latach robiłem prawie to samo, tylko w innej branży. Ojciec cały czas coś tworzył, doskonalił. Zaskakiwał mnie zawsze oryginalnością i prostotą swoich pomysłów. Po 7 latach pracy w przemyśle wojskowym – zjechał na dół, w inny świat. Kiedy poczytałem potem o Kaizen – uśmiechnąłem się. To on był Kaizenem – wiecznym doskonaleniem się. Pokazywał mi potęgę nauki i techniki. Rozmawialiśmy o tym zawsze bardzo dużo. Razem oglądaliśmy „Sondę” z Kurkiem i Kamińskim (kto to jeszcze dziś pamięta ten program …?). Oni tak go prowadzili, że każdy chciał tworzyć inny, nowocześniejszy świat. Era komputerów miała dopiero nastąpić a oni już to zapowiadali. Jestem przekonany, że dzięki ich programowi wielu ludzi wybrało taką a nie inną drogę w życiu. Drogę umiłowania nauki. Wśród nich byłem i ja. Spośród wielu moich pragnień – pierwszym było: zostać naukowcem…

Razem z tatą graliśmy też w szachy. Przegraliśmy w nie chyba połowę mojego dzieciństwa – od szóstego roku życia, wiele lat. W ciszy i skupieniu. Ale szachy w moim życiu to osobny rozdział. Teraz ja gram czasem z moim synem – Arturem. Przyniósł kiedyś, jako może ośmiolatek małe drewniane szachy za 2 zł i mówi – Nauczysz mnie ? Zagramy ? – I tak po wielu latach znowu gram.

Z postaci mojego dzieciństwa, jakim zawdzięczam dar serca, jest i moja prababcia. Zawsze w śląskim stroju ludowym – tak zwana chopionka. Na głowie wielka chusta, długie, czarne suknie – od święta korale. Pamiętam, jak cieszyła się że chodziłem do niej, do tego małego mieszkanka w rogu starego domu. Częstowała mnie ciastem, które piekła co sobotę i chlebem z tustym (to jest ze smalcem). Dawała mi monety – dwadzieścia złotych, te z Nowotką (znowu ten Nowotko – musiałbym chyba poczytać o nim na wiki, tak z przyzwoitości, bo ewidentnie ma jakieś znaczenie w moim życiu). No i miałem znowu na swoje „Cinema Paradiso”, czyli kino „Zorza”. Prababcia patrzyła i uśmiechała się czule. Sama doświadczona mocno przez życie, w mojej rodzinie traktowana była jak święta. Nigdy i nikt nie odważyłby się powiedzieć cokolwiek niepozytywnego o tej kobiecie. Takie były zasady. Straciła syna, Rudiego – kiedy miał 17 lat. Zginął na wojnie. Mocno to przeżyła. Zaraz po wojnie zmarł jej mąż. Żyła więc dziećmi i wiarą w Boga, czyli Ponbocka.

Kobiety w moim życiu uczyły mnie miłosierdzia i tak mama np. zapraszała do nas chłopca w moim wieku – Ryśka. Był z biednej rodziny. Częstowała go obiadem. Bawiliśmy się i oglądaliśmy filmy, jakie mama wyświetlała na drzwiach w kuchni – takie domowe kino z projektora. Rysiek trochę seplenił i wszystkiemu zawsze się dziwił. To było dobre dziecko. Potem został ministrantem. Wtedy widziałem go po raz ostatni. Kiedyś dowiedziałem się że nie żyje. Miał jakieś dwadzieścia parę lat. Zostawił małe dzieci. Nie było mu dane pożyć, ale ja go pamiętam – tego małego blondynka z włosami trochę poszarpanymi, ktoś go musiał pewnie sam strzyc, żeby było taniej i nie chodzili z nim do fryzjera. Zawsze uśmiechnięty, wiecznie pociągający nosem. Nazywał się Rysiek Klęka. Był moim pierwszym kolegą, jakiego miałem.

Zanosiliśmy też z mamą paczki do kościoła – dla biednych dzieci oraz dla dzieci gdzieś w Afryce. Dla tych którzy mają się ciężko trzeba im pomagać – uczyła mnie. Mówiła, że trzeba się dzielić i trzeba pomagać. Bezinteresownie, ze współczucia, z serca po prostu. I to była wielka nauka. Czy można dać większą ? Tak więc matka uczyła mnie miłosierdzia a ojciec szacunku do nauki, książek oraz tego że trzeba wiele od siebie wymagać. I być wytrwałym. Upadać i podnosić się.

Nie zdołam tu opisać nawet części tego, co zawdzięczam tym wszystkim ludziom i tego co mnie tworzyło dzięki nim. To, co mi dali – pozostanie we mnie na zawsze i tak my sami dalej dajemy serce kolejnym – jak pałeczkę w sztafecie. I oto chodzi w odwiecznym cyklu życia…….

Przypomniały mi się teraz łzy babci, kiedy z okna ich wielkiego domu zobaczyła wynglorza (ludzie sprzedający po domach drobny węgiel, zebrany z torów, gdzie wysypywał się z wagonów). Wynglorz nie mógł wyjść z dziedzińca. Był niewidomy. Krążył brudny na twarzy jak czort, z wielkim workiem i dotykał ścian, szukając wyjścia. Co jakiś czas przystawał, łapał się ściany ze spuszczoną głową.

– Idź gibko ! Pomoż mu. Borocek chop, niy umiy wylyź – powiedziała wzruszona – wartko !

To proste zdarzenie także miało wpływ na moje życiowe zwrotnice. Bardzo….. Jednym z największych zagadnień, jakie mnie nurtowały – to odpowiedź na pytanie – Dlaczego chcemy być dobrzy. Poświęciłem tej myśli całe lata. I dopiero całkiem niedawno znalazłem odpowiedź, która mnie zadowala – Bo współczujemy. Oto odpowiedź. Dobro jest piękne, jest logiczne, ale to współczucie jest tu podstawą. Właśnie – Empatia jest na samym dole tej układanki. Wszystko inne jest pochodne. Nieświadomie zajmowałem się Etyką. I jak tu nie potwierdzić, że wszyscy jesteśmy filozofami. Nie da się żyć bez filozofii, choć czasem inaczej ją nazywamy.

Na koniec przypomniało mi się jeszcze jedno zdarzenie – zupełnie niecodzienne, a które zapamiętałem i bardzo mocno na mnie wpłynęło. Miałem może z 5 lat. Był to jeden z tych nielicznych razy kiedy wypuszczono mnie przed dom. Nie wypuszczano mnie z powodu pewnego zdarzenia – a mianowicie próby mojego porwania. Było coś takiego, kiedy miałem może 3 albo 4 lata. Podjechało auto na obcych rejestracjach i już brali mnie do środka. Gdyby nie dziadek, kto wie gdzie bym dzisiaj był i czy w ogóle bym był ? Wtedy porwania dzieci się zdarzały.

Więc jakoś tak się stało, że wyszedłem wtedy przed dom i zniknąłem babci. Zaczęła mnie szukać, ale poszła w drugą stronę. Kiedy wyszedłem wprost na nią – wykrzyknęła zdenerwowana – –

– Kaś boł, najduchu !!? (gdzie byłeś łobuzie).

– Za winklym mulorz robioł flamera i doł kartofel do zjedzynio – powiedziałem (za rogiem budynku murarz robił ognisko i dał mi do zjedzenia kartofel).

– Wiys, że babcia sie staro ło ciebie – przytuliła mnie szybko i głaskała po głowie – podź no sam, babcia ci przajo (chodź tu, babcia cię kocha) – dodała już szczęśliwa, że jestem.

Ten prosty gest był dla mnie pierwszym, jakiego dostałem od zupełnie obcego człowieka. I to był przełom. Zrozumiałem, że dobro jest także wokół i że warto takim być. Pamiętam uśmiech tego murarza, kiedy dawał mi gorący kartofel. Obrał go wcześniej ze skórki i posolił. Musiałem wyglądać mizernie, bo popatrzył na mnie jak na jedno z tych biednych dzieci, jakich nie brakowało w mojej dzielnicy. Przyglądałem mu się ciekawie w swojej wielkiej czapce z bąblem na górze. Kartofel był rewelacyjny…….. No i tyle o tej historii.

I tak, z tych strzępków zdarzeń, słów, obrazów – tworzymy siebie, krok po kroku. To, co pozostaje – jest niematerialne, ale najważniejsze. Pokazanie dziecku, że dobro jest największą wartością to wielka nauka. Można stracić dosłownie wszystko, ale ta wartość w nas pozostanie, jeżeli ją dobrze zrozumieliśmy.

Po dziadku pozostał mi tylko jeden przedmiot – przedłużka ołówka, jakiej używano często przed wojną. Dziadek szanował wszystkiego i nie wyrzuciłby do kosza nawet najmniejszego kawałka ołówka. Teraz ten przedmiot przydaje mi się kiedy rysuję. Kiedy już ołówek jest już bardzo krótki, zakładam go w tą przedłużkę i jest jak znalazł. Kto przejmowałby się dzisiaj ołówkiem o długości 2cm. Ja tak. Po pierwsze, bo rysuję specyficznymi ołówkami, a po drugie – bo on mnie nauczył szanować. Nie mam po nim nic więcej. Tylko to i wspomnienia. Ciekawe czy po mnie coś zostanie……. ?

Dom dziadków potem się zawalił od szkód górniczych. Ściana pękła kiedyś niespodziewanie od góry aż do piwnicy i musiano ewakuować ludzi. Teraz jest tam przedszkole a ulicę obok nazwano Londyńską. Przyjeżdżam tam czasem – najczęściej w nocy. Staję wtedy przy płocie naszego domu, który ciągle istnieje i patrzę jakby w okna domu dziadków. I jakby wczoraj, wołam do dziadka.

– Podź po mie (przyjdź po mnie).

(PS. czytając to, co właśnie napisałem – zauważyłem dopiero teraz podobieństwo do „Cinema Paradiso” – G.Tornatore – Alfredo, Alfredo – wołał Toto ….., cosa….. ? ? – już wiem, dlaczego tak lubię ten film)…….

Zanurzam się w gorącej wodzie. Z głośnika płynie „Lumicelic – mój kochany elektroniczny, kołyszący trans. „ Evening Embrace”. Płyną jak narkotyk dźwięki. Opływają mnie ciepło i biorę kolejny łyk Chianti.

Kiedy byłem dzieckiem wszystko wydawało się takie wieczne, niezmienne. Zamykam oczy i widzę wnętrza domu dziadków i naszego. Znam miejsce każdego przedmiotu, wiem jak i o której porze dnia pada światło. Patrzę w słoneczne niebo przez okno i myślę o wielkim świecie, który gdzieś jest. Wszystko więc miało swój wieczny porządek, rytm i harmonię. I niech tak pozostanie…..ja to mam w sobie i zabieram tam, gdzie chcę.

Jarek

 

Dziadek

ja i Rysiek – mój pierwszy kolega. Tu, przy syrenie wujka, koło płotu naszego ogrodu……

ja….bez zęba….

———–

19 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Myśli różne- cz.1”
Myślę, że każdy człowiek chce pozostawić po sobie jakiś mały ślad. Po tym kim był, albo kim chciał być. A może po tym, że w ogóle był. Wydaje mi się to jedną z podstawowych ludzkich potrzeb. To dlatego nasi praprzodkowie rysowali w jaskiniach a Egipcjanie wymyślili papirus. Chcemy pozostawić ślad, swój dorobek, wiedzę i nade wszystko uczucia. Teraz możemy to zrobić w internecie – wszyscy. Życie współczesne biegnie bardzo szybko, a to można jeszcze zdążyć zrobić mimo tego całego pośpiechu.
Wymyśliłem więc sobie swój własny, mały ślad. Wszedłem właśnie na ten salon, zwany Facebook i obserwuję innych ludzi. Widzę, jak jesteśmy różni, ale w tej różności jest prawdopodobnie siła naszej cywilizacji….. jarek, ustroń 10.10.2018

Kiedy jeszcze nie było internetu (a był taki czas ) uczyłem się tego co było, tam gdzie byłem i wszystkiego jednocześnie……. jarek

Rozglądam się i widzę, że wokół jest coraz więcej seksu i jednocześnie coraz mniej miłości….jarek, 19.10.2018

Nieważne, czy rysunek zajmie mi chwilę, czy parę godzin. Jeżeli są w nim uczucia – jest tym, czego szukam……… jarek

Rozsypały mi się dziś rano myśli na stole. Próbuję je pozbierać. Słońce mocne, jesienne….. cichy szum wiatru od gór. Poranek w Ustroniu….. jarek 13.10.2018

Ja też mam tylko jedno życie….jarek
W rysunku chciałbym prawie nic nie powiedzieć…..prawie, ale to co powiem powinno być tym co jest dla mnie najważniejsze. W swoich tekstach podobnie… jarek, ustroń 13.10.2018
Perwersyjna kobieta…obiekt pożądania mężczyzny……jarek

Jak co dzień, przy kawie…..myślę, jak być lepszym niż wczoraj.
j. , ustroń 20.01.19

————

19 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Kobiecość”
Kobiety od zawsze zadziwiają mnie. To istoty tak różne od mężczyzn. Ta odmienność myślenia, bycia, zachowania jest fascynująca.

W rozmowach z kobietami, niezależnie od ich wieku – znajduję odpowiedź na wiele pytań, na które sam nie potrafię sobie odpowiedzieć. Kobiecy sposób myślenia dopełnia męski. Wypadkowa ich dwóch daje znacznie pełniejszy obraz świata.

Kobiety posiadają wielką mądrość, daną im przez naturę albo przez……. Boga.

——————

19 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„TV”
Z dzisiejszą telewizja trzeba bardzo uważać. Można szybko stać się jej tworem, choć miała służyć początkowo jako źródło rozrywki i wiedzy. Często jednak zniekształca niepostrzeżenie człowieka. Kształtuje jego wybory i drogę. Prawdziwe życie jest poza TV.

Nie neguję absolutnie telewizji jako takiej. Ma wiele dobrych stron. Myślę jednak, że prawie wszyscy jej nadużywają i ślepo wierzą – bez względu na to jaką telewizję oglądają.

I tak oto garstka osób wpływa na miliony…….. – i tylko zło tańczy, swój odwieczny taniec…

————

OPUBLIKOWANE W12 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Whitney”
Wróciliśmy z kina. To był piękny film dokumentalny o Whitney Houston. Pokazuje prawdziwe życie wielkiej gwiazdy. Nie tylko nieszczęścia ale i chwile radości, spełnienia. Dla mnie była kobietą, która przeżyła bardzo dużo dobrego a media wmawiają nam, że była nieszczęśliwa. Ja to widzę zupełnie inaczej. Film to potwierdzał.

To była prawdziwa wokalistka, ktoś wielkiego scenicznego geniuszu. Kiedy widziałem Bodyguard z nią i Costner’em, poczułem że to była artystka formatu Elli Fitzgerald, czy Edith Piaf. Dzisiaj Riana ma w sobie ten sam pierwiastek, co Whitney. Może kiedyś ją zagra ..?

Whitney szanuję też bardzo za jej odwagę wyjścia na scenę po latach. Miała świadomość utraty głosu a mimo to wyszła, wbrew wszystkiemu…….dla innych, bo już nie dla siebie. I tym właśnie najbardziej mi zaimponowała. Po takich sukcesach, odważyła się wyjść, choć wiedziała że wystawia się na prawie pewny strzał. Mogła też zniknąć na zawsze, ale nie – spróbowała. Dała na tacy swoje serce.

Była w filmie taka scena, kiedy na nieudanym koncercie daje z siebie wszystko. Publiczność wyje z niezadowolenia, ona słania się – zawieszając bez sił na statywie mikrofonu. Sama się z siebie się śmiała bezradnie i na pewno wstydziła ale to już nie głos śpiewał – to jej serce śpiewało. I ja to wtedy usłyszałem – jej wewnętrzny, prawdziwy głos. Dawała innym to, co miała w sobie najlepszego. Taki był sens jej życia – powiedziała to w którymś momencie filmu. I to są wielkie słowa. Dla mnie bardzo ważne. Odkryć to w sobie i to właśnie dawać. To jest droga……

I choćby Whitney tylko charczała ledwie, to i tak byłaby dalej Whitney Huston – nikim innym. Nasza Edyta Bartosiewicz jest bardzo podobnym przypadkiem. Jest urodzoną artystką.

Whitney dała nam z siebie wszystko, do końca … i tylko to się liczy.

Takim być – to jest coś !

Jarek

PS – „Bodyguard” to pierwszy film, jaki widziałem z moją przyszłą żoną – Iwoną…

——————–

12 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Avici”
Jadę PKSem. Z radia idzie Avici. Nie dalej, jak rano rozmawiałem z kimś o nim, a jego już nie ma od kwietnia. To prawie wczoraj. Ciągle go grają, tak silne są jego echa……

Siła sztuki jest ogromna. Artyści są wiecznie żywi. Ciągle nam towarzyszą. Częściej niż myślimy.

Warto coś tworzyć. Każdy z nas ma coś do powiedzenia. Zawsze coś po nas zostaje. Choć tyle. Parę słów, parę kresek na papierze – choćby na awersie rachunku ze sklepu, wezwaniu do urzędu, czy czymkolwiek, co pod ręką. Ile moich tekstów, czy rysunków jest na takich dokumentach.

Kiedyś czytałem o Majakowskim – pisał gdziebądź. Kapuściński w ostatnich chwilach pisał na receptach, dzięki temu wiemy o nim więcej, znamy lepiej jego uczucia, także te ostatnie. Z tych notatek zrobiono potem książkę, wydaną w tysiącach egzemplarzy.

Ja nigdy nie czekam na dogodna chwilę – piszę. Po prostu. W mojej głowie potok myśli jest ciągły i bezustanny. Nie odkładam niczego na potem, bo ta sama chwila nigdy dwa razy nie wraca, chyba że w wyobraźni. Uchwycenie jej jest możliwe jednak tylko raz – jak w fotografii. Z każdym następnym podejściem, choćby chwilę później – zrobi się to inaczej.

Chwilę można ją zatrzymać jednak w sztuce i wyobraźni….to jest możliwe.

Jarek

 

Mam coś także z tego gościa – nieprzypadkiem kocham też Forrest Gump’a. Mój ulubiony moment w tym teledysku – to kiedy ekipa w szpitalu idzie w trans…

———-

OPUBLIKOWANE W12 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Piękno kobiety”
Kobieta zachowuje swoje piękno na całe życie

i niepotrzebnie się martwi.

Bo ma w sobie energię,

którą mają wszystkie kobiety.

Tylko nie wszystkie są tego świadome.

Natura im to dała – wszystkim,

bez wyjątku.

Jej oczy pozostaną piękne,

bo to one są zwierciadłem duszy.

Będą wciąż te same

i ten sam kobiecy blask

będzie im towarzyszył od maleńkiej dziewczynki

do kochanej staruszki.

Będzie kobietą na zawsze

a prawdziwy mężczyzna zawsze to zauważy

…… zawsze

————————-

12 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Zakonnice i prostytutki”
Dojeżdżając do skrzyżowania ze światłami – zauważyłem przechodzącą przez jezdnię zakonnicę. Pod ciepłą, jesienną kurtką miała zakonną szatę, aż do kostek. Była w wieku może 50 lat. To co już wcześniej zwróciło moją uwagę, to jej wyjątkowo niski wzrost. Z daleka jej proporcje ciała do roweru, który prowadziła wydawały się niezwykłe.

– Jaka niska kobietka – pomyślałem.

Żal mi jej było. Dopiero potem zobaczyłem, że jest zakonnicą. Szła pewnie na Cieszyńską, w dół do ich klasztoru. Domyślam się, że jak wiele kobiet, które nie mogą doczekać się mężczyzny – wybrała drogę służby, drogę religii i poświęcenia Bogu. Pewnie wydało jej się, że robi najlepszą rzecz, jaką może. Często jest to jednak po prostu ucieczka przed złośliwością otoczenia, próba znalezienia swojego miejsca.

Jeżeli kobieta nie znajduje zainteresowania mężczyzn, do tego jest bardzo religijna – bardzo możliwe że zostanie zakonnicą.

Jeżeli kobieta znajduje duże zainteresowanie mężczyzn, a do tego lubi łatwe pieniądze i ma bardzo niski poziom wrażliwości – bardzo możliwe, że zostanie prostytutką.

To proste, jak wzór matematyczny.

Tymczasem pomiędzy tymi dwoma skrajnościami jest droga, która ma sens. Kobieta potrzebuję mężczyzny, tak jak mężczyzna kobiety. On potrzebuje jej ciała, ale i umysłu oraz duszy. Przynajmniej normalny mężczyzna, a tacy są jeszcze. Kobieta nigdy nie powinna tracić wiary, że spotka tego mężczyznę który jest dla niej. Niekoniecznie to będzie amant w szalu, biegnący z bukietem róż. Czasem ktoś zupełnie inny. Czasem trzeba po prostu dać mu szansę. Powinna na niego czekać, jak żaglowiec który czeka na wiatr. Pewnego dnia się pojawi, nawet jeżeli wszyscy będą mówić, że to niemożliwe. Powinna sama siebie szanować i być gotową. A kiedy przyjdzie -……… jego objęcia i pocałunki będą lepsze niż tysiące modlitw,…. bo nie ma religii piękniejszej i prawdziwszej od miłości.

PS

Niech się dobrze dzieje tej zakonnicy. Niech jeszcze zawróci z tej drogi,…….. bo nigdy nie jest za późno.

 

OPUBLIKOWANE W5 STYCZNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Sen o tangu”
Zasypiając……wydało mu się, że jest na wielkiej sali.

Bez muzyki,

bez innych par,

bez świateł wielkich żyrandoli – ….tylko lekki półmrok.

 

Dotknął jej dłoni i uniósł lekko w górę, na wysokość ust. Drgnęła niespodziewanie.

Objął ją ramieniem i powoli, bardzo delikatnie, ale jednocześnie bardzo stanowczo – przyciągnął do siebie.

Stali tak chwilę w bezruchu, wsłuchując się w swoje ciche oddechy. Czuł pulsującą w skroniach krew. Puls bił mu coraz mocniej.

Poprowadził ją za sobą pierwszym krokiem w tył. Odpowiedziała całym ciałem. Zawiesił ten ruch na moment. Ten jeden krok wystarczył, żeby zrozumieli kim są. Tak niewiele,…… ale wystarczyło.

Jeszcze mocniej ją do siebie przycisnął i teraz już ruszył zdecydowanie do przodu. Mocno i stanowczo. Odpowiadała na najmniejszy ruch, skręt, suspens – idealnie i synchronicznie. Czytała go, jak książkę.

Skąd tak dobrze go znała ?

Kolejne ruchy nie potrafiły kłamać. Oboje dużo przetańczyli i każde z nich mogło zrobić na parkiecie to, czego naprawdę pragnie. Wykonali Paso Cruzado, potem Media Luna. Potem on wykonał kilka Lapiz, nie spuszczając jej jednak z oczu. Wrócili znów stojąc naprzeciw siebie i teraz ona nieoczekiwanie postanowiła go sprawdzić……

Zaczęła mu się nieznacznie opierać, wymuszając na nim coraz to bardziej zdecydowane posunięcia. Celowo prowokowała i igrała z nim, ale nie miała szans. Bawiło ją to jednak – doskonale to wiedział. Nawet gdyby teraz tego chciała – nie wyzwoliłaby się już z jego ramion. Za późno. Była jego. Nie zamierzał jej wypuścić. Niepokornie próbowała udawać, że się wymyka jakby z kolejnych figur, jakie wprowadzał. Celowo je opóźniała, albo odchodziła za daleko od osi. To był rodzaj kobiecego flirtu, żartu. Tak to odbierał. Pozwalał jej na to momentami a potem szybko sprowadzał z powrotem do siebie. Później czuła już tylko jego silną i niewzruszoną dłoń na swojej łopatce. Miała odrobinę luzu, żeby oddychać, ale nie miała najmniejszej możliwości cofnąć się do tyłu.

Kiedy rozpoczynali następne okrążenie sali – zrozumiała, że lepiej już zakończyć tę zabawę. Panował nad nią całkowicie. Teraz w słodkim odwecie wykonywała na jego niemalże żądanie – jedno Boleo po drugim. Robiła to mimowolnie. Doskonale wyczuwał balans jej ciała i z krótkimi przerwami wprawiał ją w skręt, zmuszając do do wyrzucenia nogi w tył. Po jednym z nich pociągnął ją gwałtownie za sobą. Wystraszyła się, tracąc równowagę. Jęknęła. Stopy miała skrzyżowane. Była całkowicie i bezradnie zawieszona na nim. Zrobił to celowo. Zatrzymał jednak na moment tę bardzo ryzykowną Volcada, w jej najgłębszym punkcie. Całym swoim ciężarem napierała na jego klatkę piersiową a on nawet nie drgnął. Dopiero teraz poczuła naprawdę jego siłę. Mógł z nią zrobić wszystko. Już to wiedziała i to jej w zupełności wystarczyło. Już dość tej zabawy. Zdominował ją całkowicie. Zrozumiała bardzo głęboko,……. kto prowadzi. Uznała to. Gra skończona.

– Dość – powiedziała cicho – przestań…..

Trzymał ją jeszcze przez chwilę, zanim odstawił nogę w bok i sprowadził ją z powrotem do pozycji pionowej. Po krótkiej serii kroków w przód i w bok, skręcił ją do Castigada a potem już nawet nie wiedząc kiedy – siedziała na jego udzie. Prawie jak na ławce. Przez chwilę łapała oddech.

– Boże, co ty ze mną robisz ? – zapytała, patrząc na niego zdziwiona, szeroko otwartymi oczyma, jakby chciała odgadnąć, kim jest.

Chwycił ją po chwili w ramiona i przeniósł lekko na drugie udo. Zsunął po chwili delikatnie w dół i dotknęła wreszcie stopami parkietu. Zdała sobie sprawę, że od dłuższej chwili prawie go nie dotykała.

.

Od teraz, ich taniec był już zupełnie inny. Zwolnił, uspokoił się, wyciszył. Ona stała się nagle uległa a on niezwykle delikatny – wręcz czuły. Choć wciąż bez muzyki, to jednak tańczyli trzymając się jakiegoś mistycznego taktu. Patrzyli na siebie w tych coraz większych ciemnościach. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Jej oczy odbijały resztki światła, jakie było jeszcze wokół. Słońce już dawno zaszło i teraz każda kolejna minuta zabierała im wręcz gwałtownie obraz siebie samych. Przylgnęli do siebie jeszcze mocniej, choć już zupełnie inaczej. Teraz ona czuła się bezpiecznie a on troszczył się o każdy jej krok. Dbał o nią a ona wyraźnie to czuła. Jego ruchy były płynniejsze. Słuchał teraz tego, co ona ma do powiedzenia. Zaczęła wreszcie proponować swoje rozwiązania. Otwarła się przed nim. Czekał cierpliwie, kiedy wykonywała swoje ozdobniki. Patrzyła mu głęboko w oczy i wypatrywała sygnałów zniecierpliwienia. Jednak ich nie było. Czekał, zastygły w jednej figurze i pozwalał jej dokończyć. Poczuła właśnie teraz całą satysfakcję z tego tanga. Teraz ona była panią sytuacji. W zupełnie inny sposób. Subtelny, słodki, uwodzicielski i prawdziwie kobiecy. Teraz to ona panowała nad nim. …….

Dwie różne energie – męska i kobieca. Dwie różne istoty, uzupełniające się nawzajem. Dwa różne żywioły, nie mogące bez siebie nawzajem istnieć. Od wieków – tak samo.

Zaczęli się nieoczekiwanie nawzajem inspirować. Jego propozycje spotykały się z zaskakującymi odpowiedziami z jej strony i odwrotnie. Nareszcie zaczęli naprawdę tańczyć, wspólnie tworzyć i cieszyli się tym – z każdą chwilą coraz bardziej. Uzupełniali się wzajemnie. Ich taniec stawał się pochwałą życia. Wcześniej rozedrgane oddechy wchodziły teraz w coraz większą harmonię i stawały się jednym. Czuł, że coraz bardziej wtapia się w niego i coraz bardziej rozpada w jego ramionach. Były dostatecznie mocne, by ją unieść ponad parkiet, jeśli trzeba byłoby dalej tańczyć z nią w ten sposób. Twarz schowała w jego piersiach i oddychała miarowo. Dalej już tańczyła z zamkniętymi oczyma. Wdychała jego zapach a on całował jej włosy.

W całkowitych ciemnościach czuł ją teraz jeszcze mocniej…

Obudził się…..

Jeszcze przez chwilę miał ją dalej w ramionach. Dalej ją czuł. Dalej czuł jej włosy w swoich wargach. Jak to możliwe ?

Było jeszcze ciemno. Wyjął arkusz papieru i zaczął rysować. Czuł, że chce to zrobić teraz, od razu. Mocnymi i zdecydowanymi pociągnięciami ołówka chciał oddać emocje, jakie między nimi powstały. Nie było zbędnych ruchów i rysunek powstawał bardzo szybko -…..mocno.

Zatrzymał się dopiero na jej twarzy. Palcami zaczął gładzić jej policzki, rozmazując bardzo delikatnie miękki grafit. Robił to powoli i uważnie, prawie nabożnie. Uważał bardzo, żeby jednym nierozważnym ruchem nie zepsuć wszystkiego. Wiedział, że jeden niewłaściwy ruch, jedno muśnięcie jego dłoni po jej policzkach i jej ulotne piękno zniknie. Wiedział to i bardzo pragnął ukazać ją właśnie taką, jaką ją zapamiętał……

Rysunek był gotowy.

Była 5.00 rano. Wciąż ciemno. Wstał i zrobił sobie espresso.

– Skąd taki sen ? Tak teraz właśnie. I taki w całości, …….jak film ? – pytał w myślach siebie –…………… Może powinienem zacząć tańczyć tango – uśmiechnął się lekko, pijąc kolejny łyk mocnej kawy……….

rozpadła się w jego ramionach……….

pierwsze spojrzenie…

————-

OPUBLIKOWANE W30 GRUDNIA, 2018 PRZEZ ADMIN
„Old man”
Był ciepły, czerwcowy dzień. Jadę przez śląskie dzielnice, jakich nawet nie znam. Małe domki jednorodzinne albo te dwupiętrowe, ceglane budyneczki i prawie zawsze w pobliżu jakieś ogródek,….. kwiaty. Choć nie bogato , ale zawsze schludnie i czysto. Taki był szlak, jaki wybrałem tego popołudnia. Jako, że często łączyłem pracę z przyjemnością, cieszyłem się tą chwilą. Otwarłem szeroko okno, pozwalając gorącemu powietrzu wpadać do woli do wnętrza samochodu. Chciałem jeszcze zdążyć na krótką rozmowę z szefem pewnej firmy. Zostało jeszcze trochę czasu więc bez spiny jechałem z wyciągniętą za szybą ręką. Załączyłem koncert Neil’a Young’a z Massey Hall, z ‘71 roku. Słuchałem jego niepowtarzalnej gitary i pełnego emocji głosu, bawiąc się lewą ręką ciepłym powietrzem, jakie opływało mi dłoń od pędu auta. Właśnie śpiewał „Old Man”. Lubiłem bardzo ten kawałek.

Czasem, zupełnie nieoczekiwanie dostajemy od losu takie chwile, które zapamiętujemy nie wiadomo dlaczego. Nie planowaliśmy ich. Zdarzyły się pomiędzy jedną sprawą a drugą, między pogonią za jednym tematem a drugim. Ta, była właśnie taka.

W tamtym czasie byłem bardzo zajęty a mimo to zdarzało się że albo coś się spóźniało, albo jeszcze się nie zaczęło i oto jest – chwila dla mnie. Przymykam oczy. Późne, popołudniowe słońce migocze mi przez powieki. Małe budynki przesłaniają mi je tylko na chwilę – jest, nie ma…….. i jest, i nie ma. Bawię się tym i czuję się błogo. Nareszcie odpoczywam. Mój Focus niesie mnie prawie sam, jak koń wiezie jeźdźca. Jakby znał trasę. Pewnie jedziemy trochę za szybko , ale droga jest bezpieczna. Przypomina mi się dzieciństwo i nasze wyprawy z kolegą Arturem w nieznane. Pakowaliśmy w chlebaki najpotrzebniejsze rzeczy. Był wśród nich zawsze kościelny skarbczyk. Ja miałem z czarną okładką, a on z białą. Nigdy nie zapytałem go – dlaczego. Pewnie miał od siostry,… może ? Głupio mi było pytać. Skarbczyki były po to, żeby w czarnej godzinie móc się pomodlić, bo ta godzina mogła być ostatnia przy tym, co czasem robiliśmy. Mieliśmy może po 9 lat – nie więcej. Czasem odmawialiśmy modlitwę, robiąc różne ryzykowne rzeczy. Zazwyczaj szliśmy od rana, ile się dało – do momentu, w którym pojawiło się coś, czego jeszcze nie znaliśmy. Tak znaleźliśmy pewien most, który potem stał się miejscem naszych zabaw. Spędziliśmy na nim prawie całe wakacje tamtego lata. Pociągi z węglem, na które czekaliśmy, kukurydziane pola, wokół widok na świat po horyzont, cudowne zachody słońca, no i to, że te pociągi gdzieś jechały – daleko, w nieznane – to było najbardziej ekscytujące. Takie, jak moja dzielnice mijałem właśnie teraz. Minąłem też nawet jakiś podobny, stalowy most.

Jechałem przez Kochłowice, Rudę Śląską, Bielszowice – jakimiś tyłami totalnie. I dobrze, bo spokój przedmieść bardzo mi teraz odpowiadał. Tam niewiele się zmienia przez lata. U mnie, w moich stronach – też mieliśmy przy domu piękny ogródek. Dość wielki, żebym uznał go za niezbadany. Były tak naprawdę dwa, jeden z przodu a drugi z tyłu. To był dla mnie ogród pełen cudów. Jako, że rzadko gdzieś wychodziłem – do szóstego roku życia to świat bardziej sobie wyobrażałem, niż go znałem. Jako dziecko, zasypiając słyszałem często pociągi, gdzieś daleko. Ten kojący i kołyszący stukot, znikający w nieskończoność. Słyszałem też czasem dźwięki motoru, który pojawiał się jakby znikąd i cichnął łagodnie. To dźwięki mojego dzieciństwa. Do dziś na nie reaguję i przywołują mojr dobre reakcje. No i był jeszcze stukot maszyny do pisania. Właścicielka naszego małego domu mieszkała wraz z rodziną na pierwszym piętrze i długo w noc pisała. Nie wiem co, ale robiła to prawie co dzień. Wyobrażałem sobie, że to musi być pisarka i pewnie pisze książki. Nie wiedziałem jeszcze kto napisał „Pipi”, jeden z pierwszych obrazów TV jakie widziałem w życiu, ale coś czułem że ona ma z tym wiele wspólnego. To mi potwierdził wkrótce potem reportaż o szwedzkiej pisarce, jaki też widziałem w TV, będąc kilkuletnim chłopcem. Tak rozumuje dziecko. Sprawa była więc dla mnie jasna i nie zastanawiało mnie więcej, o czym pisze.

Po latach skojarzyłem, że most na którym się bawiliśmy z Arturem był jakieś 200 – 300 m od tego naszego pierwszego, rodzinnego domu. A więc to te pociągi słyszałem……

……………………………………..

Byłem już w Bielszowicach i wziąłem długim łukiem zakręt w lewo. Suchy kurz poszedł mocno spod kół – gęstą chmurą. Nie spodziewałem się, że zrobię coś takiego. Cały zakręt wziąłem na czwórce. Powinienem był instynktownie zredukować bieg. Wcisnąłem trójkę i gazem wychodziłem z lekkiego poślizgu. Zdążyłem jeszcze spojrzeć w lusterko na tuman kurzu i pojechałbym dalej, bo przecież akurat w tym miejscu nie było prawie nic – ani domu ani płotów, tylko jakieś drewniane słupy telekomunikacyjne, trochę dalej zabudowania warsztatowe – słowem odludzie. W ostatniej chwili jednak zauważyłem coś, jak wózek inwalidzki. Słońce odbijało się od jego ramy a w wózku ktoś siedział. Ktoś mały jak dziecko. Tak mi się wydawało.

– Kurwa ! – krzyknąłem sam na siebie i natychmiast zjechałem do prawej.

Wyszedłem szybko z auta i ruszyłem w stronę wózka. Siedział na nim mężczyzna, może pięćdziesięcioparoletni. Nie miał nóg. Były odcięte u samej nasady ud.

Podszedłem do niego i aż mnie cofnęło. Ostry zapach moczu i brudu aż mnie przydusił. Mężczyzna spał i chyba nawet nie zauważył tego, że podjechałem. Zrobiło się cicho. Jakoś auta tędy nie przejeżdżały.

Zastanawiałem się co dalej zrobić. Może lepiej go nie budzić ? Mocno zastanawiający był jednak fakt, dlaczego ten człowiek jest tutaj sam, na tym odludziu ? Czy ktoś go porzucił ?

Teraz już bardziej niż go przeprosić – chciałem mu po prostu pomóc. Dotknąłem lekko jego ramienia. Zapach nie przestawał walić mi w nozdrza. Przypomniały mi się moje doświadczenia ze szpitala i to co zawsze sobie powtarzałem, kiedy przywozili nam na nocne dyżury alkoholików, samobójców, ludzi poparzonych – „To człowiek”. Podłączaliśmy ich do sprzętu i czekaliśmy, aż nerki zaczną pracować samodzielnie. Współczucie dla tego człowieka było silniejsze niż obrzydzenie. Zresztą to i tak było niczym w porównaniu z ludźmi poparzonymi. Do takich akcji szli najtwardsi. Wtedy nie raz połykałem z powrotem własne wymiociny. Nikt nie zauważył, ale ja to wiedziałem. Trening przyniósł rezultaty.

– Halo – powiedziałem cicho, dotykając go delikatnie ręką. Spał dalej, oddychając miarowo. – Halo – powtórzyłem. Drgnął wreszcie powoli, podniósł głowę i spojrzał na mnie. Patrzyliśmy tak na siebie, teraz z bliska. On nie wiedział jeszcze co ja tu robię i przyglądał mi się badawczo , ale zupełnie bez lęku. Miał nieprawdopodobnie brudną twarz. Kurz drogi widać już nie po raz pierwszy wciskał mu się w oczy, brwi, usta, czoło – wszędzie. Wszystko było zakurzone, jak u górnika. Znałem dobrze ten widok u ojca, kiedy nieoczekiwanie pojawiał się na powierzchni, bo łatwiej było mu przejść powierzchnią na drugi szyb. A powierzchnią było wszystko, co jest powyżej 500m w górę – tyle że ten mężczyzna nie miał tego z kopalni.

– Jak się pan miewa ? – zapytałem (do dziś nie wiem, skąd wziąłem właśnie takie pół-absurdalne pytanie…?)

Uśmiechnął się szeroko i bardzo szczerze.

– Właściwie dobrze – odparł wolno

Rozwalił mnie tym. Spodziewałbym się wszystkiego, ale nie takiej odpowiedzi. Zasadniczo brałem pod uwagę dwa warianty:

Pierwszy -Spierdalaj, co ci do tego ?

albo drugi – pijackiego mruczenia, opuszczenia głowy i obojętności.

On jednak dalej mi się przyglądał z tym ledwo zaznaczonym uśmiechem. Miał w twarzy coś z Paul’a Newman’a. Nawet bardzo dużo. Do tego krótkie lekko falujące włosy – chyba blond, bo kurz zabarwił je na szaro. W kącikach oczu miał po kilka śmiejących się zmarszczek. Tak go zapamiętałem.

Nastała chwila ciszy, a my dalej nawzajem się obserwowaliśmy.

– Przepraszam, że nałykał u się pan przeze mnie kurzu – rzuciłem.

– Nie ma problemu. Nawet nie zauważyłem.

– Co Pan tu robi, na tym pustkowiu ?

– Dojechałem tu, byłem zmęczony i zasnąłem – odparł po prostu.

– Podwieź pana gdzieś ? Mieszka pan tu, w pobliżu ?

– Nie, nie trzeba. Mieszkam niedaleko. Daję sobie rady rękami. Tu jeszcze bardziej się uśmiechając- pokazał mi obie dłonie, nieporównywalnie bardziej brudne od twarzy.

Stałem tak nad nim, a on patrzył w górę na mnie. Wyglądał jak pół-ludzka istota. Aż czułem się nieswojo. Gdyby ktoś widział nas teraz z daleka, pomyślałby, że stoję nad wózkiem, w którym siedzi małe dziecko. Mimo to, zrozumiałem, że mam do czynienia z bardzo silnym psychicznie mężczyzną. Ta siła budziła mój coraz większy szacunek.

Po dłuższej chwili milczenia, w której nie wiedziałem co dalej – wsiadać do auta i jechać, a może poklepać go po ramieniu, może skoczyć mu po piwo – odezwał się wreszcie pierwszy.

– Byłem w wojsku. Wie pan, mieliśmy drużynę piłkarską. Dobrze mi szło. Mówili, że mam talent. Po wyjściu z woja chciałem dalej grać. Kochałem to. Zdarzył się jednak wypadek. Przygniotła mnie metalowa konstrukcja. Poszło na obie nogi. Straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem stał nade mną lekarz. Czuję cholerny ból. Zauważyłem że nie mam nóg i pytam go – Gdzie są moje nogi ? A on się śmieje i mówi, że nie ma. Poszły przez komin.

Tu przerwał.

Niektórzy ludzie nie powinni być lekarzami – myślałem. Nie mógł mu tego inaczej powiedzieć…… skurwysyn ?

Znowu cisza. On zwiesił głowę. Zauważam, że przygryza lekko wargę. Palce zaciśnięte na ramie wózka pracują mu nerwowo. Znowu cisza. Jestem tu już dobre 10 minut i nic nie przejechało.

– Współczuję Panu – mówię wreszcie.

– Wie Pan ? Mam to już za sobą – uśmiechnął się po raz kolejny.

Wiedziałem, że wcale nie, ale widać czytał chyba tę samą pisarkę co ja, która powiedziała kiedyś, że prawdziwy mężczyzna umie się uśmiechać zawsze i wszędzie – bez względu na okoliczności. On niewątpliwie to potrafił.

– Zanim to się stało – zaczął nieoczekiwanie – miałem dziewczynę. Pielęgniarka, w tym samym szpitalu, do którego potem trafiłem. Cud kobieta. Niewyobrażalnie piękne oczy, falowane włosy, zgrabna, wesoła, z życiem. Ja czasem przychodziłem do tego szpitala na przepustkę żeby się z nią spotkać. Ona pracowała akurat na oddziale noworodków. Kiedyś w nocy przyszedłem na dyżur. Nie było nikogo – tu zatrzymał się, jakby nie wiedząc czy chce mi opowiadać dalej………. – Całowaliśmy się jak wariaci a potem to już całkiem straciliśmy kontrolę i wie pan tu obok malutkie dzieci,……. a my ……..

W tym momencie wyraźnie się zawstydził. Uniósł nawet lekko rękę i uśmiechnął się błogo. Przeżywał tę chwilę jeszcze raz. Wiedziałem, że przez moment jest szczęśliwy. Wiedziałem, że to prawdopodobnie była najszczęśliwsza chwila jego życia, skoro mnie, obcemu – tak od razu o niej opowiedział. A może to był jego półsen i nie do końca zdawał sobie sprawy ze swoich zwierzeń ? Tak właśnie teraz wyglądał.

Chodź wiedziałem, że ta chwila to może parenaście sekund, może kilka minut, ale dla niego to było wszystko. Siedział teraz jakby odprężony, z zamkniętymi oczyma. Ręce opadły mu bezwładnie na boki a całe ciało wcisnął w oparcie. Oddychał wolno i miarowo. Nie wiedziałem, czy znowu nie zasypia. To była święta chwila. Czułem tę świętość całym sobą.

W najmniejszym stopniu nie chciałem mu tej chwili zaburzyć. Stałem i patrzyłem na jego rozanieloną twarz.

Śmiejące się kąciki oczu, były zabrudzone od letniego kurzu tak bardzo, że głębokie bruzdy były dużo jaśniejsze od reszty twarzy.

Słońce zeszło już nisko i przechodziło w pomarańcz. Wieczorem słońce biegnie po niebie szybciej, niż w ciągu dnia. To jak w życiu, czym się jest starszym – tym szybciej biegnie czas.

Stałem tyłem do słońca i częściowo mu jest zakrywałem. Jego twarz była jednak mocno oświetlona. To musiał być silny i przystojny mężczyzna – pomyślałem. Ktoś, kto podobał się kobietom. Teraz jego dni są zupełnie inne. W jednej chwili zmieniło się wszystko. Zdążył spotkać tą jedyną i teraz wspomina wciąż te same rzeczy – biedak. Opowiada mi o najintymniejszych chwilach swego życia. Tak były dla niego ważne, że mówi mi o nich tak od razu. To właśnie wspomnienia tej dziewczyny trzymają go przy życiu, bo jego sytuacja jest obiektywnie beznadziejna …………przecież.

Domyśliłbym się, że żyje z jakiegoś zasiłku. Pewnie pije, żeby zabić ból i czeka na śmierć- myślałbym, gdybym tego wszystkiego nie słyszał. Jego widok i słowa przeczyły jednak temu obrazowi. Miał silne ramiona a jego ciało wydawało się nie poddawać.

Zdawało mi się, że znowu zasnął, więc postanowiłem go zostawić tak, jak go spotkałem. Wydało mi się, że tak będzie najlepiej. Odszedłem do auta i odjechałem. Poszukałem najbliższego sklepu. Znalazłem jakiś kilometr dalej mały „Społem”. Mój Boże, że tu jeszcze coś takiego mają ? – pomyślałem. Wziąłem czteropak i wróciłem do niego. Kiedy podjechałem ostrożnie żeby nie wzniecić kurzu, już nie spał.

– Niech pan weźmie, przyda się – powiedziałem.

– Dzięki ! – szczerze się ucieszył – i znowu…… zawieszenie w czasie.

Chyba czas na mnie – myślę. W tym momencie jednak jakby to wyczuł i zatrzymał mnie tymi słowami.

– Chce pan wiedzieć, co było dalej ?

– A chce Pan mówić ?

…………….

– Wyszła za doktora z tego szpitala. Przystojny, wykształcony, pozycja, pewna przyszłość. Wie pan ? – mówił wolno a potem znowu spuścił głowę. Głos jakby mu lekko zadrżał, ale widać wojskowe nawyki mu pozostały i szybko wrócił do mocnego tonu, który ludzie mający z wojskiem dłuższy kontakt zachowują na całe życie. – Ona przyjeżdża do mnie czasami. Przywozi mi zawsze paczkę. Jej mąż siedzi wtedy w aucie – na dole i czeka.

Tu zamilkł. Wiedziałem, że nie chce już dalej rozmawiać.

Zrozumiałem też w tej jednej chwili, co trzyma go przy życiu. Teraz dopiero zrozumiałem naprawdę. Dotknąłem lekko jego ramienia.

– Wszystkiego dobrego – powiedziałem.

– Przyda się,………. dzięki – odpowiedział krótko.

Zrozumiał, że właśnie się żegnamy i otworzył szeroko oczy. Mimo silnego słońca zauważyłam, że są zielone – jak moje. No i te zmarszczki przy oczach. Przez ułamek sekundy nastąpiła między nami jakaś przedziwna, wzrokowa wymiana informacji.

………………….

Zawróciłem samochód, bo nie miało już sensu nigdzie jechać. Postanowiłem zadzwonić z trasy, że przepraszam i że nie dam rady, bo coś mi wypadło. Ileż to razy zresztą ciągle zmieniam nieoczekiwanie swoje scenariusze. Po prostu jeden więcej.

Kiedy przejechałem obok niego, uśmiechnął się raz jeszcze. Jak to on – …. podniósł rękę a potem wszedłem ponownie w długi, łagodny zakręt. Mimo moich najszczerszych chęci, kurz wzbił się na tyle mocno żebym zgubił mężczyznę z tylnego lusterka. Zniknął……

Dopiero teraz zorientowałem się, że od momentu przekręcenie kluczyka w stacyjce gra mi muzyka z taśmy –

„Old man take a look at my life
I’m a lot like you were……
I need someone to love me
the whole day through
Ah, one look in my eyes
and you can tell that’s true.”.

Wszyscy pragniemy miłości. Całe życie. Od pierwszego, do ostatniego oddechu – mówię do siebie.

Wracałem już znacznie wolniej, myśląc o tym co mi się przydarzyło.

On nikogo nie osądzał, do nikogo nie miał żalu. A czy ja mógłbym tu kogokolwiek osądzać ? Nie mam prawa. Tak ułożyło im się życie. Ta kobieta pamiętała jednak wciąż o nim. A jej mąż to rozumiał i dzielił się nią niejako.

Każdy z nas ma swój własny film życia. Jego był wyjątkowo bolesny.

Czy kobiety kochają mniej od mężczyzn ? Pewnie nie, ale inaczej. Kobieca miłość wybucha czasem płomieniem gwałtownym, jak płomień zapalonej gazety. Jest wysoki, mocny, gwałtowny. A potem nagle, nie wiadomo czemu ………gaśnie. Kobiety ostatecznie wybierają w życiu stabilność i bezpieczeństwo. Trudno je nawet winić. Natura każe im szukać oparcia dla przyszłych dzieci. Mężczyźni może nie okazują swoich uczuć tak spektakularnie , ale kochają długo i głęboko a on jest tego kolejnym dowodem. On wciąż ją kocha, ale myślę że i ona kocha jego. Kocha obu mężczyzn jednocześnie – tak myślę. Bo niby dlaczego wmawiają nam że musimy kochać tylko jedną osobę ? Ja myślę, że prawdziwa miłość ma dwie cechy – jest stała i wieczna. Uczucie, które nie ma tych dwóch cech – nie jest prawdziwą miłością. Wreszcie tamten doktor, za którego wyszła. Mądry człowiek – nie był zachłanny, zazdrosny – jak wielu by było. Rozumiał. Weszli w bardzo specyficzny układ. Nikt nikogo nie kochał przez to mniej.

– Miłość nie zazdrości, …… nie szuka swego – napisał jakiś facet wiele lat temu To mi się akurat zapamiętało, bo pochodzę z bardzo katolickiej rodziny, choć sam nie wyznaję żadnej religii oprócz jednej – ……..Miłości.

Słowa te tak właśnie rozumiałem w tamtej chwili.

Czasem – stawiam wieczorem piwo na stole, biorę gitarę i gram riff’y do „Old man”. Ciekawe, co u niego, myślę wtedy ……..

Tamtego mężczyznę spotkałem naprawdę, czerwcem 2006 roku, przy drodze w Rudzie Śląskiej Bielszowicach. Jeszcze tego samego miesiąca moje życie miało się odmienić o 180 stopni, chodź jeszcze nawet tego nie podejrzewałem. Szpitale zmieniają – mnie też. Życie, to jedna wielka niespodzianka.

Jarek

 

Neil Young – w kultowym wykonaniu z roku, w którym się urodziłem.. ? ciekawostka

 

OPUBLIKOWANE W24 GRUDNIA, 2018 PRZEZ ADMIN
„Wigilia 1999”

„To była ostatnia Wigilia ubiegłego wieku – rok 1999 a także pierwsza wspólna całej naszej rodziny. Była też pierwszą w naszym nowym mieszkaniu, tym o którym zawsze marzyłem. Wszystko było jedyne w swoim rodzaju. Zaczynała się dla nas nowa epoka”.

Tamten wieczór w naszych stronach był wyjątkowo mglisty. Bardzo gęsta woalka otaczała nasz dom. Wieża pałacu Fitznera, która była na wysokości naszych okien, pozwalała mi pamiętać, że ciągle jesteśmy na lądzie a nie płyniemy po mglistym oceanie – gdzieś w nieznane”.

Tak więc jesteśmy tu, z malutkim, jednorocznym Arturkiem na moich kolanach i Iwoną donoszącą wigilijne potrawy na nasz pierwszy, w trójkę, świąteczny stół.

W tym roku wyremontowałem całe mieszkanie bardzo gruntownie. Zajęło mi to prawie rok. Zaprojektowałem i zrealizowałem wszystko tak, jak widziałem oczyma wyobraźni. Udało mi się zdążyć na czas.

W kaflowym piecu, który też rozebrałem i złożyłem na nowo, pali się wesoło ogień, trzaska suche drewno i żarzy się węgiel. Arturo siedzi cichutko i wpatruje w okno swoim wielkim, mądrymi oczyma.

– Widzisz – mówię – tam jest świat, wielki świat. A my tu, gdzie jest cieplutko. Dobrze nam tu.

Co ci przyniesie życie ? – pytam sam siebie w myślach – Co nam przyniesie ? Czas zna odpowiedź. A więc to nie w Toronto i nie w Plymouth, ale w Polsce i tu. Kto tym wszystkim kieruje, ciekawe ? Jaka wszechmocna siła, jakie prawa ?Swoje wcześniejsze plany zamknąłem raz na zawsze i dobrze mi z tym było. Po raz pierwszy wiedziałem, że jestem tam gdzie być powinienem. Czuję się spełniony.

Kołyszę synka lekko na kolanach Wyspał się dobrze w swoim łóżeczku z błękitnym baldachimem w miśki. Łóżeczko jest zaraz za naszym, tuż za naszymi głowami. Przylega do niego i czujemy się razem cudownie.

W rogu jest choinka, jaką przytargałem przez całe miasto. Ma ponad dwa metry. Zawsze chciałem, aby w naszym domu była właśnie taka, jaką widziałem jedynie w amerykańskich filmach. No i jest, pięknie udekorowana na czerwono i złoto. Pokój jest wielki, więc pasuje tu jak znalazł. Tak bardzo, że można by zapytać – dlaczego tu wcześniej nie było choinki ?

Iwona podchodzi do nas. Uśmiecha się i dotyka z tyłu moich ramion. Teraz już w trójkę patrzymy przez okno. Ciepłe światła latarń rozpraszają się na pomarańczowo w nocnej mgle.

Jesteśmy na centralnym skrzyżowaniu w Siemianowicach Śląskich, w samym sercu miasta, a dla mnie sercu mojego świata. Każdy ma takie miejsce, myślę. Moje jest tam – 27stycznia 6/12. To tu dla mnie południe krzyżuje się z północą i wschód z zachodem. W przenośni i dosłownie, bo biegną tu główne ulice. Jako młody chłopak wpatrywałem się w te okna i balkon. Chodziłem w różne miejsca i wyobrażałem sobie co z nich widać. Bo przecież, jeżeli skądś widać jakieś miejsce to i to stamtąd – proste. Rzeczywistość jednak zrobiła mi jeszcze większą niespodziankę. Kiedy weszliśmy na balkon i zobaczyłem tętniące pełnym życiem miasto w dole – aż otwarłem usta. Na prawo „Huta Jedność”, świątynia mojego dziadka, w której spędził życie, na wprost Willa Fitznera, jak z zamorskich filmów – w stylu z Aftyki północnej. Jeden z kolegów, z Algierii potwierdził mi to potem, kiedy staliśmy na naszym balkonie:

– To jak w moich stronach, nieprawdopodobne. Co za architekta miał ten niemiecki przemysłowiec ?

Oglądaliśmy potem i kafle we wnętrzach korytarza – typowo orientalne. To był zupełnie inny świat.

Teraz w jego fabryce produkuje się Rosomaki dla naszej armii. Kiedyś produkowano znane w całym świecie kotły parowe.

Zaraz za willą jest zakład Hanki. Działa od 1923r. To tam robią „Michałki”. Te pierwsze i jedyne. To po nie przyjeżdżali tu z całej Polski i zna je każdy. Pod naszym balkonem jest firmowy sklep i kto tylko pojawiał się w naszych stronach brał ich ile wlejzie i gdzie wlejzie, żeby zabrać do swoich rodzin, znajomych. Małe, srebrne i niepozorne czekoladki, nadziewane orzechami. W swoim czasie sprowadzali produkty aż z Kuby. Ten łuk, na którym jesteśmy nazywany jest „Złotym Rogiem”. A może powinien, z powodu Michałków nazywać się „Srebrnym Rogiem” – bo te pralinki pakuje się w „te sreberka….”. Kto nie otwierał by tu interesów – zawsze szło mu świetnie. Wszystkie kamienice są z lat około 1895, tak więc kawał historii i kawał interesów. To miejsce chętnie przyciągało wszystkich. Zalane słońcem od rana, z wielką przestrzenią przed nim. Z zielonym skwerem i małymi drzewkami pod naszym domem. Takimi, jakich tutaj nigdy nie widziałem. Dwa drzewka, przywiezione z innego kraju. Widziałem takie nad morzem Śródziemnym. Skąd się tu wzięły ? Magia. W środku kopalnianego Śląska coś takiego. Inny świat. Nie mogłem go nie pokochać.

Na lewo strzelista wieża kościoła Świętego Krzyża. Dla mnie, to zawsze była moja Notre Dame. To tu braliśmy ślub, a w podwórzu naszej kamienicy mieliśmy weselne przyjęcie. Wszystko było tu, w tej skończonej przestrzeni.

Co do kościoła, to kiedy, jako dziecko czytałem „Dzwonnika z katedry Notre-Dame” wyobrażałem sobie, że te wszystkie detale kościoła jakie odpisywał Hugo to właśnie te z naszego. Innego, tak pięknego nie znałem. Szukałem potem w encyklopedii ojca co to jest sygnaturka, rozeta, itp. Oglądałem też stare, przedwojenne zdjęcia z Paryża które przywiózł ktoś z naszych przodków. Pewnie kuzyn mojej babci. Widziałem zdjęcia robione z żaglowca, zdjęcia z podróży. Robiłem sobie z tych zdjęć zakładki do moich książek. On potem osiadł w Szkocji a babcia odwiedziła go po latach i wiele mi opowiadała. To bardzo rozbudzało moją dziecięcą wyobraźnię. I ja, tak jak on chciałem poznać świat. Zawsze chciałem zobaczyć, co jest za najbliższym rogiem. To uczucie towarzyszy mi przez całe życie, cokolwiek bym nie robił. Ciekawość i chęć poznania – ludzi przede wszystkim. Czytałem i ładowałem wyobraźnię.

Kiedy potem naprawdę stanąłem przy Notre Dame – tylko się uśmiechałem, bo znałem ją już dobrze. Taka jest siła wyobraźni i taka jest siła marzeń, które mamy obowiązek ocalić. Te słowa Monet’a często sobie powtarzałem, żeby nie zapomnieć tego, co powinienem robić. Każdy to ma, tylko niektórzy to w sobie zakopują z czasem i zapominają. Błąd – powinno się ocalić to wszystko, co marzyliśmy zrealizować.

Tego też życzyłem Arturowi, startującemu właśnie w życie.

– Jesteś naszą strzałą, wystrzeloną w przyszłość – mówiłem do niego w myślach. Każdy rodzic ma taką strzałę i robi dla dzieci wszystko, co może. To naturalne i piękne. Co nam przyniesie życie ? – nie wiem, ale jestem dobrej myśli. W ciszy uśmiechamy się do siebie z Iwoną. Przytulamy do siebie naszego malutkiego synka a czas się zatrzymuje……………………..

———————————————————————————————

Nigdy nie zapomnę tej chwili. choć minęło już wiele lat, a dokładnie 20, bo tyle lat ma Artur. Noszę ją w sobie, gdziekolwiek jestem. Nie zgodzę się z tym co wszędzie do znudzenia mówią, że ważne jest tylko to co tu i teraz, bo to jest jedynie prawdziwe. Nie – wszystko jest prawdziwe i wszystko jest ważne to co było, co jest i co będzie. Wszystko tworzy całość a jedno przechodzi w drugie. Historia stworzyła rzeczywistość a rzeczywistość tworzy jutro. Czas jest pojęciem względnym. Einstein miał rację. Możemy dowolnie przenosić się w czasie i w miejscu – tak gdzie chcemy. Ponownie wchodzić do tej samej wody i wychodzić z niej, także kiedy chcemy. Na przekór wszystkiemu. Przeżywać chwile piękne i naprawiać błędy, jakie popełniliśmy. Przeżyć to wszystko, co chcemy poprzez wyobraźnię, nawet nie ruszając się z miejsca. Wspominać najbliższych. Doznawać smaków, zapachów, wrażeń – choć wydawałoby się zapomnianych, bądź jeszcze nawet nie znanych. Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy – i tu znowu Einstein miał rację. Doznałem tego także potem i wiem, że wyobrazić sobie coś, to jak to przeżyć. To było kiedyś w Toskanii, przy okazji podróży w poszukiwaniu „Angielskiego Pacjenta” (mój ulubiony film). Ale to już inna historia. Wszystko jest tylko sprawą silnej wyobraźni. Z psychologicznego punktu widzenia przeżyć coś a wyobrazić to sobie, to jedno i to samo. Sprawdziłem to osobiście. Podróże w czasie są możliwe. Chociażby to, że my jesteśmy tam teraz, przy tamtym oknie i to jest właśnie Wigilia, rok 1999. No bo przecież tak jest, prawda…… ?

Teraz Arturo to już od tego roku student. Mógłbym wymieniać się z nim koszulami. Jest naszym prezentem na gwiazdkę. Urodził się na dzień przed nią. Idzie własną drogą, jaką czuje, że powinien iść. Ma bardzo zdecydowaną osobowość i wie, która latarnia go wzywa. Cieszę się, że jest właśnie taki. Ciekawe po kim ? Czas płynie dalej i wszystko się zmienia. I tak być powinno.

Piszę te słowa z innego miejsca, z Ustronia. Z okna po lewej widzę teraz Równicę a z prawej Czantorię. Od wschodu po zachód mamy w oknach słońce, które tak kocham. Jedyny stały element naszej historii. Mieszkania, meble, miejsca wymieniliśmy już wiele razy. Na wprost okien, sobotnią nocą – pojawia się nam tutaj długi strumień białego, laserowego światła z dyskoteki „Casablanca”. Przecina noc, jak światło odległej morskiej latarni, kto wie, co jest za nią….. Kierunek jest południowy. Dokładnie taki, jak z któregoś z ciepłych portów. Who knows…….Who knows ? Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Przecież to tylko kwestia wyobraźni …..

To ukochane mieszkanie na 27 Stycznia (obecnie ul. Fitznera) opuściliśmy dwa lata później. Zalało nam dach kiedy przyszły roztopy, po jednej z tych ciężkich zim i nieprawdopodobnej ilości śniegu,. Nie było innego wyjścia. Od tamtej pory stałem się Nomadem, wiecznym wędrowcem. Mieliśmy kilkanaście mieszkań. Zmieniałem pracę, zawody, miasta, kraje i otoczenie ludzi. Wszystko to kocham, ale tamto mieszkanie było jedynym, w którym naprawdę chciałem zamieszkać i zostać na zawsze.

Zrozumiałem po latach jedno, że dom jest w nas. Gdziekolwiek byśmy nie byli – on jest z nami. Nikt nam go nie odbierze, bo nie jest w stanie. Może taki był cel tego wszystkiego – żebym to zrozumiał. Ale kto tym kieruje ? Pytam co rusz siebie i uśmiecham się. Zaczynamy rozumieć własną historię dopiero wtedy, kiedy ją komuś opowiadamy. Tak, jak ja teraz.

Kiedyś siedząc w naszym mieszkaniu, w Ustroniu – piłem jak co rano kawę. Spojrzałem na oświetloną słońcem ścianę. Mamy tu wielkie, przedwojenne zdjęcie „Piccadilly Circus”, z Londynu. I nagle zrozumiałem, dlaczego podświadomie wybrałem właśnie to zdjęcie.

– To przecież „Złoty Róg”, Siemianowice ! To jasne !

No a tu jest piekarnia, do której codziennie chodziłem wcześnie rano. A tu wielka księgarnia. A tu nasz bank. A tu, gdzie jest ten skrawek nieba, to jest nasze mieszkanie, bo mieszkaliśmy wysoko. Nie mamy takiego amorka jak na Piccadilly, ale wszysko inne……łał.

Tak więc, wszystko przed nami !

Jarek Makosz

Ustroń

Noc z 23 na 24 grudzień 2018

————————————–

Nasza pierwsza Wigilia 1999

 

 

 

 

Na wprost willa Fitznera, a po prawej odstaje nasz balkon…na samej górze – miejsce naszych śniadań, obiadów, kolacji, marzeń….

Piccadilly Circus w Londynie