„Small Town Boys” …about Adam Imiolczyk

Small Town Boy – Chłopak z małego miasta. Kto nie zna tego utworu….?? Właśnie………

Dla mnie jednak będzie się on wiązać zawsze ze wspomnieniem człowieka, od którego wiele się nauczyłem …….. i który odszedł……. za wcześnie.

Dzisiejszy tekst nie będzie pastelowy, ale będzie ważny, bo ważny jest dla mnie każdy człowiek, jakiego spotykam w swoim życiu. Będzie to krótkie wspomnienie kolegi z Liceum Zawodowego przy Hucie Jedność w Siemianowicach Śląskich. Szkoły, do której z naprawdę wielką przyjemnością chodziłem – choć może się to wydać dziwne…….szkoła, jak to ? Tak – uwielbiałem tę szkołę. Serio…

Adam stał oparty o ścianę, ze słuchawkami walkmana na uszach (taki mały magnetofon na taśmy – taki dzisiejszy MP3 player  – gdyby ktoś nie wiedział). Miał zamknięte oczy i kołysał się lekko na boki. Śpiewał przy tym słowa piosenki. Wyciągał niemożliwie wysokie dźwięki – prawie falsety. Znałem doskonale ten utwór – wszyscy go znali, więc nie musiałem go pytać – czego słucha.

To się powtarzało w każdej wolnej chwili między lekcjami. Nie rozstawiał się z walkmanem……i tak przez dobre trzy miesiące. Nieprawdopodobne. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak bardzo kochał jeden utwór. Znał na pamięć każde słowo, każdą modulację głosu Jimmiego Somerville. Śpiewał to przy przy najmniejszej okazji. Ja sam słuchałem przez chyba tysiące godzin przeróżnej muzyki, ale nigdy aż do tego stopnia nie zafiksowałem się tak bardzo na jednym utworze. Kiedy coś kochałem – słuchałem tego kilka, kilkanaście razy z rzędu np. Potem następowała przerwa i znowu do tego wracałem. Jeżeli jakiś utwór uwielbiałem kiedyś – uwielbiam go i dziś. Nic się nie zmieniło. Jestem bardzo stały w tym, co kocham. To, co złapało jednak Adama było absolutnie niezwykłe. Żył „Small Town Boy’em” przez cały czas. Jaka magia go ogarnęła ?

Siedział obok mnie na j.polskim w drugiej ławce – na miejscu od okna. W jego uśmiechu było zawsze tyle radości i energii – zarażał tym od razu. Miał śmiałe pomysły i nie bał się o tym mówić.

W szkole panował niespotykany gdzie indziej „dryl”. Dyscyplina była podniesiona wysoko. Chodziliśmy w jednakowych, granatowych garniturach, niebieskich koszulach, mieliśmy granatowe krawaty i ……. białe skarpetki . Za brak takich skarpetek na WF – biegało się za karę boso. Po takim doznaniu „piętaszka” i śmiechu kolegów – więcej się już nie zapominało. Adam takie skarpetki nosił nie tylko na WF, ale cały czas. Nosił też idealnie białe tenisówki (dziś nie wszyscy wiedzą, co to jest – proste buty sportowe). Takie tenisówki musieliśmy także nosić obowiązkowo na WF. On jednak nosił je cały czas, także do garnituru. Podobało mu się to. Zawsze były czyste i zadbane. To był jego znak rozpoznawczy z daleka.

Kultura fizyczna była traktowana u nas bardzo serio. Mieliśmy ćwiczenia wydolnościowe, na kółkach gimnastycznych, drążkach, itp. , itd. Musieliśmy nosić takie same podkoszulki z ramiączkami – jak przed wojną. Kiedy ktoś robił np. pompki na ilość – wszyscy siedzieli na sali gimnastycznej i liczyli, ile zrobi. To dawało mocno w kość komuś, kto nie dawał rady. Szło takiemu chłopakowi po psychice – musiał dociągać szybko do średniej. Inne ćwiczenie na kółkach – w powietrzu, to np. trzymanie nóg pod kątem 90 stopni i liczenie czasu, w którym nie opuści nóg. Mięśnie brzucha trzeba mieć wtedy naprawdę ze stali. Dziś wiem, że w tym wszystkim nie chodziło tylko o ćwiczenia same w sobie. Oni uczyli nas pracy nad sobą. To była pewnego rodzaju szkoła wytrwałości i charakteru.

Dbano zresztą nie tylko o naszą sprawność. Mieliśmy wiele innych zajęć pozalekcyjnych, jak np. informatyka, albo „spotkania z filharmonią”. Filharmonicy Śląscy raz w miesiącu przyjeżdżali do nas z koncertami. Znany prezenter radiowy wygłaszał zawsze słowa wstępne. Poznawaliśmy rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Dyrektor tej szkoły – Hilary Chlebek – był naprawdę wizjonerem z prawdziwego zdarzenia. Znany harcmistrz z tradycjami. Do tego kadra ludzi, jakimi się otoczył – też była świetna. Mieliśmy dużo szczęścia, że byliśmy właśnie tam. Dyrektor chciał, aby nasza szkoła była konkurencyjna do Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych. Ja nie zamieniłbym jej na ŚTZN – o nie.

Był to też czas wielkiego śmiechu – od pierwszego do ostatniego dnia sikaliśmy wprost ze śmiechu,… z małymi przerwami oczywiście. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem tyle się nie śmiałem. Tam śmiałem się do łez. Kolegów miałem naprawdę wyjątkowych. Dwóch z nich z talentem wprost do kabaretu. Jak to powiedział jeden z nich „u nas poziom satyry jest wysoki”. To byłby temat na osobne opowiadanie – na pewno .

Aż nie mogę się oprzeć choćby jednemu – mianowicie bitwom na jadalni. Siedzieliśmy grzecznie po np. 2-3 klasy przy stolikach. Starsi harcerze mieli dyżury i pilnowali nas jak żandarmeria. Wiedzieli, że ta banda naładowanych testosteronem istot – w każdej chwili może eksplodować. I prawie na pewno eksploduje. Pytanie tylko kiedy ? Wystarczyło, że np. jeden drugiemu wrzucił kawałek sera do kubka z herbatą – i że ten drugi był z innej klasy. Przez moment zamierała cisza – a potem zaczynała się jazda. Dyżurni zasuwali szybko okno ze sklepiku, bo pierwsze sery, pasztety, salcesony leciały od razu w ich stronę (huta fundowała nam śniadania). Ktoś dostał centralnie pasztetem w twarz, kogoś turlano w wędzonej rybie. Inny płakał, bo dostał serem do smarowania Tylżycki w oko. Prawie nikt nie miał już koszuli w spodniach, bo jeden szarpał drugiego. Była jedna wielka zawierucha a harcerze próbowali nad tym zapanować. To trzeba było widzieć na własne oczy  Po prostu western..

Tego typu rzeczy działy się prawie co dzień. Nudno nie było nigdy.

Mieliśmy też swoje marzenia. Każdy inne. Czasem dzieliliśmy się nimi. Ja chciałem np. zostać muzykiem elektronicznym. Pisywałem też różne krótkie opowiadania. Czasem je odgrywałem – taka zabawa w aktorstwo. Naśladowałem grę różnych aktorów z fragmentów sztuk teatralnych, jakie oglądałem w poniedziałkowym teatrze telewizji, albo z filmów. Robiłem to dla zabawy i nie wiedziałem za bardzo, co z tym zrobić. Aktorstwo samo w sobie – zupełnie mnie nie pociągało. Nie chciałem udawać kogoś, kim nie jestem zawodowo. Zazwyczaj starałem się tym kogoś rozbawić i udawało mi się. Potrafiłem obserwować ludzi i sytuacje. Starałem się zrozumieć jedno i drugie i wejść w to. Traktowałem to jako ciekawe doświadczenie – i tyle. Nie wiedziałem jeszcze dokąd idę w życiu. Było na to za wcześnie. Do wszystkiego w życiu trzeba dojrzeć. Póki co, chciałem być jak JMJ (Jean Michele Jarre). Między innymi dlatego wybrałem właśnie liceum elektroniczne. Budowałem sobie różne grające generatory itd.

Ciekawe też…,że od tamtego czasu nigdy więcej już nie bawiłem się w „aktorstwo”, ale była to cecha którą w sobie odkryłem przez przypadek. Jakimś cudem umiałem odgrywać innych ludzi. Skąd się to wzięło – nie wiem…. ta umiejętność improwizowania i tworzenia na poczekaniu rzeczy właśnie co wymyślonych. To przyszło samo i przeminęło naturalnie, jak wiele innych i przedziwnych rzeczy w moim życiu.

Trzy razy w tygodniu, przed szkołą – przez całe 4 lata chodziliśmy też na g.6.00 rano – na basen. Nasz stary, dobry, przedwojenny basen. Kiedy się wchodziło rano, jeszcze rozespanym – przez kotłownię do góry – mijaliśmy palacza:

– I co, chopcy ? Niy chce sie wstować (nie chce się wstawać) – co ? – pytał – Jo jus łod pu czworty pola, pieronie (ja już od wpód do czwartej palę węglem). – uśmiechał się przy tym, cały upieprzony z węgla.

– Ja (tak) – odpowiadaliśmy w ciszy, zaspani, przechodząc jeden za drugim, jakbyśmy wchodzili do góry, na jakiegoś Titanica. Główne wejście było o tej godzinie zamknięte, więc wchodziliśmy od kotłowni, w piwnicy.

Za chwilę mieliśmy wskakiwać do półzimnej wody i zapieprzać przez bitą godzinę – do utraty sił. Uwielbiałem to. Słońce powoli wtedy wstawało….. a my dalej pływaliśmy. Widziałem przez wielkie okna jego mocne strumienie. Prułem z rozkoszą wodę. Czułem w sobie siły, jakich nie było we mnie wcześniej. Moje ciało opływało medium, które sprawiało, że czułem się taki szczęśliwy. Ta woda i wschodzące słońce. Moja nieposkromiona siła i radość życia. Tak……takich chwil się nie zapomina.

Byliśmy w wieku, kiedy sport bardzo nam służył. Spośród tych wszystkich chłopaków – paru z nich ćwiczyło też judo w tym samym klubie co ja (Pałac Młodzieży w Katowicach). Adam też tam ćwiczył, tylko w innej grupie.

No i tu trzeba wspomnieć o tym, jak nieprawdopodobny dar natury otrzymał ten człowiek. Był nieprzeciętnie wytrzymały, silny i sprawny. Był z nas wszystkich najlepszy. Oprócz crawl’a – bo tu „Li” był królem (ale to był człowiek-delfin). Adam we wszystkim, co dotyczyło sprawności i wytrzymałości był absolutnym nr.1. Potem była długa przerwa…. I potem dopiero my.

Pamiętam jak płynęliśmy pod wodą – 25 metrów. Dla normalnego organizmu to naprawdę bardzo dużo. Tak dużo, że kiedy dopływaliśmy do murku, na końcu – każdy miał już wszystkie kolory tęczy przed oczami i siłą woli starał się nie nabrać wody – zamiast powietrza, a światło słoneczne ponad powierzchnią wydawało się być poza zasięgiem……… i w takim właśnie momencie Adam zawracał bardzo powoli i płynął……….KOLEJNE 25 METRÓW !

Jaką maszyną trzeba było być, żeby zrobić coś takiego ?

A co do marzeń – to marzeniem Adama było robić coś wielkiego. Tworzyć, konstruować, wymyślać rzeczy, jakich nikt jeszcze nie zrobił. Był przy tym nieprawdopodobnie śmiały i nie bał się sięgać wysoko. Na lekcjach skupiony był na rysunkach technicznych, które tworzył ukradkiem. Miał bardzo techniczny umysł. Rzeczą, która go absolutnie fascynowała był „przegub Cardina”. Pamiętam jego szybkie i zdecydowane ruchy małym ołówkiem na kartce papieru. Wiedział, co rysuje i czuł że to jest to. Widziałem ten sam typ pociągnięć kreski u mojego ojca. On też był urodzonym technikiem i podobnie jak Adam mówił, myślał i rysował. Ojciec robił w domu często szkice różnych maszyn, elementów, rozwiązań które wymyślał. Dostawał za to potem trochę dodatkowych pieniędzy. Oni obaj zresztą mieli się później spotkać. Adam został jakimś cudem uczniem mojego ojca na kopalni. Jak to się stało, że spośród tylu kopalń w naszych stronach, to właśnie do niego trafił. Nazwisko na pewno odegrało tu swoją rolę, ale że akurat ta kopalnia i ten szyb …. ?

– Patrz Jarek, jakie to genialne. I takie proste – mówił np. Adam – Jak ten facet na to wpadł ? Możesz przenieść napęd kątowo. Boskie ! Stworzyć coś takiego……właśnie – to jest to !

Spośród wielu jego pomysłów zapamiętały mi się głównie dwa – słuchawki bez przewodów pomiędzy jedną a drugą – wykorzystał pałąk jako przekaźnik sygnału i jego słynny w szkole dwu-cyrkiel. Można nim było narysować okrąg wykonując tylko połowę normalnego ruchu, co było wygodniejsze. Inni koledzy kiwali głowami i uśmiechali się – widząc to, co robi.

– Kto by chciał to wyprodukować ? – podśmiewywali trochę, ale i zazdrościli.

Czego się od niego nauczyłem ? – bo wspomniałem, że nauczyłem się wiele. O tym poniżej.

Adam był jakby biologicznie od nas starszy. Jego sposób myślenia, żarty, podejście do życia … to wszystko szło w parze z jego większą dojrzałością od nas. My – czyli cała reszta byliśmy przy nim jak jeszcze dzieci. To, co mi w nim szczególnie zaimponowało – to jego stosunek do dziewczyn i kobiet. Mówił o nich zawsze z wielkim szacunkiem, z jakimś rodzajem troski. To płynęło wprost z niego – bardzo szczerze. One zresztą także szczerze go uwielbiały. Był typem wyjątkowego przystojniaka. Z urody podobny trochę do Jean Claude Van Damme – tak go zawsze kojarzyłem.

Podobnie jak on potrafił komuś „zapiąć” z nogi w każdej chwili. Nie było trzeba wiele. Kiedyś przyszedł ze swoją dziewczyną do mnie po jakieś zeszyty. Kiedy otwarłem drzwi, aż mi się głupio zrobiło. Wyglądałem jak szmaciarz – a on przyszedł z taką dziewczyną. Uśmiechnęła się do mnie – zapamiętałem to dobrze…. To była naprawdę fajna dziewczyna. Nie jakaś cyniczna lola, jakie poznawali inni koledzy.

– Gdzie on ją znalazł – myślałem ?

Adam był też bardzo wrażliwy na to, kiedy ktoś mówił coś niefajnego o kobietach. Kiedyś jeden z chłopaków rzucił coś o „jego dupie”. Pamiętam, że wtedy w jednej chwili wylądowała na jego szczęce noga Adama. Odwinął mu z półobrotu w sposób, jaki widziało się tylko na filmach. U Adama stan pomiędzy wyciszeniem i wystartowaniem do walki był zresztą ciągle bardzo płynny. Czuło się to i reszta obchodziła go z daleka – nawet ci, którzy uważali się za bohaterów.

– Dej pozór, bo łon zaroz chce sie ciulać (uważaj, bo on zaraz chce się bić)  – ostrzegali się z wyprzedzeniem.

Adam był też bardzo przedsiębiorczy. Planował otwarcie własnej firmy – już w tamtym czasie. Handlował na giełdach elektronicznych elementami, grami, itp. Jeździł w soboty i niedziele, żeby dorobić. Zajął się też handlem perfumami. Taki był – pieniądze go lubiły.

Ja zazdrościłem mu raczej powodzenia u dziewczyn  Zresztą nie tylko ja – cała szkoła mu tego zazdrościła. W moim przypadku była to delikatna zazdrość o pozytywnym wpływie. Uczyłem się od niego stosunku do kobiet bycia w tym po prostu sobą. Nie udawania nikogo – kim się nie jest. Raczej uczyłem się poznawania samego siebie i docenienia samego siebie. Byłem bardzo nieśmiałym chłopakiem w relacjach z dziewczynami. Po średniej szkole technicznej – poszedłem na studia techniczne – elektronika na Politechnice Śląskiem. Tam znowu sami faceci i masa, masa nauki.

Pewnie zostałbym takim „robotem – humanoidem” , jakich na moim wydziale było wielu – człowiekiem zamkniętym przed komputerem, ze schematami elektronicznymi przed sobą i grzebiącym w technicznych książkach, chowającym się przed światem – gdyby nie taniec…….ale to już inna historia. Wydarzyła się całkiem przypadkiem i porwała mnie bez reszty. I wtedy poznałem też swoją własną miłość

Pewnego dnia stało się coś przykrego. Jeszcze w czasie, kiedy byliśmy w szkole – ktoś zapytał mnie o to, jak tam u Adama w szkole. Wspomniałem, że ma jakiś problem z jednym z przedmiotów. Powiedziałem to, zupełnie nieświadomy, że ta informacja dotrze do jego brata, który wypomni to młodszemu. Adam mocno się na mnie pogniewał. Powiedział, że zawiódł się na mnie mocno. Byłem zupełnie nieświadomy wagi tego, co mu zrobiłem. Dla niego to było jednak mega-ważne. Dla mnie wydawało się niczym znaczącym – po prostu, był to fakt. Wszyscy o tym wiedzieli. Nie sądziłem, że tak to odbierze. Poczułem się fatalnie. Że niby co – że jestem kapusiem…… Stało się coś, co tuż pod koniec szkoły mocno nas poróżniło. Nie rozmawialiśmy już więcej. Było mi naprawdę przykro z tego powodu.

Upłynęło wiele lat. Spotkaliśmy się potem jeszcze tylko raz. Wprost z ulicy zabrał mnie do swojego mieszkania zaraz obok Telewizji Katowice. Ta piękna dziewczyna, którą zapamiętałem była teraz jego żoną. Dalej miała tak ten uroczy uśmiech – zupełnie jak kiedyś. Rozmawialiśmy serdecznie i śmialiśmy się wszyscy. Nie pozostało nic z dawnej urazy do mnie. Wybaczył mi…….ktoś większy niż my nad tym czuwał widać i spotkał nas wtedy ze sobą. Jak bym się czuł dzisiaj, gdyby to się jednak nie stało ?

Żegnając się – mówiliśmy, że spotkamy się za niedługo znowu.

Potem my z rodziną wyjechaliśmy do Włoch.

Potem życie toczyło się dalej……..

Pewnego dnia – już po kolejnych może pięciu latach, kiedy wróciliśmy do Polski – spotkałem w Siemianowicach Grześka – jednego z kolegów, z jakim pływaliśmy wtedy. To był rok 2006.

– Wiesz, że Adam nie żyje ? – powiedział krótko i od razu.

– Co ? – zamurowało mnie

– Zmarł w czasie snu…….Miał dwoje małych dzieci. Podobno serce mu nie wytrzymało…

Ta wiadomość była dla mnie niezwykle poruszająca. 35 lat to nie jest wiek na umieranie. Zdałem sobie namacalnie sprawę, jak kruche jest życie. Przecież tak niedawno siedzieliśmy wszyscy w jednej ławce i śmialiśmy się ze wszystkiego – najczystszą radością życia po prostu. Tak niedawno – czy może mi się tylko wydawało ….?

To było już 13 lat temu. W moim życiu wydarzyło się bardzo wiele kolejnych rzeczy – jak się nie wydarza, to sam je wydarzam  Jest mi to jakimś szczęściem dane. Jedną z takich rzeczy jest pisanie – na różne tematy. O Adamie chciałem napisać już od jakiegoś czasu. Chciałem, żeby cząstka tego, że był – została zachowana w jakiś sposób. Chciałem opisać lata szkoły średniej. Czuję niedosyt pisania o tym. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę – zobaczymy

Niektórzy moi znajomi na Facebook doskonale pamiętają Adama, więc wiedzą jakim był człowiekiem. Jest nim np. Jacek – policjant z krwi i kości. Był w nim ukryty człowiek, który chce nieść pomoc i pilnować sprawiedliwości. Wielki szacunek ! To piękne. Jacek też z nami pływał. Był wiecznie uśmiechniętym chłopakiem. Widzę, że chyba do teraz mu to zostało

Powiedziałbym w tym momencie – jak Forrest Gump, na koniec filmu – „Nie wiem, na ile to, co nam się przydarza jest przypadkiem, a na ile przeznaczeniem”.

I ja i Adam mieliśmy zawsze w głowach jakiś wyjazd – daleko, w wielki świat. Chcieliśmy robić coś wielkiego, niepowtarzalnego. Obaj byliśmy przy tym bardzo odważni. No może on znacznie bardziej w stosunku do dziewczyn  Czuliśmy, że to jest w nas –  czeka właśnie na możliwość uwolnienia całej naszej energii….już za chwilę, już za moment, już za zakrętem. Przecież to prawie już. Jakiś pomysł wskoczenia do pociągu i daleki wyjazd – jak na początku teledysku, kiedy tory kolejowe prowadzą w różne strony. Niektóre tory się przecinają……., czasem tylko na chwilę i biegniemy w swoje strony. Teledysk ma mocny podtekst homoseksualny. Ani ja, ani Adam nie mieliśmy takich skłonności (choć szanuję każdy rodzaj miłości – homoseksualną także). Dlatego też zastanawiałem się, czy w ogóle poruszyć to wspomnienie i nie być źle zrozumianym w związku z symboliką, z jaką wiąże się ten utwór. Na teledysku występuje też motyw basenu – jak żywcem wzięty z naszej historii  Stwierdziłem jednak, że wspomnienie o nim jest dla mnie bardzo ważne.

Niedawno zburzono Hutę Jedność – jeden z symboli miasta. Po tylu latach. Ta huta, to była świątynia mojego drugiego dziadka. Z okien szkolnej Sali nie mielibyśmy teraz widoku suwnicy. Kto wie, czy są tam też jeszcze zajęcia z Elektrotechniki, na których prawie spaliśmy umęczeni całym dniem. Mieliśmy być kadrą przyszłych inżynierów – trzonem technicznym nowoczesnej walcowni rur, naszpikowanej automatyką. Tak miało być. Nauka z tej szkoły nie poszła jednak na marne. Wyniosłem z niej bardzo dużo – tak wiedzy, jak i przeżyć, relacji z ludźmi i wspomnień. Nauczycieli, kultury i szacunku do nauki. Po raz drugi i każdy kolejny – wybrałbym tę właśnie szkołę.

Czasem mam przed oczyma obraz nas wszystkich, jak idziemy ze szkoły w dużej grupie – roześmiani, z poluzowanymi krawatami, z głowami pełnymi wielkich marzeń……

Nie wiem, gdzie leży Adam. Czasem zapaliłbym mu świeczkę i załączył „Small Town Boy”. Zresztą, gdziekolwiek się nie jedzie – w Polsce, czy za granicą – ten utwór grany jest bardzo często. Obaj byliśmy „Small Town Boys” – gotowymi biec przed siebie.

Idziemy właściwą drogą, cokolwiek nam się wydaje. Ktoś jednak nad tym czuwa – a ludzie których poznaliśmy i byli dla nas ważni – ciągle są w nas….ciągle żywi.

Ciekawe co Adam powiedziałby na tą wersję utworu ? Pewnie byłby zachwycony, bo tak on jak i Tiesto to ten sam rodzaj dobrej dobrej energii. No i te słuchawki na głowie…. Skojarzenie ruchy, postawa……jak on. To przedziwne, ale oni są nawet trochę podobni z twarzy…  A zaraz poniżej oryginał. W oryginalnej wersji, na początku utworu widać tory kolejowe. Te rozjazdy szyn są takie podobne do tych przy rampie kolejowej, na którą lubię czasem przychodzić. Z tego miejsca tory wiodą na zachód. O tym kiedyś marzyliśmy…

You leave in the morning
With everything you own
In a little black case
Alone on a platform
The wind and the rain
And a smile on your face..

 

 

Wersja akustyczna – wyjątkowa… Pewnie też by mu się spodobała – nagrana po wielu latach.

Jimmy Somerville – Smalltown Boy Reprise 2014 – YouTube

 

i na końcu…..oryginał, którego słuchał bez końca…

No i nasza pływalnia

JARO MAKOSZ