Jestem już w Wielkiej Brytanii ponad 3 tygodnie. To jest taki czas, że zaczynasz rozumieć że jesteś za granicą. Nie tak turystycznie…. nie tak sobie last minute. Zaczynasz czuć całym sobą, że jesteś w zupełnie innym kraju i innej rzeczywistości….
Tu nawet zachody słońca są jakby inne. Takich jeszcze nie widziałem…
Po poszukiwaniach pracy, odwiedzaniu hoteli, restauracji barów……. znalazłem pracę jako barman w jednym z hoteli. W pięknym, starym hotelu…. położonym tuż nad samym morzem, przy głównej promenadzie. Zaraz obok są Hilton i Grand. Nie najgorsze towarzystwo….Mój jednak jest chyba najstarszy z nich wszystkich. Jest z 1824r. Wiekowo zbliżony może być jedynie Albion, w którym mieszkałem na samym początku – zaraz przy molo i Queens, tuż przy nim.
Tak więc zamiast na zmywaku, w pierwszym pubie po wyjściu z dworca – do którego od razu poszedłem (taki był mój pierwotny plan, kiedy się dowiedzialem, że straciłem pracę w Polsce „Wejdę do najbliższego lokalu od dworca i tak zacznę pytać. W jednym, drugim, dziesiątym, trzydziestym…. ” )… pracuję w tym pięknym hotelu. Ktoś wyżej ma co do mnie chyba jednak jakieś inne plany ?. Zmywak też chętnie wezmę, jeżeli taki będzie moment. Każda praca jest dobra, jeżeli jest dobrze wykonywana (cyt. z Einsteina ?).
Jestem więc barmanem i przyjmuję to z zadowoleniem. Jeszcze 2 tygodnie temu moja sytuacja wyglądała zupełnie inaczej…. Miałem w tym wszystkim dużo szczęścia. Przyjechałem tu zupełnie bez przygotowania i nie znając nikogo. Znałem tylko jedno – język angielski. Pomagał mi w życiu już wiele razy. Teraz…. po raz kolejny.
Na razie pracuję na drugie zmiany. Zaczynam po południu i kończę bardzo późno. Potem wracam nocą wzdłuż morza…. Idę tak z rękami w kieszeni i rozmyślam o wszystkim, co się wydarzyło w ciągu jednego tylko miesiąca.
Parę dni temu był bardzo silny wiatr od Atlantyku. Zachodni wiatr. Deszcz walił z taką siłą, że każda kropla wbijała mi się w twarz… jak kolejna igła… wręcz boleśnie.
Szedłem tak w noc,… pochylony mocno do przodu. Walczyłem z wiatrem. Po drodze mijam zawsze pewien kosz na śmieci, którego boczna klapa ciągle sama się otwiera i trzaska na wietrze… a ja w obawie że wiatr ją kiedyś urwie – zawsze zamykam ją nogą. Zaczep łapie.. i mam poczucie zrobienia czegoś dobrego dla świata. Prawie codziennie ją tak zamykam….. I tak jakoś zawsze (nie wiedzieć czemu) przy tej właśnie okazji liczę dni, które upłynęły od mojego wyjazdu. Nazbierało się już trochę….
Deszcz chłostał tamtej nocy wszystkie te wiktoriańskie, dziewiętnastowieczne kamienice, które wyglądają jak żywcem wzięte ze starego Londynu.. To tak, jakby Londyn przesunąć do morza….Majestatyczne wejścia z wielkimi kolumnami, marmury, wielkie żyrandole przy wejściu…. Światła palą się jeszcze tylko w niektórych oknach o tej godzinie. Czasem ktoś nie potrafi zasnąć. Może coś jeszcze pisze, przy słabym świetle… A może czuje samotność i rozmyśla…..
Deszcz niemiłosiernie chłoszcze chodnik, na którym zauważam mimochodem napis „Don’t look down „… Co oznacza Nie patrz w dół. Zauważam go niezmiennie każdego dnia i nie wiem jak to się dzieje, że wśród tylu płyt chodnikowych zawsze zwrócę na niego uwagę. Gdyby mnie ktoś zapytał, gdzie on konkretnie jest, koło jakiego domu? – Nie potrafiłbym odpowiedzieć. Jedno jest pewne – jutro zauważę go znowu. Ktoś cegłą wydrapał ten napis tak, że nawet deszcz go nie zmywa.
Taki człowiek, który idzie pod wiatr zachodni – myśli o tym żeby się ogrzać…. Morze było tak wzburzone że rozpylone krople wody ograniczały mocno widoczność. Fale widziałem na kilkanaście metrów a potem tylko ściana ciemności.
Stanąłem przy budynku Davida Gilmoura od strony morza. Tam też ktoś jeszcze palił niewielkie światełko. Potem postanowiłem przejść między budynkami i oto wyszedłem do miejsca, gdzie blaszany szyld pewnego pubu kołysał się na tym silnym wietrze i zgrzytał. Stanąłem na wprost niewielkiego domu i popatrzyłem w górę. Widniał tam napis ” The Neptun” tak nazywał się pub, do którego doszedłem. Jego małe szybki z grubego szkła były tak zaparowane, że nie było widać niczego w środku. Jedno było pewne… było tam dużo światła i ze środka dochodziła muzyka.
Postanowiłem wejść. Przy wejsciu na podłogę ściekł z mojej peleryny cały deszcz. Obecni w środku spojrzeli na mnie…. a potem znowu wszystko wróciło do tego samego gwaru jak przedtem. Usiadłem przy barze i poprosiłem o jedno „Ale” . Barman uśmiechnął się życzliwie i zaczął napełniać mi Kufel z piwem. Używał do tego pewnego rodzaju dźwigni, którą pociągnął wielokrotnie zanim napełnił szkło. Piwo pompował ręcznie, starodawnym sposobem. Tych dźwigni miiał zresztą więcej. Do każdego z piw osobno. Robił to tak zamaszyście, że można by odnieść wrażenie, że steruję statkiem. Dźwignia skrzypiała przy tym cicho.
Piwo, choć zimne – było tym, czego potrzebowałem tamtego wieczoru. Gasiło moje pragnienie i działało przeciwbólowo.
Rozejrzałem się po obecnych w środku. Sami mężczyźni, za wyjątkiem jednej kobiety – która siedziała tuż obok mnie. Wyglądała jak piratka, w swoich tatuażach, w kolorowych włosach i z kolczykami… wszędzie, łącznie z przegrodą nosa.
Barman wydał mi się dziwnie znajomy. Krótko ostrzyżony blondyn. W uszach miał dwa wielkie kolczyki. Po chwili zrozumiałem skąd to skojarzenie. Pomalowane kreską oczy. No tak, oczywiście….W moich stronach tak wyglądają oczy górników. Mają pył węglowy w rzęsach praktycznie cały czas. Po tym od razu poznać górnika. Nie potrafi tego domyć i wygląda jakby miał pomalowane na czarno oczy. Barman jednak raczej nie był górnikiem….
Resztę ekipy w tym lokalu stanowiło kilkunastu mężczyzn w dźwięku po 50ce. Zauważyłem, że dwóch z nich nie ma paru zębów. Mieli już swój wiek i wyglądali jak zaprawieni w bojach. Myślę że po prostu żyli w tym pubie.
Pirackie skojarzenia nie opuszczały mnie od samego początku wejścia do tego lokalu.
Samo wejście do pubu wyglądało jak tył starego, okrętu.
Wziąłem drugie piwo. Rozejrzałem się po wnętrzu i zauważyłem w rogu niewielką scenę, a na niej gitarę na stojaku. Wszędzie na ścianach są stare zdjęcia znanych muzyków… najwięcej jest Beatlesów, Ale jest też Elvis, Chuck Berry, Ray Charles. Normalnie do tego miejsca pewnie bym nie wszedł. .. Zaprowadził mnie do niego tamtej nocy zachodni wiatr….i poczułem się w nim dobrze.
Popatrzyłem jeszcze raz na swoich kompanów… Pewnie, każdy z nich – gdyby wziął teraz ten instrument, który stoi sobie w rogu na stojaku – zagrałby jak David Gilmour…. Nie minęło 10 minut i jeden z tych gości z brakiem paru zębów – wziął gitarę do ręki i tak sobie po prostu zaczął grać…. Zagrał w taki sposób że czegoś takiego się nie spodziewałem. Zapomniałem, że jestem w Anglii. Tu ludzie chyba rodzą się z muzyką we krwi. Wszyscy w pubie uśmiechali się z zadowolenia. Potem zaczęli się obejmować serdecznie…Mnie natomiast zaczęło się wydawać, że wszystko się kołysze… Byłem zmęczony po pracy i tym nocnym marszem. Za oknem wiatr cały czas przeciągle wył. Deszcz ciął prawie poziomo. Nie chciało się wychodzić na zewnątrz. Wszystko jakby lekko się kołysało i miałem wrażenie, że ten budynek wyrwie w którymś momencie z fundamentów i popłyniemy wprost na otwarty ocean. Skojarzenie ze statkiem było coraz silniejsze……. Musiałem wyskoczyć z niego…. Nadszedł ten moment..
W jednej chwili znowu znalazłam się w ciemnościach na wietrze. Szedłem dalej w swojej długiej do kostek pelerynie. Wyglądałem jak jakaś postać z baśni, która sunie wzdłuż morza, w sobie tylko znanym kierunku. Brakowało mi jedynie w ręku jakiejś latarni ze świecą w środku. którą mógłbym sobie przyświecać ten mrok…
Niedaleko stąd jest takie miejsce zwane Siedem Sióstr. To urwisko, w którym morze wyrzeźbiło w białej skale potężny spad. Siedem sióstr dlatego, że tyle jest obok siebie tych białych urwisk. Wyglądają tak jakby morze potężnymi zębami wyżarło w skale ślad – zabierając kawał lądu. W takich miejscach kończy się znany nam, bezpieczny świat…
Przypomniał mi się pewien teledysk zespołu Eurythmics, z lat 80tych. W nim Annie Lennox chodzi w deszczu na angielskim wybrzeżu. Zapamiętał mi się ten teledysk. Czułem się trochę podobnie tamtej nocy.
Daleko jest mój dom – Iwona i Artur…brak mi ich….
*****
Wreszcie docieram do domu. Mieszkam w typowym angielskim, szeregowym domku. Na piętrze mam swój ciepły, przytulny pokój. Biorę gorący prysznic i wskakuję do łóżka… Nakryty po same uszy grubą kołdrą -.. czuję jakbym ciągle słyszał silne fale, uderzające w wysokie skały……
Jarek
Siedem Siostr

