„4 LITERY”
Nie każdemu los dał po równo. Każdy z nas ma swój własny, wewnętrzny Mount Everest. Czy powinniśmy innych porównywać do siebie – a siebie 9do innych?
A może jesteśmy bardziej jak pływacy, którzy płyną po swoim torze – każdy niezależnie. Nabieramy tylko powietrza i machamy rękami, dając z siebie wszystko.
A to, czy dajemy właśnie wszystko, to w swojej uczciwości – wiemy tylko my sami i Dobry Bóg.
Jakie to ma znaczenie, że ktoś nas wyprzedza, albo jest za nami ? Sami wiemy, czy stać nas na więcej, czy tylko oszukujemy – najpierw innych, a tak naprawdę na końcu samych siebie – marnując własny potencjał. Ilu ludzi tak go marnuje na własne życzenie ?
Naprawdę mamy tylko jedno do zrobienia w życiu – bycie ludźmi. Wszystko inne jest przy okazji.
***
Kiedy miałem z dziesięć lat poznałem chłopaka, który przychodził czasem na ogródek działkowy naprzeciwko ogródka mojego dziadka. Ewidentnie pochodził z biednej rodziny, gdzie były jakieś problemy. Prawdopodobnie alkohol. Ubrany był marnie. Nie mówił też zbyt wyraźnie. Rozmawialiśmy czasem. Była w nim jakaś niezwykła radość życia i potrzeba kontaktu, jakieś akceptacji. Mówiąc – ciągle się przy tym uśmiechał, przyglądając mi się uważnie i niecierpliwie.
Słuchałem jego dość dziecinnych opowieści.
Słyszałem od kogoś, że chodzi do „Dziewiony” (Szkoła specjalna nr 9). Kiedy ktoś chciał komuś ubliżyć do kości, mówił mu, że jest Daunem, albo że jest właśnie z „Dziewiony”.
Tak więc znałem chłopaka z „Dziewiony”. Samo to, że z nim rozmawiałem powodowało uśmieszki drwiny u paru moich rówieśników, palących czasem fajki na pobliskiej ławce.
Pamiętam też, że on pochodził z Komunki (ul. Komuny Paryskiej – od lat jedna z najbiedniejszych ulic w Siemianowicach ŚL.).
Kiedyś bardzo podekscytowany zawołał mnie, żeby pokazać mi co napisał kamieniem na ścianie garażu. Zależało mu bardzo , żebym to zobaczył wręcz natychmiast. Poszedłem z nim. Doszliśmy wreszcie do czerwonej ściany garażu.
Pokazał mi z dumą palcem – niewielki napis. To był koślawy wyraz,….. złożony z czterech, bardzo nierównych liter. Tak nierówno piszą dzieci w pierwszych tygodniach szkoły podstawowej. On tymczasem był starszy ode mnie o rok. Miał więc jedenaście lat. Ja czytałem w tym czasie książki Alfreda Szklarskiego, komiksy… i Tygrysy.
Nastała dziwna cisza. Do dziś dobrze pamiętam ten moment.
Mój kolega patrzył na mnie, szeroko uśmiechnięty. Pamiętam jego blond włosy i wesołe niebieskie oczy, które teraz nerwowo czekały na mój ostateczny werdykt….
A ja nie wiedziałem,…. co mam powiedzieć. Nie wiedziałem, co mam zrobić…..Stałem tylko zawstydzony.
– Fajne -……. powiedziałem w końcu cicho.
Czułem, że mimowolnie do oczu napływają mi powoli łzy. Nie chciałem, żeby to widział. Spuściłem więc lekko głowę.
Na ścianie napisał słowo…. „Mama”.
„Small Town Boys” …Chłopcy z małego miasta – trochę o nas i o Adamie Imiolczyku
Small Town Boy – Chłopak z małego miasta. Kto nie zna tego utworu….?? Właśnie………
Dla mnie jednak będzie się on wiązać zawsze ze wspomnieniem człowieka, od którego wiele się nauczyłem …….. i który odszedł……. za wcześnie.
Dzisiejszy tekst nie będzie pastelowy, ale będzie ważny, bo ważny jest dla mnie każdy człowiek, jakiego spotykam w swoim życiu. Będzie to krótkie wspomnienie kolegi z Liceum Zawodowego przy Hucie Jedność w Siemianowicach Śląskich. Szkoły, do której z naprawdę wielką przyjemnością chodziłem – choć może się to wydać dziwne…….szkoła, jak to ? Tak – uwielbiałem tę szkołę. Serio…
Adam stał oparty o ścianę, ze słuchawkami walkmana na uszach (taki mały magnetofon na taśmy – taki dzisiejszy MP3 player – gdyby ktoś nie wiedział). Miał zamknięte oczy i kołysał się lekko na boki. Śpiewał przy tym słowa piosenki. Wyciągał niemożliwie wysokie dźwięki – prawie falsety. Znałem doskonale ten utwór – wszyscy go znali, więc nie musiałem go pytać – czego słucha.
To się powtarzało w każdej wolnej chwili między lekcjami. Nie rozstawiał się z walkmanem……i tak przez dobre trzy miesiące. Nieprawdopodobne. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak bardzo kochał jeden utwór. Znał na pamięć każde słowo, każdą modulację głosu Jimmiego Somerville. Śpiewał to przy przy najmniejszej okazji. Ja sam słuchałem przez chyba tysiące godzin przeróżnej muzyki, ale nigdy aż do tego stopnia nie zafiksowałem się tak bardzo na jednym utworze. Kiedy coś kochałem – słuchałem tego kilka, kilkanaście razy z rzędu np. Potem następowała przerwa i znowu do tego wracałem. Jeżeli jakiś utwór uwielbiałem kiedyś – uwielbiam go i dziś. Nic się nie zmieniło. Jestem bardzo stały w tym, co kocham. To, co złapało jednak Adama było absolutnie niezwykłe. Żył „Small Town Boy’em” przez cały czas. Jaka magia go ogarnęła ?
Siedział obok mnie na j.polskim w drugiej ławce – na miejscu od okna. W jego uśmiechu było zawsze tyle radości i energii – zarażał tym od razu. Miał śmiałe pomysły i nie bał się o tym mówić.
W szkole panował niespotykany gdzie indziej „dryl”. Dyscyplina była podniesiona wysoko. Chodziliśmy w jednakowych, granatowych garniturach, niebieskich koszulach, mieliśmy granatowe krawaty i ……. białe skarpetki . Za brak takich skarpetek na WF – biegało się za karę boso. Po takim doznaniu „piętaszka” i śmiechu kolegów – więcej się już nie zapominało. Adam takie skarpetki nosił nie tylko na WF, ale cały czas. Nosił też idealnie białe tenisówki (dziś nie wszyscy wiedzą, co to jest – proste buty sportowe). Takie tenisówki musieliśmy także nosić obowiązkowo na WF. On jednak nosił je cały czas, także do garnituru. Podobało mu się to. Zawsze były czyste i zadbane. To był jego znak rozpoznawczy z daleka.
Kultura fizyczna była traktowana u nas bardzo serio. Mieliśmy ćwiczenia wydolnościowe, na kółkach gimnastycznych, drążkach, itp. , itd. Musieliśmy nosić takie same podkoszulki z ramiączkami – jak przed wojną. Kiedy ktoś robił np. pompki na ilość – wszyscy siedzieli na sali gimnastycznej i liczyli, ile zrobi. To dawało mocno w kość komuś, kto nie dawał rady. Szło takiemu chłopakowi po psychice – musiał dociągać szybko do średniej. Inne ćwiczenie na kółkach – w powietrzu, to np. trzymanie nóg pod kątem 90 stopni i liczenie czasu, w którym nie opuści nóg. Mięśnie brzucha trzeba mieć wtedy naprawdę ze stali. Dziś wiem, że w tym wszystkim nie chodziło tylko o ćwiczenia same w sobie. Oni uczyli nas pracy nad sobą. To była pewnego rodzaju szkoła wytrwałości i charakteru.
Dbano zresztą nie tylko o naszą sprawność. Mieliśmy wiele innych zajęć pozalekcyjnych, jak np. informatyka, albo „spotkania z filharmonią”. Filharmonicy Śląscy raz w miesiącu przyjeżdżali do nas z koncertami. Znany prezenter radiowy wygłaszał zawsze słowa wstępne. Poznawaliśmy rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Dyrektor tej szkoły – Hilary Chlebek – był naprawdę wizjonerem z prawdziwego zdarzenia. Znany harcmistrz z tradycjami. Do tego kadra ludzi, jakimi się otoczył – też była świetna. Mieliśmy dużo szczęścia, że byliśmy właśnie tam. Dyrektor chciał, aby nasza szkoła była konkurencyjna do Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych. Ja nie zamieniłbym jej na ŚTZN – o nie.
Był to też czas wielkiego śmiechu – od pierwszego do ostatniego dnia sikaliśmy wprost ze śmiechu,… z małymi przerwami oczywiście. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem tyle się nie śmiałem. Tam śmiałem się do łez. Kolegów miałem naprawdę wyjątkowych. Dwóch z nich z talentem wprost do kabaretu. Jak to powiedział jeden z nich „u nas poziom satyry jest wysoki”. To byłby temat na osobne opowiadanie – na pewno .
Aż nie mogę się oprzeć choćby jednemu – mianowicie bitwom na jadalni. Siedzieliśmy grzecznie po np. 2-3 klasy przy stolikach. Starsi harcerze mieli dyżury i pilnowali nas jak żandarmeria. Wiedzieli, że ta banda naładowanych testosteronem istot – w każdej chwili może eksplodować. I prawie na pewno eksploduje. Pytanie tylko kiedy ? Wystarczyło, że np. jeden drugiemu wrzucił kawałek sera do kubka z herbatą – i że ten drugi był z innej klasy. Przez moment zamierała cisza – a potem zaczynała się jazda. Dyżurni zasuwali szybko okno ze sklepiku, bo pierwsze sery, pasztety, salcesony leciały od razu w ich stronę (huta fundowała nam śniadania). Ktoś dostał centralnie pasztetem w twarz, kogoś turlano w wędzonej rybie. Inny płakał, bo dostał serem do smarowania Tylżycki w oko. Prawie nikt nie miał już koszuli w spodniach, bo jeden szarpał drugiego. Była jedna wielka zawierucha a harcerze próbowali nad tym zapanować. To trzeba było widzieć na własne oczy Po prostu western..
Tego typu rzeczy działy się prawie co dzień. Nudno nie było nigdy.
Mieliśmy też swoje marzenia. Każdy inne. Czasem dzieliliśmy się nimi. Ja chciałem np. zostać muzykiem elektronicznym. Pisywałem też różne krótkie opowiadania. Czasem je odgrywałem – taka zabawa w aktorstwo. Naśladowałem grę różnych aktorów z fragmentów sztuk teatralnych, jakie oglądałem w poniedziałkowym teatrze telewizji, albo z filmów. Robiłem to dla zabawy i nie wiedziałem za bardzo, co z tym zrobić. Aktorstwo samo w sobie – zupełnie mnie nie pociągało. Nie chciałem udawać kogoś, kim nie jestem zawodowo. Zazwyczaj starałem się tym kogoś rozbawić i udawało mi się. Potrafiłem obserwować ludzi i sytuacje. Starałem się zrozumieć jedno i drugie i wejść w to. Traktowałem to jako ciekawe doświadczenie – i tyle. Nie wiedziałem jeszcze dokąd idę w życiu. Było na to za wcześnie. Do wszystkiego w życiu trzeba dojrzeć. Póki co, chciałem być jak JMJ (Jean Michele Jarre). Między innymi dlatego wybrałem właśnie liceum elektroniczne. Budowałem sobie różne grające generatory itd.
Ciekawe też…,że od tamtego czasu nigdy więcej już nie bawiłem się w „aktorstwo”, ale była to cecha którą w sobie odkryłem przez przypadek. Jakimś cudem umiałem odgrywać innych ludzi. Skąd się to wzięło – nie wiem…. ta umiejętność improwizowania i tworzenia na poczekaniu rzeczy właśnie co wymyślonych. To przyszło samo i przeminęło naturalnie, jak wiele innych i przedziwnych rzeczy w moim życiu.
Trzy razy w tygodniu, przed szkołą – przez całe 4 lata chodziliśmy też na g.6.00 rano – na basen. Nasz stary, dobry, przedwojenny basen. Kiedy się wchodziło rano, jeszcze rozespanym – przez kotłownię do góry – mijaliśmy palacza:
– I co, chopcy ? Niy chce sie wstować (nie chce się wstawać) – co ? – pytał – Jo jus łod pu czworty pola, pieronie (ja już od wpód do czwartej palę węglem). – uśmiechał się przy tym, cały upieprzony z węgla.
– Ja (tak) – odpowiadaliśmy w ciszy, zaspani, przechodząc jeden za drugim, jakbyśmy wchodzili do góry, na jakiegoś Titanica. Główne wejście było o tej godzinie zamknięte, więc wchodziliśmy od kotłowni, w piwnicy.
Za chwilę mieliśmy wskakiwać do półzimnej wody i zapieprzać przez bitą godzinę – do utraty sił. Uwielbiałem to. Słońce powoli wtedy wstawało….. a my dalej pływaliśmy. Widziałem przez wielkie okna jego mocne strumienie. Prułem z rozkoszą wodę. Czułem w sobie siły, jakich nie było we mnie wcześniej. Moje ciało opływało medium, które sprawiało, że czułem się taki szczęśliwy. Ta woda i wschodzące słońce. Moja nieposkromiona siła i radość życia. Tak……takich chwil się nie zapomina.
Byliśmy w wieku, kiedy sport bardzo nam służył. Spośród tych wszystkich chłopaków – paru z nich ćwiczyło też judo w tym samym klubie co ja (Pałac Młodzieży w Katowicach). Adam też tam ćwiczył, tylko w innej grupie.
No i tu trzeba wspomnieć o tym, jak nieprawdopodobny dar natury otrzymał ten człowiek. Był nieprzeciętnie wytrzymały, silny i sprawny. Był z nas wszystkich najlepszy. Oprócz crawl’a – bo tu „Li” był królem (ale to był człowiek-delfin). Adam we wszystkim, co dotyczyło sprawności i wytrzymałości był absolutnym nr.1. Potem była długa przerwa…. I potem dopiero my.
Pamiętam jak płynęliśmy pod wodą – 25 metrów. Dla normalnego organizmu to naprawdę bardzo dużo. Tak dużo, że kiedy dopływaliśmy do murku, na końcu – każdy miał już wszystkie kolory tęczy przed oczami i siłą woli starał się nie nabrać wody – zamiast powietrza, a światło słoneczne ponad powierzchnią wydawało się być poza zasięgiem……… i w takim właśnie momencie Adam zawracał bardzo powoli i płynął……….KOLEJNE 25 METRÓW !
Jaką maszyną trzeba było być, żeby zrobić coś takiego ?
A co do marzeń – to marzeniem Adama było robić coś wielkiego. Tworzyć, konstruować, wymyślać rzeczy, jakich nikt jeszcze nie zrobił. Był przy tym nieprawdopodobnie śmiały i nie bał się sięgać wysoko. Na lekcjach skupiony był na rysunkach technicznych, które tworzył ukradkiem. Miał bardzo techniczny umysł. Rzeczą, która go absolutnie fascynowała był „przegub Cardina”. Pamiętam jego szybkie i zdecydowane ruchy małym ołówkiem na kartce papieru. Wiedział, co rysuje i czuł że to jest to. Widziałem ten sam typ pociągnięć kreski u mojego ojca. On też był urodzonym technikiem i podobnie jak Adam mówił, myślał i rysował. Ojciec robił w domu często szkice różnych maszyn, elementów, rozwiązań które wymyślał. Dostawał za to potem trochę dodatkowych pieniędzy. Oni obaj zresztą mieli się później spotkać. Adam został jakimś cudem uczniem mojego ojca na kopalni. Jak to się stało, że spośród tylu kopalń w naszych stronach, to właśnie do niego trafił. Nazwisko na pewno odegrało tu swoją rolę, ale że akurat ta kopalnia i ten szyb …. ?
– Patrz Jarek, jakie to genialne. I takie proste – mówił np. Adam – Jak ten facet na to wpadł ? Możesz przenieść napęd kątowo. Boskie ! Stworzyć coś takiego……właśnie – to jest to !
Spośród wielu jego pomysłów zapamiętały mi się głównie dwa – słuchawki bez przewodów pomiędzy jedną a drugą – wykorzystał pałąk jako przekaźnik sygnału i jego słynny w szkole dwu-cyrkiel. Można nim było narysować okrąg wykonując tylko połowę normalnego ruchu, co było wygodniejsze. Inni koledzy kiwali głowami i uśmiechali się – widząc to, co robi.
– Kto by chciał to wyprodukować ? – podśmiewywali trochę, ale i zazdrościli.
Czego się od niego nauczyłem ? – bo wspomniałem, że nauczyłem się wiele. O tym poniżej.
Adam był jakby biologicznie od nas starszy. Jego sposób myślenia, żarty, podejście do życia … to wszystko szło w parze z jego większą dojrzałością od nas. My – czyli cała reszta byliśmy przy nim jak jeszcze dzieci. To, co mi w nim szczególnie zaimponowało – to jego stosunek do dziewczyn i kobiet. Mówił o nich zawsze z wielkim szacunkiem, z jakimś rodzajem troski. To płynęło wprost z niego – bardzo szczerze. One zresztą także szczerze go uwielbiały. Był typem wyjątkowego przystojniaka. Z urody podobny trochę do Jean Claude Van Damme – tak go zawsze kojarzyłem.
Podobnie jak on potrafił komuś „zapiąć” z nogi w każdej chwili. Nie było trzeba wiele. Kiedyś przyszedł ze swoją dziewczyną do mnie po jakieś zeszyty. Kiedy otwarłem drzwi, aż mi się głupio zrobiło. Wyglądałem jak szmaciarz – a on przyszedł z taką dziewczyną. Uśmiechnęła się do mnie – zapamiętałem to dobrze…. To była naprawdę fajna dziewczyna. Nie jakaś cyniczna lola, jakie poznawali inni koledzy.
– Gdzie on ją znalazł – myślałem ?
Adam był też bardzo wrażliwy na to, kiedy ktoś mówił coś niefajnego o kobietach. Kiedyś jeden z chłopaków rzucił coś o „jego dupie”. Pamiętam, że wtedy w jednej chwili wylądowała na jego szczęce noga Adama. Odwinął mu z półobrotu w sposób, jaki widziało się tylko na filmach. U Adama stan pomiędzy wyciszeniem i wystartowaniem do walki był zresztą ciągle bardzo płynny. Czuło się to i reszta obchodziła go z daleka – nawet ci, którzy uważali się za bohaterów.
– Dej pozór, bo łon zaroz chce sie ciulać (uważaj, bo on zaraz chce się bić) – ostrzegali się z wyprzedzeniem.
Adam był też bardzo przedsiębiorczy. Planował otwarcie własnej firmy – już w tamtym czasie. Handlował na giełdach elektronicznych elementami, grami, itp. Jeździł w soboty i niedziele, żeby dorobić. Zajął się też handlem perfumami. Taki był – pieniądze go lubiły.
Ja zazdrościłem mu raczej powodzenia u dziewczyn Zresztą nie tylko ja – cała szkoła mu tego zazdrościła. W moim przypadku była to delikatna zazdrość o pozytywnym wpływie. Uczyłem się od niego stosunku do kobiet bycia w tym po prostu sobą. Nie udawania nikogo – kim się nie jest. Raczej uczyłem się poznawania samego siebie i docenienia samego siebie. Byłem bardzo nieśmiałym chłopakiem w relacjach z dziewczynami. Po średniej szkole technicznej – poszedłem na studia techniczne – elektronika na Politechnice Śląskiem. Tam znowu sami faceci i masa, masa nauki.
Pewnie zostałbym takim „robotem – humanoidem” , jakich na moim wydziale było wielu – człowiekiem zamkniętym przed komputerem, ze schematami elektronicznymi przed sobą i grzebiącym w technicznych książkach, chowającym się przed światem – gdyby nie taniec…….ale to już inna historia. Wydarzyła się całkiem przypadkiem i porwała mnie bez reszty. I wtedy poznałem też swoją własną miłość
Pewnego dnia stało się coś przykrego. Jeszcze w czasie, kiedy byliśmy w szkole – ktoś zapytał mnie o to, jak tam u Adama w szkole. Wspomniałem, że ma jakiś problem z jednym z przedmiotów. Powiedziałem to, zupełnie nieświadomy, że ta informacja dotrze do jego brata, który wypomni to młodszemu. Adam mocno się na mnie pogniewał. Powiedział, że zawiódł się na mnie mocno. Byłem zupełnie nieświadomy wagi tego, co mu zrobiłem. Dla niego to było jednak mega-ważne. Dla mnie wydawało się niczym znaczącym – po prostu, był to fakt. Wszyscy o tym wiedzieli. Nie sądziłem, że tak to odbierze. Poczułem się fatalnie. Że niby co – że jestem kapusiem…… Stało się coś, co tuż pod koniec szkoły mocno nas poróżniło. Nie rozmawialiśmy już więcej. Było mi naprawdę przykro z tego powodu.
Upłynęło wiele lat. Spotkaliśmy się potem jeszcze tylko raz. Wprost z ulicy zabrał mnie do swojego mieszkania zaraz obok Telewizji Katowice. Ta piękna dziewczyna, którą zapamiętałem była teraz jego żoną. Dalej miała tak ten uroczy uśmiech – zupełnie jak kiedyś. Rozmawialiśmy serdecznie i śmialiśmy się wszyscy. Nie pozostało nic z dawnej urazy do mnie. Wybaczył mi…….ktoś większy niż my nad tym czuwał widać i spotkał nas wtedy ze sobą. Jak bym się czuł dzisiaj, gdyby to się jednak nie stało ?
Żegnając się – mówiliśmy, że spotkamy się za niedługo znowu.
Potem my z rodziną wyjechaliśmy do Włoch.
Potem życie toczyło się dalej……..
Pewnego dnia – już po kolejnych może pięciu latach, kiedy wróciliśmy do Polski – spotkałem w Siemianowicach Grześka – jednego z kolegów, z jakim pływaliśmy wtedy. To był rok 2006.
– Wiesz, że Adam nie żyje ? – powiedział krótko i od razu.
– Co ? – zamurowało mnie
– Zmarł w czasie snu…….Miał dwoje małych dzieci. Podobno serce mu nie wytrzymało…
Ta wiadomość była dla mnie niezwykle poruszająca. 35 lat to nie jest wiek na umieranie. Zdałem sobie namacalnie sprawę, jak kruche jest życie. Przecież tak niedawno siedzieliśmy wszyscy w jednej ławce i śmialiśmy się ze wszystkiego – najczystszą radością życia po prostu. Tak niedawno – czy może mi się tylko wydawało ….?
To było już 13 lat temu. W moim życiu wydarzyło się bardzo wiele kolejnych rzeczy – jak się nie wydarza, to sam je wydarzam Jest mi to jakimś szczęściem dane. Jedną z takich rzeczy jest pisanie – na różne tematy. O Adamie chciałem napisać już od jakiegoś czasu. Chciałem, żeby cząstka tego, że był – została zachowana w jakiś sposób. Chciałem opisać lata szkoły średniej. Czuję niedosyt pisania o tym. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę – zobaczymy
Niektórzy moi znajomi na Facebook doskonale pamiętają Adama, więc wiedzą jakim był człowiekiem. Jest nim np. Jacek – policjant z krwi i kości. Był w nim ukryty człowiek, który chce nieść pomoc i pilnować sprawiedliwości. Wielki szacunek ! To piękne. Jacek też z nami pływał. Był wiecznie uśmiechniętym chłopakiem. Widzę, że chyba do teraz mu to zostało
Powiedziałbym w tym momencie – jak Forrest Gump, na koniec filmu – „Nie wiem, na ile to, co nam się przydarza jest przypadkiem, a na ile przeznaczeniem”.
I ja i Adam mieliśmy zawsze w głowach jakiś wyjazd – daleko, w wielki świat. Chcieliśmy robić coś wielkiego, niepowtarzalnego. Obaj byliśmy przy tym bardzo odważni. No może on znacznie bardziej w stosunku do dziewczyn. Czuliśmy, że to jest w nas – czeka właśnie na możliwość uwolnienia całej naszej energii….już za chwilę, już za moment, już za zakrętem. Przecież to prawie już. Jakiś pomysł wskoczenia do pociągu i daleki wyjazd – jak na początku teledysku, kiedy tory kolejowe prowadzą w różne strony. Niektóre tory się przecinają……., czasem tylko na chwilę i biegniemy w swoje strony. Teledysk ma mocny podtekst homoseksualny. Ani ja, ani Adam nie mieliśmy takich skłonności (choć szanuję każdy rodzaj miłości – homoseksualną także). Dlatego też zastanawiałem się, czy w ogóle poruszyć to wspomnienie i nie być źle zrozumianym w związku z symboliką, z jaką wiąże się ten utwór. Na teledysku występuje też motyw basenu – jak żywcem wzięty z naszej historii Stwierdziłem jednak, że wspomnienie o nim jest dla mnie bardzo ważne.
Niedawno zburzono Hutę Jedność – jeden z symboli miasta. Po tylu latach. Ta huta, to była świątynia mojego drugiego dziadka. Z okien szkolnej Sali nie mielibyśmy teraz widoku suwnicy. Kto wie, czy są tam też jeszcze zajęcia z Elektrotechniki, na których prawie spaliśmy umęczeni całym dniem. Mieliśmy być kadrą przyszłych inżynierów – trzonem technicznym nowoczesnej walcowni rur, naszpikowanej automatyką. Tak miało być. Nauka z tej szkoły nie poszła jednak na marne. Wyniosłem z niej bardzo dużo – tak wiedzy, jak i przeżyć, relacji z ludźmi i wspomnień. Nauczycieli, kultury i szacunku do nauki. Po raz drugi i każdy kolejny – wybrałbym tę właśnie szkołę.
Czasem mam przed oczyma obraz nas wszystkich, jak idziemy ze szkoły w dużej grupie – roześmiani, z poluzowanymi krawatami, z głowami pełnymi wielkich marzeń……
Nie wiem, gdzie leży Adam. Czasem zapaliłbym mu świeczkę i załączył „Small Town Boy”. Zresztą, gdziekolwiek się nie jedzie – w Polsce, czy za granicą – ten utwór grany jest bardzo często. Obaj byliśmy „Small Town Boys” – gotowymi biec przed siebie.
Idziemy właściwą drogą, cokolwiek nam się wydaje. Ktoś jednak nad tym czuwa – a ludzie których poznaliśmy i byli dla nas ważni – ciągle są w nas….ciągle żywi.
Ciekawe co Adam powiedziałby na tą wersję utworu ? Pewnie byłby zachwycony, bo tak on jak i Tiesto to ten sam rodzaj dobrej dobrej energii. No i te słuchawki na głowie…. Skojarzenie ruchy, postawa……jak on. A zaraz poniżej oryginał ….
You leave in the morning
With everything you own
In a little black case
Alone on a platform
The wind and the rain
And a smile on your face…
Nasza pływalnia…

„TERESKA”
Mamy od wczoraj mocne słońce i to sprawia, że przypominają mi się różne historie, ze słońcem w tle…. Oto jedna z nich – krótka i całkiem prosta….
Miałem wtedy 19 lat. Poczułem, że chcę zrobić coś – co ma sens. I zrobiłem. Mam 20-letniego syna, ale całkiem niedawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że kiedyś miałem i córkę – przez całe 3 tygodnie.
Miałem dawno temu kolegę Andrzeja, ciekawą postać. Pełnego duchowości i poszukiwań. Osobę o wysokiej kulturze osobistej i szacunku dla drugiego. Nie znałem jego historii, ale z pewnością była w nim jakaś tajemnica. Był bardzo wyciszonym człowiekiem, łagodnym – ale też jakby w jakiś sposób zranionym. W jego mieszkaniu, w Bytomiu, gdzie go czasem odwiedzałem – wszystko było takie inne. Bardzo stare meble, wszędzie dużo książek, ale zawsze poukładanych równo. Jakieś stare obrazy na ścianach. W środku tego wszystkiego, we flanelowej koszuli (w takich się wtedy chodziło) siedział on i ni stąd, ni zowąd grał na gitarze – Pink Floyd, Cohena, Stare Dobre Małżeństwo. Czytał Stachurę i potrafił o tym wszystkim pięknie opowiadać. Działał w grupie, która pomagała ludziom potrzebującym. Zainteresowało mnie to. Spotkałem człowieka, który nie tylko pięknie mówił, ale to robił.
Chciał się rozwijać duchowo – ja też. Byliśmy równolatkami, ale czułem, że mogę się od niego wiele nauczyć. Na drodze duchowości doszedł dalej ode mnie – tak to odczuwałem.
Andrzej był katolikiem, jednak szukał także innych inspiracji. Miał otwarty umysł. Czytał dużo Mahatma Gandhi’ego – czasem go cytował. U niego też po raz drugi usłyszałem nazwisko Anthony De Mello. Człowieka, który miał mieć duży wpływ na mój rozwój. To był hinduski duchowny, myśliciel. Człowiek, którego sposób myślenia zmienił potem mój. Pozostawił po sobie prace, które mnie inspirowały i skłaniały do weryfikacji własnych postaw.
W miarę rozwoju swojej świadomości byłem coraz bardziej przekonany, że religie bardziej skłócają ludzi niż jednoczą. Doszedłem też do wniosku, że nie ma dobrych religii – choć w każdej z największych można znaleźć coś dobrego. Musiałbym stwierdzić, że jedyną dobrą religią jest po prostu Dobro. Bez ceremonii, kapłanów, bez tradycji, bez piekła i nieba. Bez obietnicy życia wiecznego, co jak myślę jest podstawą wiary większości ludzi. Taki handel wymienny z Bogiem, w którego wierzą. Ja będę dobry a ty w zamian dasz mi nieśmiertelność. Czy byliby dobrzy, gdyby w zamian nie było obietnicy niczego ? Kiedy to zrozumiałem – bardzo się zasmuciłem. No, ale moja prosta wiara w dobro to nie religia. To po prostu podstawowa wartość, w jaką się wierzy …… i tyle. I tu poszedłem swoją drogą – inną niż Andrzej i inną niż De Mello i inną niż wiele innych osób. Drogą prostą i zwyczajną…..swoją.
Ale nie o tym chciałem pisać. Tak więc siedzieliśmy w jego mieszkaniu i rozmawialiśmy, pijąc herbaty które zaparzał. Jego spokój wewnętrzny i coś w rodzaju naturalnej równowagi były tym, co budziło mój szacunek. Całe to stare mieszkanie na Wallisa w Bytomiu, ze swoim półmrokiem, mimo lata i światłem wpadającym dyskretnie do środka – było jak z dalekich Indii, albo Chin. Cisza, która tam panowała, dodatkowo powodowała, że prawie natychmiast każdy kto tam wchodził – też się wyciszał. Te mieszkania budowali jeszcze Niemcy. Takich budynków w tym mieście jest całe mnóstwo.
Czułem, że Andrzej rozumie coś, czego ja jeszcze szukam.
I tak pewnego dnia zadzwonił do mnie i zapytał czy jestem gotów pojechać gdzieś na 3 tygodnie – popracować z dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną.
– Pewnie – odpowiedziałem krótko.
– Mówiłeś, że jesteś odważny – czułem jak się śmieje do słuchawki.
– Jestem
– Pojutrze jedziemy – rzucił na pożegnanie. – spakuj się……..
Pamiętam, jak prawie chwilę później wsiadałem już do autobusu. Przy wejściu stał Andrzej, ze swoją kulą Rudych włosów na głowie. Jak murzyn – tyle, że rudy. W Irlandii pewnie wyglądałby zupełnie normalnie. W Polsce był egzotyczny.
Powiedział krótko:
– To jest Adaś, twój podopieczny.
Spojrzałem na chłopaka, siedzącego na fotelu. On też mi się przyglądał. Miał kruczoczarne włosy i przenikliwe spojrzenie. Szczupłą twarz. Wątłe, szczupłe ciało. Ręce i nogi miał mocno skrzyżowane, wykrzywione nadgarstki, wykrzywione usta. Potem dowiedziałem się, że tak wyglądają osoby z porażeniem mózgowym. Czułem, że chce mi coś powiedzieć, ale wydobywał z siebie tylko ciche jęki. Nic nie rozumiałem, ale byłem pełen woli zrozumienia. Patrzyliśmy tak na siebie jeszcze przez chwilę. Nagle autobus szarpnął i wpadłem w fotel. W tym momencie objął mnie za szyję i przycisnął do siebie. Byłem totalnie zaskoczony sytuacją.
Andrzej, który jak się okazało ukradkiem przyglądał się wszystkiemu – zawołał z dalszego rzędu.
– Adaś cię zaakceptował. Spoko. On zna się na ludziach. – uśmiechał się przy tym od ucha do ucha, w swoim niepowtarzalnym stylu.
Nie podejrzewałem nawet, że właśnie rozpoczyna się jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia. Przygód, dzięki którym zrozumiałem, co to znaczy człowieczeństwo.
Dojechaliśmy do Brynicy, małej wsi niedaleko Opola. Przez całe 3 tygodnie miała być piękna słoneczna pogoda i upały. Miejscem, w którym mieliśmy spędzić ten czas był wielki klasztor. Cały pusty. Wokół pastwiska, małe domki, gdzieś tam dalej kościół. Przed budynkiem mieliśmy dużo zieleni i niewielki sad.
Adaś jeździł na wózku inwalidzkim, więc przydzielili nam zakrystię małej klasztornej kapliczki, jaka istniała w budynku – żeby nie wnosić tego wózka. Była zalana słońcem w środku i od razu mi się tam spodobało.
Całą tą imprezę wymyślił pewien Leonard – kolejny człowiek tajemnica. Pamiętam, że palił jednego papierosa za drugim i lubił cytować kanadyjskiego myśliciela, piszącego po francusku – Jean’a Vanier. Czytał nam fragmenty jego książek wieczorem.
Byliśmy tam zbieraniną bardzo różnych ludzi. Ktoś tam był wcześniej mnichem albo siostrą zakonną, ktoś tam działał w organizacji charytatywnej, ktoś tam studiował medycynę, ktoś teologię, ktoś fizykę, a jeszcze inny matematykę. W tym wszystkim byłem też ja – człowiek ciekawy wszystkiego.. nie byłem specjalnie religijny, choć pochodziłem z bardzo religijnej rodziny. Nie szukałem religijności. Szukałem ludzi….
Wszystkich nas łączyło jedno. Chcieliśmy zrobić coś dobrego dla tych dzieci i młodzieży. Leonard pozbierał ich z najbiedniejszych dzielnic z okolicy Zabrza, Gliwic i Rudy Śląskiej. Wszystkich tych, których nie było by nigdy stać na wyjazd. Były z nami dzieci upośledzone umysłowo i mocno niepełnosprawne ruchowo. Były dzieci z pijackich rodzin i z trudnymi doświadczeniami. Wielki mix ludzkich historii.
Dziwne było to, że od kiedy znalazłem się wśród nich – tych, których odrzucało społeczeństwo – poczułem, że jestem wśród swoich. Wśród ludzi, którzy nie silą się na to żeby coś osiągać, żeby imponować – bo społeczeństwo i tak ich dawno skasowało. Wydawałoby się, że wszystko stracili przez swoją ułomność, chorobę i ograniczenia. A to nieprawda, bo to właśnie w nich było to, co w człowieku jest najpiękniejsze – szczerość, prostota serca i dobro, którego doznawałem na każdym kroku. Starsi niepełnosprawni mieli w sobie wrażliwość i piękno dzieci. Ich naiwną wiarę w człowieka – mimo wszystko. Wiele by o tym pisać…..
Nasza grupa była bardzo liczna (około 120 osób). Tak więc pierwszego dnia poznałem pobieżnie tylko niektórych i dopiero następnego zaczęliśmy realizować jakieś plany co do pobytu.
Pamiętam, że naprawiałem jakiś wózek inwalidzki, kiedy zauważyłem że ktoś mnie obserwuje.
Obróciłem się lekko. Niedaleko mnie stała mała dziewczynka. Może ośmio-dziewięcioletnia. Uśmiechała się i składała razem dłonie wyginając się trochę w bok. Była wyraźnie podekscytowana.
– Co robisz ? -zapytała.
Pokazałem jej dłonie brudne ze smaru.
– Staram się to naprawić – odpowiedziałem.
– Znasz się na tym ?
– Nie wiem, może ? Właśnie próbuję się tego dowiedzieć – odpowiedziałem.
– Skąd jesteś ? – pytała dalej
– Z Siemianowic Śląskich
– A ja z Zabrza. Nazywam się Teresa. Na razie – powiedziała, machają przy tym ręką.
Pobiegła gdzieś, a ja dalej robiłem swoje.
Mieliśmy bardzo zajęty czas a chłopaków nie było aż tak wielu, więc było dużo pracy fizycznej. W ciągu dnia mniej się myślało a więcej pracowało. W nocy odwrotnie.
Tego samego jednak dnia, pod wieczór ta mała znalazła mnie znowu podczas kolacji. Siedziałem na zewnątrz, na ławce i jadłem jakieś skromne danie. Dziewczynka o krótkich blond włosach i niebieskich oczach podeszła bliżej i usiadła obok mnie. Przyglądała mi się uważnie, lekko się uśmiechając. Rano nie miała tyle odwagi żeby podejść. Zaczęła się lekko kołysać w przód i w tył na tej ławce. Wyraźnie czułem, że chce coś powiedzieć, ale jakoś nie umiała tego z siebie wydobyć.
– Jadłaś już ? – zapytałem.
Pokiwała głową, kołysząc się dalej.i chowając szyję w ramionach. Coś kombinowała i zamiatała nogami ziemię pod ławką. Widziałem to wyraźnie.
– Zostaniesz moim tatą ? – powiedziała w końcu.
Aż mi się oczy szerzej otwarły.
– Jak to, ……tatą !!? – odparłem zdumiony.
Wystraszyła mnie tym nieoczekiwanym pytaniem. Nie wiedziałem do czego to wszystko prowadzi. Pojawia się jakieś dziecko i zadaje takie pytanie tak po prostu i bezpośrednio. Szok……. Nie wiedziałem, co zrobić a ona patrzyła na mnie uważnie, nie spuszczając ze mnie teraz wzroku. Jak z tego zręcznie wybrnąć ? – myślałem. Nie chciałem jej skrzywdzić swoją odpowiedzią. Szybko wymyśliłem więc odpowiedź-pytanie, żeby zyskać na czasie, choć trochę.
– Chcesz żebym był twoim tatą ? Jak to ?
– No tak – powiedziała – tylko w czasie tego obozu. Mógłbyś być moim tatą. Zgodzisz się ? – Wpatrywała się we mnie dalej, oczekując reakcji. Widziałem na jej buzi wyraźne napięcie. Niebieskie, lekko smutne oczy czekały na odpowiedź.
– I co miałbym robić ? zapytałem.
– Nic nie musisz robić. Będę mogła nazywać cię tatą i czasem zabierzesz mnie na spacer z innymi, albo posiedzisz ze mną, albo mi coś poopowiadasz.
Milczałem. Dalej jakoś nie mogłem sobie tego wszystkiego poukładać. Taki strzał – wprost między oczy.
– To jak, będziesz ? – powtórzyła raz jeszcze, zniecierpliwiona i rozżalona bo za długo się zastanawiałem.
Wyobrażała sobie pewnie, że entuzjastycznie powiem – Tak, oczywiście… Super !
Czułem, że od początku tej całej imprezy wchodzę w jakieś grube tematy i nie umiałem się z tym jeszcze oswoić. Jeden temat gonił drugi – a na żaden nie byłem gotowy. Wczoraj byłem jeszcze gdzie indziej, aż tu nagle zupełnie inny świat.
– Jak się tu znalazłaś ?- zapytałem, ciągle oddalając odpowiedź.
– Jestem z domu dziecka. Jest nas tu więcej, ale jesteśmy zdrowi. Ja mam mamę i tatę. Tata jest daleko a mama za nim tęskni.
Tak oto krótko przedstawiła mi swoją prostą historię.
– Teraz rozumiem. Czyli byłbym takim twoim tatą tymczasowym ?
I co, będę 19 letnim tatą ośmioletniej dziewczynki ? – pomyślałem. I zupełnie nie wiem czego ona może oczekiwać. Jak ja się mam zachować ? Potem obóz się skończy i to dziecko będzie zrozpaczone. Już jej chciałem to wszystko wytłumaczyć, ale widząc jej wyraz twarzy powiedziałem.
– Będę.
Podskoczyła z radości i podekscytowania. Położyła swoją małą rączkę na mojej a potem nakryła drugą. Uśmiechnęła się od ucha do ucha a potem nagle zerwała się i poleciała gdzieś, podskakując po drodze.
Może dobrze, bo nie miałem pomysłu na to – co zrobić dalej.
– Uff – pomyślałem – a to ci przeżycie.
***
Na obozie mieliśmy co chwilę coś do zrobienia, więc nie było za dużo czasu na zastanawianie się nad wszystkim. I dobrze. Dopiero późnym wieczorem rozmawiałem z jednym z chłopaków, który wiedział więcej na temat tego co się tam dzieje. Był z Zabrza i podobno przyjechał z tą grupą, z domu dziecka.
– Znasz Tereskę, taką małą, szczuplutką blondynkę ?
– Znam – odpowiedział – Ona ma rodziców. Matka odwiedza ją bardzo rzadko. Pije. Ojca nie widuje wcale. Nie wiem, co z nim. Historia, jakich wiele. To tyle – a co ?
– Nic – odparłem – opowiadała mi o swojej rodzinie.
– Ona ma skłonności do fantazjowania. Nie wierz we wszystko, co mówi. To dobre dziecko. Jest bardzo uczynna i energiczna. Wszędzie jej pełno.
– Zauważyłem
Tego samego wieczoru wjeżdżaliśmy z Adasiem wózkiem na zakrystię a w korytarzu stała już Tereska.
– Dobranoc tatusiu ! – powiedziała głośno i dumnie, machając mi ręką.
Uśmiechnięta obróciła się i w podskokach szybko wybiegła z korytarza.
***
Adaś był dobrym kompanem. Okazało się, że mówi, tylko bardzo rzadko, wolno i z dużym trudem. Obaj mieliśmy po 19 lat. W miarę jednak upływu czasu zdobywał się na coraz więcej. Wystarczyło, że byłem cierpliwym słuchaczem.
Na zakrystię wpadało zwykle parę osób z gitarami, w tym Andrzej. No i było świetnie. Noc, ich poezje i to, że wszystko traktowali tak serio, jakby mieli w pełni świadomość tego, że każde spotkanie drugiego człowieka tak wiele znaczy. To było piękne. Do tamtego momentu nie znałem takich ludzi. Cieszyłem się ich obecnością. Każdy był tak inny i każdy fascynujący.
Kolejnego dnia miałem się przekonać jakie to pomysły siedzą w głowie takiej małej dziewczynki o imieniu Teresa. Jeszcze przed obiadem robiłem coś ważnego, mocno tym zajęty a oto przychodzi Tereska z jakąś towarzyszką, którą przyprowadza za rękę. Potem ją zostawia i szybko ucieka.
– Obok stała jakaś dziewczyna. Wreszcie niemniej zawstydzona ode mnie – mówi:
– Przyprowadziła mnie do ciebie i mówi że jesteś jej tatą.
Uśmiechamy się oboje.
– Wakacyjnym tatą – mówię – I co w związku z tym ?
– Nie wiem, ale ona chyba szuka ci partnerki.
– Ale jaja – rzuciłem, podenerwowany tym trochę. – to dlatego tak uciekała.
Przedstawiliśmy się sobie i porozmawialiśmy chwilę.
Tereska jednak nie odpuszczała przez następne dni i prawie codziennie przyprowadzała mi jakieś dziewczyny, potencjalne partnerki na moje życie.
– Musisz mieć kobietę – mówiła – bo inaczej będziesz smutny. Moja mama jest smutna bez mojego taty.
Wielokrotnie powtarzała jakiś wierszyk, którego niestety nie zapamiętałem. Jedynie samą końcówkę – „ …..bo bez tatusia smutna mamusia „.
W ciągu dnia, jak tylko była okazja – pytała opiekuna swojej grupy czy może iść ze mną na spacer. Szliśmy przez wieś, wraz z innymi dziećmi. Z radością do nas dołączała. Jak tylko się dało – próbowała zwracać moją uwagę.
A to na przykład wchodząc na drzewo i i wołając:
– Tatusiu, tatusiu. Zobacz co potrafię !
Innym razem stając na rękach przy ścianie.
Zbierała dla mnie kwiatki, albo przynosiła mi owoce, których narwała komuś z ogródka. Kiedy przychodziłem na posiłki – ona już podawała mi talerz pełen różnych rzeczy. Wpychała się do kolejki, żeby jak najszybciej to dla mnie załatwić.
-Dzieci z domu dziecka tak mają – powiedział kolega, który siedział kiedyś obok. – muszą dbać o siebie same, ale o ciebie widzę już ktoś zadbał – uśmiechnął się.
Gdzieś trzeciego, czwartego dnia Tereska nabrała większej śmiałości. Do tamtego momentu podawała mi czasami rękę, jak gdzieś dobiegała – kiedy szliśmy na spacer z grupą. Tak więc, gdzieś czwartego dnia ….bez słowa wdrapała mi się na kolana i przytuliła do mnie. Zaskoczyło mnie to bardzo, ale nieśmiało i ja ją objąłem, przytulając do siebie. Siedzieliśmy tak w ciszy. Nie mówiłem nic, ale czułem że temu dziecku jest to potrzebne. Natychmiast też pojawiła się w mojej głowie myśl, że przecież ja nie jestem jej ojcem i ona będzie bardzo cierpieć kiedy ta cała impreza się skończy. To mnie martwiło z pewnością …..bardzo.
Jakoś akurat w tamtym momencie nie było osób, które mogły to zauważyć. Może właśnie taki moment wyczekała Tereska. Potem ześlizgnęła się powoli na stopy, uśmiechnęła się raz jeszcze i poleciała.
Myślę, że powiedziała o tym swojej najlepszej koleżance bo już następnego dnia miałem dwie amatorki do siedzenia na moich kolanach. Drugą dziewczynką była mała cyganka. Miała na imię Inez. Bardzo to było dziwne, bo nie sądziłem że cygańskie dzieci też są w domach dziecka. Nie słyszałem o takich historiach. Ale, co ja wiedziałem? Tak więc od następnego dnia miałem dwie małe towarzyszki, ale tatą byłem tylko Tereski. Tak to sobie wymyśliła a Inez respektowała te niepisane ustalenia. Obie pojawiały się znienacka i niezapowiedzianie znikały. Ja przez cały ten czas byłem zainteresowany poznawaniem znacznie starszych towarzyszek….
Kiedyś Inez siedząc mi na kolanach wzięła moją rękę i powiedziała:
– Daj, powróżę Ci. Jestem przecież Cyganką.
Palcami przebiegała po moich liniach dłoni. Wreszcie powiedziała:
– Widzę, że w twoim życiu będziesz mieć bardzo dużo koleżanek i bardzo mało kolegów…
Tylko tyle powiedziała – i nic więcej.
Zastanowił mnie sposób, w jaki to powiedziała. Odwróciła się i popatrzyła na mnie ciemnymi, piwnymi oczyma. Było w tym spojrzeniu coś niezwykle dojrzałego.
Nie wiem, na ile to sobie wymyśliła a na ile to był efekt po prostu uważnej obserwacji. Podejrzewam to drugie, bo wokół było rzeczywiście wiele dziewczyn, z którymi spędzałem sporo czasu. Uczyłem się ich zupełnie innego sposobu patrzenia na świat – kobiecego.
Rozmawialiśmy z dziewczynami na różne tematy, aż kiedyś z jedną z nich zacząłem rozmowę o Teresce.
– Słuchaj, nie chcę zrobić krzywdy temu dziecku – bo to przecież za niedługo się skończy. To tylko 3 tygodnie. Jak mam postępować ? – zapytałem.
– Po prostu bądź, ale też niczego nigdy nie obiecuj. Słuchaj jej uważnie, staraj się zrozumieć, zauważ w niej wartościowe rzeczy. To wszystko. Więcej nie trzeba. I nie przejmuj się tym. Ktoś tam na górze wie lepiej co robi.
I tak mijał czas. W dzień dawaliśmy z siebie wszystko. Jeździliśmy na wycieczki. Przy tej okazji wnosiliśmy na rękach dzieci i młodzież do autobusu. Pamiętam moment, kiedy wnosiłem dziewczyny po 17, 18 a nawet dwadzieścia parę lat. Pamiętam ten moment, kiedy chwytały mnie za szyję i w takim bliskim objęciu szedłem z nimi na rękach. To były chwile nieoczekiwanej intymności dla obojgu. Robiłem to wiele razy. Nanosiłem się na rękach za wszystkie czasy.
Po tych dniach upału nocami byliśmy zbyt rozentuzjazmowani żeby spać. Nie da się zapomnieć tych wieczorów przy ognisku, tych rozmów. Byliśmy wszyscy młodzi, szczerzy i autentyczni. To gdzieś tam właśnie, w tym okresie życia kształtuje się w nas to jaką drogą chcemy iść. Dla mnie ten czas w Brynicy był bardzo ważny – bo po raz pierwszy wiedziałem, że robię coś, co naprawdę ma sens. A tym sensem było dla mnie dawanie siebie innym.
Wieczorami śpiewaliśmy czasami z pewnym Jurkiem z Bytomia. Dużo starszym ode mnie bo i takie osoby tam się zdarzały. Był niepełnosprawny – tak ruchowo jak i trochę intelektualnie. Opiekowali się nim w domu jego rodzice, dwaj staruszkowie. Żył na co dzień w zupełnie innym świecie a ten wyjazd był dla niego jak błogosławieństwo. Tak więc siedzieliśmy z Jurkiem na parapecie i pod zachód słońca śpiewaliśmy na przykład jakieś powstańcze, śląskie piosenki typu – „Już zachodzi czerwone słoneczko” albo „Od Bytomskich Strzelców chłopcy nadciągają….”. Był bardzo muzykalny i uwielbiał śpiewać. A mnie to pasowało niezmiernie.
Adaś, mój podopieczny choć niewiele mówił – bardzo dużo wyrażał swoim spojrzeniem, swoimi ruchami. Wszystkie reakcje tych niepełnosprawnych ludzi były bardzo bezpośrednie. Tu nikt nic nie kombinował, nikt nic nie miał do stracenia. Czuło się natomiast bezdyskusyjnie, że ci wszyscy chorzy i niepełnosprawni, odrzuceni przez los – mają w sobie pewien dar, którego my zdrowi możemy jedynie ledwie dotknąć. Tego się od nich w pokorze uczyłem. Nie było lepszych i gorszych – wszyscy byliśmy równi.
***
No i minęły te 3 tygodnie.
W dnu wyjazdu – dzieci od rana były smutniejsze, cichsze ale jednocześnie czuło się że są szczęśliwe i spełnione. Naładowały się dobrą energią, słońcem i powietrzem, a nade wszystko innymi ludźmi i dobrocią….
Dzieci z domu dziecka w Zabrzu też wsiadały do autobusu. Tereska ociągała się jak mogła. Wreszcie ten mały trzpiot, z krótkimi blond włosami, obciętymi tak jakby ktoś ciął je z zamkniętymi oczami nie zważając na to jak to wyjdzie – ten trzpiot podszedł do mnie i ostatni raz objął mnie za szyję.
– Do widzenia…. Tatusiu – powiedziała – dziękuję ci.
Przycisnęła mnie mocno do siebie, a potem znienacka puściła i poleciała do autobusu.
Kiedy ruszył – zobaczyłem ją jeszcze za tylną szybą. Machała mi i machała……. Była uśmiechnięta i szczęśliwa.
Autobus jeszcze jechał jakiś czas prosto, a potem zniknął za zakrętem w tumanie sierpniowego kurzu.
Niepotrzebnie się martwiłem – pomyślałem – wyszło to dużo lepiej niż mogłem przypuszczać. Robiłem tyle innych rzeczy a jej wymyślonym tatą byłem zupełnie przy okazji. To ona mnie zawsze znajdywała i znikała według własnych zasad. Była bardzo mądrą dziewczynką. Nie narzucała mi się wcale. Nie chciała wiele – tylko tego, żeby ją zauważyć. Chciała się przytulić, posiedzieć na kolanach. Nie oczekiwał ode mnie niczego.
Kiedy tak myślę o tym wszystkim dziś po latach, to zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo wiele dzieci nie dostaje od swoich rodziców tego, czego potrzebują. Bardzo wiele dziewczynek na przykład, nie widzi w oczach swoich ojców przyszłych wartościowych kobiet, którymi się staną. Szukają w nich wsparcia i nie znajdują. Czy we wszystkich pozornie zdrowych i normalnych domach są ojcowie, którzy biorą swoje córki na kolana i przytulają je ?
Czy są ojcowie, którzy biorą małych synków na kolana i dają im wiarę w siebie, bo przecież oni potrzebują tego w pewnym wieku nie mniej niż dziewczynki. Od chłopców zawsze wymaga się wiele, zwłaszcza by byli twardzi, ale czy będą twardzi i gotowi bronić słabszych, jeżeli sami nie dostaną miłości ?
Zrozumiałem też, o jakiej odwadze mówił Andrzej – kiedy dzwonił do mnie.
Prawdziwa odwaga, to być z osobą niepełnosprawną. Być, kiedy społeczeństwo cię obserwuje i często odrzuca. Opiekować się niepełnosprawnym dzieckiem. Otaczać opieką słabszych. To jest prawdziwa odwaga a nie jakieś tam skoki ze spadochronem, czy inne pierdoły. To jest jedynie brawura a nie odwaga.
Nie pytam już więcej, czy miało to wszystko sens na tylko 3 tygodnie. Wiem, że na każdy czas miałby sens, bo czasem te krótkie chwile jakie otrzymujemy od zupełnie obcych nam ludzi – bywają jedynymi……
Na tym dzisiaj kończę swoją krótką i prostą opowieść….
PS
Ciekawe, czy Tereska a raczej Pani Teresa jeszcze mnie dziś pamięta? Dziś ona dochodzi do 40-tki. Ciekawe co robi ? Czy ułożyła sobie życie ? Czy jest szczęśliwa w rodzinie ? Jakie miała relacje z mężczyznami ? Czy wierzyła im ? Czy kojarzy ich dobrze ? Mam wielką nadzieję, że tak…..
Ustroń 31.03.19
Poniżej ja na tym obozie w Brynicy – we flaneli…. 🙂

Niepoprawny, kolorowy idiota….
Wyjechałem dziś z Gliwic wcześnie. Zabrałem cały swój dobytek.
Niewiele tego.ć
Upał sierpniowy….
Od dawna już nie oglądam telewizji,…. ani nie słucham radia. Nie wiem specjalnie, co się dzieje na świecie. Telewizję w pokoju odłączyłem, a radia w aucie ojca nie ma wcale.
Iwona jeździ Focusem. PT Cruiser stoi w podziemnym garażu…zepsuty. Polewa go tylko wodą dla odświeżenia z kurzu – czasem… Zgubiły się do niego oba komplety kluczy. Rzecz nieprawdopodobna. W środku jest trochę moich rzeczy. Między innymi notatnik, który nazywam „Notatnik Monaco”. Jest na nim, na okładce – rysunek, wykonany w technice posterów z tamtych stron. Dostałem go od Iwony na Gwiazdkę – ładnych parę lat temu. Jest tam trochę wyjątkowo cennych dla mnie tekstów…no ale cóż, Cruiser żyje własnym życiem. Przyjdzie czas – to mnie wpuści.
Żyję więc ostatnio w ciszy…
Czasem tylko coś sobie śpiewam,… jadąc.
Kiedy przejechałem dziś centrum Skoczowa, na estakadzie postanowiłem jeszcze zjechać nad staw. Skoczów przypomina mi takie włoskie miasteczko – spokojne i senne, jakich bardzo wiele w tamtych stronach. Jest tu ten sam klimat, który tak dobrze znam. Prastare miasteczko…. na wzgórzu – łagodne, słodkie…
I nasze kawiarnie tu są, i kino, i schody pod kościół i fara kościelna, koło której graliśmy w badmintona. Zupełnie jak za włoskich czasów….
Dziś zjechałem jednak na mały stawik, nad którym latem grane jest czasem kino.
To było jakieś 2 lata temu, w ciepły wieczór. Oczywiście znowu przyjechaliśmy prawie na koniec filmu, no ale przecież to nie tylko film się liczy, ale wszystko…. i to co przed filmem i po filmie i to, co na niebie.. A noc wtedy była wyjątkowo gwiezdna.
Film leciał a ja dostałem telefon z mojej firmy, z TI Automotive. Kontrolerzy koniecznie chcieli, żebym podjął jakąś życiowej wagi decyzję… – nawet wtedy, w nocy. Poszedłem gdzieś z tyłu, za wielki ekran. Paradoksalnie było to jedyne miejsce gdzie mogłem się ukryć. Koło mnie były wielkie głośniki. Dźwięki, jakie się z nich wydobywały były jakoś niesłychanie czyste i przestrzenne.
Nigdy jeszcze nie doznałem takiego uczucia. To było wręcz oszałamiające.
Siedząc tak z tyłu, na ławce obudowanej tymi głośnikami – rozmawiałem przez telefon.
– Gdzie ty jesteś Jarek? – zapytała zdumiona koleżanka z firmy.
– W kinie letnim, za ekranem.
– Jak to za ekranem? Słychać jakbyś był gdzieś w musichallu.
– No bo jestem. To jest music Hall.
– Jak to się nazywa? – zapytała trochę rozbawiona.
– La la land
– Jak?
– La la land…
Dźwięki wyraźnie górowały nad moim głosem. Żadko zresztą kiedy rozmawiam koło kinowych głośników,… a właściwie to był pierwszy raz.
Sprawa została tamtego wieczoru rozwiązana – jak zwykle szczęśliwie. A ja zdążyłem jeszcze na ostatnią chwilę, na ostatnią scenę. Potem wszyscy zaczęli się po cichu rozchodzić, zadowoleni z udanego wieczoru. Wesołe, kolorowe lampki – oświetlały ten niewielki placyk, znajdujący się pośrodku stawu. To była bardzo bajkowa chwila. Zapamiętałem ją właśnie taką. Bo ja lubię bajki.
***
Dzisiaj, przejeżdżając niedaleko – też miałem jakoś chwilę…. więc zjechałem. Odwiedziłem to miejsce.
Tonęło w słońcu. Tylko mała ławka, pod drzewem – pozwala schronić się w odrobinie cienia. Na niewielkiej wysepce, na stawie – dziewczyna i chłopak trwali w przytuleniu…. Tataraku jakoś trochę mniej niż w zeszłym roku….
Wróciłem do samochodu.
Po drodze zahaczyłem o Koh i Noor, w którym kupuję zwykle proste i tanie materiały do moich malunków. Płacąc za te przybory, zauważyłem na ścianie bardzo kolorowy rysunek dziewczyny na ulicy. To była nocna scena. Stała jakby przed wejściem do lokalu. Jakby wzięta ze świata tego filmu. Światła samochodów i miasta w tle, na ulicy – wszystko takie ciepłe. Identycznie.
Przyglądałem mu się chwilę….
– 6,50 – powiedziała sprzedawczyni
– Kartą – odparłem
– Potwierdzenie?
– Nie, dziękuję
Chwilę później byłem już na głównym skrzyżowaniu, przy Tesco.
Nie wiedzieć czemu, stanąłem na środku tego skrzyżowania. Upał, zamyślenie, zmęczenie po nocy spędzonej na malowaniu….
A może jeszcze coś innego?Może ciągle jeszcze byłem w La la land. W tym kolorowym świecie? ….Auta mnie mijały, a ja stałem tak zatrzymany w czasie. Nie mogłem uwierzyć w to, co zrobiłem. To mi się zdarzyło pierwszy raz w życiu.
Nie wiedzieć też czemu – z tyłu pojawiła się nagle policja. Przez tylne lusterko zobaczyłem białą czapkę na kokpicie.
Drogówka…
-Mają mnie – pomyślałem głośno – Zaraz za skrzyżowaniem zjedziemy gdzieś koło Włocha i znowu wydatki…. Mój Boże.
Obserwowałem samochód za sobą. Interesował mnie moment, kiedy ruszą – bo to oznaczało, że światło zmieniło się na zielone.
Ruszyli.
Jechałem wolno, spodziewając się zaraz sygnału…… ale nie….
Zobaczyłem tylko w lusterku ich niebieskiego koguta.
Nie do wiary. Właśnie dostali informację o zgłoszeniu i zawrócili na skrzyżowaniu.
Cud!
A ja tymczasem wjechałem łagodnie w wakacyjny Ustroń… nasz dom.
Po przyjeździe wziąłem prysznic i zjedliśmy wspólnie z Arturem mały lunch, jeśli tak można nazwać jajecznicę na oliwie z oliwek, ze świeżym chlebem i dużą ilością roztopionego w tym upale masła.
W lodowce było też mocno schłodzone wino. Nie otwarte jeszcze…. argentynskie. Kupiłem je tydzień temu. Zapomniałem o nim. Teraz było jak dar z nieba. Otwarłem je, mimo wczesnej jeszcze pory. I tak już dziś nigdzie się nie wybieram.
Jestem nareszcie w domu. Zasłony mamy teraz białe, na zmianę z dawnymi – czerwonymi – kupione niedawno w Lidlu.
Szumi cicho wentylator.
Piję na przemian – to łyk czerwonego, zimnego wina Malbec, to łyk brazylijskiej, świeżo mielonej przeze mnie kawy, jaką Iwona kupiła nie wiedzieć gdzie.
Nie potrzebuję więc niczego więcej….
Przed oknem zaparkował właściciel naszego mieszkania. Ma kolejny luksusowy wóz. Lekko licząc – zapłaciliśmy mu już ze trzy takie samochody. Zrobiłem ostatnio prosty rachunek.
– Czy jestem idiotą?
W sensie finansowym pewnie tak.
Ale ja lubię żyć w kolorowej bajce, choć przez chwilę…. taki już jestem…
Artur tymczasem poszedł do fryzjera. Do Bellissimy.
Słucham cichej, fortepianowej muzyki….. „City of Stars”.
Prawdę mówiąc jednak, jakoś nie mogę się pozbierać po tym powrocie z Anglii. Tyle się wydarzyło mocnego. Aż za dużo…. zdecydowanie.
Powiem jednak jak Scarlett O’Hara z „Przeminęło z Wiatrem”
– Pomyśle o tym jutro!
Puszczę sobie teraz jeszcze raz tą łagodną melodię. Relaksuje mnie magicznie…
I jeszcze jedno….. ja maluję na czarno biało, bo nie umiem inaczej. Kolory to wyższa szkola jazdy. Jeszcze nie na moje progi.
Ja jednak kocham kolory,… i ciepło, i radość, i taniec…. – zupełnie jak w rewii. Może pewnego dnia spróbuję i kolorów. To dopiero będzie! Pokój będzie upaprany we wszystkie kolory tęczy, a nie tylko w węgiel ?
Pięknego lata!
——————–
Nocna pogawędka…wann wird man je verstehen?
To był taki sobie nocny, 4-minutowy i mega szybki, rysunek….
Lubię oglądać przedwojenne fotografie. Potem czasami je rysuję na szybko. To taki rodzaj wprawek – ćwiczeń przed czymś poważniejszym. Robię to, żeby lepiej zrozumieć światło i cień….i bawię się tym. Są te prace w związku z tym często nieproporcjonalne….., ale to nieważne. Nie o to mi w tym chodzi. Czy zresztą ktokolwiek tak naprawdę jest proporcjonalny… i co to znaczy ?
Każdy z nas jest inny w nieidealnym świecie. I każdy ma prawo istnieć i być szczęśliwym.
I tak… „Nie wiedzieć czemu zacząłem to rysować” (jak powiedziałby pewnie mój idol Forrest Gump ?).
Potem postawiłem tą małą, trochę większą od kciuka karteczkę – złożoną na pół, na biurku i słuchałem dalej muzyki……
Dziewczyna z kartki nie spuszczała jednak ze mnie wzroku …Chyba bardzo chciała, żeby ją tu umieścić. Tak mi to wyglądało…. hmmmm.
– Masz za szeroko rozstawione oczy… i męską szczękę – mówię do niej.
Potem zająłem się szukaniem czegoś w necie. Chwilę to trwało…. A potem przypadkiem znowu na nią zerknąłem. Patrzyła na mnie dalej, z tą samą głębią w swoich małych i przenikliwych oczach.
– Przecież to ty mnie stworzyłeś – zdawała się mówić do mnie,… jakby półgłosem. – Jeszcze chwilę temu mnie nie było. Wstydzisz się mnie ? – dodała ciszej.
– Mogę cię poprawić. Dwa ruchy i zmniejszę ci dystans między oczami. Ze szczęką też coś zrobię na szybko. Chcesz ?
– Nie – zaprotestowała ! Zostaw mnie taką…. Taką mnie skończyłeś, kiedy odłożyłeś ołówek. Taka się sobie podobam.
– Szczęściara z ciebie. Kobiety ciągle szukają w sobie jakiś defektów i bezustannie się tym zadręczają,…. choć o tym wcale nie mówią. A ty widzę nie masz najmniejszych kompleksów,……… mimo, że widzę co najmniej 5 grubych niedoskonałości (tych ostatnich słów jednak nie wypowiedziałem na głos).
Wziąłem ją wreszcie w dłoń i zrobiłem fotkę w tym nocnym półmroku. Przyjrzałem jej się uważnie. Faktycznie,…. cóś w tym jest niezwykłego – stwierdziłem.
– Miałaś być Marleną Dietrich, wiesz ? Ale nie wyszło… – rzuciłem do dziewczyny z obrazka.
– Nie trzeba mnie było robić na szybko…..- oburzyła się – Zresztą,.. to co nam w życiu wyjdzie, a co nie – nie zależy od nas. Nie wiesz o tym? Ile ty masz lat, że muszę ci to mówić ?
– 49,…..za trochę ponad miesiąc.
– I jeszcze tego nie zrozumiałeś ? Są siły większe niż ty i ja. Rzeczy, których nie da się zrozumieć. Niezależne od tego, jak bardzo się staramy, to ostateczny wynik jest tylko w pewnym i to w stosunkowo niewielkim stopniu zależny od człowieka. Tobie pozostaje po prostu to przyjąć. Nie naginaj rzeczywistości do siebie, ale siebie do rzeczywistości. Jeżeli to zrozumiesz – będziesz szczęśliwszy. Popatrz na mnie na przykład. Miałam być Marleną, ale jestem sobą…. Czy to nie piękniejsze? Dla mnie na pewno tak. Przyjrzyj mi się dobrze. Nie podobam Ci się ? Wrzucisz mnie bez sentymentu do kosza pod biurkiem ?
– No nie…..Teraz to już na pewno nie. Miałaś być tylko ćwiczeniem oka, no i popatrz co się narobiło. Masz mała tupet,… nie powiem. Jak te przedwojenne laski. Zresztą, za komuny też takie jeszcze były. Na traktorze na przykład, albo na budowie. Dawaj,… dorysuję ci dłoń z papierosem.
– Weź przestań – rzuciła prawie gniewnie. Mówię do ciebie poważnie. Rozumiesz coś z tego?
– Chyba tak…. myślę, że tak. Przyjąć to, co przynosi życie….Bezustannie się od niego uczyć. I być w tym szczęśliwym,…bo to ma sens. Dostosować siebie a nie okoliczności. Ktoś nad tym wszystkim czuwa.
– Nooo.
…. Miała rację. Zamiast bić się z życiem, trzeba się go uczyć jak od najlepszego nauczyciela i przyjmować ze spokojem a nawet radością wszystko, co daje. I nawet bez względu na to,…. co daje, bo to wszystko przybliża nas do pewnego kształtu, jakim powinniśmy się stać,… choć o tym jeszcze nawet nie wiemy. Bo nie to co się zdarzy, albo co inni zrobią jest ważne – ale to co my zrobimy w obliczu tego wszystkiego. Tylko na to mamy wpływ i to właśnie nas kształtuje. To właśnie nas określa. Nawet, kiedy życie zabierze nam niemal wszystko.
Zamyśliłem się….
– OK – powiedziałem w końcu – wskakuj…
Załadowałem ją na bloga. I po temacie.
***
– Idź się umyj do łazienki. Jesteś cały upieprzony – powiedziała już po wszystkim – prawie jak górnik. Nawet twarz masz brudną. Cały dzień malowałeś tym grafitem i węglem.
Popatrzyłem w lustro.
– Cholera,…. faktycznie.
– I idź już spać….. To powiedziała prawie czule. – jest wpół do drugiej. Ściszyła też trochę głos…… – Dobranoc – powiedziała w końcu…. – I dziękuję….. Jarku. Czy może Jaro – jak wolisz?
– I tak dobrze i tak dobrze
– Śpij więc dobrze ….mój drogi….
To były jej ostatnie słowa,… A mnie chyba to wszystko się tylko zdawało…………………. albo i nie…
***
No i jest. Teraz wydaje się być już bardzo zadowolona…..
A propos Marleny… słuchałem właśnie tego jej utworu. Lubię go….Śpiewam to sobie czasem pod nosem. Marlena była kimś. Sprzeciwiła się nawet faszyzmowi. Była sobą, na przekór wszystkiemu. Mogę sobie przypominać jej pytanie….
„… wann wird man je verstehen?…
————-
MIESIĄC: LIPIEC 2020
OPUBLIKOWANE W29 LIPCA, 2020EDYTUJ”„ONA I ON””
„Ona i On”
Myślę, że to jest tak… :
Mężczyzna kocha kobietę a kobieta mężczyznę…. .
On jest bardziej jak dach domu, ściany i podłoga.
Ona jest bardziej jak piec , co grzeje od wewnątrz.
On chroni ją i nie pozwoli skrzywdzić.
Ona wspiera go od wewnątrz i jest źródłem jego nieustającej siły.
Taki jest ich dom, który zabiorą ze sobą wszędzie.
W tym jest jakieś wielkie misterium,… jakaś świętość, przed którą chciałbym się pokłonić.
PS.
Napisane pod wpływem dzisiejszej refleksji, na widok jej i jego – młodych i niepełnosprawnych, ale trzymających się pod ręce. Szli tak razem,… choć bardzo powoli, ale swoim tempem. Ona i On…
———-
„Co pozostaje…”
Każdy, kto tworzy cokolwiek – chciałby pozostawić po sobie jakiś ślad… Po tym, jak czuł,….. jak myślał……. po tym, że w ogóle był…..Myślę, że to jest jedna z naszych najbardziej pierwotnych potrzeb. Od pierwszych ludzi, malujących na ścianach jaskiń,… poprzez te wszystkie wieki – aż do dziś…. I dalej…..
Kiedy słucham Roberta Milesa – myślę o całej epoce, która minęła tak szybko. Słuchając go – jakbym przechodził przez jakieś tajemne drzwi czasu. Dzięki tym drzwiom.. wracam tam znowu. Po prostu przechodzę przez nie i jestem znów w latach 90-tych. …
Nie wiem, jak on to zrobił – ale to na mnie działa. I to ile razy przejdę przez te drzwi czasoprzestrzeni….dokładnie za każdym razem. On zdołał tym utworem zatrzymać zegar.
Stworzył go z założenia po to, żeby młodzież wracała bezpieczniej do domów – po hucznych dyskotekach. Miał relaksować i wyciszać – tak aby nie dochodziło do niepotrzebnych wypadków drogowych. Już sam pomysł był niezwykły.
Miles odszedł za szybko, ale pozostawił nam jego „Children”….. To dzieło ponadczasowe.
———–
„Rozdać siebie na kawałki”
Paradoksalnie, życie jest chyba po to żeby rozdać siebie na kawałki. Miłość mnoży się przez dzielenie. Jak w tym utworze poniżej, który polubiłem od pierwszego słyszenia. Jego przesłanie jest dla mnie takie oczywiste.
Już nie jestem tym chłopakiem w białym t- shircie, ale bliżej mi do tego starszego gościa w kapeluszu. Jestem jednak wciąż ten sam. I wciąż wieżę w sens tego wszystkiego – tak samo, jak kiedyś… identycznie ?
PS.
Biały t-shirt dalej lubię nosić. Nawet teraz mam go na sobie. To stały element mojego marynarskiego worka.
————–
„Kolacja”
Czasem tak niewiele potrzeba, żeby się dobrze poczuć. Wystarczy zjeść obiad albo kolację. Nie mówiąc już o tym, że zjeść dobry obiad,…. czy dobrą kolację – i to w gronie ukochanych,…. najbliższych. Ciesząc się wraz z nimi życiem…. To takie proste. Czy trzeba czegoś więcej?…
———-
„Dom mojego dzieciństwa”
Odwiedziłem ostatnio dom, w którym spędziłem pierwszych 6 lat życia. Była piękna pogoda, więc zrobiłem zdjęcia.
Nic się tu nie zmieniło ?,….. w tej dawnej, górniczej dzielnicy.
Wiele rodzin mieszkało w starych blokach lub tzw. familokach (robotnicze domy, dla kilku rodzin). Letnie życie takich rodzin przenosiło się przed dom. Wystawiano wtedy stół i krzesła – tak po prostu – na chodniku. Obok była ulica. Aut nie było wiele,…. więc było ciszej. Dziś takich obrazów na Śląsku raczej już się nie spotyka. Nawet nie wiem kiedy – te akurat obrazy zniknęły. Wtedy ludzie wiele czasu spędzali przed domem. Rozmawiali. Wszyscy byli mniej więcej jednakowo zamożni, a może raczej „Nie zamożni” i nie było czego zazdrościć.
Ja miałem uważam szczęście. Mieliśmy własny kawałek nieba nad nami.
Mieszkaliśmy na dole – po prawej stronie od wejścia. Przez to pierwsze okno wchodziłem latem – w takie ciepłe dni jak teraz – częściej niż przez drzwi. Wystarczyło wdrapać się na murek. Jakoś zawsze wolałem wybierać niestandardowe rozwiązania. Pod tym oknem miałem też małą piaskownicę.
Jest gdzieś zdjęcie, jak stoję na tych schodkach, w białym, śmiesznym berecie. Może kiedyś je odnajdę. Z tyłu domu jest dość wielki ogród. Dla mnie, jako dziecka to był ogród z baśni, pełen wysokiej zieleni i światła słońca przebijającego się przez gęste liście.
Wieczorami słyszałem na górze ciche stukanie maszyny do pisania. To właścicielka domu coś pisała – nawet późno w noc. To pisanie i cichy stukot pociągów, niedaleko z tyłu za domem – kołysały mnie do snu i budziły moje marzenia.
– Takie pisanie, to musi być piękna przygoda – myślałem,….. zasypiając.
Są też dźwięki, które dobrze wspominam. Jednym z nich jest silnik motocykla, jadącego nie aż tak daleko od domu – szosą.
– Jedzie gdzieś daleko…. na pewno – wyobrażałem sobie – w nieznany mi świat….
Do dziś ten dźwięk bardzo mnie uspakaja i sprawia ciekawą przyjemność. W Ustroniu czasem słyszę taki dźwięk. Dochodzi z dalekiej obwodnicy aż do centrum. Rozchodzi się uspakajająco po dolinie…wśród domków i ogrodów. Jak to się dzieje, że pomimo innych już dziś motorów – ten dźwięk jest identyczny. I kiedy otworzę wielkie okno latem,… w ciepłą, ustrońską noc – słyszę ten łagodny i cichy brzęk silnika … i uśmiecham się. Ta prosta rzecz daje mi tyle przyjemności.
……. Czasem też dziadek zabierał mnie na pola, niedaleko domu. Te pola o zachodzie słońca, szyb górniczy, nasyp kolejowy z pociągami…i jego biała koszula – z jak zawsze podwiniętymi rękawami. To też jeden z obrazów dzieciństwa. To wszystko nas tworzy…. i to wszystko ma jakiś cel. Zaczynamy to rozumieć dopiero po latach.
Poniżej foto – ulica „Zaciszna” w Siemianowicach Śląskich. I faktycznie jest zaciszna ? Miałem bardzo spokojne dzieciństwo.
Ujęcie z lewej strony, żeby pokazać wielką ścianę budynku obok. Kładło się na niej pięknie światło o zachodzie. Lubiłem to oglądać. Nagrzane, ciemno – czerwone cegły oddawały całą energię słońca. Powyżej był bezkres cudownego błękitu nieba…
Zorientowałem się właśnie że rok temu napisałem na blogu o domu, będąc w Cannes („Echa Śląska”)
To może tym razem o Cannes z domu? Są miejsca, które są dla nas ważne, które lubimy odwiedzać. One nas tworzą. I tak światło i ciepło na ścianie…. i błękitne niebo, w jakie wpatruje się mały chłopiec sprawiają, że tą samą energię słońca odnajduje potem w takich obrazach, jak ten poniżej – autorstwa Rene Grau.
Czy takich – jak postery z Cote d’Azure. Tak na marginesie, dowiedziałem się niedawno, że jeden z moich ulubionych artystów – Jack Vettriano mieszka w Nicei. Pochodzi ze szkockiego, górniczego miasteczka i wie,…. jak to jest spojrzeć w błękit.
– Tamtejsze światło jest nie do pobicia – powiedział
– Czasem i u nas się takie zdaży Jack – powiedziałbym mu. – Nieczęsto, ale tak ? – Wiem, co mówię – „man” (dorzuciłbym „man” , jak dodają na końcu zdania w jego stronach).
***
Jak to ważne, żeby w dzieciństwie poznać światło i ciepło. Za nimi idzie się potem przez życie – bo już wiemy, że istnieją…
OPUBLIKOWANE W20 CZERWCA, 2020 PRZEZ ADMIN
„Rhythm of the night”
Próbuję zasnąć. Jest przed północą. Na ławce przed hotelem chłopcy zachowują się głośno i puszczają ostrą muzykę. W pewnym momencie, w tym potoku nieznanych mi rapowych kawałków słyszę coś, co znam bardzo dobrze…. i to w wersji oryginalnej.
W ciemności pokoju patrzę w sufit….. Dźwięki jakie dochodzą zza okna otwierają jakiś rozdział mojego życia. Teraz otwieram już oczy bardzo szeroko. Widać musiało to polecieć tej nocy. Czuję się tak, jakby ktoś otwierał mi książkę wewnątrz mnie. Przejeżdżający samochód ciągnie łagodne światło na suficie. Najpierw powoli w lewo…. Potem w prawo. Przez moment wydało mi się, że to światła dyskoteki…..znam to światło.
Jest rok 2000. Dyskoteka jest prawie kameralna,… w pięknej willi, położonej nad samym jeziorem. Dwa piętra nie tak wielkiego budynku zorganizowane są tak, że można odnieść wrażenie obecności raczej na jakimś party u włoskiego miliardera. Niewiele jest wspólnych elementów z typową dyskoteką. Jest jednak bardzo przyjemnie i nade wszystko bardzo luksusowo. Takich wnętrz nie widziałem nigdy wcześniej. W różnych miejscach sofy i frywolne fotele – jak z filmów, albo teledysków Georga Michaela. Na wysokich i wąskich kolumnach tzw. Qubiste – tancerze i tancerki, podgrzewający atmosferę zabawy. Półnagie dziewczyny w wysokich butach kołyszą się na razie łagodnie. Wkoło czuć damskie perfumy. Aż kręci mi się w głowie. Muzyka ma nieprawdopodobną jakość dźwięku. Na dole jest but z list przebojów, na górze transowe techno.
Gigi D’Agostino, przez Włochów nazywany DAG. Turyńczyk. Jest stąd – w tym mieście go kochają.
Geniusz muzyki pop, który wywarł ogromny wpływ na całe lata 90te. W Polsce każdy młody właściciel malucha ma solidny głośnik na tyle. I co gra…właśnie – Gigiego. Słychać ten beat ze stu metrów. Ten takt przechodzi do historii muzyki.
Laghi D’Avigliana, – na dźwięk tego słowa Turynczycy się uśmiechają. Tak nazywa się to miejsce. Marzenie spędzenia sobotniego wieczoru. Wejść tam nie jest jednak łatwo. Selekcja, odpowiedni ubiór, buty. Zwracają uwagę na drobne szczegóły. Jeżeli nie zna się kogoś stamtąd, wejście graniczy z cudem. Włosi prawie nigdy nie bawią się przed północą. Piją drinki, przechadzają się w eleganckich koszulach, z charakterystycznymi wysokimi kołnierzykami i wypatrują kobiet. Tuż po samej północy momentalnie zaczyna się ostra zabawa. Co jakiś czas pod lokal podjeżdżają drogie, sportowe samochody – przywożąc kolejnych gości.
Nasz pierwszy, niewielki dom był blisko tego jeziora.
Do dzisiaj uśmiecham się na wspomnienie tego, kiedy rano Artur skakał po łóżku, śpiewając Elvisa Presleya „Viva Las Vegas”. Wiedział, że pojedziemy po śniadaniu na wycieczkę nad morze i był szczęśliwy. A my z Iwoną wraz z nim. Artur był zawsze bardzo wesołym dzieckiem. Wszyscy cieszyliśmy się zresztą jak dzieci.
A Avigliana? Hmm,…. nastrój nocy, świateł, tarasu przy wodzie, gwiazd. To wszystko było tam magiczne. Tak,… dziś mogę powiedzieć, że było to jedno z najbardziej magicznych miejsc w jakich tańczyliśmy.
…… Chłopaki pod oknem grają właśnie „Lamour TOUJOURS”. Uwielbiam klimat zabawy, dyskoteki,… dzielenia się energią z innymi. A Gigi był w tym prawdziwym showmanem. Może, gdybym mógł żyć więcej razy, to jedno z żyć przeznaczyłbym na bycie DJem. Kiedy patrzę na to jak on emanuje energią – uśmiecham się. Czuję tak samo…..
Ponizej wspomniane „L’Amour….” No ale kiedy mowa o DAGu, to nie mogę sobie odmówić „I’ll Fly with you”. Dodatkowo ta dziewczyna na teledysku,…. choć rysunkowa – ma takie proporcje i tak się porusza, że bardzo działa na moją wyobraźnię. Pięknie tańczące kobiety mają na mnie ogromną siłę oddziaływania. Z Iwoną spędziłem w dyskotekach nieprawdopodobne ilości czasu. Do momentu jej spotkania nie widziałem żeby jakaś kobieta tak tańczyła. Oprócz jedynie dziewczyn na teledyskach. Kiedy ją zobaczyłem w dyskotece – stałem z otwartymi ustami i odpadłem. Nigdy nie zapomnę, kiedy tańczyła do „This is the rhythm of the night”…..Ten obraz zostanie we mnie na zawsze.
Przymykam oczy…. może zasnę?
A może lepiej nie zasypiać…. Jest mi tak dobrze. ? Nie chce mi się już spać.
Oto showman – Gigi
No i „I’ll Fly with you”… ??
A teraz jestem w kwietniu 94 roku, w naszych Siemianowicach. Celebracja życia w najczystszej formie. „To rytm nocy, to rytm życia….”. Teraz to już na pewno po spaniu ???
——————
„Portret znaleziony pod łóżkiem”
Niedawno temu pękła listwa pod naszym łóżkiem. Zdemontowałem jedną z części łóżka i znalazłem tam portret kobiety,…. jaki wykonałem na dużym pudełku po pizzy. Malowałem go prawdopodobnie jednocześnie się ubierając i spiesząc na autobus. Widać to po szybkich ruchach pędzla. To było w czasie, kiedy pomagałem we włoskiej pizzerii przy piecu, jako pizzaiolo. W nocy (wracając z Cieszyna ostatnim autobusem) przywoziłem do domu znakomitą pizzę i jedliśmy ją z Arturem i Iwoną przy winie, na które starczało mi z napiwków. Wszyscy wspominają to z wielkim sentymentem. To był jednak bardzo romantyczny czas. Wyciągałem do tego świecznik z kawałkiem starej świecy… i tak sobie siedzieliśmy w noc. Potem pizzaiolo śpią do południa ?A pizza była świetna. Pozostawaly mi pudełka, które służyły potem za podobrazie do zabawy.
Uznałem prawdopodobnie tę pracę za nieudaną i zabezpieczyłem nią pękniętą gąbkę od spodu łóżka. Kiedy ją jednak znalazłem – patrzyła na mnie ciekawie…. a ja na nią. Chyba dobrze, że jej przypadkiem nie wyrzuciłem. Teraz, w tym słońcu – wydała mi się jednak ciekawa. Mimo ewidentnych błędów jest w niej życie. Coś w niej polubiłem. Zrobiłem jej też foto na podłodze, zaraz po wyjęciu….Oto ona ? Ciągle była pod łóżkiem, przez ładnych parę lat. Zapomniałem o tym…
Były tam też inne prace dla wzmocnienia gąbki. Ale o tym nie napiszę ??
————–
„Zamysł napisania książki”
Być może kiedyś napiszę książkę….. taką trochę o Wiśle, trochę o przemyśle – ale generalnie o Dupie Marynie,… czyli książkę wysoce specjalistyczną, jaką mógłby wymyślić i napisać właśnie ktoś taki jak ja…
————
„Lekcje rosyjskiego”
Kiedyś, kiedy byłem jeszcze w szkole średniej – na lekcji rosyjskiego mieliśmy o Majakowskim. On ponoć pisał na czym popadnie i czym popadnie – nawet zgaszonym zapałkiem na pudełku po papierosach. Pisał tam gdzie był i tak jak czuł…. i to mi się bardzo spodobało.
Uczucia nie czekają,…. mają swój czas. Ja też tak czułem – jak on…. no i doczekałem się. Piszę na byle jakich luźnych kartkach. No i rysuję jak popadnie – szybko, emocjonalnie. Tylko to się dla mnie liczy – szczerość w tym, co chcę przekazać. Nie czekam na lepszy czas,…. bo lepszy czas nie nadejdzie… wiem o tym. Ten jest właśnie dobry. Jest najlepszy,… choć krótki. A czy to kiedyś jeszcze zdążę przepisać? …. – to już inna sprawa.
I tak zbierają się reklamówki luźnych kartek, które przewożę z mieszkania do mieszkania, gdzie co jakiś czas się przeprowadzamy. Przychodzi wiatr i nas zabiera… a kartki czasem gubię. Takie pisanie jest trochę jak Impresjonizm w malarstwie. Ci malarze z dawnych, francuskich, zbuntowanych lat malowali bardzo szybko i starali się uchwycić chwilę. Pracowali zazwyczaj w plenerze i na jednej sesji powstawał obraz. Nie dbali o szczegóły, ale o rzeczy istotne…
Jak w życiu. Skupić się tylko na rzeczach bardzo istotnych… tak.
Taki Impresjonizm uczy mnie życia…
Poniżej przykład moich zapisów. Tu, na kawałku opakowania ciastek owsianych. Akurat to było pod ręką…
——–
12 CZERWCA, 2020 PRZEZ ADMIN
„Refleksja na ławeczce, w środku czerwca”
Dziś trzeba robić to co jest dobre dziś. Nie oglądaj się wstecz…. na popełnione błędy. To, co było dobre kiedyś – było dobre kiedyś. Trudno Ci się pogodzić z błędami – wiem…. . Rozumiem to. Nie próbuj jednak stosować dawnych metod do dzisiejszej chwili. Wiem, że próbujesz coś naprawić. To bardzo piękne i mądre. Zastanów się jednak, jak dziś zrobić to w Twoim życiu znacznie lepiej. Zastanów się nad tym, co naprawdę masz w sobie wyjątkowego i to właśnie kształtuj i doskonal. I nie myśl przy tym o pieniądzach. Wiem,…. potrzeba ich czasem. Rozumiem Cię. Nie myśl jedak o nich. Zrobiłeś, co potrafiłeś i co mogłeś.
Przeżyjesz i odbudujesz wszystko. Wiem to ….. Zajmij się teraz na serio tym, co masz w darze. To jest Twoja prawdziwa wartość.
Niech czas, który upłynął pozwoli Ci lepiej to zrozumieć. Teraz zrobisz to jeszcze lepiej ?
Dla Iwony i Artura
Jarek
——–
„Sens życia. Droga i wybory” Tekst dla 15 latków – napisany przez 50 latka cz. 1/2 – Sens Życia
Tak się składa zupełnie przypadkiem, że odwiedzam ostatnio cały czas miejsca, których nie wiedziałem już bardzo dawno…. Konfrontuję się więc siłą rzeczy z tym, kim byłem i tym, kim jestem dziś. Jak żywe, wracają wspomnienia nawet bardzo konkretnych myśli, które mnie zajmowały w tym, czy innym miejscu, w którym teraz przystanę…. i jak kiedyś popatrzę w niebo…w błękit.
To skłania mnie do refleksji nad sobą i nad czasem.
Zacząłem ostatnio pisać trochę jakby do samego siebie. Jakby do kogoś, kim byłem 35 lat temu, kiedy decydowałem w którą stronę pójdę w życiu,…. jakim chce się stać…..jak żyć, żebym kiedyś mógł powiedzieć, że zrobiłem dokładnie to, co powinienem….
Minęło w moim życiu trochę lat i myślę, że mogę wreszcie odpowiedzieć sobie na pewne zasadnicze pytanie, które ludzie zadają sobie od tysiącleci.
Pytanie dotyczy sensu ludzkiego życia.
Dla mnie odpowiedź brzmi:
„Dążenie do szczęścia. Dążenie do niego przy jednoczesnym poszanowaniu prawa i dążenia innych do tego samego. Co więcej – pomaganie innym w osiągnięciu szczęścia, bo mnoży się ono poprzez dzielenie. Każdy z nas jest elementem wielkiej układanki. Każdy z nas jest bezcenny i wyjątkowy. Nie ma mniej i bardziej ważnych. Wszyscy jesteśmy równi i mamy równe prawo do życia i szczęścia. I nie chodzi tu po prostu o przeżycie swojego życia, ale zrobienie wszystkiego, by było ono szczęśliwe – a to znacznie wiecej”…
Teraz naturalnie pojawi się pytanie „Czym jest szczęście ? „. Pojawi się też kolejne „Czy to stan trwały, czy może chwilowy ? „. Są i kolejne, jak to np. „Czy można je osiągnąć samodzielnie, czy też jest to stan niezależny od nas ?”. Albo jeszcze inne „Czy zależy od osiągnięcia jakiś celów, czy posiadania czegoś ?”. Może są jeszcze jakieś pytania, ale te myślę są najważniejsze.
Po kolei postaram się podsumować i odpowiedzieć na każde z nich, zgodnie z moim ich rozumieniem.
„Czym jest szczęście ? ”
Dla każdego może być czymś innym, ponieważ każdy z nas jest inny. Ważne jest tylko to, aby nasze szczęście nie było okupione szczęściem innych istot – tylko tyle. To jedyna zasada. Innej nie ma.
Czy szczęście to stan trwały czy tylko chwilowy ?
Na podstawie moich doświadczeń, mogę powiedzieć, że na początku to tylko chwile, przeplatane innymi doznaniami. Początkowo są nieuświadomione, potem jednak zaczynamy je rozumieć i rozpoznawać. Wtedy przychodzą częściej i trwają dłużej. Zaczynamy je tworzyć, zamiast na nie czekać. To wynika przede wszystkim ze zrozumienia swojej natury i natury świata. To nie przychodzi od razu. Ludzie mądrzejsi odkrywają to wcześniej, inni później a jeszcze inni nigdy. Ja odkryłem to dość późno.
Ma to ścisły związek z rozwojem i dojrzałością człowieka, jako człowieka właśnie a nie z jego wiekiem, zdobytą wiedzą, miejscem pobytu czy stanem posiadania. Nie ma związku z wykonywaną pracą i doświadczeniem życiowym. Mogą tę prawdę zrozumieć ludzie bardzo młodzi. Mądrość nie zna wieku. Człowiek mądry i szczęśliwy stara się być dobry. Sam stara się być szczęśliwy i pomaga w tym innym.
Szczęście to nie jedynie brak cierpienia – to coś znacznie więcej. Szczęśliwi mogą być (choć trudno to może od razu zrozumieć) także ludzie, którzy cierpią. Cierpienia nie jesteśmy w stanie uniknąć. Bardzo często nie zależy od nas. Jednak jeżeli uzależnimy stan odczuwania szczęścia od braku cierpienia – będziemy bez wpływu na swoje szczęście.
Odczuwanie różnych życiowych cierpień może pomóc nam stać się lepszymi i mądrzejszymi. Podobnie jednak jak z każdym życiowym doświadczeniem – cierpienie uczy, ale tylko tych o otwartych umysłach. Jest bardzo wielu ludzi, którzy wiele wycierpieli i te doświadczenia powinny im pomóc szybciej zrozumieć istotę życia. Niestety tak nie jest. Cierpienie może pomóc nam szybciej stać się ludźmi lepszymi, ale w większości przypadków sprawia, że ludzie stają się jeszcze gorsi. To dlatego, że nie mają z natury otwartych umysłów.
To nie znaczy oczywiście że cierpienia należy szukać po to żeby szybciej zrozumieć. Odwrotnie – należy szukać braku cierpienia, ale kiedy już samo przychodzi – trzeba uczyć się lekcji jakich nam udziela i pamiętać o tym, że szczęście nie zależy od braku cierpienia. Szczęście jest ponad nim.
Kolejne pytanie – czy szczęście można osiągnąć samodzielnie czy jest to stan niezależny od nas?
Myślę, że to my sami możemy je osiągnąć a droga wiedzie przez zrozumienie.
Kolejne pytanie – czy szczęście zależy od osiągnięcie jakiegoś celu, czy posiadania czegoś?
Moja odpowiedź brzmi – nie. Te elementy na to nie wpływają. Chwile szczęścia mogą przeżywać tak biedni jak i bogaci. Tak ci, którzy osiągnęli wiele różnych sukcesów, jak i ci, którzy popełnili prawie same błędy. Dla każdego z nas szczęście jest osiągalne zawsze i wszędzie – niezależnie od tego gdzie jesteśmy, co mamy i czego nam brak. W każdym momencie życia mamy tę samą szansę. I to jest piękne.
To stan wewnętrzny. Każdego dnia możemy go doznawać. Wystarczy iść właściwą drogą. A to można zacząć przecież w każdej chwili….. Więc dlaczego nie teraz ???
————
„Sens życia. Droga i wybory” Tekst dla 15 latków – napisany przez 50 latka cz. 2/2
Najważniejsze wybory, jakich dokonujemy w życiu mają miejsce w czasie, kiedy nie jesteśmy do tego jeszcze gotowi…. we wczesnej młodości.
Oczywiście później możemy dokonać korekty tych wyborów i zmienić kurs, niemniej odbędzie się to kosztem dużych strat życiowej energii, czasu i pieniędzy. O ile pieniądze można odrobić, to czas i energię życia już nie…
Jedynie doświadczenia jakie zdobywamy mogą nas bardzo wzbogacić. Musimy tylko umieć wyciągnąć z nich wnioski. A to już nie każdy potrafi. Doświadczenia uczą, ale tylko tych o otwartych umysłach. Reszta wciąż powtarza te same błędy.
Jakie to więc wybory tak bardzo determinują nasze życie ?
Są cztery najważniejsze wybory życia: zawód, miejsce pracy, miejsce zamieszkania oraz wybór małżonka. Pierwsze trzy są mocno że sobą związane i stanowią jakby zwartą grupę. Wybierając jeden z nich najczęściej automatycznie wybieramy pozostałe dwa. Trzeba być więc bardzo rozważnym.
Najważniejszym jednak wyborem życia jest wybór małżonka/małżonki…. i tu mam tylko jedną radę – intuicja. Trzeba kierować się naturalnym głosem intuicji. Ona nas nigdy nie zawiedzie. To jedyna życiowa decyzja, w której serce jest ważniejsze niż rozum – i należy słuchać serca.
Aby pozwolić też drugiej osobie wybrać siebie – nie należy udawać kogoś kim się nie jest i pamiętać o tym, że nigdy nie należy być cynicznym w uczuciach.
To tylko i aż…. cztery najważniejsze wybory.
Są też cztery filary życia, które odróżniam celowo od wyborów, ale te są uniwersalne i mają zastosowanie wszędzie, niezależnie od wyborów o których tu piszę. Te filary to: zdrowie, czas, relacje z innymi ludźmi i pieniądze. Są to jedynie środki a nie cele same w sobie. Ważne żeby to dobrze zrozumieć. Bardzo wielu ludzi gubi się w tym i środki traktuje jak cele.
Tak więc o ważnych wyborach:
Powiedziałem już o najważniejszym wyborze, a teraz powiem o kolejnych trzech.
Wybór zawodu…. Jakże pomocny może tu być tak zwany diagram jeża. Chodzi w nim o to, by wyłonić zbiór wspólny z trzech podzbiorów. Pierwszy – to to, co jest naszą naturalną pasją. Drugi – to, co nam naturalnie najlepiej wychodzi i możemy stać się w tym szybko coraz lepsi,… a wkrótce jednymi z najlepszych. Trzeci – to, za co inni są gotowi nam zapłacić.
To właśnie powinniśmy wybrać jako nasz zawód…
Najważniejsze są pierwsze dwa punkty. Trzeci, czyli czy ktoś na za to zapłaci – jest często niestety przeważający w dokonaniu wyboru. Życie i jego koszty determinują go. Niemniej, nawet jeżeli to potrzeba pieniędzy zmusi nas do takiej czy innej decyzji – nigdy nie należy zaniedbywać tego, co jest naszą prawdziwą drogą i co wypływa wprost z nas. Bo bez względu na pieniądze jest to tym, czym powinniśmy się dzielić z innymi. Jeżeli to pieniądze zmuszą cie do jakiegoś wyboru – nie szkodzi. Wstawaj o wschodzie słońca. Zajmij się tym, co naturalnie czujesz że powinieneś robić. A potem idź do swojej pracy i pracuj tam uczciwie dla pracodawcy. Nigdy jednak nie zaniedbuj swojej drogi. Jak powiedział ktoś mądry – „Czyń to, nie zaniedbując tamtego…”
Przy rozpoznaniu tego, kim naprawdę jesteśmy – czasem wystarczy przejrzeć się w oczach innych ludzi. Tam jest zazwyczaj odpowiedź. To, po co do nas przychodzą jest tym, co prawdopodobnie mamy im do zaoferowania. A w czym więcej takich par oczu spojrzymy, tym pewniej będziemy znać odpowiedź. Może się zdarzyć, że ludzie naturalnie przychodzą do nas po coś, czego zupełnie się nie spodziewamy. Myślimy, że powinniśmy robić jedno a tymczasem okazuje się, że to coś zupełnie innego.
Porywają nas czasem różne pasje (mnie porywały co chwila), ale nie oznacza to że jest to jednocześnie tym, czym naprawdę możemy dzielić się z innymi. Podam przykład – od 34 lat pogrywam na gitarze. Gram dla siebie oraz najbliższych i chcę żeby tak pozostało. Nie jestem gitarzystą. Zrozumiałem to dość późno. Poświęciłem na grę tysiące godzin, a to dlatego że kocham muzykę. To nie oznacza jednak, że inni moją grę będą odczuwać z takim entuzjazmem jakiego bym pragnął. Pogram czasem w nocy, bo ciągle to lubię i bardzo pomaga mi w rozmyślaniu… jak tajemnicza filozofia dźwięku, której nie umiem opisać, ale którą odczuwam. Nie poświęcam temu jednak tak wiele czasu co dawniej – bo w tym samym czasie mogę zrobić coś innego – właśnie to, co powinienem. Bywa, że gitara zagra sama.. i wtedy jestem szczęśliwy.
Podsumowując – warto na wybór zawodu poświęcić trochę czasu. Warto wpierw poznać siebie. Ludzie zbyt często robią to bardzo pochopnie, nie zdając sobie sprawy – jak wielki wpływ ma to na ich życie.
Kolejnym ważnym wyborem po wyborze zawodu jest wybór miejsca pracy. Dobre miejsce pracy to niekoniecznie miejsce, w którym się najlepiej zarabia. Wiem coś o tym, bo w swoim życiu pracowałem w wielu różnych miejscach. Aż tak bardzo byłem w tym temacie niespokojny – bo jest to dla mnie naprawdę bardzo ważne. Jakie są cechy dobrego miejsca pracy? Wzajemny szacunek i kultura. To pierwsza i najważniejsza cecha. Można ją szybko rozpoznać, przyglądając się temu jak zachowują się tam ludzie. Druga i ostatnia – to możliwość wykonywania swojego zawodu (zawodowej drogi) w sposób możliwie nieskrępowany, oraz z możliwością ciągłego rozwoju swoich umiejętności. Nie chodzi mi tu wcale o awanse na wyższe stanowiska, ale o rozwój własnych umiejętności. A to jest dla młodego człowieka najważniejsze. Nieporównywalnie ważniejsze niż pieniądze które przyjdą same – tylko później. Młody człowiek często tego nie rozumie i często pada ofiarą zarobku oraz korzyści doraźnych – zamiast skupić się na rozwoju swoich najważniejszych umiejętności w sensie długofalowym. Nieocenieni są tutaj dobrzy mentorzy, bądź managerowie – którzy dobrą ręką prowadzą młodych ludzi, otwierając przed nimi różne drzwi i pokazują świat pracy. Wspierający ich na tej drodze, nie niszcząc ich indywidualności, która jest unikalna. Wiem, że nie jest łatwo znaleźć takie miejsce. Trzeba jednak próbować, bo to naprawdę ważne. A wysokie stanowiska należy rozumieć jako odpowiedzialność za ludzi i cele – a nie za zaszczyty.
Można też miejsce pracy stworzyć sobie samemu. Ale nawet wtedy to bardzo ważne, żeby pracować wśród ludzi. Przez jakiś czas myślałem, że prawdziwy sukces to jedynie samodzielna działalność. Mieć możliwość łatwej zmiany miejsca pobytu i pracy to tu, to tam. Z czasem bardzo doceniłem to, że będąc wśród ludzi – nawet pracując z nimi tylko obok, choć robimy coś zupełnie innego – jest dobre. Izolacja na dłuższą metę prowadzi w ślepy zaułek. Bycie wśród ludzi, jest jak bycie wśród przyrody – zapewnia nam zdrowie i równowagę.
Pozostał ostatni z wielkich wyborów – wybór miejsca życia. Zmieniłem wraz z rodziną kilkanaście razy mieszkania, w różnych miastach a nawet krajach. Także tutaj wiem coś o tym.
Miejsce życia to wcale nie musi być dom. Jakże często ludzie budują domy, które potem stają się ich twierdzą.. aż w końcu więzieniem. Czasem dom pochłania im tyle cennego czasu, w miejsce innych ważnych rzeczy. To przecież nie ściany, ogród, przedmioty czy wnętrza są ważne – ale ludzie. Bywa też , że niektórzy tracą dom, a wtedy ich świat się wali. Czy tak powinniśmy budować ? Prawdziwy dom budujemy w sobie. To tam zawsze możemy się schronić. To tam jest nasza siła i ciepło. Taki dom łączymy z najbliższymi i żyjemy w nim razem.
Ja mówię tutaj raczej o miejscu życia. Nie należy się do niczego sztywno przywiązywać, co nie oznacza jednocześnie, że miejsca które wybieramy nie są nam bliskie. Wrecz przeciwnie. Dla mnie każde miejsce, w którym żyliśmy było bardzo, bardzo ważne. Są i takie, w których ciągle jestem – kiedy tylko zamknę oczy.
A kilka moich prostych rad co do wyboru miejsca?
O ile to możliwe radziłbym wybrać miejsce, w którym nie żyje zbyt wielu ludzi, ale też nie zbyt mało. Duże miasto jest dobre do odwiedzenia na chwilę. Oferuje rzeczy, których nie ma w mniejszych miejscowościach, ale też ma zjawiska uboczne. Jednym z nich jest często wyobcowanie, pomimo bycia wśród innych.
Najlepsze są niewielkie miasta, znajdujące się w niedużej odległości od tych większych – tak, aby można było w razie potrzeby szybko się do nich dostać. Generalnie, duże miasta widzę raczej jako miejsca pracy, rozrywki, spotkań – aniżeli miejsca życia.
Co do samego miejsca mieszkania natomiast, ważne jest by było słoneczne i suche. Aby mieć w nim nim słońce od wschodu do zachodu. Ludzie żyjący w zacienionych miejscach gasną powoli jak rośliny bez życia. Tego nie widać od razu, ale dopiero po latach.
Niech widok przed oknem będzie otwarty na tyle żeby można było spokojnie spojrzeć dalej. Ograniczenie widoku mocno wpływa na psychikę człowieka. Niech z tego miejsca widać naturę – trawę, kwiaty, drzewa. Nie powinny one jednak być aż nadto blisko. Zieleń nie powinna wchodzić w miejsce życia, ponieważ przynosi wilgoć – a to też nie jest dobre. Ważna jest pewna równowaga.
Grecy mówili „Każde miejsce ma swojego ducha”. Staraj się go poczuć. Ja znalazłem takich miejsc więcej. Potrafię wybierać je instynktownie – jak kot. Nawet siedząc gdzieś, kilkanaście centymetrów różnicy i kąt obrotu mają dla mnie znaczenie. Wyczuwam to, choć to może dziwne.
A poza tym – czyste powietrze, czysta woda i możliwość zapewnienia sobie ciszy, kiedy tego potrzebujemy.
To tyle na temat wyborów.
Reszta zależy od nas samych. Można wieść szczęśliwe życie na 7, 5 miliarda sposobów. Tylu jest nas obecnie na świecie.
Czy coś jeszcze…..?
Wsłuchać się głęboko w siebie – tam już jest odpowiedź na wszystkie pytania….. A potem iść bardzo wytrwale za tym….
To moja ostatnia rada…
———
„Tołstoj i ciemna, zimowa noc…”
Tołstoj powiedział kiedyś „Miłość rozumiem jako najwyższe dobro”.
Dało mi to mocno do myślenia….Czułem w ten sam sposób. Kiedy kochamy – jesteśmy dobrzy,…. chcemy dobra drugiej osoby,…. dbamy o nią i chcemy żeby była szczęśliwa. Nie zagarniamy jej jednocześnie dla siebie… Nie ograniczamy jej swobody i nie próbujemy kształtować. Chcemy jej jedynie pomóc wzrastać i stać się tym, kim stać się powinna. Ale to ona sama wie najlepiej kim być powinna – nie my …. (ale to już wszystko moje przemyślenia – Tołstoj mnie jedynie inspiruje ?).
Kilkanaście lat temu, na początku naszego pobytu w Ustroniu, wypożyczyłem w naszej bibliotece książkę „Dzieciństwo, lata chłopięce i młodość”…. mało znaną książkę Tołstoja. Czytałem ją wtedy w Ustrońskich kawiarniach, na przemian z naszymi rozmowami z Iwoną, które tak bardzo lubiliśmy zawsze. Życie spędzaliśmy w kawiarniach wtedy -…. przez lata całe. I było nam z tym cudownie. Ale wracając do Tołstoja, to opisuje on w tej książce historie, które miały duży wpływ na jego życie. Bardzo wcześnie stracił rodziców. Wychowywany przez krewnych pomiędzy Moskwą i Petersburgiem, blisko najbogatszych rodzin tamtejszej Rosji. Otrzymał znakomite wykształcenie. Znał francuski, angielski i niemiecki. Uczyli go nauczyciele z zagranicy. Poznawał książki wielkich autorów. Pomimo jednak życia wśród arystokracji, był bardziej jego obserwatorem niż uczestnikiem. Znał je, ale nie imponowało mu one. Imponowała mu natomiast prostota życia zgodnego z naturą. Uważał, że o wiele bliżsi prawdy życia są chłopi. Ludzie żyjący ze swojej codziennej, ciężkiej – ale dobrej pracy. Praca według Tołstoja – kształtuje człowieka etycznie.
Uderzyło mnie w tej książce między innymi to, to, że napisał w niej, że gdyby mógł zmienić w sobie tylko jedną rzecz – chciałby być piękniejszy fizycznie. On sam uważał siebie za nieatrakcyjnego mężczyznę. To go bolało gdzieś bardzo wewnętrznie, ale też ten ból prawdopodobnie w jakiś sposób go także kształtował. Nie wiem, dlaczego był dla siebie tak krytyczny, ale być może wskutek jakiegoś braku akceptacji,….. albo dawnego odrzucenia. Kto wie?
Pisał o zachwycie prostym i naturalnym życiem. Nie dążył do posiadania. Szukał natomiast wartości. Zanim doszedł do takich wniosków sam się kiedyś pogubił. Prowadził hulaszcze życie, uprawiał hazard… Zrozumiał jednak pustkę takiego postępowania.
Tołstoj był bezkompromisowy w swoich poglądach. Na koniec życia chciał rozdać swój majątek chłopom. Popadł przez to w konflikt z rodziną. Wcześniej popadł w konflikt z państwem a nawet z Cerkwią Prawosławną. Krótko mówiąc ze wszystkimi. Ciągle był jednak sobą i szedł drogą, w którą wierzył.
W swoich powieściach sięga do psychiki postaci. Pełne są one ludzkich słabości, gwałtownych uczuć, namiętności …. wszystkiego tego co nas tworzy od stuleci. Nie osądza jednak, nie krytykuje, nie poucza. W zamian za to współczuje i w każdym dostrzega człowieka – nawet w pozornie negatywnych charakterach. Dlatego jego dzieła są ponadczasowe i wciąż zachwycają.
Był wielkim humanistą. Chciał poprzez sztukę sprawiać by ludzie stawali się lepsi. W sztuce nie dopatrywał się jedynie wartości estetycznych, ale także znacznie, znacznie głębszych.
Znamy go jako pisarza grubych powieści z rosyjskimi salonami w tle. To jednak o wiele za mało by powiedzieć kim był Tołstoj. Zaimponował mi tym, że w ciągu swojego życia zrobił tyle dobrego jako człowiek. Był założycielem wiejskich szkół, jak i wiejskim nauczycielem. Pisał bajki dla dzieci. Pracował z chłopami w polu. Hrabia z kosą w ręku, pracujący w lnianej koszuli, jak wszyscy. To był ktoś znający głęboko życie i jego prawdziwą wartość.
Z ciekawostek można wspomnieć to, że był wegetarianinem a także zapalonym miłośnikiem ćwiczeń fizycznych. Niech nikogo nie zmyli jego długa broda. To był bardzo żywotny człowiek. Kochał muzykę.
Odszedł w czasie podróży. Pewnej zimnej, listopadowej nocy wyjechał z domu….. a potem wyruszył pociagiem dalej. Źle się poczuł w trakcie tej podróży i musiał po jakimś czasie wysiąść. Na niewielkiej stacji, jej naczelnik wraz z żoną udostępnili mu swoje mieszkanie. Ugościli samego Lwa Tołstoja tym co mieli. Zachorował na zapalenie płuc. Ta stacja była końcem jego życiowej drogi. Dziś to niewielkie miasteczko nazywa się po prostu Lew Tołstoj. Od wielu lat miłośnicy jego twórczości odwiedzają to miejsce, podobnie jak i Jasną Polanę – jego rodzinny dom.
Żył prosto, czuł prawdziwie, pisał głęboko … i dlatego dotykał samego serca. Pisarstwo Tołstoja jest po prostu ludzkie i to mnie w nim ujęło. Podobnie jak to, co pisał inny gigant literatury, żyjący w tym samym czasie co Lew Tołstoj – a mianowicie Francuz, Victor Hugo. Ale to już historia być może na inny wieczór ?
Na koniec mały fragment z „Anny Kareniny”, aby choć trochę przybliżyć to, jak pisał Tołstoj:
„…… Zszedł na dół starając się nie patrzeć na nią zbyt długo, jak nie patrzy się na słońce. Ale nawet nie patrząc na nią widział ją, jak widzi się słońce…..”
—-————–
Była zima. Jechałem szybko w silnej śnieżycy, chcąc zdążyć na kolejny odcinek „Wojny i pokój”. Co niedziela oglądałem ten film. Nie pamiętam kiedy tak bardzo chciałem obejrzeć cokolwiek…… Chyba ostatnio, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Ja, taki przeciwnik telewizji, gnałem w ciemnościach grudniowej, bezgwiezdnej nocy. A noc ta była wyjątkowo czarna…. i nie wiem skąd, znalazł się na tej mojej drodze rosyjski TIR. Na drodze na Ustroń….. Rzecz nieprawdopodobna – zobaczyć TIRa jadącego w tamtą stronę i to jeszcze rosyjskiego – To jak wygrać w Totolotka. Niespodziewanie zaczęliśmy się ścigać w tej śnieżycy. Ja po prostu chciałem mieć przed sobą otwartą przestrzeń i nie martwić się tym, że zarzuca mu bardzo niebezpiecznie tyłem. On jakimś cudem ciągle mnie doganiał i ciągle zajeżdżał mi drogę. Oba pasy po bokach były podsypane suchym i mocno zmrożonym śniegiem. Jechaliśmy więc na przemian praktycznie po środkowej linii dzielącej oba pasy. Wiatr dął z boku i widoczność była coraz gorsza. Raz po raz znowu widziałem jego tył, z charakterystycznym oznaczeniem całej przyczepy, jak tylko Rosjanie mają w zwyczaju. Czułem jak mój PT Cruiser co jakiś czas traci przyczepność. Tylna lampka Rosjanina, ponad rejestracją – była jedynym jaśniejszym obiektem, jaki widziałem w tej śnieżnej zadymce. I nie wiem. Czy on mi bardziej zajeżdżał drogę,….. czy może hamował mnie, powstrzymując przed jeszcze większym moim rozpędzeniem…mhmm?
W którymś momencie, kiedy wjeżdżaliśmy w mały las, tuż przed Ustroniem…… TIR jakby zniknął w białej zadymie. Nie pamiętam nawet kiedy…..(zastanawiałem się potem gdzie mógł zjechać…. W te pola? I co tu robił w niedzielę o takiej porze…? Może sam biedak zabłądził….. daleko od domu).
Pamiętam jedynie, że zdążyłem w ostatniej chwili. Zrzuciłem z siebie ciężką, grubą jak dywan marynarską kurtkę. Otrzepałem ze śniegu buty i uśmiechnąłem się – zdarzyłem…….Iwona siedziała już przed telewizorem, a w pokoju paliło się pomarańczowe delikatne światełko. Oglądaliśmy film, pijąc gorącą herbatę. Hrabia Bołkoński prosił właśnie Nataszę Rostową do tańca…..Byłem wreszcie w domu i czułem się ciepło, i bezpiecznie….
……… Po wspolnym tańcu Bołkoński mówi sam do siebie „Jeżeli teraz odwróci się i spojrzy na mnie – zostanie moją żoną”….spojrzała (tak się akurat ciekawie składa, że my z Iwoną też poznaliśmy się w walcu. Niezwykłe…. prawda? W 1994r, w XX wieku…. dwoje ludzi poznaje się w walcu…. ? A jednak tak właśnie było).
„Dom Wojciecha Kilara”
Odnalazłem dzisiaj Katowicki dom Wojciecha Kilara. Parę lat temu szukałem go, mając chwilę czasu, ale nie udało mi się go znaleźć. Dopiero teraz, przypadkiem natrafiłem na informację o tym, który to dokładnie dom. Jechałem dziś od Katowic do Ustronia. Okazało się, że to prostsze, niż mógłbym przypuszczać. Po minięciu Parku Kościuszki, jedna z niewielkich dróżek w prawo i jest się tuż na wprost tego domu…
To jednopiętrowy, stary dom, z lat chyba tuż powojennych,… z niewielkim ogrodem, zarośniętym gęstą zielenią. Zaskoczyłem się. Spodziewałem się, że zgodnie z opisami, które w internecie były od dwóch lat – miasto Katowice wykupiło ten dom i zorganizował tam albo muzeum, albo dom muzyki….. Tymczasem dom był pusty. Przed bramą wjazdową było trochę liści, jakie naniósł wiatr. Brama wyglądała na dawno nieotwieraną. To tak, jakby zamknęła się jakaś historia. Trochę przypominało mi to dom Ziętka z naszego Ustronia. Podobny klimat ciszy, zieleni i jakiegoś zapomnienia. A przecież obaj dokonywali rzeczy wielkich. Dom dawał im schronienie i prywatność. I podobnie jak dom Ziętka – oba domy mają swój niezwykły klimat.
Stałem i tak patrzyłem w okna domu Wojciecha Kilara. To tu, jak pisano – powstała muzyka do ponad 130 filmów.
Dom, schronienie, warsztat pracy…..wszystko w jednym. Teraz wyglądało tak. jakby nikt nie zaglądał tu od jakiś 10 lat.
W pustych oknach nie było firan. Biała farba framug okiennych dawno lata młodości miała już za sobą.
W głębi mały garaż. Rośliny rosły po swojemu….. cisza.
Zza niewielkiej chmury pojawiło się słońce i oświetlało część domu. Przyglądałem się temu i przypominałem powoli jego utwory.
Z muzyką Kilara zetknąłem się dawno temu. To był film „Perła w koronie”. Zaskoczyła i mocno przejęła mnie ta muzyka. Potem dowiedziałem się że ten sam twórca skomponował muzykę do „Ziemi Obiecanej”.
To niesamowite, że mieliśmy tak blisko kompozytora tego formatu. Świat poznał go między innymi dzieki muzycedo filmu Pianista, wielokrotnie nagradzanego.
Nie ma sensu za dużo mówić o muzyce, bo muzyki trzeba słuchać a na pewno jego twórczość była niezwykła.
…………
Teraz niebo zrobiło się błękitne i słońce prawie zaszło za niewielkimi drzewkami, które są tu obok mnie na parkingu. Znalazłem w internecie zdjęcie, które mi się wyjątkowo spodobało. Na nim on i jego żona, siedzący na ławce w ogrodzie. Wydają się być szczęśliwi i beztroscy. Zamieściłem to foto na końcu wpisu. Mieszkali w tym domu przez około 65 lat,.. do samego końca.
Czasem zdarzy się, że kiedy jestem w pobliżu miejsc gdzie żyli i tworzyli ci, których lubię – oglądam te miejsca z zaciekawieniem, bo wiem że nic nie pozostaje bez znaczenia i również miejsca, które świadomie wybrali miały wielki wpływ na to – jak tworzyli.
Jego dom jest w wyjątkowo spokojnej dzielnicy, jednocześnie przy bardzo ruchliwej ulicy. Jednej z arterii miasta. Ale tam samochody się nie zatrzymują… biegną szybko dalej, gnane swoimi sprawami. Do dzisiaj ja też się nie zatrzymałem…
Wracam do Ustronia i słucham jego kompozycji. Daje się ponieść magii tej muzyki. Myślę, że prawdziwa sztuka ma tę cechę, że sprawia iż stajemy się lepszymi ludźmi. Słuchając jego dzieł, czuję się właśnie takim. On sam powiedział kiedyś „Jedynym sensem tworzenia jest przekazanie czegoś drugiemu człowiekowi. Jeśli mam pisać tylko dla siebie, to w ogóle nie warto pisać”…… Trafił w samo sedno. Odebrałem jego przekaz.
A oto utwory, jakie wybrałem z jego bardzo bogatego dorobku:
Poniżej mój ulubiony, walc do filmu „Trędowata”.
Znano go także w Hollywood.. To kompozytor, który mógł stanąć obok Johny Williamsa, giganta – który skomponował między innymi muzykę do „Gwiezdnych Wojen”, czy Jamesa Hornera (Titanic, Braveheart), Hansa Zimmera (Gladiator, Interstellar), czy wreszcie Ennio Morricone (Misja, Dawno temu w Ameryce). To właśnie muzyka Morricone jest mi gdzieś bliska temu, co tworzył Kilar, choć oczywiście to dwie wielkie, odrębne indywidualności.
Poniżej ścieżka do „Pianisty”, filmu wyróżnionego Złotą Palmą w Cannes i trzema Oscarami w Hollywood.
Kilara odkryłem kiedy miałem może z 12 lat. To był mój pierwszy kontakt z jego twórczością – temat z filmu „Perła w koronie „….. film o Śląsku. o biedzie, o górnikach….Jego muzyka była do głębi przejmująca. Pamiętam, że czekałem na „litery”… na zakończenie filmu, żeby poznać autora tej przedziwnej i pięknej ścieżki. Nie wstawiam tu linku, ponieważ nastrojowo zupełnie tu nie pasuje. Geniusz tego twórcy widać jednak we wszystkim, co tworzył. Nawet w utworach niezwykle trudnych, czasem wręcz bolesnych.
………..
Wojciech Kilar przyjechał do Katowic ze Lwowa i mieszkał tu przez większość swojego życia. Wybrał to miejsce….ciekawe.
Z pewnością był kimś o wyjątkowej wrażliwości i wewnętrznym pięknie… Pisał też muzykę do większości filmów Krzysztofa Kieślowskiego, którego twórczość była wyjątkowo „ludzka”. (i to w nim lubiłem) .
Pod tym linkiem jest jeszcze moje dzisiejsze zdjęcie jego domu ( ten z lewej), przy ul. Kościuszki 165,…dzisiaj – otoczonego ogródkiem i….. ciszą…
A jeszcze poniżej zdjęcie wraz z żoną – szczęśliwych.,… na ławce. Pięknie jest oglądać ich szczęście. Chwile pozostają wieczne.Tak,… właśnie chwile – te pozornie najbardziej kruche fragmenty naszego życia
————-
9,5….moje pokolenie
Myślę, że trzeba być z mojego pokolenia, żeby poczuć nastrój tego filmu…
To wydaje się takie wczoraj…
———–
26 KWIETNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
„Wszystkie kolory Wiosny”
Dalej tak samo jak kiedyś zachwycam się tymi kolorowymi, czarodziejskimi dźwiękami….. Właśnie odłożyłem gitarę….
Każdy dzień to nowa kartka papieru….A życie to jedna wielka, nieprzewidywalna i fascynująca przygoda…
————–
„Długa droga do domu”
Dotarłem wreszcie do domu.
Kończę swoją podróż tam, gdzie ją zacząłem – w naszym Ustrońskim mieszkaniu. Patrzę przez wielkie okno na błękitne, wiosenne niebo. Dużo się ostatnio wydarzyło. Trochę za dużo i za szybko…..
W samej końcówce operacja.
To doświadczenie z pewnością mnie zmienia….Jak bardzo Odpowie na to czas.
Parę tygodni temu, jeszcze w szpitalu – skradziono mi telefon. Siłą rzeczy straciłem kontakt z internetowym światem. Wiem, że niektóre życzliwe mi osoby mogły do mnie pisać….. . Pozostały bez mojej odpowiedzi. Przykro mi bardzo z tego powodu. Nie mam dostępu do tych treści. Jeżeli któraś z tych osób czyta niniejszy tekst – chciałbym powiedzieć: Dziękuję za dobre słowa…..
Mam w tej chwili kilka podstawowych priorytetów: Znalezienie w tych trudnych dzisiaj czasach pracy, dojście do pełni zdrowia i spokój…. dużo spokoju.
Nie będę się udzielał w mediach społecznościowych.
Pozostawię jedynie mój blog, na którym czasem coś napiszę, jeżeli poczuję taką potrzebę…..
Patrzę w słońce i staram się być szczęśliwy…… Tego Wam również wszystkim szczerze życzę.
———
OPUBLIKOWANE W27 LUTEGO, 2020 PRZEZ ADMIN
„Refleksja przy kominku”
Siedzę wieczorem i zszywam swój raincoat,….. poszarpany na wietrze.
Za oknem raz słońce, raz deszcz. Póki nie ma jednak wiatru, jeszcze nie jest najgorzej. Czekam na wiosnę… wiem, że przyjdzie. Było tak już 48 razy w moim życiu i wierzę, że będzie i po raz 49-ty ?
Tu,… w kuchni tego małego, angielskiego domku – mam swoje ulubione miejsce. Siedzę przy kominku… I przy świetle niewielkiej lampki coś tu zawsze robię. Widać stąd dobrze zachody słońca, a taki zachód – to dla mnie zawsze chwila na zastanowienie . To, jak przeżyłem ten jeden dzień – mówi mi wiele o tym, jak przeżywam aktualnie swoje życie ? Jak nim teraz właśnie steruję. Jak zeglaż – od wschodu słońca, do zachodu.
Powiedziałbym nawet , że jeden dzień jest miniaturą całego życia.
Wieczorami dokonuję więc autokorekty kursu swojej żeglugi. Nie na wszystko starczy mi czasu……
Stan posiadania zredukowałem do jednego worka, jaki mogę nieść na plecach. O dziwo, jest wypełniony tylko w 70 % i są w nim naprawdę najpotrzebniejsze rzeczy. Zawsze chciałem to osiągnąć i zawsze miałem jednak za dużo wszystkiego. Mieć tylko tyle, ile mogę swobodnie unieść. I móc szybko maszerować. Stan posiadania zabałaganiał mi sprawy naprawdę istotne. Trochę podobnie było z moimi kierunkami działań… zawsze było ich zdecydowanie za dużo….
**********
Naomi wróciła dziś ze szkoły stepowania amerykańskiego. Wziąłem do ręki jej piękne buty, przeznaczone do tego tańca – podkute wielkimi, metalowymi blaszkami. Zawsze podobał mi się ten taniec.
Kiedy miałem może z 7 lat, to naoglądałem się filmów z Fredem Astairem i Gene Kellym. Swoje wyjściowe buty podkułem blaszkami, jakie znalazłem w starym pudełku dziadka. Takie blaszki w kształcie litery „U”, chyba jeszcze sprzed wojny. Służyły do tego by nie ździerały się podeszwy. Wtedy buty były drogie. Ja wykorzystałem te blaszki do czegoś innego. Stukałem nimi potem na korytarzu. Echo niosło się daleko. Ten dźwięk mnie ujmował. I pomyśleć, kolejna rzecz jaką a chciałem kiedyś robić. Potrzebowałem do niej zaledwie butów z blaszkami i mógłbym tańczyć dosłownie wszędzie. Co to za problem zabrać ze sobą buty…
Przypomnialem sobie potem o tym dziecięcym marzeniu kiedyś w Monachium. Mieszkałem w starym hotelu o nazwie Deutches Theater…. , na ostatnim piętrze, w pięknym mansardowym apartamencie. Hotel miał lata świetności dawno za sobą, ale jego rozmach wciąż się tam czuło. W dużym i słonecznym wnętrzu miałem nawet bukiet czerwonych róż w wazonie. Na ścianie wisiała duża reprodukcja obrazu Tamary Lempickiej. Nie spodziewałem się czegoś takiego za tą cenę. To był ostatni wolny pokój w mieście. Życie sprawia czasem i miłe niespodzianki.
Na wprost była szkoła stepu. Czasem ktoś wychodził przed lokal zapalić papierosa. Klimat na tej ulicy był jak z przedwojennych filmów… Neony,… Kolory, drogie samochody podjeżdzające pod lokale. Na górze w tej szkole wszyscy tańczący wystukiwali jeden rytm, jak w prawdziwym music-hallu. Ulica była wąska a dom na przeciw taki bliski….. Tańczyli wręcz obok mnie. Podobało mi się to…………. Bardzo…
Pomyślałem wtedy, że będę uczył się tego tańca. Potem z grupą zapaleńców zorganizujemy rewię w stylu lat 20-tych i wystąpimy w Katowickim kinoteatrze Rialto. To było najodpowiedniejsze miejsce do tego właśnie (tak to sobie wtedy wyobraziłem). Buty dobre do przybicia blaszek znalazłem przypadkiem u szewca w Łodzi, na Piotrkowskiej. Były wyjątkowe – biało-czarne (A zaraz na przeciw kupiłem swój podróżny, marynarski worek – z demobilu). Pamiętam, że wszedłem potem na espresso do „Pożegnanie nią z Afryką”… wszystko było obok siebie. I słońce takie piękne, wpadające do kawiarni … Kawę mieli niezwykłą.. Piszę o tym, jakby to miało jakieś znaczenie….. może ma…? To była piękna chwila….
*********
Rozmawialismy tamtego wieczoru w kuchni o Singing in the Rain z Kellym…. tak powoli zacząłem sobie coś przypominać….
Co za pomysły rodziły się wtedy w mojej głowie ? .. I to jeszcze nie tak dawno temu….
Potem wybrałem jednak tango…. A potem….. zrezygnowałem nawet z tanga….dla znacznie ważniejszych rzeczy.
….. Zamyśliłem się…. W końcu powiedziałem:
– Fajnie było zobaczyć prawdziwe buty do stepu – rzuciłem krótko, oddając je Naomi.
Popatrzyła na mnie przez moment przenikliwie.. i zamknęła je na powrót w pudełku….
*********
PS
Znalazłem na YouTube krótki film o Brighton. To są wręcz obrazy z mojej drogi do pracy i z okna tego domu. Tak tu dokładnie jest. Bardzo dobrze oddaje to, co tu widzę i odczuwam. Dzień za dniem i noc za nocą przechodzą mi bardzo szybko. Wschody i zachody słońca to tylko chwila…..Nie na wszystko starczy mi czasu….Już to dziś wiem. W moim wieku to rozumiem. Te buty do stepowania mi o tym przypominają ? Trzeba niestety wybierać. Nie można mieć wszystkiego…
Szkoda, że nie ma tu ze mną Iwony i Artura. Tyle bym im pokazał… No i usmażył im naleśniki. Właśnie dzisiaj je robiłem. Artur je tak uwielbia.
Step w wykonaniu legendy….To zwłaszcza ta scena mnie zachwyciła…Mój ideał człowieka – Nie ma nic, nawet deszcz na niego leci,…. ale on to ma zupełnie za nic i jest szczęśliwy….. Tak właśnie zawsze chciałem ??Pozornie nie mieć nic, by w rzeczywistości mieć wszystko. Bo tak naprawdę zawsze to w sobie mamy, bez względu na wiek i życiową sytuację.
Tak sobie teraz jednak myślę….Może zobaczę, czy gdzieś tu nie mają takich butów. A może by tak jednak??? ??? Why not? Jest tu w kuchni nawet zupełnie przypadkiem duże lustro oparte o ścianę, przy podłodze. Widać idealnie nogi. No i ten drewniany parkiet…. Hmmmm. Zatańczyłbym tak teraz w ciepłym deszczu,… na wiosnę,… w Siemianowicach.
———
OPUBLIKOWANE W22 LUTEGO, 2020 PRZEZ ADMIN
Dzień i noc. Noc i dzień….
Ostatnio tylko pracuję i krótko śpię…. przychodzę późno,, albo raczej wcześnie. Trudno powiedzieć. Normalni ludzie zwykle wtedy śpią.
Potem padam na łóżko i zasypiam – zazwyczaj w ubraniu. Leżę wśród swoich przeróżnych kartek z tekstami i rysunkami… jak pijak w barłogu wśród swoich butelek…. Co zdążę jeszcze napisać – piszę szybko, bo wydaje mi się, że czas wtedy nie istnieje… i padam tak nieprzytomnie….
Budzę się potem w środku nocy, żeby wziąć prysznic.
Na pamięć w ciemnościach idę do łazienki. Nie zapalam światła, bo kłuje mnie w oczy.
Właściwie,… to mógłbym ich w ogóle nie otwierać…
Przez moment zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia.
Jestem jak te mewy za oknem,…… zawieszony teraz w jednym punkcie…. na wietrze… Przyglądam się im.
Ani to nie fruną do przodu,.. ani do tyłu.
Podtrzymuje je tylko wiatr.
Dryfują….mistrzowie powietrznego surfingu…
Może czekają na lepszy moment? ….. Nie wiem.
Może tak razem czekamy…
————–
12 LUTEGO, 2020 PRZEZ ADMIN
„Wprawiacz w dobry nastrój”
Odkryłem dzisiaj podczas śniadania w hotelu, że ludzie są mi szczerze wdzięczni za bardzo proste gesty…Za uśmiech, serdeczność.. Czasem po prostu zauważenie ich i pamiętanie o tym, co zamówili np. wczoraj,…. albo czy nie chcą jeszcze trochę kawy…. Ot tak – za te proste ludzkie i naturalne gesty.
Uśmiechają się do mnie i widzę ich prawdziwą, niekłamaną życzliwość. Dajemy ją sobie zresztą nawzajem. Jakbym dawał im jakiś rodzaj wewnętrznego spokoju i zadowolenia. A może nawet przyjemności. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi… nie odkryłem tego jeszcze, za krótko tu pracuję…. ale takie odnoszę wrażenie. Wiem też, że i mnie sprawia to wielką satysfakcję. Kiedy żegnając ich mówię „Życzę miłego dnia”,….. to mówię to całym sobą. I oni to na serio czują. I ja też tego sobie samemu życzę.. ?
W tej mojej małej, niepozornej pracy odnajduję to, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze – a mianowicie kontaktach z drugim człowiekiem. A nam tych kontaktów bardzo dużo. Każdy dzień jest tutaj zupełnie inny i całkowicie nieprzewidywalny.
Odkryłem, że choć pozornie nie mam nic – to w praktyce mam bardzo wiele. Dzielę się więc tym, co mam…. – sobą, swoim spokojem i przyrodzoną mi beztroską ?
Pewna koleżanka z mojej ostatniej pracy powiedziała mi kiedy odchodziłem – coś, czego nie da się zapomnieć… bo były to najpiękniejsze słowa jakie słyszałem na temat mojej pracy.
Powiedziała mianowicie:
– Jarek, ja już teraz zazdroszczę ludziom, z którymi kiedyś będziesz pracować..
Jak to jest? Ktoś robi ci najpierw w życiu wielką przykrość, a nawet zmienia bieg twojego życia… a potem ktoś inny powie ci coś takiego, co nadaje wszystkiemu jeszcze głębszy sens….
Doszedłem więc dziś rano do wniosku, że chce wykonywać nowy zawód, a nazwę go „Wprawiacz w dobry nastrój”.
W tym właśnie chcę się specjalizować. Jutro znowu będę to robić… z gośćmi, z pracownikami… i wszystkimi, których spotkam.
Dziś Nigel był na zmywaku prawdziwym mistrzem świata. Manuel z Włoch zrobił spaghetti, jakiego w tym hotelu jeszcze nie jadłem… A młody Ben pracował ze mną całą dniówkę ostro ramię w ramię. Nawet troszczył się o to, żebym sobie zrobił przerwę. A wczoraj inny Ben przyszedł do mnie z kubkiem Lavazzy. Wiedziałem, że chce mi w ten sposób podziękować za dobrą dniówkę. I to było piękne…. Serio.
Powiedziałem im o tym wszystkim… każdemu z osobna. Powiedziałem o tym jaka robią pracę. Bo była to zresztą najszczersza prawda.
A potem niespodziewanie. pod koniec dniówki podszedł do mnie menadżer,… starszy gość. Jest chyba legendą tego hotelu.. Podał mi żółwika z pieści… i podziękował za dobrą pracę.
Zauważyłem więc , zupełnie nieoczekiwanie, że ludzie tego właśnie ode mnie chcą….. Dawania im dobrej aury. A ja zamierzam im to dawać.
Tak więc to kolejna specjalizacja, jaką przychodzi mi robić w moim skomplikowanym życiu. I czuję, że to naprawdę ma wielki sens.
Od rana o tym myślę… i patrzę na to piękne słońce ponad Kanałem La Manche – z okien naszej hotelowej restauracji….
——-
OPUBLIKOWANE W5 LUTEGO, 2020
Siedem Siostr..
Jestem już w Wielkiej Brytanii ponad 3 tygodnie. To jest taki czas, że zaczynasz rozumieć że jesteś za granicą. Nie tak turystycznie…. nie tak sobie last minute. Zaczynasz czuć całym sobą, że jesteś w zupełnie innym kraju i innej rzeczywistości….
Tu nawet zachody słońca są jakby inne. Takich jeszcze nie widziałem…
Po poszukiwaniach pracy, odwiedzaniu hoteli, restauracji barów……. znalazłem pracę jako barman w jednym z hoteli. W pięknym, starym hotelu…. położonym tuż nad samym morzem, przy głównej promenadzie. Zaraz obok są Hilton i Grand. Nie najgorsze towarzystwo….Mój jednak jest chyba najstarszy z nich wszystkich. Jest z 1824r. Wiekowo zbliżony może być jedynie Albion, w którym mieszkałem na samym początku – zaraz przy molo i Queens, tuż przy nim.
Tak więc zamiast na zmywaku, w pierwszym pubie po wyjściu z dworca – do którego od razu poszedłem (taki był mój pierwotny plan, kiedy się dowiedzialem, że straciłem pracę w Polsce „Wejdę do najbliższego lokalu od dworca i tak zacznę pytać. W jednym, drugim, dziesiątym, trzydziestym…. ” )… pracuję w tym pięknym hotelu. Ktoś wyżej ma co do mnie chyba jednak jakieś inne plany ?. Zmywak też chętnie wezmę, jeżeli taki będzie moment. Każda praca jest dobra, jeżeli jest dobrze wykonywana (cyt. z Einsteina ?).
Jestem więc barmanem i przyjmuję to z zadowoleniem. Jeszcze 2 tygodnie temu moja sytuacja wyglądała zupełnie inaczej…. Miałem w tym wszystkim dużo szczęścia. Przyjechałem tu zupełnie bez przygotowania i nie znając nikogo. Znałem tylko jedno – język angielski. Pomagał mi w życiu już wiele razy. Teraz…. po raz kolejny.
Na razie pracuję na drugie zmiany. Zaczynam po południu i kończę bardzo późno. Potem wracam nocą wzdłuż morza…. Idę tak z rękami w kieszeni i rozmyślam o wszystkim, co się wydarzyło w ciągu jednego tylko miesiąca.
Parę dni temu był bardzo silny wiatr od Atlantyku. Zachodni wiatr. Deszcz walił z taką siłą, że każda kropla wbijała mi się w twarz… jak kolejna igła… wręcz boleśnie.
Szedłem tak w noc,… pochylony mocno do przodu. Walczyłem z wiatrem. Po drodze mijam zawsze pewien kosz na śmieci, którego boczna klapa ciągle sama się otwiera i trzaska na wietrze… a ja w obawie że wiatr ją kiedyś urwie – zawsze zamykam ją nogą. Zaczep łapie.. i mam poczucie zrobienia czegoś dobrego dla świata. Prawie codziennie ją tak zamykam….. I tak jakoś zawsze (nie wiedzieć czemu) przy tej właśnie okazji liczę dni, które upłynęły od mojego wyjazdu. Nazbierało się już trochę….
Deszcz chłostał tamtej nocy wszystkie te wiktoriańskie, dziewiętnastowieczne kamienice, które wyglądają jak żywcem wzięte ze starego Londynu.. To tak, jakby Londyn przesunąć do morza….Majestatyczne wejścia z wielkimi kolumnami, marmury, wielkie żyrandole przy wejściu…. Światła palą się jeszcze tylko w niektórych oknach o tej godzinie. Czasem ktoś nie potrafi zasnąć. Może coś jeszcze pisze, przy słabym świetle… A może czuje samotność i rozmyśla…..
Deszcz niemiłosiernie chłoszcze chodnik, na którym zauważam mimochodem napis „Don’t look down „… Co oznacza Nie patrz w dół. Zauważam go niezmiennie każdego dnia i nie wiem jak to się dzieje, że wśród tylu płyt chodnikowych zawsze zwrócę na niego uwagę. Gdyby mnie ktoś zapytał, gdzie on konkretnie jest, koło jakiego domu? – Nie potrafiłbym odpowiedzieć. Jedno jest pewne – jutro zauważę go znowu. Ktoś cegłą wydrapał ten napis tak, że nawet deszcz go nie zmywa.
Taki człowiek, który idzie pod wiatr zachodni – myśli o tym żeby się ogrzać…. Morze było tak wzburzone że rozpylone krople wody ograniczały mocno widoczność. Fale widziałem na kilkanaście metrów a potem tylko ściana ciemności.
Stanąłem przy budynku Davida Gilmoura od strony morza. Tam też ktoś jeszcze palił niewielkie światełko. Potem postanowiłem przejść między budynkami i oto wyszedłem do miejsca, gdzie blaszany szyld pewnego pubu kołysał się na tym silnym wietrze i zgrzytał. Stanąłem na wprost niewielkiego domu i popatrzyłem w górę. Widniał tam napis ” The Neptun” tak nazywał się pub, do którego doszedłem. Jego małe szybki z grubego szkła były tak zaparowane, że nie było widać niczego w środku. Jedno było pewne… było tam dużo światła i ze środka dochodziła muzyka.
Postanowiłem wejść. Przy wejsciu na podłogę ściekł z mojej peleryny cały deszcz. Obecni w środku spojrzeli na mnie…. a potem znowu wszystko wróciło do tego samego gwaru jak przedtem. Usiadłem przy barze i poprosiłem o jedno „Ale” . Barman uśmiechnął się życzliwie i zaczął napełniać mi Kufel z piwem. Używał do tego pewnego rodzaju dźwigni, którą pociągnął wielokrotnie zanim napełnił szkło. Piwo pompował ręcznie, starodawnym sposobem. Tych dźwigni miiał zresztą więcej. Do każdego z piw osobno. Robił to tak zamaszyście, że można by odnieść wrażenie, że steruję statkiem. Dźwignia skrzypiała przy tym cicho.
Piwo, choć zimne – było tym, czego potrzebowałem tamtego wieczoru. Gasiło moje pragnienie i działało przeciwbólowo.
Rozejrzałem się po obecnych w środku. Sami mężczyźni, za wyjątkiem jednej kobiety – która siedziała tuż obok mnie. Wyglądała jak piratka, w swoich tatuażach, w kolorowych włosach i z kolczykami… wszędzie, łącznie z przegrodą nosa.
Barman wydał mi się dziwnie znajomy. Krótko ostrzyżony blondyn. W uszach miał dwa wielkie kolczyki. Po chwili zrozumiałem skąd to skojarzenie. Pomalowane kreską oczy. No tak, oczywiście….W moich stronach tak wyglądają oczy górników. Mają pył węglowy w rzęsach praktycznie cały czas. Po tym od razu poznać górnika. Nie potrafi tego domyć i wygląda jakby miał pomalowane na czarno oczy. Barman jednak raczej nie był górnikiem….
Resztę ekipy w tym lokalu stanowiło kilkunastu mężczyzn w dźwięku po 50ce. Zauważyłem, że dwóch z nich nie ma paru zębów. Mieli już swój wiek i wyglądali jak zaprawieni w bojach. Myślę że po prostu żyli w tym pubie.
Pirackie skojarzenia nie opuszczały mnie od samego początku wejścia do tego lokalu.
Samo wejście do pubu wyglądało jak tył starego, okrętu.
Wziąłem drugie piwo. Rozejrzałem się po wnętrzu i zauważyłem w rogu niewielką scenę, a na niej gitarę na stojaku. Wszędzie na ścianach są stare zdjęcia znanych muzyków… najwięcej jest Beatlesów, Ale jest też Elvis, Chuck Berry, Ray Charles. Normalnie do tego miejsca pewnie bym nie wszedł. .. Zaprowadził mnie do niego tamtej nocy zachodni wiatr….i poczułem się w nim dobrze.
Popatrzyłem jeszcze raz na swoich kompanów… Pewnie, każdy z nich – gdyby wziął teraz ten instrument, który stoi sobie w rogu na stojaku – zagrałby jak David Gilmour…. Nie minęło 10 minut i jeden z tych gości z brakiem paru zębów – wziął gitarę do ręki i tak sobie po prostu zaczął grać…. Zagrał w taki sposób że czegoś takiego się nie spodziewałem. Zapomniałem, że jestem w Anglii. Tu ludzie chyba rodzą się z muzyką we krwi. Wszyscy w pubie uśmiechali się z zadowolenia. Potem zaczęli się obejmować serdecznie…Mnie natomiast zaczęło się wydawać, że wszystko się kołysze… Byłem zmęczony po pracy i tym nocnym marszem. Za oknem wiatr cały czas przeciągle wył. Deszcz ciął prawie poziomo. Nie chciało się wychodzić na zewnątrz. Wszystko jakby lekko się kołysało i miałem wrażenie, że ten budynek wyrwie w którymś momencie z fundamentów i popłyniemy wprost na otwarty ocean. Skojarzenie ze statkiem było coraz silniejsze……. Musiałem wyskoczyć z niego…. Nadszedł ten moment..
W jednej chwili znowu znalazłam się w ciemnościach na wietrze. Szedłem dalej w swojej długiej do kostek pelerynie. Wyglądałem jak jakaś postać z baśni, która sunie wzdłuż morza, w sobie tylko znanym kierunku. Brakowało mi jedynie w ręku jakiejś latarni ze świecą w środku. którą mógłbym sobie przyświecać ten mrok…
Niedaleko stąd jest takie miejsce zwane Siedem Sióstr. To urwisko, w którym morze wyrzeźbiło w białej skale potężny spad. Siedem sióstr dlatego, że tyle jest obok siebie tych białych urwisk. Wyglądają tak jakby morze potężnymi zębami wyżarło w skale ślad – zabierając kawał lądu. W takich miejscach kończy się znany nam, bezpieczny świat…
Przypomniał mi się pewien teledysk zespołu Eurythmics, z lat 80tych. W nim Annie Lennox chodzi w deszczu na angielskim wybrzeżu. Zapamiętał mi się ten teledysk. Czułem się trochę podobnie tamtej nocy.
Daleko jest mój dom – Iwona i Artur…brak mi ich….
*****
Wreszcie docieram do domu. Mieszkam w typowym angielskim, szeregowym domku. Na piętrze mam swój ciepły, przytulny pokój. Biorę gorący prysznic i wskakuję do łóżka… Nakryty po same uszy grubą kołdrą -.. czuję jakbym ciągle słyszał silne fale, uderzające w wysokie skały……
———-
31 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Ostatnie 10min w Unii
Wróciłem z pracy, siedzę na łóżku i patrzę na zegar. Za 10min Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej. To wielka data i nie sądziłem, że zastanie mnie właśnie tutaj…..Może się jeszcze Anglicy rozmyślą… Zostały 2 minuty ?
Słucham w tym czasie muzyki, bo to ona barfzo łączy ludzi bez względu na inne różnice. Tu, na wyspach ludzie wyjątkowo kochają muzykę. Ci, którzy pogrywają tu zwyczajnie na ulicy – grają jak wyjęci z radia. Idąc nocą wzdłuż morza – mijam wiele domów… i jestem zadziwiony tym, w jak wielu z nich można zobaczyć gitarę. Wisi gdzieś sobie na ścianie, albo stoi na stojaku. W środku takiego angielskiego mieszkania właściciele jedzą sobie kolację i rozmawiają przy wesołym świetle małej lampy …a nierzadko pewnie sięgają po ten i inne instrumenty…. i grają.
Nie wiem teraz, jak pasuje do tego wpisu link poniżej, ale Anglia bez Beatelsów nie byłaby Anglią. Tu ich zdjęcia można spotkać gdzieś co chwilę. Przynajmniej dla mnie to bardzo silne skojarzenie. Anglicy jutro obudzą się już w innym układzie politycznym,… a ja tym czasem dziękując im za ich gościnność wspominam fenomenalnych The Beatles i mój ulubiony ich utwór (którym zadebiutowali zresztą )… „Love me do”… I świat oszalał ? Dobrej nocy Anglio.
————–
OPUBLIKOWANE W27 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Clannad…
Clannad, to mało znany szerszej publiczności, Irlandzki zespół, grający muzykę z pogranicza folk, progresywnego rocka i muzyki elektronicznej. Dlaczego o nich… dlaczego akurat dzisiaj….? Właśnie, żeby to było takie proste – odpowiedzieć, dlaczego coś dzieje się właśnie dzisiaj….. właśnie teraz.. .. ? Nie wiem..
Wszedłem do jednego z moich ulubionych miejsc, jakim jest biblioteka Jubilee w Brighton. Jest to wielki, nowocześnie zbudowany kompleks, gdzie wielu ludzie spędza całe dnie. Przychodzą się tu uczyć, popracować w skupieniu, napić kawy, kontemplować czas (jak ja, np.), albo zagrać w gry planszowe, jak tych co dwoje staruszków obok mnie. Mają oboje pod 80tkę i tak tu sobie widać przychodzą. Myślę, że taka biblioteka i kultura bycia w takich miejscach jest czymś wspaniałym. U nas w Polsce takich miejsc brak. Dla nas biblioteka to miejsce, gdzie się wchodzi po książkę i wychodzi. Nasze czytelnie w niczym nie przypominają tych tutaj. Tu przychodzi się po to, żeby z sobą być. To miejsca, w których są także strefy zabaw dla maluchów, strefy dla młodzieży. Ludzie szanują się nawzajem i zachowują cicho. Ten ledwie słyszalny, łagodny i kolyszący szum ludzkich głosów – wprawia mnie w błogi nastrój. Kiedy godzinę temu przyszedłem tutaj…wielki stół na środku alei z książkami – był pusty. Z sześciu wysokich krzeseł, zostało wolne tylko jedno…..Siedzimy tu sobie wszyscy, jak skomponowana przypadkiem rodzina. Starszy pan, co jakiś czas wylicza powoli:
– Five… Six
Już trzeci raz tak policzył. Nie znam się na dominie, ale to pewnie bardzo ważne ?. Dla starszych osób taka biblioteka jak ta – to błogosławieństwo. Zamiast siedzieć samotnie w domu, przychodzą tutaj – jak do pewnego rodzaju świątyni.
Mężczyzna znowu policzył powoli:
– One…. Two
Jest czas, kiedy uczymy się liczyć jako dzieci i czas kiedy zapominamy liczyć…
Dociera do mnie, jaki kawał historii przeżyła ta para. Urodzili się pewnie tuż przed wojną, a może w jej czasie…..Tyle mógłbym się od nich nauczyć, dowiedzieć o życiu i świecie, z ich punktu widzenia i miejsca, w którym tyle przeżyli.
Miło zwracają się do siebie ci staruszkowie. Widuje różnych ludzi, więc zwraca to moją szczególną uwagę. Są tu już że mną ponad godzinę, a nie padło ani jedno zgryźliwe słowo, czy nerwowa uwaga. Rozmawiają z sobą tak przyjaźnie… Ponad budynkiem słychać cicho mewy..
Przyszła też młoda studentka i około 50 letni mężczyzna, pracujący na Mac’u….. Miło mi tu z nimi się siedzi…
*********
Mieszkam od ponad tygodnia w różnych hostelach. Spotykam tu bardzo różnych ludzi. Śpimy w pokojach czasem po 12 osób. Każde z miejsc, które odwiedzam ma swoją specyfikę. W jednym jest wiele osób pokiereszowanych przez życie, czasem chorych, czasem w ewidentnej depresji….odrzuconych może, czasem zawieszonych w czasie – tak, jak ja. Najwięcej jest Anglików, ale są tu ludzie dokładnie z całego świata. Dla niektórych te hostele stały się po prostu domem…często ostatnia stacją. Prawdę mówiąc… Tego się w Anglii nie spodziewałem. Tyłu tu ludzi jakby na to nie patrzeć – zagubionych…. Na ulicach też to widzę.
W tych hostelach można się umyć, przespać w cieple i rano zjeść parę tostów z dżemem. Do tego kubek gorącej kawy… to naprawdę dużo. Za oknem,.. bezdomni śpią po prostu na chodniku…Niektorzy z moich sąsiadów mogą się tam kiedyś znaleźć. Tu jest o jeden schodek wyżej. Bezdomnych do Brighton ściąga wielu. Przyjeżdżają na południe… najdalej jak się da… Potem jest już tylko ocean. Wielu z nich siedzi tu na chodnikach i pasywnie patrzy przed siebie…Co mnie zadziwia, bo są to w większości młodzi całkiem ludzie. Mały namiot, na środku ruchliwego chodnika – tutaj nikogo nie dziwi. Ktoś wędrujący z kołdrą i proszący „Some change Sir? „… to częsta scena. Na ulicach można spotkać takich ludzi, a za chwilę przejedzie Bentley, Tesla, czy McLaren. Jest tu wszystko. Koloryt, koloryt, koloryt….
Jest to jednak przede wszystkim miasto sztuki i swobody . Dowiedziałem się bardzo szybko po przyjeździe tutaj, że Brighton to brytyjska stolica LGBT. Jest tu mnóstwo lokali oznaczonych flagą z tęczą – co oznacza otwartość na osoby o takiej orientacji. Widok dwóch starszych mężczyzn, trzymających się na spacerze za ręce – tu wcale nie szokuje. Co jakiś czas widzę w różnych miejscach mężczyzn w kobiecych ubraniach, z makijażem. Lesbijek jest tutaj nieprawdopodobna ilość. Wszyscy żyją tu jedak zgodnie i spokojnie. Nikt nikogo nie wyśmiewa. Panuje powszechna akceptacja inności. Ja też ich wszystkich akceptuję ?, choć sam jestem hetero. Nie przeszkadza mi to. Wierzę w to, co powiedział kiedyś jeden z myślicieli „Kochaj i rób, co chcesz”… Od zawsze tak myślę. Nie mam też nic do ludzi o innym pochodzeniu. Zdarzyło mi się tu mieszkać przez dwie noce z samymi czarnoskórymi chłopakami. Ciekawe doświadczenie, kiedy to biały człowiek nagle znajdzie się w „mniejszości” ?. I co? Było spoko… ludzie są wszędzie podobni. Jak napisał chyba Ryszard Kapuściński – „Pod cieńką warstwą kultury – wszyscy jesteśmy tacy sami”. A ja bym powiedział „Zawsze bądź po prostu czlowiekiem – a przyjmą Cię wszędzie”..
No tak, miało być o Clannad… A zacząłem pisać o czymś zupełnie innym. Chyba zmienię tytuł tego wpisu, bo zupełnie nie pasuje ?.
Dziś zamieniam hostel na mieszkanie. Kolejny rozdział. Wczoraj do północy rozmawialiśmy z Susan, Australijką i Denisem z Ghany…. Dziś z Patricia, z Irlandii (poetką ?) rozmawialiśmy o Clannad. W pewnym momencie, dla żartów zaczęła mówić po Celtycku. I tu dochodzę do wyjaśnienia, dlaczego Clannad. To zespół, który napisał muzykę do fantastycznego filmu, jaki bardzo zadziałał na moją wrażliwość. Chodzi o „Robin Hooda”, wersję z lat 80tych. Poniżej wrzucę jakieś linki, żeby przybliżyć temat. Obok takich filmów jak „West Side Story” – był to jeden z tych, które gdzieś mnie wewnętrznie budowały.
Pamiętam, jak zapisywałem tytuły ich utworów na okładce szpulowej jeszcze taśmy. Starałem się przy tym tak zapisać celtyckie brzmienie tych słów, żeby wyszło to możliwie wiernie…. Potem dużo starsze ode mnie studentki anglistyki – jakim pożyczyłem szpulę śmiały się z tego, co popisałem. Byłem wtedy tak onieśmielony tym, jak się z tego śmieją, że odbierając z powrotem taśmę, powiedziałem tylko krótko:
– OK
Dziś, po wyjściu z hostelu… idąc z workiem na plecach przez ulice Brighton, pełne niezliczonej ilości urokliwych kawiarenek, restauracji i pubów – nagle zauważyłem na samym dole tablicy z ogłoszeniami – plakat: „Clannad. Pożegnalny tour Marzec 2020, Brighton”.
Teraz wszystko jasne.
W filmie fascynowała mnie ich muzyka, pełna tajemniczości i niezwykłych nastrojów. Przenosiłem się w ten świat, stworzony przez twórców. Miałem może z 13 lat. Co niedzielę o g. 13.00. Pamiętam to dobrze. Czekałem jak na święto. Dla mnie Anglia to był w dużej mierze ten film. Zapytasz mnie: Anglia? – a ja w maksymalnie trzecim skojarzeniu odpowiem: Clannad.
Tak naprawdę to Irlandczycy. To dwie rodziny o dużych tradycjach muzycznych, grające obok instrumentów nowoczesnych – także na starodawnych, takich jak cytry, czy harfy. Robią to naprawdę wyjątkowo. Ponadto wokalistka tego zespołu – Moya – to siostra słynnej artystki, znanej jako Enya ?. Obie mają anielskie głosy. To dar…
Enya także grała na początku w Clannad, przed rozpoczęciem solowej kariery.
A co do Robin Hooda, to sama koncepcja autora tego dzieła była niezwykła. Niby przypadkiem, gdzieś w lesie – zebrała się grupa banitów…. z różnych przyczyn odrzuconych, albo ściganych, albo nigdzie nie pasujących przez swoją bezkompromisową inność… I ci ludzie stali się sobie tak bliscy, że byli gotowi walczyć w siódemkę z całym światem i umrzeć za wolność. Każdy z nich był jednocześnie taką indywidualnością, że aż cud że się nawzajem nie pozabijali. Połączyła tych ludzi głęboka przyjaźń i wiara w te same ideały…..Czy to nie piękne?
PS.
Chciałbym się wybrać na koncert Clannad ?. Poniżej trochę linków…
Teraz już wiadomo, o kogo chodzi ?. A poniżej „Together We”, czyli My Razem…. Grupa wyrzutków gotowych zginąć za wolność i za siebie nawzajem..
A co do mnie, to jest pewien utwór, który towarzyszył mi często w trudnych chwilach. Śpiewa go właśnie Moya Brennan wraz z Clannad. To utwór śpiewany w języku celtyckim, o którym pisałem wcześniej. Mówi o wędrówce „Idź Kochanie bezpiecznie”, śpiewa w refrenie Moya…….Idę ?
———-
24 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Faded…
Jest taki sen, który kilka razy do mnie wracał…Budziłem się wtedy w ogromnym smutku. Sen, w którym poszukiwałem ludzi, ale nigdzie nie mogłem ich znaleźć. Wędrowałem przez jakieś opuszczone i zniszczone miasta. Jak po jakiejś wojnie… Chodziłem po gruzowiskach, wspinałem się po metalowych konstrukcjach, zupełnie jak w dzieciństwie…. i wchodziłem najwyżej jak się dało – żeby zobaczyć, czy ktoś jest wokół….. ale nie było ludzi….. nigdzie…. I budziłem się…..
Pewnego dnia zobaczyłem kiedyś ten teledysk Alana Walkera…. i zobaczyłem swój sen. Nieprawdopodobne… ten teledysk tak bardzo przypominał mój sen… A ja byłem tym, który z całym swoim dobytkiem na plecach wybrał się w drogę…. szukać ludzi.
——–
22 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Spacer po Brighton…
Wybrałem się wczoraj na słoneczny spacer po Brighton. Dowiedziałem się przy okazji kilku ciekawych rzeczy. Tu mieszka David Gilmour z Pink Floyd, Adelle, Fat Slim Boy, Jimmy Sommerville z Bronsky Beat….i kto wie, kto jeszcze ?
Bliskość Londynu sprawia, że żyje się tu ludziom wygodnie…. A sami londyńczycy przywożą tu z sobą dobry nastrój, bo po prostu przyjeżdżają wypocząć.? Tak tu było sto lat temu i tak jest teraz….
Poniżej trochę fotek, jakie zrobiłem…..
Upssss… Okazuje się, że mam problemy techniczne i chwilowo nie mogę ładować zdjęć… .. szkoda. Wczoraj była piękna, słoneczna pogoda i zrobiłem trochę ciekawych ujęć…
No cóż….w takim razie załaduję parę utworów artystów, których wymieniłem wcześniej… Piszę z komórki i też nie jest to zbyt wygodne niestety, dlatego piszę raczej mało.. Zdjęcia postaram się załączyć jutro/ pojutrze ? na razie udało mi się wrzucić tylko dwa, ale mam ich sporo…
Adelle…. HELLO
David Gilmour… Pink Floyd w jednym z moich ulubionych utworów…
Jimmy Sommerville… i Small Town Boy. Pisząc o tym utworze w listopadzie – nie przypuszczałbym, że on pojechał tym pociągiem z teledysku właśnie tu… ? Widać coś tu jest rzeczywiście niezwykłego….
——–
Why Liverpool?
Pamiętam to pytanie Mick’a przy bankomacie w Ustroniu:
– Dlaczego Liverpool?
– Bo Beatelsi,…. bo nad morzem…. i mam bezpośredni lot z Katowic.
– Jeżeli tylko tyle…. to leć do Brighton – odparł ? – Liverpool odwiedzisz potem…. No problem.
I tak jedno zdanie zmieniło mój kierunek.
– Wiesz, że zmieniasz moją historię? – powiedziałem.
Uśmiechnął się tylko i poszliśmy do pubu. Moja podróż zaczęła się tamtego dnia…. czułem to już wtedy…
**************
No i jestem….. ? nad Atlantykiem… jak w moim ulubionym teledysku U2….. A głosy mew przypominają mi dźwięki ich gitar……, przedzierające się wysoko ponad ziemię – w przestrzeń…
Jak kiedyś, kiedy jako chłopak – słuchałem tego utworu że słuchawkami na uszach… w sobotni, długi wieczór. Przebierałem dłońmi po kołdrze, udając że gram na gitarze. A czy to były jeszcze ich gitary, czy mewy – wolne ptaki…. nie pamiętam tego. Czułem wiatr od oceanu…. aż tam, w Siemianowicach… ?
Mewa, to dla mnie synonim przestrzeni, słońca, lotu po to żeby po prostu lecieć….. wysoko.
Poniżej jedna z mew budzących mnie rano. Chodzą sobie po murku… na oknie ?
I 360 w Brighton.. wieża widokowa… Patrząc na ten azymut… wylecisz na otwarty Atlantyk…. bezkresny…
——–
18 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Born to be wild…..
Od paru dni obserwuję życie w Brighton. To miasto ma ponad 150 tys. ludzi. Jest całkiem niemałe. Nie bez powodu Anglicy mówię na nie czasem London on See. Architektura jest tu tak różna, że czasem jest to Londyn a czasem nadmorski kurort. Główny deptak przypomina mi te z Lazurowego wybrzeża… Tylko w Środku palm brakuje. Siedzę teraz na Fish and Chips i rozmyślam… obok mam hotele Grand i Hilton a na wprost West Pier i najwyższą a wieże widokową na świecie i360. W Hali koncertowej tuż obok na światowe wody wyplynęła ABBA z utworem Waterloo, w konkursie Eurowizji.
Do Brighton z Londynu można podjechać w pół godziny a więc mniej więcej tyle ile miałem z Ustronia do Bielska, albo też połowa drogi z Ustronia do Siemianowic ??. A więc prawie nic. Ledwie ruszysz i włączysz radio a już jesteś. Londyńyczycy przyjeżdżają tu na potęgę… Zwłaszcza w weekendy i słoneczne dni. Bawią się w tutejszych lokalach, siedzą do rana w pubach, słuchają muzyki. Właśnie… ta miłość do muzyki jest tu widoczna wszędzie. Dwa dni temu obok mnie w pubie chłopak tak zagrał na gitarze…ze bylem pod ogromnym wrażeniem. Ich gust muzyczny jest naprawdę wysoki. Włosi maja najlepsza kawę ba świecie a Brytyjczycy muzykę… Tak to czuję. Tu na każdym kroku jest sztuką. Brighton jest znane jako miasto artystów i ludzi wolnych… tak czytam w przewodniku…
Kiedy kładę się spać.. to bywa, że przyjdzie wiatr tak silny, że wydaje mi się że jestem na środku morza w czasie sztormu…zastanawiam się, czy mój mały pokoik na ostatnim, piątym piętrze to wytrzyma ? wszystko na zewnątrz trzeszczy i wydaje się że zaraz się rozleci.. Wskakuję pod gorący prysznic a potem pod kołdrę. Słucham wycia wiatru nad La Manche, od oceanu… długo w noc.. A potem zasypiam. Błogo tu jest…
Rano budzą mnie mewy, które zaglądają do mojego mansardowego apartamentu. Chodzą sobie po murku.
Widok z mojego okna na molo… PIER…
——
14 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
Brighton..
Dotarłem do miejsca o nazwie Brighton. To nadmorska miejscowość… Pierwsze Kąpielisko Anglii. Jakby odpowiednik polskiego Sopotu….
Poszedłem od dworca wprost w dół,… do morza. Już sam dworzec zrobił na mnie wielkie wrażenie – stary, 19-wieczny…jak z „80 dni do okola świata ” Juliusza Verna, zaraz przed podróżą samego Williasa Fogga (naczytalem się kiedyś). Esencja brytyjskości. Przypomina mi ten dworzec trochę mediolański. Ma ten sam szyk i rozmach. Oba też mają na końcach każdego toru bary i restauracje. Tu się chyba nic nie zmieniło od 200 lat. Pięknie tu…
Szedłem dalej w dół… Po drodze mijałem tyle starych, urokliwych restauracji, barów i pubów. Co chwilę w tych wąskich uliczkach jeżdżą piętrowe autobusy – jak w Londynie. Sama przejażdżka takim busem to musi być w tych stronach niezła wycieczka.
Anglicy kochają swoje puby. Widzę wielu uśmiechniętych ludzi w środku. Każdy z tych lokali na myślę ze 150-200 lat.
Anglia, to kraj starych tradycji…. W taką pogodę jak dziś – przy wietrze, który tu, nad kanałem La Manche wręcz sam pcha człowieka w sobie znanym kierunku ? – wejście do środka to po prostu dokładnie to, czego pragnie. Uśmiechnąłem się po drodze, widząc takie miejsca….I tak doszedłem do morza. Stałem z marynarskim workiem na plecach – z całym swoim dobytkiem w nim zawartym… Stałem i patrzyłem przed siebie….
– Jestem tu – pomyślałem.
Przedwczoraj wieczorem oglądaliśmy z Iwoną i Arturem album, jaki kupiłem w UK, w Plymouth… 23 lata temu. Jest też w nim wzmianka o Brighton. I rząd hoteli wzdłuż morza…Postanowiłem dotrzeć dokładnie do miejsca, w którym zrobiono to zdjęcie..
Brighton znają wszyscy Anglicy…i ja też chciałem je poznać… ?. Więc szedłem nim pod ostry wiatr.
Początkowo chciałem jechać do Liverpoolu. Spotkałem jednak w Ustroniu Mika – pewnego Anglika. Niesamowite to było spotkanie, tamtego wieczoru. Właśnie miałem kupić bilet a tu on. I pyta mnie:
– Dlaczego Liverpool?
– Bo jest nad morzem i Beatelsi byli stamtąd.
Uśmiechnął się tylko.
– Nie rób tego – mówi. Ja dużo podróżuję po świecie.. I wiesz, co Ci powiem? Trudno jest znaleźć takie miejsce jak Ustroń. Jestem tu z 7 razy na rok. Kupiłem nawet grunt. Bywam w Kanadzie, Meksyku, Australii…… ale to tu czuje się najlepiej. Coś tu jest niezwykłego.
– Wiem – mówię
– Ale, jeśli już chcesz jechać do UK, to jedź do Brighton. Ktoś, kto kocha Ustroń – polubi Brighton. Mam rodzinę w okolicy. Dobrze się tam żyje…. Jedź do Brighton. Potem poszliśmy na piwo do „Tete a tete” i długo rozmawialiśmy.
– Wiesz, że zmieniasz moją historię? – zapytałem tylko.
– Twoja podróż zaczęła się tutaj – powiedział, uśmiechając się zagadkowo. – Daj znać jak będziesz na miejscu. (Faktycznie – napisze do Mika SMS… przypomniałem sobie o tym. Napiszę „Pozdrowienia z Brighton”. Rozbawi go to pewnie. Sympatyczny z niego człowiek).
O tej miejscowości wiedziałem tyle, że w moim ulubionym filmie Ralph Fiennes śpiewa…
„Gdy wyszłaś na plażę w Brighton – uciekły wszystkie ryby”…
– Coś w tych pozornie przypadkowych zdarzeniach musi być – i tak oto tu jestem.
Skrecilem w lewo i znalazłem się prxy pięknym hotelu Royal Albion… Przy samym molo. Cudownie tu.. Po prostu wszedłem do pierwszego z brzegu… bez Bookingu czy czegoś tam. Wialo tak, że nie byłem w stanie iść już dalej. W środku ciepło i miło. Wielki hall… Stara restauracja i piękny bar. Ktoś śpiewa z mikrofonem w salonie….. Wowww… Widać tak musiało być. I jestem.
? Siedzę teraz przy hotelowej lampce, na wygodnym fotelu, z wycuagnietymi nogami. Zdałem mokre ubrania i grzeje mnie wielki kaloryfer. Patrzę w morze za oknem i piję mocną, gorącą herbatę. Zwyczajem angielskim – z mlekiem. Mam tu nawet czajniczek..
Cały hotel, ten mój pokój… i wszystko tu – ma swój niezwykły klimat… Jak z obrazów Jacka Vetrianiego… czy może być lepiej dla kogoś takiego jak ja ?
W tym małym pokoiku z wielkim łóżkiem – jest łazienka z wanną… O jak miło będzie się w niej wykąpać po dniu podróży. Z Ustronia, przez Norwegię… do Londynu… i w końcu do Brighton…
Jutro idę szukać pracy. W szafie nawet jest żelazko…. Wyprasuję nim swoją najlepszą, białą koszulę Windsor… i idę w miasto ? Może szczęście się do mnie uśmiechnie…
Ponizej foto z Brighton i mój hotel.
No i coś z klimatów Vetrianiego. Wiatr u niego na obrazie – jak tutaj.. dokładnie ?
——-
14 STYCZNIA, 2020 PRZEZ ADMIN
UK moje UK
I jestem tu…. znowu, po prawie ćwierć wieku nieobecności ?. W innych okolicznościach i w innym celu. Wtedy jako młody inżynier w garniturze i krawacie …. mieszkający w drogich hotelach….. Teraz jako 48 letni wagabund ?. Jak pięknie jest oglądać życie z różnych stron… i studiować na najważniejszym ze wszystkch uniwersytecie – uniwersytecie życia….
Na lotnisku London Gatwick grają właśnie Bruce’a Springstena….. ? Fajną, łagodną balladę.. Piję swoją pierwszą po latach brytyjską kawę z mlekiem. Tak mleczna jak ta dzisiejsza mgła. Trawy nigdzie nie są tak zielone a mgły tak gęste. Nawet do ładowania podchodziliśmy dwa razy przez mgły i silne wiatry.. Piję tą kawę spokojnie…. no i myślę,…. co dalej……. Zupełnie nie mam pojęcia – a jedynie jakiś bardzo mglisty zarys….. – Jak ta mgła ?……Ale znając siebie – zaraz coś wymyślę. Niech no tylko dokończę tę kawkę ???
London Gatwick 14.01.2020
——–
Ustroń – Oslo – London Gatwick
Ucałowałem wszystkich… A potem wsiadłem w ostatni pociąg 19.46 – z Ustronia………..
Teraz czekam na samolot do Oslo…. i myślę o gorącej kawie. Przysypiam obok Coffee House. Zaraz pójdę się jej napić, bo właśnie otwarli i słychać pierwsze uderzenia opróżnianej kolby z ekspresu do kawy. Obok jest welka, czerwona choinka.
Święta tego roku przeżyliśmy pięknie…. mimo tych wszystkich trudności jakie przyniosło życie. Trzymamy kurs….. czuwam nad tym. Choć niejeden powiedziałby, że jestem szalonym sternikiem. Nie jestem – wiem, co robię ?
——–
24 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Wigilia 2019”
Tak więc minął dokładnie rok od momentu, kiedy uruchomiłem swojego bloga. Rok z dokładnością co do godziny ? Tak się składa, że dokładnie tak jest. Wtedy w ciągu zaledwie dwóch godzin uruchomiłem wszystko. Pamiętam, jak to było. Wydawałoby się to niemożliwe. Musiałem przebrnąć przez problemy techniczne, nieznajomość oprogramowania, itp. itd. A jednak bardzo chciałem to zrobić – i tak od pragnienia do realizacji – zrobiłem to ! I wiem, że to byla dobra decyzja… ?
Myślę, że warto – by każdy z nas tworzył własnego bloga,…. własną opowieść. Aby pokazał innym jak odczuwa świat. Internet to potężne narzędzie i można je wykorzystywać na różne sposoby – także po to, aby dzielić się z innymi…. sobą. W razie – gdyby ktoś potrzebował pomocy w tym, jak przebrnąć przez to wszystko i jak to zrobić – chętnie pomogę ? Ja uczę się tego sam i mam jeszcze wiele pomysłów na przyszłość ?
Patrząc wstecz – widzę, że trochę tego jednak napisałem. Ten blog, ……kilkaset wpisów na Facebook, Instagram. Każdy wpis jest jak mały kawałek puzzli, które kompletują to, co chcę powiedzieć.
Kiedy przeglądam te różne wpisy, to odczuwam to co wtedy, kiedy je pisałem. A pisałem je w bardzo różnych okolicznościach. I tak, każda drobna różnica w nastroju, sytuacji, czy czegokolwiek – sprawiają, że dany tekst jest inny, niepowtarzalny….Pewnie gdybym pisał je w innym momencie – także byłyby ciut inne.
Cieszę się, że ktoś czyta to, co piszę. Przekonuję się o tym czasem w rozmowach. Ktoś np. nie śpi w nocy, bo tak mu się akurat zdarzyło i otwiera mojego bloga……zaczyna czytać i przenosi się wraz ze mną tam gdzie ja. Zabieram go we wspólną podróż w czasie….. Taka oto jest niezwykłość słowa pisanego. Twórca i odbiorca – spotykają się w połowie drogi. To, gdzie powędrują – zależy tylko od ich wyobraźni i wrażliwości. Słowa potrafią dotrzeć do najniższych warstw psychiki i uczuciowości, bo odpowiadają wprost sposobowi w jaki myślimy….a myślimy – niejako mówiąc sami do siebie ? Ze słowami trzeba obchodzić się ostrożnie. Ja staram się robić z nich dobry użytek. W to wierzę i to chcę robić dalej……..
Ciepłych i pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia 2019.
A co do przyszłości – Tom Hanks (konduktor) – mówi….
One thing about trains: It doesn’t matter where they’re going. What matters is deciding to get on…. (Jedna rzecz, jeśli chodzi o pociągi: nie ma znaczenia, dokąd jadą. Liczy się decyzja).
Zegar w salonie na tym filmie….tyka identycznie jak nasz – w środku nocy, tuż przed wschodem słońca ? Tak więc Magia Świąt działa ! Życzę Wam wszystkim, żebyście zawsze słyszeli ten dzwonek
——–
22 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Early Bird…..cz.1”
Przebudziłem się bardzo wcześnie. Za oknem było jeszcze ciemno. Leżałem na kanapie, …patrząc przez szklaną ścianę na zarys gór. Słońce jeszcze nie wstawało. Wielki zegar na ścianie cicho i łagodnie tykał…. To jego tykanie jest zawsze takie spokojne….Obudziłem się i wiedziałem, że poprzedniego dnia zdarzyło się coś ważnego……, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć co….?
Powoli mój umysł zaczął się budzić…..już wiem……poprzedniego dnia straciłem pracę. Nie przedłużono mi umowy. Zupełnie nieoczekiwanie – po 3 latach pracy…….
Lubiłem tę firmę – bardzo. A już wyglądało na to, że życie zaczyna się układać….
Jest 20.12.2019. Za trzy dni Artur ma urodziny, a za cztery jest wigilia. Już wszystko składa mi się w całość. Już się dobudziłem. Pozycjonuję się w czasie i przestrzeni ..siadam powoli na kanapie. Spałem w ubraniu – bez przykrycia….
Przyglądam się swoim dłoniom, jak wtedy w nocy, otoczony swoimi rysunkami. Postacie z rysunków patrzyły wtedy na mnie – a ja nie mogłem uwierzyć, że sam je stworzyłem…..dałem im życie. Cokolwiek teraz nie będę robił i cokolwiek się nie zdarzy – mogę to zrobić własnymi rękami – ….tyle mam. Nimi mogę zrobić wszystko od nowa – sam tak przecież pisałem. Robiłem w życiu bardzo różne rzeczy i nie brak mi odwagi. Potem dotykam powoli dłonią czoła….mój umysł – tyle mam. Tam są wszystkie moje doświadczenia i moja wiedza. Moja wrażliwość i moja siła. Mam też dwie nogi – mogę na nich zajść daleko, nawet mając worek marynarski na plecach. Przecież w nim wszystko wciąż jest gotowe – właśnie na taki moment. Dotykam swoich twardych mięśni…..jestem silny i takim się czuję.
Siedzę tak jeszcze chwilę w ciszy……………………
Potem biorę głęboko powietrze w płuca i energicznie wstaję. Do włoskiej kafetiery wlewam czystą ustrońską kranówkę…..potem wsypuję mieloną kawę i jak zwykle przed zamknięciem wieczka wdycham zapach esencjonalnej kawy…upajam się nim……. Nic się nie zmieniło. Poranek jak zawsze ?
Mężczyzna jest po to, żeby iść pod wiatr. Jest po to, żeby przedzierać się przez noc…..Teraz przychodzi czas, kiedy po raz kolejny trzeba to udowodnić.
Życie jest nieprzewidywalne i zaskakujące – a już moje na pewno. Naprawdę chciałem je tym razem ustabilizować, zapewnić bezpieczeństwo……wreszcie zatrzymać się w tym pędzie. Nie chciałem żeby było jak podróż pociągami, kiedy wychodząc z jednego – porywa Cię drugi. Wyskakujesz na jakimś peronie w ciemną, zimową noc. Wszędzie biały, wysoki puch…..i już widać tylko ledwie małe światło ostatniego wagonu, tego pociągu w którym jeszcze przed chwilą jechaliśmy. Czekasz na następny pociąg…..jeżeli jakiś przyjedzie. I nadjeżdża….i porywa Cię z sobą….już inny świat, inni ludzie, inne miejsca, inne sprawy……..Trochę jak w tym filmie dla dzieci „Express Polarny” ? Mijają pory roku …lata… Zatrzymujesz to co najpiękniejsze w sercu..a wszystko pędzi – jakby coraz szybciej i szybciej. Ważne jednak jest to że zatrzymuję to w sercu. To pozostanie.
Nasze życie podzielone jest na miejsca zamieszkania. W elektronicznych archiwach są katalogi o nazwach miejsc, w których mieszkaliśmy. I tak, pod tymi katalogami są całe historie. Jak galaktyki, które na niebie są punktem, pod którym kryją się wielkie historie. Są tam zdjęcia, moje teksty, rachunki za mieszkania, moje rysunki, faktury, umowy, umowy o pracę, nagrania muzyczne, itp. itd. To trochę tak – jakby żyć co najmniej kilkanaście razy……..widać tak musi być. Widać muszę poznać wszystkie kolory tęczy i doznać bardzo różnych rzeczy. Może jest mi to do czegoś potrzebne ? Może tego nie rozumiem – teraz to nie ważne. Wiem, że rozumie to siła, która mnie prowadzi. Jak zawsze jej ufam……Jestem całkowicie spokojny.
Wczoraj, mój dobry kolega napisał mi na Messenger:
„Idź śmiało przez życie i bądź człowiekiem, gdziekolwiek zostaniesz posłany…..”
Oddał dokładnie mój sposób myślenia. On też tak czuje.
Niedziela 22.12.2019
Tymczasem jutro urodziny Artura a pojutrze wigilia. Cudowny czas ?
Nie wiem, co wymyślę, ale wiem że to będzie dokładnie to, co powinienem – i to będzie dobre ?
Momentami jest tak, jak na tym fragmencie z „Polarnego Expresu” . Czuję się jak Tom Hanks sterujący tym pociągiem na filmie poniżej. Wszystko pęka pod nimi, a pod lodową krą bezkresna toń lodowatej wody, ….. nie ma się na czym oprzeć – lód pęka i pęknięcie ściga ich bezlitośnie. Szczelina w górze lodowej przez którą chcą przejechać jest daleko i wydaje się nieosiągalna. A to oznacza, że trzeba jeszcze bardziej dołożyć resztek węgla do pieca i wycisnąć max z parowego kotła…Pociągiem rzuca na lewo i prawo. Zaraz pociąg chyba sie wywróci……ale jednak się nie wywraca i udaje się….., bo Tom – jak zawsze – nie traci przytomności umysłu, nawet w najtrudniejszych sytuacjach ?
A w Wigilię wydanie specjalne ❤️ bo to już rok od momentu kiedy uruchomiłem bloga. Zrobiłem to dokładnie wwigilię 2018 roku…
———-
15 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Bergen…”
Był taki czas – około 2012r, kiedy o mały włos nie wylądowałem w Bergen – w Norwegii. Miałem tam już zorganizowaną pracę – w firmie produkującej silniki do łodzi motorowych. Fajna praca dla inżyniera – za ciekawe pieniądze. W ostatniej jednak chwili coś uległo zmianie….. i jestem dalej w Polsce. Z perspektywy czasu wiem, że bardzo dobrze się stało. Wiele rzeczy potoczyłoby się pewnie inaczej, a jestem zadowolony z tego, że potoczyły się właśnie tak.
Byłem już mentalnie bardzo przygotowany do wyjazdu. Od paru tygodni jakbym już żył w trochę w innym świecie. Wszystko wokół wydawało mi się takie bardziej skandynawskie, leśne, chłodniejsze i trochę ciemniejsze. W środku domów jednak zawsze bardzo ciepłe i wesołe. Takie życzliwe i ludzkie. Trochę, jakbym wchodził w świat z książek. Znałem skandynawską kulturę ze Szwecji i bardzo ją cenię. Przede wszystkim za wielki szacunek dla przyrody i wysoki poziom wykształcenia tamtych ludzi. Ale także za ich wieczny spokój i pogodne smakowanie życia. W Skandynawii czas płynie inaczej. Do dziś nie zapomnę tego, jak z rybakami leżeliśmy po obiedzie – gdziebądź…..no bo przecież trzeba odpocząć ?
Może kiedyś wrzucę jakieś fotki w gumowanym stroju rybaka… ?
Do dziś pamiętam takie spokojne, późne popołudnie….idę wzdłuż morza i napotykam niewielką, drewnianą i czerwoną chatkę. Taką z białymi listwami u szczytu, jakich tam wiele. Myślałem, że jest opuszczona. W oknie były sieci zamiast firan. Na parapecie stała gipsowa mewa i lampka naftowa. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem w środku śpiącego sobie rybaka…….. Morze szumiało spokojnie…. W tamtym miejscu czas się chyba zatrzymał.
Przed naszym domem, w pewnej odległości rośnie wielka sosna. Nazwałem ją swego czasu „Sosną Norweską” – choć pewnie to inny gatunek. Zresztą ja wtedy wszędzie widziałem Norwegię. To trochę tak, jak kiedy jako dziecko czytałem „W pustyni i w puszczy” – i wszędzie doszukiwałem się Afryki. W pewnej odległości od naszego domu rósł ogromny dąb i kiedy przychodził zachód słońca – ten dąb z tyłu oświetlało pomarańczowo-czerwone słońce. Dąb był więc Baobabem. Trochę podrosłem i wszędzie w Ustroniu widziałem norweskie sosny…
Z tego okresu pozostało mi wspomnienie pewnego norweskiego zespołu: „Kings of Convenience” (mało znanego w Polsce) i utwór, który wtedy ciągle mi towarzyszył: „Me in You”. Tych dwóch genialnych muzyków snuje swoją gitarową opowieść – na dachu jednego z budynków – właśnie w Bergen. Ich ciepłe gitary przenikają się niezwykle subtelnie i harmonicznie. Bergen widać później z lotu ptaka – jest przyjemny rzut na miasto i zatokę. To właśnie miał być nasz nowy dom….. ?
– W Bergen wiecznie pada deszcz – powiedział mi ktoś…
– Nie prawda – powiedział ktoś inny – w zeszłym roku było parę dni słonecznych ?
Tak tam podobno jest. Słońce jest tam jednak w ludziach…. i to jest niesamowite.
Bergen to także miasto rodzinne jednego z elektronicznych geniuszy – Alana Walkera. Kto wie, może spotkałbym go kiedyś na ulicy ?
W „Me in You” Kings of Convenience śpiewają o rozdrożach, które dają możliwość wyboru („Crossroads and given the option”). I tak to właśnie jest w życiu… dochodzi się do jakiegoś skrzyżowania, czy rozdroża i wybiera się drogę – w lewo, bądź w prawo. Potem dochodzi się do innego i znowu – w lewo, bądź w prawo. Życie składa się z pozornie małych wyborów, które mają dalekosiężne konsekwencje. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo dalekosiężne.
Kiedy na zewnątrz robi się trochę chłodniej i świątecznie – lubię ich znowu posłuchać…. i popatrzeć przez okno na sosnę. Urosła już nieźle…..
Miłego i ciepłego wieczoru przy grzańcu ?
————
OPUBLIKOWANE W8 GRUDNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Wild”
Wszedłem do lokalu „City Rock” w Katowicach. Przychodziliśmy tu kiedyś. Fajne miejsce – z wielkimi szybami, wprost na południe. Czuje się tu przestrzeń. Wpada też mnóstwo słońca w piękny dzień. Czas płynie tu leniwie – tak, …..jak lubię. W środku wszystko urządzono na amerykański styl lat 50-tych. Na ścianach wiszą elektryczne gitary. Ponad barem stoi stary Harley. Stoły, krzesła, fotele …. wszystko jak z innej bajki.
Podchodzi do mnie młoda dziewczyna w chustce zawiązanej nad głową – jak lollipop girl:
– Proszę, ….menu dla Pana – mówi, podając mi kartę.
– Dziękuję,… wezmę tylko espresso.
– Ok – uśmiecha się i obracając na pięcie odchodzi tanecznym krokiem.
– Mogłaby być moją córką – pomyślałem…
Obracam się za siebie i szukam wzrokiem wielkiej fotografii Jamesa Deana, która była tu kiedyś. Nie ma jej jednak.
Na ścianach są fotki Elvisa,….. Merilyn…., ale Jamesa nie ma nigdzie.
Patrzę przez okno na wielki budynek Banku Śląskiego. Wygląda jak potężny statek, płynący gdzieś na zachód. Ulica Sokolska tonie we wczesnogrudniowym słońcu.
– Proszę, Pana espresso – dziewczyna ściąga z tacy gorącą, małą filiżankę.
– Przepraszam,…….. była tu kiedyś fotografia Jamesa Deana. O tam ! – pokazuję miejsce na ścianie. – Czy powieszono ją teraz gdzie indziej ? – pytam.
– Nie, nie ma tu takiej. Ja pracuję dopiero od roku, ale nie mieliśmy tu czegoś takiego.
– Kiedyś była. Lubiłem ją. Fajnie było na nią popatrzeć… – mówię. – Dziękuję za kawę.
Zamyśliłem się na moment. Przypomniałem sobie jedno z wielu ciekawych zdarzeń z mojego życia. Jednym z nich było podświadome odtworzenie pewnych obrazów, które gdzieś sobie zapisałem – prawdopodobnie w podświadomości. Dążyłem do ich realizacji, nawet w sposób nieuświadomiony. Chciałem poczuć to, co sobie wyobraziłem. Jak bohater ze zdjęcia.
Pamiętam, jak szedłem wtedy ulicą i dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że odtwarzałem pewien znany mi obraz. Chciałem przez moment poczuć to, co on……beztroskę, całkowitą wolność i niezależność od wszystkiego. Nie mieć pozornie nic – a jednak mieć wszystko.
Podobało mi się w Jamesie to, że grał postacie, które nie brały udziału w wyścigu. Ludzi, którzy żyli tym, co daje im życie – tak po prostu. Nie poddawali się normom, bo mieli własne – moralne. Z takim człowiekiem trudno jest coś zrobić. Nie da się go przekupić, bo przedmioty nie mają dla niego wartości. Nie da się mu posłodzić stanowiskiem, czy pozycją – bo ma to totalnie gdzieś. Nie potrzebuje wiele do życia – bo jest jak dzikie zwierzę. Ceni jedynie wolność. Nawet za cenę głodu i bólu.
Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni kurtki notes – i zacząłem pisać……
„Byłem wtedy jeszcze bardzo młody…miałem może z 18 lat (30 lat temu ? )
Pamiętam, że wyszedłem tak – jak wstałem z łóżka….
Zapragnąłem po prostu iść przed siebie.
Dłońmi przeciągnąłem tylko do tyłu po włosach.
Taki miałem zwyczaj.
Po drodze przeczesze mnie wiatr – pomyślałem.
Wyszedłem w koszulce, w której jeszcze przed chwilą spałem…
Narzuciłem tylko gruby płaszcz.
Po drodze wypierze mnie deszcz – pomyślałem….
Szedłem półsenny…..
……..zamgloną, ulica…..
Jedną z tysięcy śląskich uliczek,
tak podobnych do siebie….
Szedłem przed siebie……….po prostu.
Ludzie rozpalali w piecach.
Dym wisiał nisko.
Wczesnoszary poranek……………
Dopiąłem płaszcz, ….bo zaraz prawie zima….
Idąc, włożyłem ręce do kieszeni,
Znalazłem tam parę monet.
Policzyłem….
Sterczy na bilet i kawę…
Zresztą gdyby nie starczyło na bilet,
….to poszedłbym piechotą….
Ważne, że mam na kawę….pomyślałem…
Śmiejąc się sam do siebie – szedłem szczęśliwy.
Szczęśliwy bez powodu…
Będąc całkowicie pewnym, że czeka mnie dobre życie….
Czasem tak jest…
że słyszę ten wiatr.
Słyszę go już z daleka,
zanim nadejdzie.
Taka moja natura…
Od zawsze…
Jestem czasem psem…
A czasem wilkiem…
Wilk będzie biegł zawsze szybciej niż pies. Nie boi się głodu i bólu. Braku snu i zimna. Jedynie mężczyzna, który ciągle ma w sobie to dzikie zwierzę – jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody życia….. i nie sprzeda się za komfort. Takiego człowieka – nie da się kupić….
Paradoksalnie – tylko taki mężczyzna jest w stanie dać kobiecie i rodzinie bezpieczeństwo. Jego nie uśpione, dzikie instynkty zareagują z wyprzedzeniem. Mężczyzna balansujący na granicy – gotowy stracić wszystko, żeby chronić wszystko….Chronić to, co najważniejsze…
Wychodzę z „City Rock”,…. stawiam kołnierz kurtki i idę Sokolską na południe….
Nie wiem, ile jeszcze obrazów jest zapisanych we mnie – jak np. ten ?
Albo ten….mężczyzna wychodzący na ulicę. Jeden z wielu…..i po prostu któreidzie przed siebie.
A może ten…
Podświadomość to wielka siła. Bohater filmu „Vanilla Sky”, którego gra Tom Cruise – odtwarzał w pamięci wiele scen – i między innymi także tą – z fotografii Jamesa Deana. Ja lubiłem Jamesa pewnego siebie i beztroskiego. Wolnego i silnego. Bohater „Vanilla Sky” – pamiętał to:
Myślę, że wszyscy zapisujemy w sobie czasem jakieś obrazy i zazwyczaj nie mając tego świadomości – próbujemy je odtwarzać. Warto to sobie uświadomić – i w razie potrzeby zapisać nowe. Warto zajrzeć w siebie i uświadomić sobie wszystko to, co nami kieruje. Warto zapisać treści, które mają dobrą wartość i sens – bo z takimi idziemy dalej przez życie
——–
Jestem spokojny – bo wiem, że wszystko wydarzy się we właściwym czasie…. Nie martwię sie niepotrzebnie, że np. coś mnie ominie, itp. Wiem, że jakaś dobra siła mi pomaga … Czuję to…., doznaję tego i nie mam najmniejszych wątpliwości…Myślę, że jeżeli ktoś naprawdę postawi dobro i miłość najwyżej w swojej hierarchii wartości – będzie odczuwał ten sam rodzaj wewnętrznego spokoju.
——
jaro SHOP – opening soon
GIFTS ? !!!
OPUBLIKOWANE W24 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Bogowie elektroniki – cz.2 – ATB i Armin”
Spośród wielu artystów tworzących elektronikę – z pewnością nie mógłbym pominąć ATB i Armina Van Buurena. Celowo piszę o nich wspólnie, bo choć każdy z nich brzmi inaczej – to są w pewnym sensie jak „elektroniczni bracia”. Czasem robią razem fajne sety – jak to w rodzinie…..
Moje zainteresowanie muzyką elektroniczną sięga czasów, kiedy ta nazwa była kojarzona z zupełnie inną epoką – myślę tu o JMJ, Tangerine Dream, Kitaro, Vangelisie, Kraftwerk, Yani, itd…. Teraz mówi się o tamtej muzyce „Klasyczna muzyka elektroniczna”. Potem przyszła kolejna fala twórców, bardziej kojarzona z DJami. Okazało się jednak, że to znacznie więcej niż tylko miksowanie – to po prostu sztuka przez wielkie „Sz”. A potem przyszła kolejna fala i tak ten gatunek muzyki jest wciąż żywy i dalej dynamicznie się rozwija. Giganci stoją na ramionach gigantów – a poniżej kolejnych dwóch wielkich….
André Tanneberger (ATB) – niemiecki twórca z obszaru muzyki house i trance. Znany bardzo dobrze szerszemu gronu odbiorców, więc nie będę się rozpisywał na temat jego historii. Podam jedynie ciekawostkę – podobnie jak Armin, obaj są zafascynowani twórczością JMJ (Jean Michele Jarre). Armin nawet nagrał z nim niedawno znakomity „Stardust” – link trochę dalej.
——
OPUBLIKOWANE W17 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Depeche Mode…”
Jadąc ostatnio z pracy słuchałem w radiu jednego z utworów „Depeche Mode”. To było „Freelove”. Ten zespół wiele dla mnie znaczył. Przypomniały mi się dawne czasy….sprzed 35 lat…
Każdy człowiek w swoim czasie szuka jakiegoś stylu, czegoś co go wyraża. Chce znaleźć wokół siebie ludzi podobnie myślących i czujących. Depeche oscylowali gdzieś wokół tego wszystkiego, czego bardzo dawno temu szukałem – zwłaszcza na początku ich kariery, kiedy byli agresywnie elektroniczni i zbuntowani – wyobcowani i jednocześnie pewni swojej drogi. Odbiegali zdecydowanie od Main Streamu. Byli pewnego rodzaju symbolem mojego pokolenia. W ich muzyce słyszało się z jednej strony zamęt i szaro-czarność robotniczego miasta ….a jednocześnie pragnienie jakiegoś romantyzmu. W tych dźwiękach była tęsknota za miłością, ukryta za metalicznymi, ostrymi dźwiękami. Wszystkie te dźwięki, choć całkowicie syntetyczne, albo zsamplowane – brzmiały nieprawdopodobnie. Całość urzekała, bo mieliśmy świadomość, że oto tworzy się nowy styl. Trudno było go porównać go do czegokolwiek wcześniej. Choć sami Depeche mówią o silnym wpływie niemieckiego Kraftwerk (innej grupy, którą lubię), to poszli w swoją stronę – i to było świetne. Dave Gahan swoim zdecydowanym stylem wyrażania emocji porywał coraz większe grono ludzi. DM (Depeche Mode) nie byli przy tym typami celebrytów. Trudno też było o nich mówić „Artyści”, choć niewątpliwie nimi są. Oni po prostu byli DM i byli autentyczni i to się czuło – to tyle.
Kiedy po raz pierwszy ich usłyszałem – od razu zachwyciłem się ich „elektroniką”. Łaknąłem wszystkiego co elektroniczne. Nowe technologie stwarzały nieograniczone możliwości brzmieniowe – otwierały nowe światy. Lubiłem tradycyjne instrumenty, ale chciałem też poznawać zupełnie nowe obszary – i to bardzo. I ta kolorystyka DM, tak mi gdzieś bliska…często czarno-biała. Kiedy na Śląsku jest pochmurny dzień i wiszą mgły – wszystko jest szaro-czarne (tak przynajmniej było kiedyś).
OPUBLIKOWANE W17 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Depeche Mode…”
Jadąc ostatnio z pracy słuchałem w radiu jednego z utworów „Depeche Mode”. To było „Freelove”. Ten zespół wiele dla mnie znaczył. Przypomniały mi się dawne czasy….sprzed 35 lat…
Każdy człowiek w swoim czasie szuka jakiegoś stylu, czegoś co go wyraża. Chce znaleźć wokół siebie ludzi podobnie myślących i czujących. Depeche oscylowali gdzieś wokół tego wszystkiego, czego bardzo dawno temu szukałem – zwłaszcza na początku ich kariery, kiedy byli agresywnie elektroniczni i zbuntowani – wyobcowani i jednocześnie pewni swojej drogi. Odbiegali zdecydowanie od Main Streamu. Byli pewnego rodzaju symbolem mojego pokolenia. W ich muzyce słyszało się z jednej strony zamęt i szaro-czarność robotniczego miasta ….a jednocześnie pragnienie jakiegoś romantyzmu. W tych dźwiękach była tęsknota za miłością, ukryta za metalicznymi, ostrymi dźwiękami. Wszystkie te dźwięki, choć całkowicie syntetyczne, albo zsamplowane – brzmiały nieprawdopodobnie. Całość urzekała, bo mieliśmy świadomość, że oto tworzy się nowy styl. Trudno było go porównać go do czegokolwiek wcześniej. Choć sami Depeche mówią o silnym wpływie niemieckiego Kraftwerk (innej grupy, którą lubię), to poszli w swoją stronę – i to było świetne. Dave Gahan swoim zdecydowanym stylem wyrażania emocji porywał coraz większe grono ludzi. DM (Depeche Mode) nie byli przy tym typami celebrytów. Trudno też było o nich mówić „Artyści”, choć niewątpliwie nimi są. Oni po prostu byli DM i byli autentyczni i to się czuło – to tyle.
Kiedy po raz pierwszy ich usłyszałem – od razu zachwyciłem się ich „elektroniką”. Łaknąłem wszystkiego co elektroniczne. Nowe technologie stwarzały nieograniczone możliwości brzmieniowe – otwierały nowe światy. Lubiłem tradycyjne instrumenty, ale chciałem też poznawać zupełnie nowe obszary – i to bardzo. I ta kolorystyka DM, tak mi gdzieś bliska…często czarno-biała. Kiedy na Śląsku jest pochmurny dzień i wiszą mgły – wszystko jest szaro-czarne (tak przynajmniej było kiedyś).
Pamiętam, że w pokoju miałem 27 ich plakatów…. ?
W moim mieście było bardzo wielu fanów DM. Przez lata w dyskotece 80ka organizowano tam zloty miłośników DM. Może też dlatego, że współtworzył ten klub jeden z moich szkolnych kolegów – pewnie tak.
Prosto z Basildon w UK – do naszych Siemianowic. Ta muzyka trafiała do nas jakimś bezpośrednim pomostem…
To zdjęcie zrobiłem ostatnio w naszych Siem-cach (Siemianowicach Śląskich)……. – ten sam klimat…
Oczywiście, jak to bardzo młodzi ludzie – chcieliśmy wyglądać podobnie do nich, podobnie się ubierać, mieć te same fryzury. Pamiętam, jak po raz pierwszy u fryzjera pokazałem, jaką chce mieć fryzurę.
– Co !? – na pewno tak chcesz – zapytała fryzjerka.
– Tak – odpowiedziałem zdecydowanie
Kiedy założyłem potem swoją czapkę, wyglądałem bardziej jak Sal Solo a nie do końca o to mi chodziło. Wszyscy myśleli, że jestem wygolony na łyso – A tu nie ! Reszta, to oczywiście czarna kurtka, jasne dżinsy i buty na mocnej podeszwie. Moje pierwsze w stylu DM, jakie miałem – były z kopalni. Buty robocze, które dobrze wypastowane wyglądały trochę podobnie.
Takie buty nosiłem..
I identyczną robotniczo/marynarską czapkę – „Bretonkę”… jak dla mnie idealny wybór ?
DM kiedyś
I dziś…..nigdy nie stali się celebrytami….
Lata mijają, ale czy tak bardzo się zmieniłem ? Nie ubieram się jak dawniej, ale ciągle nie chcę iść pokornie drogą Main Stream i ciągle, jak śpiewali DM – „nie chcę dotykać ziemi..”. Są ludzie, którzy, jak mówią „stąpają twardo po ziemi” i szczycą się tym. Ja uważam, że lepiej tak bardzo „nie stąpać twardo po ziemi”. Chcę być dalej tym, który czasem jej dotyka a czasem nie – chcę żyć na pograniczu – czasem na ziemi, a czasem w chmurach……. ?
Dobranoc
Jarek
„Freelove” – to słyszałem jadąc autem – świetny utwór….wspomnienia odżyły..
A tak się zaczynała moja fascynacja DM – głębokie lata 80 te…. Wokół mieliśmy szaro-burość naszych dzielnic i czerwoność komunizmu – a tu Depeche Mode….
We’re flying high
We’re watching the world pass us by
Never want to come down
Never want to put my feet back down on the ground
Wzlatujemy wysoko
I patrzymy jak świat mija za nami
Nie chcę już schodzić
Nie chcę postawić nóg z powrotem na ziemi
A na koniec „Somebody” – z pięknym teledyskiem (zmontowanym przez miłośnika z Polski, ale oddającym idealnie sens utworu)… na Dobranoc….
——–
OPUBLIKOWANE W10 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
” Members Of Mayday….życie jest jak pudełko czekoladek”
Miałem być dziś na Mayday 2019. (a tak przy okazji Mayday – to światowy sygnał SOS, stosowany nie tylko na morzu….człowiek wzywa na pomoc człowieka).
Jest 20 rocznica tego zjawiska, które w Katowicach stało się zaczątkiem nowej subkultury. Co prawda w muzyce elektronicznej ja jestem na dokładnie drugim biegunie – bo o ile Westbam i jego koledzy tworzą mocno psychedeliczną muzykę, korzystając z tych samych muzycznych narzędzi – czasem bardziej z „ciemnej strony elektroniki” – a ja jestem znacznie bliżej transu i progressive house, czyli tego nurtu, który daje światło, energię i siłę…., to fajnie jest czasem posłuchać, co dzieje się na drugim końcu ? Elektronika daje nieprawdopodobne możliwości i otwiera przeogromne oceany dźwięków. I tutaj Mayday jako wydarzenie pozwala wszystkim „frakcjom” spotkać się w jednym miejscu.
W ostatnim jednak momencie coś się zmieniło i siedzę oto przy komputerze i piszę…. – słuchając ostrego techno…
Listopad, jak żaden inny miesiąc skłania do refleksji nad czasem. To nie znaczy, że mnie smuci – nie. W moim przypadku, czym zimniej jest na zewnątrz – tym cieplej jest we mnie. Jakoś tak to u mnie działa – mobilizująco. Sprawia, że bardziej też koncentruję się na sprawach ważnych. Na tych, na które wiem że powinienem zwrócić uwagę…..bo czas ucieka ? A ja przecież chcę zrobić te parę rzeczy, które sobie wymyśliłem.
Przeglądałem ostatnio swojego Excela, z projektami jakie postanowiłem zrealizować w tym roku….. i widzę, że co prawda je realizuję, ale jakoś wolno. A tu koniec grudnia lada moment i sam będę musiał siebie uczciwie rozliczyć. Tak więc trzeci bieg….a za chwilę czwarty i piąty – czas wrzucać ?
Te projekty, to z pozoru małe rzeczy – jednak dla mnie kluczowe, z punktu widzenia tego, co uważam za ważne. Jednym z projektów było uruchomienie np. tego bloga. Potem uruchomienie kilku kont językowych na Instagramie i kilku kont na FB – także pod pseudonimami ?
Od dawna coś pisałem do szuflady – ale nigdy nic więcej z tym nie robiłem. No może oprócz pisania wypracowań koleżankom w szkole podstawowej. To był mój sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Byłem zbyt nieśmiały, żeby zaistnieć w jakiś inny sposób ?
Co do tych projektów na ten rok – to np. bawimy się od jakiegoś czasu w rysowanie w Domu Dziecka w Bielsku. Jest fajnie i mam nadzieję, że to się będzie dalej rozwijać. Bardzo bym tego chciał. Innym projektem było robienie czegoś w domu opieki dla osób starszych. Byłem wczoraj w jednym z nich. Smuteczkiem powiało – bardziej niż myślałem. Niestety w takich miejscach przebywają osoby bardzo chore i naprawdę starsze. Niełatwo będzie zrobić coś więcej, niż po prostu być. Może posłuchamy trochę jakiejś muzyki – przecież kiedyś chciałem być DJ (jak Paul Van Dyk w „For an Angel”) – więc może zagramy np. Piotra Szczepanika (swoją drogą uwielbiam go) :)……..
Zawsze chciałem zrobić coś takiego – i robię.
Zrobiłem też parę innych rzeczy w tym roku i parę jeszcze zrobię……. – ale nie wspomnę o nich, przynajmniej na razie….
Techno w moich słuchawkach kieruje mnie w trochę inną stronę, ale chciałem napisać o dzisiejszym wieczorze w Siemianowicach…….Szedłem dość pustymi ulicami, bo trochę kropił deszcz. Zachmurzyło się i było tak, jak na Śląsku potrafi być – szaro. Gdybym kogoś zabrał z sobą na mały „spacerek” – pokazałbym mu bardzo różny Śląsk. Potrafi być zaskakująco nowoczesny i światowy i potrafi mieć dzielnice, gdzie czas dawno się zatrzymał. Są miejsca, z których wychodzi się ze spuszczoną ze smutku głową. Niedawno temu brałem zakręt samochodem w naszej dawnej dzielnicy – na Hugo. Pod auto o mało nie weszła mi dziewczynka. Szła jak zamroczona przed siebie. Miała może z 12 lat. Patrzyła mętnie przed siebie. Myślę, że coś wzięła i nie wyglądało mi to na alkohol. To są miejsca, gdzie patologia przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niedawno temu spotkałem na imprezie nauczycieli z innego miasta, którzy mieli okazję być w Siemianowicach, na jakiś zajęciach z dziećmi. Wspomnieli coś zaskoczeni….
– Co to dzisioj, że nos futrujecie maszkytami ? Dziyń belfra ? – (co to za dzień, że nas karmicie słodyczami ? Dzień nauczyciela ?) – zapytał ich jeden z chłopców.
– Nie, tak po prostu przyszliśmy – odpowiedziała ta nauczycielka – A co rodzice robią ?
– Leżom w łożku. Łoglondają pornola – mówi z grubej rury chłopiec. Tak całkiem normalnie to mówi – bez cienia żenady – Łojciec boł trocha łozarty (ojciec trochę wypił)….
Tak też jest. Mógłbym jak z karabinu maszynowego wymienić co najmniej 10 nazw ulic, gdzie codzienność jest raczej niezbyt kolorowa. I w każdym śląskim mieście znajdą się takie ulice. Żeby tak dotarło tam trochę więcej światła. Ja miałem dobre dzieciństwo i dlatego powinienem myślę coś dać z siebie….może jakieś trochę – przynajmniej. Jakoś za mało zrobiłem……zdecydowanie za mało zrobiłem dobrego w swoim życiu….
Ale wracając do tego spaceru. Dzisiejszy zimny wieczór, idę ul. Sienkiewicza, na stację benzynową – napić się gorącej kawy (Zabawne, ale najlepsze espresso jest aktualnie na stacji Moya. Mogę wielu rzeczy nie wiedzieć, ale zawsze będę wiedział, gdzie w danym okresie robią najlepszą kawę – i pójdę tam, choćby kawał drogi. ……
Skręciłem w prawo od baru „Faithless” (od niego dalej – to już „Hugo”)…robiło się coraz ciemniej, padało i było chłodniej.
W tej zimno-szarości zauważam wesołą, kolorową witrynę lokalu w stylu południowym (typu latino). Ciekawe….w takim miejscu. Wśród tych dość smutnych dziś krajobrazów. Z tyłu majaczy potężny, betonowy wiadukt. Na przeciw nie sprzątnięty gruz po zrównanej z ziemią hucie „Jedność”. Właśnie minąłem bar piwny o nazwie”Faithless” (tłum. z ang. – ten, który stracił wiarę). Jak nazwa zespołu elektronicznego, który lubię….. – ale w tych rejonach Siemianowic (wszystko, co jest za barem „Faithless” to już inna dzielnica – Hugo), ta nazwa jest raczej jak kropka nad „i”. No a tu ten meksykański bar. Pełno kolorowych światełek przy markizie u góry. W środku pomarańcz, miesza się z czerwienią. Jestem głodny i spragniony ciepła…. – wchodzę.
Wita mnie uśmiechnięty właściciel. Właśnie z córką zapalali małe świeczki, żeby podkręcić nastrój. Jestem jedynym klientem w tym momencie. Siadam i pozwalam się rozpalać kolorom tego wnętrza. Kiedyś z Iwoną chcieliśmy dokładnie tu otworzyć bar z ciepłymi „panini”. To było po naszym pierwszym wyjeździe do Włoch, w 96r. Jeszcze na długo przed moją historią we włoskiej firmie produkującej elektronikę – Bitron. Zachłysnęliśmy się już wtedy kulturą latino i wróciliśmy z głowami i sercami pełnymi słońca. Staraliśmy się o jakiś lokal. Ostatecznie otworzyliśmy inny, na głównej ulicy i zaczęliśmy sprzedawać….- okna ?
Tymczasem ktoś zrobił prawie to samo, o czym my myśleliśmy – właśnie w tym miejscu. Jak tu nie wejść ?
Właściciel sam wygląda mocno na latino. Ma charakterystyczną urodę i małą bródkę. Gdybym go widział gdzieś na południu – wziąłbym go za miejscowego.
Kiedy dochodziłem do tego miejsca – słuchałem tanga. W takim byłem w tamtym momencie nastroju.
– Wie Pan, że czerwony, czarny, żółty i pomarańczowy to kolory tanga ? Są jak flaga tego tańca. A u Pana pełno tych kolorów wszędzie. Na ścianach, kafelkach – dosłownie wszędzie.
Uśmiecha się.
– Teraz już wiem – mówi – A wie Pan…sam to wszystko robiłem. Tymi rękami. I te kilkanaście metrów rur do wentylacji – dodaje – Lokal mam 2 lata, ale dopiero od sierpnia działam. Ciężko było,….. ale nie jestem z ludzi, którzy się poddają.
Jem gorącą zupę z zielonymi paprykami. Jest świetna, mocno rozgrzewająca.
Z głośnika sączy się zmysłowa „Salsa”. W lokalu za dekorację robią min. puszki po oryginalnych meksykańskich „salsach”. Lokal jest mega malutki, ale ma fajny blat przy ścianie. Miejsce pracy kucharza jest tuż przy wielkiej witrynie. Ma stąd świetny widok na przechodniów i przejeżdżające auta. To miejsce, to wąskie gardło – którym codziennie przechodzi połowa Siemianowic. Jest niepozorne, ale bardzo uczęszczane. Na zewnątrz jest mały stolik, przystawiony do witryny, z dwoma krzesłami. Szef robi mi od serca kawę „sutą”. Sobie też robi i zaraz do mnie dołączy. Pojawiło się paru klientów. Ktoś podjechał na francuskich blachach.
Wykorzystuję moment i wyciągam z wewnętrznej kieszeni kurtki – mały notes i ołówek. Czasem noszę je przy sobie, żeby coś napisać, albo narysować. Kierowany emocjami staram się przedstawić tańczącą parę. Chcę pokazać jej napięcie, energię i namiętność – w postawie jaką przyjmuje ona i siłę oraz pewność, z jaką prowadzi ją on….. Nie dokańczam rysunku – dosiada się właściciel i miło rozmawiamy. Opowiada mi o swoich podróżach, kulinarnych pasjach. Jest fascynatem kuchni. Lubi też ludzi. Jest duszą tego lokalu. Widywałem wielu właścicieli takich małych klimatycznych lokali, w różnych miejscach – którzy mieli w sobie to, co widzę u niego. Dobrze, że to on tu działa – nie ja. To jest jego miejsce. Życzę mu wszystkiego dobrego i sukcesów.
– I tyle zostało z huty – mówi – mój teść przerobił tu 40 lat.
– Mój dziadek mniej więcej tyle samo – rzucam ja – to była jego świątynia.
– Na bank się znali
– No…na bank
– Jesteśmy kolejnym pokoleniem. A po nas są następni. Mam jeszcze 20-letniego syna. Staram się mu wpoić pasję do gastronomii. Zobaczymy – uśmiecha się.
– Nasz ma 21 za 2 miesiące – komentuję i obaj się uśmiechamy…
Pochodzi z paru ulic dalej. Zna wszystko tak jak ja – i postanowił stworzyć odrobinę Meksyku w Siemianowicach.
– Przydałoby się wino czerwone – stwierdzam. Wypilibyśmy za dobre czasy.
– Zawsze są dobre czasy – odpowiada z uśmiechem.
– I to mi się w nim podoba. Jest pełen energii i entuzjazmu. Lata mu jej nie odebrały. Mamy coś wspólnego.
– Jest 2019 i zaczyna się od tego lokalu – ciągnę – a może za parę lat tu obok, gdzie był „Kudełki” (najbardziej znany w mieście sklep z 1001 drobiazgów – jeszcze od sprzed-wojny) – otworzy Pan większy – taki z barem i hokerami. Ściągniemy Cyganów z Hugo. Pojawi się ktoś z gitarą, kontrabasem i będzie zabawa do rana. I taniec i wino będzie się lać strumieniami. I drinki. Mogę stanąć za barem – dorzucam, z lekkim uśmiechem.
– A wie Pan, że kupę lat byłem barmanem – mówi…
– A wie Pan, że ja też – mówię. Ale nie tyle, co Pan.
No to będziemy stali na zmianę – myślę – i pociągniemy losy, kto pierwszy. Zabawa będzie trwała w najlepsze. Zakołysze się ten bar „jak na morzu okręt” ( wziąłęm to z piosenki Marii Koterbskiej, którą też uwielbiam…) i zrobimy rozpierduchę. Wyobrazimy sobie po paru butelkach włoskiego wina, że to potężne gruzowisko po hucie – to jakiś odległy – meksykański, argentyński a może włoski port. I że stoją w nim jachty gotowe do rejsu,…… żeby wypłynąć nad ranem – zaraz, skoro świt.
Zagramy tej nocy „Vaia con Dios – Hey (Nah Neh Nah)”. Zawsze chciałem bawić się przy tym utworze do rana. To by było coś – …….nie ? Ona śpiewała: It was already half past three but the night was young and so were we dancing (Było już w pół do czwartej, ale noc była młoda – i tańczyliśmy).
I ja i on mamy już po prawie 5 dych i wiemy, o czym mówimy. Życie nie jest takie długie. Z czegoś trzeba zrezygnować, żeby zrobić coś – mówię w myślach do siebie….. Czasem na chwilę gdzieś się przystanie i człowiek się zastanowi…..jak ja teraz – na tym zakręcie, na ulicy Sienkiewicza, wyobrażając sobie na błękitnym niebie silne słońce.. ?
Pijemy gorącą kawę z dużych, żółtych kubków. Niebo jest śląsko-czarne. Deszcz spływa z kolorowej markizy wprost na moją nogawkę dresowych spodni. Chowam nogi i już jest lepiej. Kawa miło mnie rozgrzewa.
– Tu jest pełno słońca w piękny dzień – prawda.
– Dokładnie.
– Świetne miejsce.
– Świetne…….no.
Siedzimy trochę w ciszy………..
Z lokalu wychodzi chłopak z dziewczyną. Chłopak wielkości mojego brata i z podobną dzikością natury.
– To na razie – rzuca do szefa – będziemy spierdalać.
– Sie ma – odpowiada właściciel – jutro też otwarte…wpadajcie.
…………….
– Wie Pan, a miałem być dzisiaj na „Mayday” – jest okrągła rocznica ?
– Koksują tam mocno.
– Mmmmm – zamruczałem….niestety, efekt uboczny.
– Zna Pan już pewnie pół miasta, a to dopiero 3 miesiące ?- pytam.
– No coś w tym faktycznie jest – znowu się uśmiecha.
– Niedawno przejeżdżało tędy autem małżeństwo. Ona była Peruwianką. Jak zauważyła napis na szybie to od razu dała po hamulcach i postanowiła tu wskoczyć. Pogadaliśmy fajnie.
– I o to chodzi – stwierdzam – o takie chwile……. proste i niby zwyczajne….a jednak takie niezwyczajne.
.
Będę wpadał tam czasem……żeby załapać kolorów ? No i na kawę „sutą” (uwaga – nie ma jej w menu – dostałem „od serca”).
Dobranoc
Jarek
Miałem być dziś tam… Tak to się zaczęło – prawie ćwierć wieku temu w Katowicach zaczęła powstawać subkultura o nazwie „Mayday”. I trwa do dziś….Gdzie indziej te psychodeliczne dżwięki znalazłyby taką publikę, jak nie w przemysłowych dzielnicach Śląska… Czuć w nim do bólu – samotność, zagubienie, potrzebę drugiego człowieka – może właśnie dlatego Mayday, Mayday, Mayday (czyli SOS, SOS, SOS). Na ten sygnał – nawet z najgorszych nor…..ściągają zagubieni…..to ich jednoczy.. (poniżej klip z 1997r. – same początki Mayday)…
A tymczasem oglądałem to……Poniżej – wideo z tangiem, które oddaje dobrze istotę tego tańca – i to, co w nim lubię. Tego słuchałem, zanim wszedłem do baru……
To jest ten „niedokończony rysunek”. Nie będę go kończył. Niech taki zostanie….szybki i emocjonalny. To, co chciałem w nim ująć – już w nim jest….
Ten poniżej wykonałem rano, …..szybki strzał do kawy…
A to Vaya con dios – w samraziste do porządnej, sobotniej rozpierduchy – w towarzystwie ludzi z fantazją. Kto wie ? Może pewnego dnia w Siemianowicach ? ?
I świat znów stanie się kolorowy. Wszystko płynie z naszego wnętrza ? ? ?
Może jeszcze pewnego dnia, zamiast tylko biednym staruszkom – zagram jak Paul Van Dyke – w moim jego ulubionym kawałku. Tak też zawsze chciałem…… ? Zagrać dla tysięcy ludzi w jednym momencie czasu. I poruszyć w nich wszystkich dobrą energię…. I tak przejść z cienia do światła……..
Zawsze szukałem światła i ciepła. Zawsze wyjścia tam, gdzie teoretycznie go nie było.
To dlatego mój gatunek to „Progressive House”. A czym jest – przykład poniżej.
——–
OPUBLIKOWANE W3 LISTOPADA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Droga…”
Dzisiejszy wpis miał być ciągiem dalszym dotyczącym moich dawnych mistrzów – tych, od których się uczyłem i których uważałem za bardzo ważnych na mojej drodze. Stwierdziłem jednak, że to nie wniosłoby niczego nowego do tego, co już znamy. Ostatecznie zdecydowałem się napisać coś swojego. Bo przecież każdy człowiek patrzy na sprawy choćby trochę, ale jednak inaczej. I o to właśnie chodzi – żeby dzielić się z innymi swoim własnym, indywidualnym spojrzeniem. Tak więc w tym wszystkim ja też mam swoją drogę – wypracowaną przez lata poszukiwań, kilogramy książek, tysiące godzin przemyśleń…..Na końcu jednak – moje wnioski są bardzo proste. Tak proste, że aż chciałoby się zapytać
– Czy warto było tyle nad tym myśleć ?
– Tak, ……. warto. Bo usłyszeć to jedno – a zrozumieć to drugie. I ja sam, musiałem to najpierw przez lata przemyśleć, żeby potem zrozumieć i prosto powiedzieć.
Dzielę się więc swoimi przemyśleniami w krótkich tekstach, które piszę w mediach. To takie migawki – wnioski z obserwacji. Może skłonią kogoś do zastanowienia….może sprawią, że ktoś spojrzy trochę inaczej na to, co jest wkoło nas. Chcę się uczyć innych ludzi i jednocześnie dzielić sobą…
Upsss – wyłączyli w tym momencie prąd. Pada mi bateria tak w komputerze, jak i w telefonie. W Ustroniu dziś tak silny, listopadowy wiatr, że aż wciska nam „szklane ściany” domu. Wiatr idzie już bardziej od południowego zachodu,…. jest chłodniejszy.
Nie rozpisuję się więc. Rano napisałem coś, co zamieszczam poniżej. Dołączam też wersję dźwiękową – jaką sam nagrałem. Tak więc poniżej opowieść o mojej „Drodze” i moim rozumieniu tego, co ważne.
„DROGA”
Znajdź swoją drogę – odpowiedź jest głęboko w Tobie.
Zajrzyj tam ………
A potem idź nią spokojnie,
każdego dnia.
Nie oglądaj się za bardzo na boki – na innych.
ani za bardzo za siebie,
ani też nie patrz zbytnio przed siebie – ponieważ na przyszłość mamy bardzo ograniczony wpływ.
Idź powoli i ciesz się prostymi chwilami.
Osiągnięcie jakiegokolwiek celu nie ma nic wspólnego ze szczęściem.
To tylko osiągnięcie celu – nic więcej.
Porażki, których doznajesz po drodze – tak naprawdę nie mają większego znaczenia.
Należy jedynie wyciągać z nich wnioski.
Ważne jest tylko to, że idziesz dalej.
Starając się przy tym być dobrym człowiekiem,
Bo to jest jedyny prawdziwy cel,
Który realizujesz idąc swoją drogą,
Jakąkolwiek nie wybierzesz…..
Niewiele potrzebujemy do życia:
– snu
– czystej wody
– prostego, zdrowego posiłku
– odrobiny słońca
– czystego powietrza
– czasem odrobinę ciszy
– ciepła w dni zimne i ochłody w dni gorące
– trochę pieniędzy, żeby zabezpieczyć te podstawowe potrzeby (ale tak naprawdę, to bardzo niewiele ich potrzebujemy)
Potrzebujemy jednak przede wszystkim miłości.
Zacznijmy ją dawać,
a zaczniemy ją dostawać.
Natura dała kobiecie mężczyznę – a mężczyźnie kobietę, żeby byli ze sobą szczęśliwi i spełniali się nawzajem.
Żeby byli swoimi największymi przyjaciółmi.
Nie wszystkim dane jest mieć dzieci – to prawda…
ale kiedy kobieta i mężczyzna mają siebie – już są rodziną.
A to jest najważniejsze, w trudnych chwilach życia…
Czy potrzebujemy czegoś więcej ?
Tak naprawdę nie…..
Wszystkie inne potrzeby – są urojone,
a brak ich realizacji prowadzi jedynie do frustracji.
Wszyscy jesteśmy częścią większej całości.
Nie musimy tego wszystkiego od razu rozumieć.
Ważne, że to odczuwamy,
Że rozumiemy, iż każdy człowiek jest ważny,
że każdy z nas jest po coś.
I nie ma mniej i bardziej ważnych.
Wszyscy jesteśmy ważni i niepowtarzalni.
Nie spiesz się tak bardzo do dnia jutrzejszego,
Bo jutro chcesz mieć to, czego nie masz dzisiaj,
Ale z kolei jutro nie będziesz mieć tego, co masz dzisiaj.
Szanuj więc zdrowie i najbliższych,
oraz czas – wielką wartość,
której nie da się kupić za żadne pieniądze.
Spokój, jaki mamy naturalnie w sobie,
Jest darem…………
Tam jest odpowiedź – na wszystkie nasze pytania.
Tam słyszymy siebie……
———
OPUBLIKOWANE W27 PAŹDZIERNIKA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Najpiękniejsze sceny miłosne…- mój wybór, cz.2”
Do momentu obejrzenia „Angielskiego Pacjenta”, filmem, który uważałem za najpiękniejszy – był musical z 61 roku z muzyką Leonarda Bernsteina. Ciekawe, co ? Ja i musical.. ?…nieprawdopodobne ? – A jednak. Mowa oczywiście o West Side Story…..
To historia miłości, która zaistniała w ciągu jednej nocy. Historia oparta o Szekspirowskie dzieło „Romeo i Julia”, rozgrywająca się w zupełnie innych realiach.,…tym razem Nowego Jorku i młodocianych gangów. Niestety tej miłości nie było dane trwać dłużej… ale czy to oznacza, że nie miała ona sensu ? Nie……kazda miłość ma ogromny sens. Nawet ta, którą los gwałtownie przerwie…nawet gdyby miała trwać tylko chwilę. Bo w chwili wypelnionej miłością zaklęta jest wieczność…
Muzyki do tego filmu słuchałem wiele razy. Jest niezwykle piękna, energetyczna i bardzo romantyczna. Jest też wiele pięknych scen tanecznych – a ja kocham taniec.. Słuchałem jej w chwilach szczęścia, Dodawała mi sił zawsze, kiedy tego potrzebowałem.
Spotkalem się z tym filmem kiedy byłem jeszcze w szkole średniej. I ja też, jak Tony -czekałem na swoją kobietę. Wiedziałem, że się pojawi i czulem, że poznam ją w tańcu….
Zamieszczam tylko jedną scenę z filmu, ale za to bardzo ważną. Scenę ich poznania…..wśród zgiełku zabawy Tony nagle zauważa ją – Marię. Od tego momentu nic innego już dla niego nie istnieje. Maria jest dla niego jak wszystkie inne ikobiety świata zaklęte w tej jednej. Jest tylko Ona i wszystko inne znika w kolorowej mgle..
To historia dwojga młodych ludzi, którzy chcieli tylko siebie. Jak śpiewają w jednej z późniejszych scen….mamy tylko miłość i to wszystko, co namy…..
Mimo upływu lat, ten film wcale nie wydaje mi się naiwny. O nie…ani trochę…
———-
20 PAŹDZIERNIKA, 2019 PRZEZ ADMIN
Run deep…Run wild
Dzisiaj tylko tyle. Piękny utwór i piękny teledysk – taki wyjątkowy….. Opowiada o sprawach trudnych i głębokich. O bólu, milosci i namiętności…..Raz on szuka jej….raz ona szuka jego. ….I Itak siebie szukają….. Ona potem stoi przez moment i waha sie….Wreszcie decyduje się za nim iść, potem aż biegnie…….Jest taki moment, w którym zdejmuje buty żeby go dogonić…. Biegnie gołymi stopami po zimnym śniegu….ii dogania go……na szczęście……miłość zwycięża…
————
OPUBLIKOWANE W13 PAŹDZIERNIKA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Najpiękniejsze sceny miłosne…- mój wybór, cz.1”
Dzisiejszy tytuł może wskazywać na trochę inną treść, jednak niekoniecznie muszę zaraz przejść do scen jakich można by po nim oczekiwać. Zacznę więc nietypowo, ale zacznę od spraw naprawdę ważnych. Otóż miłość kobiety i mężczyzny ma wiele wymiarów. Tylko wtedy jest głęboka. Tylko wtedy jest prawdziwa.
Życie niesie z sobą różne żywioły……i trzeba się z nimi zmierzyć. Piękne jest to, że bez względu na wiek – pewne cechy pozostają niezmienne. Czas mija i zmieniamy się fizycznie, jednak nasze podstawy – to, z czego sami się zbudowaliśmy w młodości – niesiemy przez życie zawsze.
Są takie chińskie baśnie filmowe, które bardzo lubię. W jednej z nich („Hero”) jest scena, która wyjątkowo mnie wzrusza. Oglądam ją czasem wieczorem. Do tego ta niezwykła muzyka….
Otóż Ona („Śnieżna Zamieć”) chce stawić czoła niezliczonej armii łuczników Qin. Chce bronić klasztoru, w którym od wieków mnisi w spokoju oddają się sztuce kaligrafii. To ich rodzaj medytacji. Pojawia się On („Bezimienny”) i nie zamierza pozostawić jej w tej walce samej. Nie pozwoli jej zginąć. Razem z nią chce zmierzyć się z przepotężną armią.
– Odejdź – mówi Ona
– Sama ich nie pokonasz – mówi On
Ona wie, że on jej nie zostawi….. i wypadają oboje przez drzwi….na spotkanie śmierci…..
Dwoje desperatów zamierza walczyć ze sztormem tysięcy strzał. Szanse wydają się żadne….jednak to robią…..Czy to nie przypomina sytuacji rodziców, którzy walczą o swoje chore dzieci ? Czy to nie przypomina sytuacji małżeństwa, które walczy z przeciwnościami losu, z nieszczęściami ? Nie wszyscy młodzi ludzie mają w życiu łatwo. Na ślubnym kobiercu wszystko jest piękne…..a potem przychodzi życie…..i trudy……i walka…..Czy jeśli przeciwnik jest nieporównywalnie silniejszy – będziesz walczył czy uciekniesz? Czy będziesz walczyć ze złem, nawet wtedy kiedy wynik wydaje się przesądzony ? Oni walczą razem, ramię w ramię – obok siebie. On jej nie zostawi samej, a ona nie zostawi jego.
Tymczasem wracając do „Śnieżnej zamieci” i „Bezimiennego” – Ona i On….wychodzą naprzeciw złu….jak to się zakończy – już poniżej:
Kiedyś, siedząc późno wieczorem w nieistniejącym już (fajnym) lokalu „Górna półka” w Ustroniu, słyszałem rozmowę trzech nauczycielek – które siedziały obok. Jedna z nich mówiła o tym, że zrobiła podstawowy kurs rehabilitacji dla dzieci i jeździ do jednej matki z małym dzieckiem. Ta dziewczyna była sama z tym dzieciątkiem. Miała w pokoju tak mało miejsca, że musiała przesuwać meble, żeby rozłożyć niewielki kocyk na podłodze, gdzie miała odbyć się rehabilitacja. Nie straciła wiary. Próbowała dalej……Nauczycielce, która o tym opowiadała – łamał się głos. Siedziałem obok i widziałem tę scenę jak żywą. Takie oto rzeczy słyszy się czasem przy wieczornym wyjściu do lokalu. To jest ten rodzaj walki, o którym tutaj mówię. Ta dziewczyna potrzebowała wsparcia…..nie tylko nauczycielki, ale kogoś silnego,…..obok……na co dzień……
Prawdziwe uczucia widać dopiero wtedy, gdy znika blichtr, gdy traci się wszystko, gdy nikt nikogo nie udaje, gdy nie ma się nic do stracenia. Poniżej dwie inne sceny – trochę lżejszego gatunku. Pierwsza to scena z innego chińskiego filmu, jaki bardzo lubię „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Film obfituje w piękne sceny. Jeśli chodzi o te miłosne – to tutaj mamy dwa równoległe wątki – ludzi w różnym wieku. Pierwszy to miłość Jen (młodej księżniczki) i Lo (pustynnego rozbujnika). Drugi to miłość mistrza Li Mu Bai oraz wojowniczki Yu. W tym drugim przypadku to para starszych ludzi, którzy całe życie szli innymi drogami i dopiero po latach dotarli do siebie. Obie miłości mają bardzo trudną drogę. Ta pierwsza – to droga młodziutkiej i niezwykle nieposkromionej Jen, która zaprzeczając swojej naturze – ma wyjść za mąż, za kogoś kogo nie kocha. Lo nie może się z tym pogodzić. Chce zabrać ją na pustynię – tam, gdzie już raz ją porwał. Nie ma nic, oprócz wiatru, słońca i niepewności jutra. Jednak kocha ją całym sobą i wie, że ona też nie jest przeznaczona życiu na dworze….., że podobnie jak on – jest dzika i wolna. Walczy o nią z całym światem. Poniżej scena, w której się poznają, kiedy prowokacyjnie kradnie jej grzebień po ataku na królewski konwój, w którym ona jedzie. Oj trudna była ich droga do siebie. Jednak przeznaczenia nie da się oszukać ? Tak oto się poznali. Odwaga w kobietach – zawsze mi imponowała…
No i scena, w której Lo rozpieprza wesele – uwielbiam ją „Wracaj ze mną na pustynię – woła do niej”…
Teraz o miłości ludzi dojrzałych w tym filmie……”Some Tea”….. czasem jestem takim trochę mnichem – dlatego tak ją lubię ? Siedzą przy mojej ulubionej zielonej herbacie i rozmawiają dojrzale o sprawach najważniejszych….zbyt wiele czasu zmarnowali bez siebie…teraz to rozumieją.
I inna, w której Li Mu Bai mówi:
– Został mi tylko jeden oddech
No i na koniec teledysk – z pięknym video i pięknym tekstem. Tak właśnie wyobrażam sobie prawdziwą miłość – gotową na stratę wszystkiego, w każdej chwili…mając siebie – zawsze. Takie historie mogą się zdarzyć wszędzie. Tu nie trzeba blichtru, samochodów, wielkich domów, wykwintnych kolacji, wielkich podróży. Wystarczy miłość, wolność i wieczna dzikość serc ……… takich jak tych dwoje. No jak On mógłby o niej zapomnieć – NIGDY !!! – tu jest wszystko, zupełnie wszystko….Cudowny teledysk….Dobranoc
——–
29 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Życie jest podróżą”
Rano obudził mnie cichy stukot motoru….jechał obwodnicą Ustronia i to delikatne echo niosło się przez całe miasteczko.
Uwielbiam takie poranki. Zaczynają się cicho,….łagodnie. Te niedzielne kocham szczególnie. Niedziela to czas kiedy następuje cudowne zawieszenie, kiedy do nikąd się nie spieszę. Na nic nie czekam. Jest tu i teraz…..tak, jak powinno być. Mam wszystko to, co chcę mieć…….i czuję się szczęśliwy.
Nalałem do metalowego kubka kawy i zacząłem rysować………motor ? Zabawne – nigdy w życiu nie rysowałem jeszcze motoru. Skąd to się wzięło – i akurat dzisiaj ?
Można powiedzieć, że w pewnym sensie dźwięk motoru z oddali, to jeden z dźwięków mojego dzieciństwa….tak – ja mam nie tylko smaki, ale też dźwięki dzieciństwa. Do tego obrazy, światło i wszystko co jak się okazuje nas tworzy. Kiedy słyszę dźwięk motoru w oddali – uspokaja mnie to bardzo…..kołysze łagodnie. Przy takich dźwiękach zasypiałem……
Do naszego domu docierały dźwięki z szosy, jaka biegła nie tak daleko od nas. Dźwięk przechodził pomiędzy niewysokimi domkami i dostawał się do mojego łóżka. Takie dźwięki pojawiały z oddali i w oddali cichły. Słyszałem je czasem wieczorem….a czasem właśnie o poranku. Ktoś jechał daleko i w danym momencie nas mijał. Takich dźwięków dzieciństwa mam zresztą więcej. Ten jest jednym z nich….pojawił się niezapowiedzianie. Innym jest stukot kół pociągu – daleko na horyzoncie. Jeszcze innym dźwięk upuszczanej na długim korytarzu monety – ten akurat znam chyba ze szpitala. Byłem tam na tyle długo, żeby zapomnieć świat jaki znałem – włącznie ze swoimi najbliższymi. Świat odbierałem wtedy głównie dźwiękami. Do dziś, kiedy ktoś upuści na korytarzu monetę – hipnotyzuje mnie to momentalnie….
Dobiegam 50-tki i pewne rzeczy coraz wyraźniej mi się przypominają. To niesamowite. Dlatego tak często wspominam dzieciństwo. Ono ma ogromny wpływ na całe nasze życie. Ciekawe, co jeszcze sobie przypomnę ? W pewnym sensie czuję się tak, jakbym momentami cofał się w czasie. Obrazy, dźwięki, zapachy…..wszystko, co znam – uruchamia we mnie dawno zapomniane szczegóły.
Do 6 roku życia cały mój świat był bardzo mały „geograficznie”. Nie znałem innych dzieci, nie wychodziłem się bawić na zewnątrz. Zastanawiałem się potem – dlaczego tak było? Niedawno się dowiedziałem. Kiedy miałem jakieś 3 lata bawiłem się pod domem – u dziadków na przeciw. Ktoś podjechał samochodem, otwarł drzwi i chciał mnie wsadzić do środka. Dziadek w ostatniej chwili to zauważył i podniósł krzyk…..no i tak piszę sobie tego bloga. Kto wie, co mogłoby się wtedy stać ? Całkowicie rozumiem teraz strach rodziców. To nie była bezpieczna dzielnica. To nie były bezpieczne czasy. Miałem więc swój dom z ogrodem i wyobraźnię…..i dźwięki…..piosenki, opowieści, jakich słuchałem od odwiedzających nas ludzi….no i czasem telewizję ?
Ten motor chyba czekał na swój moment. Musiał się kiedyś pojawić. Był we mnie przez te wszystkie lata. Kiedy skończyłem rysunek przyjrzałem mu się uważnie. Nie był zbyt udany,…….jednak miał w sobie światło wschodzącego słońca – na plecach motocyklisty. Z lewej strony rysunku udało mi się pokazać światło, które go popychało…….Tak, to co najważniejsze w nim było. Tego właśnie szukałem. Zawsze, kiedy coś narysuję podejmuję tylko dwie decyzje – tak, albo nie. Jeżeli nie – rysunki drę na kawałki i wynoszę od razu do kosza na papier. Robiłem tak bardzo wiele razy. Temu jednak przyglądałem się dłuższą chwilę i uśmiechnąłem się …. – tak.
Jeżeli ktoś zapytałby mnie o motor – to powiedziałbym o jeszcze jednej scenie. Tej z filmu „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. To świetny film – jeden z tych, po obejrzeniu których wie się od razu i z całą pewnością, że miało się właśnie kontakt z arcydziełem. Opowiada historię człowieka, który w miarę upływu czasu stawał się coraz młodszy. Opowiada także historię miłości, która miała swój czas w jego życiu. Pewnego dnia ruszył w podróż…….żył w różnych miejscach, wykonywał różne zawody. Spał gdzie życie go rzuciło, jadł co życie mu dało. Podróżował na motorze. Spełniało się jego przeznaczenie…..
Bohater filmu cofa się w czasie…trochę jak ja dzisiaj ?
To bardzo niezwykły film. Nakręcono go na podstawie książki Francisa Scotta Fitzteralda – tego samego, który napisał „Wielkiego Gatzbiego”. Swoją drogą niezwykły człowiek musiał być z tego Scotta.
Niedziela powoli się kończy.
Lubię czasem wyjechać z mojego ukochanego Ustronia, ale jeszcze bardziej kocham do niego wracać
———
OPUBLIKOWANE W23 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Bogowie Elektroniki – cz.1”
Dzisiaj wyjątkowo w poniedziałek, ponieważ wczoraj byliśmy na długiej wycieczce i bardzo późno wróciliśmy ?
Pojawiają się na moim blogu wpisy typu – „…..- cz.1”. Postanowiłem (niekoniecznie w serii) umieszczać wpisy dot. moich inspiracji. Tutaj powinienem od razu napisać w pierwszej kolejności o JMJ (Jean-Michele Jarre). Bardzo go szanuję – nie tylko za dokonania muzyczne i wieczne eksperymentowanie bez względu na publikę, ale także za jego sposób myślenia i stosunek do świata. Jest filantropem i człowiekiem świadomym ekologicznie. Jest wizjonerem i kimś gotowym do realizacji bardzo wielkich pomysłów. Jest po prostu….. mądrym człowiekiem. To jest jednak temat na osobny materiał. JMJ to zbyt ważna postać dla mnie, żeby nie popracować nad tym wpisem bardziej.
Dzisiaj natomiast krótko (któtko tylko dlatego, że muszę iść spać) o grupie Kraftwerk. To nazwa, która dla wszystkich miłośników muzyki elektronicznej znaczy tyle, co Michał Anioł dla artystów. Znaczy tyle co czerń i biel dla malarzy….To Kaftwerk stworzył i tworzy dalej nowe „kolory tęczy”. Ich syntetyzowane dźwięki słychać potem prawie wszędzie. To inżynieria dźwięku na najwyższym poziomie. Ogromna ilość wykonawców korzysta ze stworzonej przez nich palety. Są jak twórcy farb, z których korzystali i korzystają dalej inni. Oczywiście, przed nimi byli inni i po nich było wielu innych. Każdy jednak, kto trochę bliżej niż trochę spotkał się z muzyką elektroniczną – musiał bardzo szybko natrafić właśnie na nich. Ja trafiłem na tę grupę mając 11 lat. Kolega pożyczył mi kasetę z czymś tak innym od wszystkiego co do tej pory słyszałem, ……..że „odpadłem”. Słuchałem ich na okrągło. Słucham też często i dzisiaj. Przyglądam się ich postępom. Kraftwerk to znacznie więcej niż muzyka – to kompletny koncept artystyczny. Pracowali prawie wyłącznie w nocy – idąc rano do baru w Dusseldorfie i rozchodzili się do siebie. Muzycy elektroniczni często tak robią. To z powodu ciszy i maksymalnej koncentracji, jaką zapewnia właśnie noc. W całej historii udzielili tylko 1 wywiadu (i to niedawno temu sam Ralp Hutter – silnik grupy). Było to na rozdaniu nagród Grammy w 2014r (grupa działa od 1970r – czyli po 44 latach działalności !). Do tego momentu konsekwentnie tego odmawiali. Znano ich muzykę, ale nie znano ich. Nie będę tu jednak opisywał historii, bo zrobiła to świetnie Wikipedia ?
Wspomnę jedynie kilka utworów – które przybliżą to, czym jest Kraftwerk:
Wrzucę jeszcze nagranie z jednego z koncertów.
Zarzuca się nam, że jesteśmy bardzo zdehumanizowani w swojej muzyce – powiedział kiedyś Karl Bartos – to nieprawda, jesteśmy bardzo zhumanizowani.
W pełni się z nim zgadzam. Tak mógłby pomyśleć jedynie ktoś, kto zupełnie nie rozumie ich muzyki. Kraftwerk ma drugie dno. To za robotycznymi i zmechanizowanymi sekwencjami – kryją się wrażliwi ludzie. Ta zimna warstwa górna to ich wołanie o człowieka. Prowokują – to bardzo inteligentna postawa – trzeba ją po prostu umieć dostrzec.
Ciekawostką socjologiczną (robiono na ten temat badania naukowe) jest fakt, że Kraftwerk lubią prawie wyłącznie mężczyźni…., niesamowite i bardzo szkoda. Spotkanie kobiety zainteresowanej muzyką elektroniczną już samo w sobie nie jest łatwe, a spotkanie miłośniczki Kraftwerk – statystycznie prawie niemożliwe.
Można powiedzieć, że w 60% słuchałem zawsze muzyki elektronicznej. Nie dlatego, że wolałem te dźwięki bardziej od instrumentów naturalnych – o nie. Uwielbiam tradycyjne instrumenty. Elektronika daje nam jedynie możliwość tworzenia jeszcze bardziej złożonych i nieograniczonych jakości. Kiedyś słuchałem tysiącami godzin takich twórców, jak oczywiście JMJ (mój absolutny nr 1), wspomniany Kraftwerk. Innym przykładem jest także Tangerine Dream, Vangelis, Yani……… Moi wielcy to także ATB, Armin Van Buuren, Avici, ….nie wymienię wszystkich a lista byłaby długa. Teraz słucham najczęściej nowych twórców – na początku swojej drogi. Dają bardzo dużo świeżości tej muzyce. Jednym z nich jest Lumidelic – młody Hiszpan. Zachwycam się tym, co robi już dobre 10 miesięcy. Prawie co dzień leci u mnie coś z jego repertuaru. Jest niesamowicie twórczy. Czasem w ciszy nocy śledzę jego track’i w zapisie na ścieżkach komputerowych i nie mogę wyjść z podziwu – jakim jest umysłem. Niedawno na Facebook wymieniliśmy z sobą parę zdań na temat muzyki elektronicznej :), to jest właśnie siła internetu. Poniżej przykładowi twórcy: Lumidelic, Maiga, Alex H. Pamiętajcie o dobrym sprzęcie do odsłuchu – inaczej nic z tego ? Miłego odbioru
—–
jaro SHOP – opening soon
GIFTS ? !!!
OPUBLIKOWANE W15 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Moi Mistrzowie – cz.1 – Ryszard Kapuściński
Każdy z nas ma takie osoby na swojej drodze, od których wiele się uczył. Począwszy od najbliższych, aż do tych których znaleźliśmy często przypadkiem. Mógłbym ich wymienić kilka. Z pewnością jedną z tych postaci jest polski dziennikarz i reporter wojenny – Ryszard Kapuściński. Dlaczego on ? Czy interesuje mnie tematyka wojenna ? – Nie.
Interesuje mnie człowiek, człowieczeństwo – a Kapuściński potrafił pisać o człowieku w sposób wyjątkowy.
Zaczęło się od tego, że około 1998 r. przeczytałem w gazecie krótką wzmiankę o jego „Lapidariach”. Z opisu wynikało, że w swoich kolejnych odcinkach zapisał krótkie myśli, zdarzenia, wspomnienia – w sposób niechronologiczny, wyrywkowy. Raz krócej, nawet mega krótko, raz dłużej – nieważne. Skacząc z tematu na temat i układając z tego wszystkiego jedną historię – no bo przecież wszystko składa się ostatecznie w jedną wielką historię. Tak naprawdę, to opowiadając ją od którejkolwiek strony i tak uzupełniamy powoli krajobraz z puzzli. Nasze umysły nie pracują chronologicznie. Myśli i emocje przeplatają się w nas bezustannie. Takie jest pisarstwo Kapuścińskiego. Dla mnie on nie był dziennikarzem, ani reporterem wojennym. Był dla mnie myślicielem, człowiekiem który potrafił wyciągać wnioski bardziej ogólne z wydarzeń niepozornych. Potrafił obserwować i wskazać na te elementy, które były znaczące. Odnalazłem Kapuścińskiego ponownie około roku 2009, kiedy wpadła mi w ręce książka „Podróże z Herodotem”. Herodot…….?? – Father of history – jak nazywał go Angielski Pacjent – bohater mojego ulubionego filmu ? To książka Herodota była przy nim zawsze. To w niej umieszczał luźne rysunki, zapiski, kawałki kartek…….Nie mogłem więc nie przeczytać tej książki…..no i się zaczęło…………. Byłem potem ciekaw, kim był człowiek, który tyle razy był w sytuacji zagrożenia, który poznał tylu różnych innych ludzi, którzy pomagali mu w ciężkich chwilach,……….. jak ci Afrykańczycy z plemienia, którzy znaleźli go chorego na malarię. Umarłby wycieńczony, gdyby nie oni. Potem, kiedy już trochę doszedł do siebie – całe plemię otoczyło go w wiosce……. i wszyscy patrzyli jak je……- jedno jajko. Jajko, które było dla nich jak złoto, a mimo to podzielili się nim z nim, białym człowiekiem. Uratowali go…..
Przeczytałem wiele z jego książek, niektóre po kilka razy – jak np. „Lapidaria”. Ich kolejne odcinki leżą gdzieś w szafie. Czasem wyciągnę któryś i na chybił trafił otwieram. I tak na chybił trafił cytuję poniżej fragmenty Lapidarium VI, po to żeby pokazać kim był człowiek, który wywarł na mnie tak wielki wpływ.
Pisał do końca – nawet na receptach w szpitalu. Żył skromnie. Był zawsze gotowy do podróży. Kiedy wyjeżdżał np. na rok do Afryki, w miejsca gdzie trwały wojny, albo do Ameryki Łacińskiej, czy Południowej – i wszędzie tam, skąd powrót był jak 50/50 – to zabierał z sobą klucze do domu – jakby wyjeżdżał na chwilę. Brał te klucze, żeby móc otworzyć po cichu drzwi w nocy…… i wejść, gdyby jego żona spała…….
Zanim na końcu wrzucę cytaty – krótki wywiad z M.Dorocińskim, który podkładał głos w filmie „Jeszcze dzień życia” – o R.Kapuścińskim. Zaraz potem trailer filmu.
Teraz parę cytatów:
Niekończący się temat – media i polityka. Edward Luce w „Financial Times” z 20.04.02 zwraca uwagę na wpływ mediów na zachowanie posłów w parlamencie Indii. Jeżeli kamery TV są włączone – posłowie krzyczą, awanturują się, skaczą sobie do gardła, pchają się na mównicę, chcą pokazać, że walczą o interesy swoich wyborców. Kiedy operatorzy wyłączają kamery, na salę powraca normalna, nawet przyjazna atmosfera.
*
Coraz wyraźniej dostrzegamy dziś jeszcze inną cechę biedy – jej dziedziczność. Przechodzenie biedy z pokolenia na pokolenie. Dziecko rodzi się z biednych rodziców, dorośleje w biedzie i następnie przekazuje ją swojemu potomstwu. Ten stan dziedziczenia sprzyja rozwojowi mentalności getta, która cechuje myślenie każdego uwięzionego w swoim losie biedaka.
*
Z „Autobiografii” Jorge Borgesa (tłum. Adam Elbanowski). Borges o złych książkach, które pisał w młodości: „Dzisiaj nie czuję się już winny owego braku umiaru: książki te pisał ktoś inny”. I dalej: „Nie czuję żadnej więzi z zarozumiałym i nieco dogmatycznym młodzieńcem, jakim kiedyś byłem”. „Posługiwanie się wyrafinowanym stylem jest błędem i to błędem płynącym z próżności. Zdecydowanie wierzę, że dobre pisarstwo wymaga skromności”.
*
Wojna Ameryki z Irakiem to w dużym stopniu – po obu stronach – wojna elit, klanów patrycjuszowskich. Spójrzcie na ich protagonistów – gdzie widzimy Busha? W pałacu. Husajna – w pałacu. Ben Laden też urodził się i wychował w pałacu.
Ludy są tylko ofiarą, mięsem armatnim. Te matki, które płaczą nad zwłokami swoich synów, to są ubogie, proste kobiety. Te idące w panice pochody uchodźców – to najczęściej wiejskie kobiety z dziećmi.
Każda wojna jest nienawistna ludziom, na wojnie lud nigdy nie korzysta, lecz przeciwnie – traci domy, dobytek, jeśli nie po prostu – życie.
Boję się tłumu. Rzadko boję się pojedynczego człowieka, natomiast zawsze boję się tłumu, nawet kiedy jest ogromny i radosny. Bo wiem, jak łatwo, jak momentalnie, w ułamku sekundy, rozbawiona, wesoła zbiorowość może przemienić się w bestię i eksplodować furią.
Albowiem w tłumie zawarte są wszystkie możliwe zachowania ludzkie – od życzliwości i entuzjazmu po wściekłość i zbrodnię, a o tym, która z tych sił się ujawni i wypłynie na powierzchnię, decyduje rodzaj detonatora, jaki nią poruszy, pchnie do działania. Stąd tak ważne jest, kto stanie na czele tłumu i jakie w ten tłum rzuci hasło.
——-
OPUBLIKOWANE W8 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Indian Summer…”
Obudziłem się dzisiaj cicho…..usłyszałem w oddali łagodny stukot pociągu. Przez dolinę jechał ten na Katowice 5.16.
Wstałem, tak żeby nie budzić nikogo…….Zrobiłem sobie kawy w skręcanej, włoskiej kafetierze i nalałem do swojego ulubionego, metalowego kubka. Takie kubki mają na filmach kowboje :)…… mam i ja.
Potem zakładam słuchawki i puszczam sobie Bruca….. I’m on fire……i postanawiam porysować…
Wczoraj do późna oglądałem różne zdjęcia, np. Jamesa Dean’a. Przypomniałem sobie np. to poniżej. Jedno z moich ulubionych:
Dean jest na nim wolny od wszelkich norm, zasad….jest outsider’em w samej swojej postawie. Ciekawe….większość moich kolegów to outsiderzy. Kogo bym nie wspomniał. Jednocześnie silne i niezależne osobowości. Ludzie idący swoją drogą, nie oglądający się na main stream..
Nad górami unoszą się mgły. Powietrze jest rześkie…ma dziś swój dobry, energetyczny smak. Podchodzę do okna popatrzeć na dzikiego ptaka lecącego nad horyzontem. Jest jeszcze oszarówka. Gorąca kawa rozgrzewa mnie od środka. Rozglądam się po szczytach. Jeszcze są zielone, ale lada moment zrobi się tu kolorowo. Będzie piękne „Indiańskie lato” – Indian Summer, jak mówią za Atlantykiem. Ciekawe, zaczynam doceniać wiewiórki, jakiegoś zająca, który czasem przeleci w pobliżu. Przy drodze nad ranem mogą się zdarzyć nawet sarny. Jesteśmy częścią natury. Czuję to coraz bardziej….tak.
Postanawiam porysować. Wyciągam jakieś kartki….pierwszy z brzegu ołówek z pudełka po herbacie Twinings Earl Grey (pasuje idealnie). Rysuję kowboja……takiego, jakim wewnątrz trochę jestem. Jest chłodny i wilgotny poranek, więc stawia kołnierz……
Rysuję go, wspominając film „Zaklinacz Koni” Roberta Redforda (i z nim także). No i oczywiście z Kristin Scott Thomas.
Fajny film z ’98r. Miło go wspominam. Są w nim klimaty, jakie teraz trochę czuję. Skąd się to wzięło właśnie dziś….ciekawe ?
Słucham Bruce’a i po cichu zaczynam robić naleśniki. Jak zwykle mega-garnek. ciasta – jak dla armii. Jak zjeść – to zjeść. Smażę je przez dobre 2 godziny. Siedzę przy tym smażeniu z gitarą i pogrywam. Płynie czas wolno….o to chodzi w życiu. Nigdy nie chciałem wiele.
Lubię sposób, w jaki Bruce uderza w stalowe struny. Jest charakterystyczny dla niego…..mocny, bardzo bardzo energetyczny – nisko, przy mostku. Struny brzmią wtedy bardzo rasowo… Springsteen gra z serca – całym sobą.
Przy okazji przypomniałem sobie, że w kuchni na samej górze szafki, mam taki uchwyt do harmonijki jak Bruce – zaraz go wyjmę. Całe lata go nie wyciągałem…
W jednym z moich ulubionych utworów Springsteen’a – „Atlantic City” – śpiewa. „Zrób sobie makijaż i popraw włosy…Spotkamy się wieczorem w Atlantic City”. Wszystko, czego potrzebuje, to te chwile spędzone z nią.
Kiedyś wybrałem się rano w bardzo długą trasę. Żadnego utworu nie słuchałem tyle razy pod rząd, co właśnie „Atlantic City”. Harmonijka Bruce’a jest dla mnie obłędna. On gra energetycznie, mocno, zdecydowanie. Słyszę w tej muzyce przestrzeń, wiatr….radość. To właśnie w nim lubię. To muzyka pełna dobrej energii. Śpiewa o prostych rzeczach. Prostych, ale jak ważnych.
Z biegiem lat czuję, że staję się coraz bliższy naturze. Zauważam więcej niż kiedyś i inaczej reaguję. Niedawno temu byłem zmienić oponę do mojego Forda. Jest taki wulkanizator na starej szosie z Bielska do Cieszyna, po lewej. Jedzie się przez pola – góra ….dół – fajna trasa. W miejscu z otwartą przestrzenią jest ten warsztat. Są sympatyczni i nie ździerają – lubię tam jeździć. Kiedy czekałem, aż skończą robotę, przez szklane drzwi z biura – zaglądał młody wilczurek. Kosmaty – jak to one. To mądre psiska. Drapał łapką i piszczał. Żal mi się go zrobiło. Podszedłem do drzwi i się uspokoił. Patrzył na mnie ciekawie……. a ja poczułem, że fajnie byłoby mieć takiego psa. ? Potem właścicielka wypuściła go i poleciał przez warsztat wesoło.
Artur podjadł ze mną trochę naleśników. Wersji z kawą jeszcze nie jadł. Ja lubię kawę i lubię naleśniki. Do tego Nutella, albo po prostu cukier. Czasem starte jabłka. Wczoraj z nocy zostało mi w kubku całkiem dużo kawy. Eksperymenty lubię najbardziej…więc wlałem ją do ciasta. ? W lodówce było trochę maślanki. Dodałem do tego. A może jeszcze jedno jajko, a może jeszcze mąki, a może jeszcze oleju do ciasta…..i tak się bawię i osładzam tą chłodnawą niedzielę. Aha….zapomniałem powiedzieć, że ciasto miałem z przedwczoraj. Smakowało jednak dobrze. Tyle, że się rwało. Przy okazji wyciągnąłem jeden wniosek. Robiąc małe naleśniki dało się je smażyć. Robiąc duże – rwały mi się. Czasem tak samo jest w życiu – lepiej robić rzeczy w małych kawałkach. Tak to jest….co nie robię, skłania mnie do szerszych wniosków ? Jakoś nie mogę inaczej. Naleśników została zresztą cała fura. Pewnie jeszcze zjem ich parę zaraz…..
Teraz przeczytam jeszcze raz to wszystko, poprawię błędy, coś skreślę, coś dopiszę, zgaszę lampkę przy naszym kuchennym stole i skończy się dobry dzień…..
Jeszcze jedno….wynosząc wieczorem śmieci przyglądałem się wielkiemu kamperowi, jaki stoi przy wejściu do naszego domu. Jest mniej więcej tej wielkości, co amerykański GMC, w jakim mieszkaliśmy kiedyś przez 2 tygodnie, w Szwecji z moim kuzynem Jarkiem Makoszem (jest nas dwóch ? ). Potem poszliśmy dalej zwiedzać ten ciekawy kraj. Przemierzaliśmy Szwecję….potem Danię. Spaliśmy tam, gdzie się dało. Czasem w lesie, czasem w parku, czasem na łodzi…..i tak szliśmy dalej. Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku z tymi metalowymi kubkami i piliśmy kawę zbożową…….to było 30 lat temu. Ten kamper mi to przypomniał. W moich notesach pisałem różne rzeczy, wykonywałem proste rysunki tego co akurat było wokół. Dobrze to wspominam. Nie potrzebowałem wiele. Cały dobytek był w plecaku. Jutro było niewiadomą. I tak właśnie traktuję życie. Każdy dzień może być zaskakujący. A jeżeli taki nie jest – to trzeba zaskoczyć dzień. Chyba jeszcze raz posłucham „I’m on fire”. Mam na to ochotę. Jest miło łagodny. Dokładnie tego teraz potrzebuję.
Co zostało we mnie z tamtego „kowboja” ? Myślę, że nie tylko metalowy kubek, w którym podgrzewałem na ognisku kawę. Myślę, że trochę więcej. To sposób myślenia, podejścia do życia. To prostota bycia, połączona z szacunkiem do natury. To docenianie najważniejszych rzeczy, które jednocześnie są zupełnie za darmo. To one właśnie stanowią treść naszego życia. Czasem zdarzy mi się stanąć gdzieś na stacji, jadąc do Ustronia z pracy, albo na parkingu przy barze po drodze… i gram sobie na harmonijce ustnej, którą kupiłem ostatnio w Lidlu za parę złotych. Puszczam mojego harmonijkowego mistrza z Tennessee i gram razem z nim. On uczy z auta – ja uczę się w aucie. Sprawia mi to radość. Lubię wtedy patrzeć na zachodzące, pomarańczowe słońce. Nic się nie zmieniłem….i nie chcę się zmieniać.
A poniżej – krajobraz z moich stron – ze Śląska. Tak oglądaliśmy zachody słońca, kiedy spędzaliśmy wakacje z chłopakami..np. na moście, patrząc na horyzont i marząc o podróży w wielki świat..
——
1 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Wrzesień…
Kończy się lato. Jest jeszcze jednak bardzo gorąco….nadchodzi mój ulubiony miesiąc – wrzesień….Wspominam chwile…słońce, wyjazd w ulubione strony….kolory, smaki, zapachy. Lato było piękne i udane…
Słońce pada już pod innym kątem. Światło jest rześkie, soczyste – pełne barw i cieni. Wydobywa cały urok świata.. Jeszcze chwila i będzie można zrzucać kasztany. W dzieciństwie robiliśmy to małymi kawałkami desek. Cały dzień od rana potrafiliśmy tak rzucać i pobijać rekordy. Ktoś zrzucił za jednym razem 14 sztuk…..i chyba to byłem ja. Potem tymi kasztanami chłopcy rzucali w naszym kinie. Łatwo było dostać w łeb, więc trzeba było uważać. Ze wszystkich filmów najbardziej lubiłem oczywiście „Żandarmy” (z Saint Tropez) – tak nazywaliśmy tą serię. O tym pisałem już nie raz, ale nie mogłem się oprzeć po raz kolejny. Kończyły nam się wakacje, ale my się nie poddawaliśmy – cały wrzesień był nasz – pełen niezwykłych pomysłów. Cudne czasy…
Dzisiaj jest gorący, niedzielny wieczór. W Ustroniu mieliśmy przez większą część dnia wyścigi samochodowe. Główne ulice zamieniły się w tor wyścigowy. Impreza nabiera rozmachu i przyjeżdża mnóstwo miłośników tego sportu. Słychać ich w całym mieście. Z Ustronia zrobiło się nam małe „Monte Carlo”. W ogrodzie przed naszymi oknami jeszcze parę dni temu słychać było wnuki sąsiadów. Przyjeżdżają tak co 2-3 lata z USA. Kiedy byli mali – dziadek składał im wielki basen i pluskali się w nim radośnie. Podrośli w międzyczasie bardzo. Teraz przyjechało ich chyba z pięciu. Grali w piłkę pod naszymi oknami przez dobre 3 tygodnie. Było ich wszędzie pełno. Nie mówią po polsku, więc amerykański angielski towarzyszył nam tak często, że aż zaczęło mi go brakować, kiedy zrobiło się w ogrodzie ciszej. Ostatniego wieczoru wszyscy z ich rodziny zebrali się pod altaną i zrobili sobie wesołą kolację. Rozwiesili pełno kolorowych lampek. Do tego dźwięki zabawy, gdzieś z lokali nad brzegiem Wisły, cichy stukot pociągu biegnącego w Polskę, ……wesołe głosy dobiegające z biesiad przy grillu w innych ogrodach, wszędzie wokół……czas płynie dalej. Słychać świerszcze….jakie to miłe. Lekki wiatr chłodzi wnętrze pokoju, po upalnym dniu….Na stole, przy moim komputerze leży miska z czysto warzywnym Leczo. Dojrzałe papryki, soczyste i pełne słońca pomidory, aromatyczna cebula. To prosta, zdrowa i genialna potrawa. Jest jak to lato – pełne dobrego słońca. Całość wygląda bardzo apetycznie. Sos doprawiony jest różnymi przyprawami. Ta dojrzała soczystość miesza się ze sobą i kusi wzrok. Sam widok tej potrawy jest wręcz malarski. Lepiej już zakończyć to pisanie, bo mocno mnie to rozprasza ?
Słyszę Harley’e wyjeżdżające na trasę. Latem przyjeżdżają tu w nieprawdopodobnej ilości. Stąd mają fajne trasy dalej na południe – w górskie serpentyny. O tej godzinie wracają już ostatni z nich. Przejeżdżają szosą daleko na horyzoncie. Słychać ich cicho…..biegną do siebie.
Mógłbym tak pisać…. i pisać…..ale chciałem podzielić się czymś innym w gruncie rzeczy. W tym tygodniu wpadł mi w ręce audiobook książki, którą czytałem wielokrotnie. Jestem z tych, którzy czytają po ileś razy te same książki. To trochę tak jak z człowiekiem. Kiedy poznam kogoś, kogo naprawdę chcę poznać, to nigdy nie mam go dość…..czy nie lepiej bliżej poznać niewielką ilość ludzi, ale dobrze – dając im także siebie, swój czas, uwagę, troskę…..niż znać wielu, ale pobieżnie i ciągle gdzieś gonić……. ?
Tak więc, oto książka, która wywarła na mnie duży wpływ. Jest jedną z najlepszych, jakie w życiu czytałem. Potem chwyciłem za inne tego autora – także były dobre. Ta jednak jest kultowa. Wpadła mi w ręce, pewnego dnia w Rossmanie. Stwierdziłem, że skoro taki sklep sprzedaje taką książkę – to może być niezła. Przeczytałem parę fragmentów ….. i natychmiast mnie wciągnęła. Mój pierwszy egzemplarz cały popisałem różnymi uwagami i notatkami. Potem kupiłem kolejny. Polecałem tę książkę wielu osobom. Dziś polecę Tobie.
Mamy to szczęście, że w j.polskim jest naprawdę dobrze nagrana. Są nawet wstawki „aktorskie”. Można jej słuchać wszędzie…jadąc samochodem, sprzątając, zmywając naczynia….Przeczytałem ją ok. 5 razy. Jutro rano, jadąc do pracy – załączę ją znowu, bo jak napisał sam autor – Dale Carnegie – „choć sam ją napisałem, to muszę ją sobie od czasu do czasu przypomnieć, bo zapominam”…..
PS
Udało mi się przepisać dość sporo myśli – są w zakładce „Myśli – do wydruku”.
No i ciekawostka – dodałem zestawienie 2 zdjęć, na końcu – w zakłade „About me”…..
Miłego wieczoru…. j
malarz w Saint Tropez… ? Wspomnienie tegorocznego wyjazdu na Lazurowe Wybrzeże…
Zawsze byłem ciekawy, czy ta kawiarnia z czerwonymi markizami i czerwonymi krzesłami jeszcze istnieje (widać ją na początku filmiku po prawej stronie) …… i istnieje ? To Senequier.. Jak to fajnie, że są miejsca, do których zawsze można wracać.
Coś nie zawsze włącza się filmik, więc wrzucę jeszcze twista z Saint Tropez. Lubię tę wesołą pisenkę (zawsze poprawia mi humor) …. no i Genevieve Grad..
—–
25 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Podświadomość…”
Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jakie programy – zapisane w nas – realizujemy w ciągu życia. Już kilka razy zdarzyło mi się, że zrobiłem coś – co było we mnie właśnie zapisane i nie zdawałem sobie nawet do końca sprawy z tego, że dążę do realizacji celu w sposób podświadomy. Uświadomienie sobie tego w tamtym momencie było dla mnie dowodem na to, że tak naprawdę jest. Nasze wyobrażenia, marzenia, wizje, myśli….to wszystko prowadzi nas w jakimś kierunku. Czasem nawet nieuświadomionym. To jest właśnie potęga podświadomości……Jeżeli jest dobrze wykorzystana i uświadomimy sobie istnienie podświadomości – możemy przebudować swoje życie w kierunku bardziej świadomego i dobrego.
Zdanie sobie sprawy z tego zjawiska może nas prowadzić do realizacji celów wartościowych, nie zaś przypadkowych. Co mam na myśli….oto kilka przykładów:
Ktoś wyobraził sobie siebie, że podjedzie drogim autem na rynek i ludzie będą go za to podziwiać. …… i dąży do tego obrazu podświadomie. Widzi siebie zadowolonego i upojonego tą myślą ……Cel nie warty osiągnięcia. Być może go osiągnie i tak się kiedyś stanie, ale posiadanie czegokolwiek nie może być prawdziwym dążeniem…..
Ktoś wyobraził sobie siebie z drinkiem na tarasie swojego wielkiego domu. Ma przedmioty, których pragnął i tym się otoczył. W wyobraźni rysuje obraz siebie, człowieka bogatego, któremu wszyscy tego zazdroszczą………. Cel nie warty osiągnięcia. Być może zdobędzie pieniądze, ale one są tylko środkiem do realizacji rzeczy znacznie ważniejszych niż one same. Jeżeli tego nie zrozumie……wszystko na marne………Jeżeli chce mieć pieniądze, żeby zrobić z nimi coś dobrego i traktuje je jako środek a nie cel – to OK.
Ktoś wyobraził sobie siebie, jako szefa dużej grupy ludzi. Wszyscy go słuchają i podziwiają. I tego podziwu chciał….Cel nie warty osiągnięcia. Władza jest czymś, co powinno się powierzać ludziom wyjątkowo odpowiedzialnym za innych, nie tym którzy szukają jej dla karmienia własnej pychy…..Jeżeli to zrozumie i dobrze wykorzysta swoje cechy osobowości – to OK, ale nie władza jest celem.
…… i tak dalej, i tak dalej.
A co, gdyby postawić sobie naprawdę wartościowe cele – a może bardziej kierunki, bo ja tak patrzę na sprawy – dla mnie wybór właściwego kierunku już jest wyborem celu – to co wtedy ? ………..Poziom jego realizacji, jaki uda się nam osiągnąć to sprawa drugorzędna – ważne, że dajemy z siebie wszystko stawiając każdy pojedynczy krok. Wybór właściwej drogi i wytrwałe podążanie nią – to już samo w sobie osiągnięcie celu. To, ile dni będzie nam dane i ile uda się w tym czasie zrobić……to już nie zależy od nas…..
Ważny jest wybór własnych celów, w które naprawdę wierzymy. Celów, które są dobre, a nie próżne. Realizacja tego, co jest naturalnie w nas i jest dobre, co stanowi naszą istotę, a co wynika ze zrozumienia tego – po co jesteśmy. Żeby dojść do takiego punktu – zazwyczaj trzeba trochę pożyć na tym świecie i zajrzeć głęboko w siebie. Zobaczyć, co tam jest zaprogramowane przypadkowo i przeprogramować to na nowo ?
Na temat podświadomości wiele napisano i powiedziano. Ja słucham czasem wykładów Bruce Lipton’a. Ten poniżej dotyczy w większości tematu farmaceutyki, ale można go z łatwością przełożyć na cokolwiek.
—–
18 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Konformizm…
Jednym z największych niszczycieli naszych naturalnych talentów jest – KONFORMIZM….. W warunkach komfortu nigdy nie osiągamy szczytu naszych naturalnych możliwości. Za wygodę płacimy wysoką cenę – siebie.
Definicja konformizmu wg. Wikipedii:
„Zmiana zachowania na skutek rzeczywistego bądź wyobrażonego wpływu innych ludzi. Podporządkowanie się wartościom, poglądom, zasadom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. W tym rozumieniu jest to zmiana związana z faktem, że członek grupy miał początkowo inne zdanie czy inaczej się zachowywał niż grupa, a następnie je zmienił w kierunku zgodnym z oczekiwaniami grupy…”
Cała filozofia jednego z moich ulubionych myślicieli – Anthony De Mello, to filozofia kwestionowania konformizmu.
W sieci szukam nauki, inspiracji, refleksji….(www to nie tylko źródło zabawy :)…., to potężne źródło wiedzy, które polecam każdemu. Poniżej wrzucam jedną z najlepszych przemów motywacyjnych, jakie znalazłem. Mówi je człowiek, który osiągnął wiele na kilku polach (Arnold Schwarzenegger) – a to wszystko dzięki temu, że wiedział dokąd idzie (to zasadnicze pytanie), że ciężko pracował, że był zdeterminowany. I te słowa, jakie padły z ust Muhammada Aliego:
– Ile zrobisz przysiadów ? – pyta Arnold
– Nie wiem, nie liczę, dopóki nie zaczynam czuć bólu…..- odpowiada Ali
Uśmiecham się, bo znam to doskonale, z różnych swoich historii ?
Polecam poniższy film i zachęcam do szukania własnych, inspirujących materiałów. Oby każdy z nas wydobył z siebie to, co ma najlepszego i dzielił się tym z innymi. Szczerze tego wszystkim życzę. Wtedy świat wokół będzie lepszy…
——-
11 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Każdemu wolno kochać…
Zastanawiałem się, co dziś napisać….Może zamiast tego – wrzucę piosenkę, która od wczoraj za mną chodzi ? Chyba tak…
No i scena, w której Lo rozpieprza wesele – uwielbiam ją „Wracaj ze mną na pustynię – woła do niej”…
Teraz o miłości ludzi dojrzałych w tym filmie……”Some Tea”….. czasem jestem takim trochę mnichem – dlatego tak ją lubię ? Siedzą przy mojej ulubionej zielonej herbacie i rozmawiają dojrzale o sprawach najważniejszych….zbyt wiele czasu zmarnowali bez siebie…teraz to rozumieją.
I inna, w której Li Mu Bai mówi:
– Został mi tylko jeden oddech
No i na koniec teledysk – z pięknym video i pięknym tekstem. Tak właśnie wyobrażam sobie prawdziwą miłość – gotową na stratę wszystkiego, w każdej chwili…mając siebie – zawsze. Takie historie mogą się zdarzyć wszędzie. Tu nie trzeba blichtru, samochodów, wielkich domów, wykwintnych kolacji, wielkich podróży. Wystarczy miłość, wolność i wieczna dzikość serc ……… takich jak tych dwoje. No jak On mógłby o niej zapomnieć – NIGDY !!! – tu jest wszystko, zupełnie wszystko….Cudowny teledysk….Dobranoc
——–
29 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Życie jest podróżą”
Rano obudził mnie cichy stukot motoru….jechał obwodnicą Ustronia i to delikatne echo niosło się przez całe miasteczko.
Uwielbiam takie poranki. Zaczynają się cicho,….łagodnie. Te niedzielne kocham szczególnie. Niedziela to czas kiedy następuje cudowne zawieszenie, kiedy do nikąd się nie spieszę. Na nic nie czekam. Jest tu i teraz…..tak, jak powinno być. Mam wszystko to, co chcę mieć…….i czuję się szczęśliwy.
Nalałem do metalowego kubka kawy i zacząłem rysować………motor ? Zabawne – nigdy w życiu nie rysowałem jeszcze motoru. Skąd to się wzięło – i akurat dzisiaj ?
Można powiedzieć, że w pewnym sensie dźwięk motoru z oddali, to jeden z dźwięków mojego dzieciństwa….tak – ja mam nie tylko smaki, ale też dźwięki dzieciństwa. Do tego obrazy, światło i wszystko co jak się okazuje nas tworzy. Kiedy słyszę dźwięk motoru w oddali – uspokaja mnie to bardzo…..kołysze łagodnie. Przy takich dźwiękach zasypiałem……
Do naszego domu docierały dźwięki z szosy, jaka biegła nie tak daleko od nas. Dźwięk przechodził pomiędzy niewysokimi domkami i dostawał się do mojego łóżka. Takie dźwięki pojawiały z oddali i w oddali cichły. Słyszałem je czasem wieczorem….a czasem właśnie o poranku. Ktoś jechał daleko i w danym momencie nas mijał. Takich dźwięków dzieciństwa mam zresztą więcej. Ten jest jednym z nich….pojawił się niezapowiedzianie. Innym jest stukot kół pociągu – daleko na horyzoncie. Jeszcze innym dźwięk upuszczanej na długim korytarzu monety – ten akurat znam chyba ze szpitala. Byłem tam na tyle długo, żeby zapomnieć świat jaki znałem – włącznie ze swoimi najbliższymi. Świat odbierałem wtedy głównie dźwiękami. Do dziś, kiedy ktoś upuści na korytarzu monetę – hipnotyzuje mnie to momentalnie….
Dobiegam 50-tki i pewne rzeczy coraz wyraźniej mi się przypominają. To niesamowite. Dlatego tak często wspominam dzieciństwo. Ono ma ogromny wpływ na całe nasze życie. Ciekawe, co jeszcze sobie przypomnę ? W pewnym sensie czuję się tak, jakbym momentami cofał się w czasie. Obrazy, dźwięki, zapachy…..wszystko, co znam – uruchamia we mnie dawno zapomniane szczegóły.
Do 6 roku życia cały mój świat był bardzo mały „geograficznie”. Nie znałem innych dzieci, nie wychodziłem się bawić na zewnątrz. Zastanawiałem się oopotem – dlaczego tak było? Niedawno się dowiedziałem. Kiedy miałem jakieś 3 lata bawiłem się pod domem – u dziadków na przeciw. Ktoś podjechał samochodem, otwarł drzwi i chciał mnie wsadzić do środka. Dziadek w ostatniej chwili to zauważył i podniósł krzyk…..no i tak piszę sobie tego bloga. Kto wie, co mogłoby się wtedy stać ? Całkowicie rozumiem teraz strach rodziców. To nie była bezpieczna dzielnica. To nie były bezpieczne czasy. Miałem więc swój dom z ogrodem i wyobraźnię…..i dźwięki…..piosenki, opowieści, jakich słuchałem od odwiedzających nas ludzi….no i czasem telewizję ?
Ten motor chyba czekał na swój moment. Musiał się kiedyś pojawić. Był we mnie przez te wszystkie lata. Kiedy skończyłem rysunek przyjrzałem mu się uważnie. Nie był zbyt udany,…….jednak miał w sobie światło wschodzącego słońca – na plecach motocyklisty. Z lewej strony rysunku udało mi się pokazać światło, które go popychało…….Tak, to co najważniejsze w nim było. Tego właśnie szukałem. Zawsze, kiedy coś narysuję podejmuję tylko dwie decyzje – tak, albo nie. Jeżeli nie – rysunki drę na kawałki i wynoszę od razu do kosza na papier. Robiłem tak bardzo wiele razy. Temu jednak przyglądałem się dłuższą chwilę i uśmiechnąłem się …. – tak.
Jeżeli ktoś zapytałby mnie o motor – to powiedziałbym o jeszcze jednej scenie. Tej z filmu „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. To świetny film – jeden z tych, po obejrzeniu których wie się od razu i z całą pewnością, że miało się właśnie kontakt z arcydziełem. Opowiada historię człowieka, który w miarę upływu czasu stawał się coraz młodszy. Opowiada także historię miłości, która miała swój czas w jego życiu. Pewnego dnia ruszył w podróż…….żył w różnych miejscach, wykonywał różne zawody. Spał gdzie życie go rzuciło, jadł co życie mu dało. Podróżował na motorze. Spełniało się jego przeznaczenie…..
Bohater filmu cofa się w czasie…trochę jak ja dzisiaj ?
To bardzo niezwykły film. Nakręcono go na podstawie książki Francisa Scotta Fitzteralda – tego samego, który napisał „Wielkiego Gatzbiego”. Swoją drogą niezwykły człowiek musiał być z tego Scotta.
Niedziela powoli się kończy.
Lubię czasem wyjechać z mojego ukochanego Ustronia, ale jeszcze bardziej kocham do niego wracać
———
OPUBLIKOWANE W23 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Bogowie Elektroniki – cz.1”
Dzisiaj wyjątkowo w poniedziałek, ponieważ wczoraj byliśmy na długiej wycieczce i bardzo późno wróciliśmy ?
Pojawiają się na moim blogu wpisy typu – „…..- cz.1”. Postanowiłem (niekoniecznie w serii) umieszczać wpisy dot. moich inspiracji. Tutaj powinienem od razu napisać w pierwszej kolejności o JMJ (Jean-Michele Jarre). Bardzo go szanuję – nie tylko za dokonania muzyczne i wieczne eksperymentowanie bez względu na publikę, ale także za jego sposób myślenia i stosunek do świata. Jest filantropem i człowiekiem świadomym ekologicznie. Jest wizjonerem i kimś gotowym do realizacji bardzo wielkich pomysłów. Jest po prostu….. mądrym człowiekiem. To jest jednak temat na osobny materiał. JMJ to zbyt ważna postać dla mnie, żeby nie popracować nad tym wpisem bardziej.
Dzisiaj natomiast krótko (któtko tylko dlatego, że muszę iść spać) o grupie Kraftwerk. To nazwa, która dla wszystkich miłośników muzyki elektronicznej znaczy tyle, co Michał Anioł dla artystów. Znaczy tyle co czerń i biel dla malarzy….To Kaftwerk stworzył i tworzy dalej nowe „kolory tęczy”. Ich syntetyzowane dźwięki słychać potem prawie wszędzie. To inżynieria dźwięku na najwyższym poziomie. Ogromna ilość wykonawców korzysta ze stworzonej przez nich palety. Są jak twórcy farb, z których korzystali i korzystają dalej inni. Oczywiście, przed nimi byli inni i po nich było wielu innych. Każdy jednak, kto trochę bliżej niż trochę spotkał się z muzyką elektroniczną – musiał bardzo szybko natrafić właśnie na nich. Ja trafiłem na tę grupę mając 11 lat. Kolega pożyczył mi kasetę z czymś tak innym od wszystkiego co do tej pory słyszałem, ……..że „odpadłem”. Słuchałem ich na okrągło. Słucham też często i dzisiaj. Przyglądam się ich postępom. Kraftwerk to znacznie więcej niż muzyka – to kompletny koncept artystyczny. Pracowali prawie wyłącznie w nocy – idąc rano do baru w Dusseldorfie i rozchodzili się do siebie. Muzycy elektroniczni często tak robią. To z powodu ciszy i maksymalnej koncentracji, jaką zapewnia właśnie noc. W całej historii udzielili tylko 1 wywiadu (i to niedawno temu sam Ralp Hutter – silnik grupy). Było to na rozdaniu nagród Grammy w 2014r (grupa działa od 1970r – czyli po 44 latach działalności !). Do tego momentu konsekwentnie tego odmawiali. Znano ich muzykę, ale nie znano ich. Nie będę tu jednak opisywał historii, bo zrobiła to świetnie Wikipedia ?
Wspomnę jedynie kilka utworów – które przybliżą to, czym jest Kraftwerk:
Wrzucę jeszcze nagranie z jednego z koncertów.
Zarzuca się nam, że jesteśmy bardzo zdehumanizowani w swojej muzyce – powiedział kiedyś Karl Bartos – to nieprawda, jesteśmy bardzo zhumanizowani.
W pełni się z nim zgadzam. Tak mógłby pomyśleć jedynie ktoś, kto zupełnie nie rozumie ich muzyki. Kraftwerk ma drugie dno. To za robotycznymi i zmechanizowanymi sekwencjami – kryją się wrażliwi ludzie. Ta zimna warstwa górna to ich wołanie o człowieka. Prowokują – to bardzo inteligentna postawa – trzeba ją po prostu umieć dostrzec.
Ciekawostką socjologiczną (robiono na ten temat badania naukowe) jest fakt, że Kraftwerk lubią prawie wyłącznie mężczyźni…., niesamowite i bardzo szkoda. Spotkanie kobiety zainteresowanej muzyką elektroniczną już samo w sobie nie jest łatwe, a spotkanie miłośniczki Kraftwerk – statystycznie prawie niemożliwe.
Można powiedzieć, że w 60% słuchałem zawsze muzyki elektronicznej. Nie dlatego, że wolałem te dźwięki bardziej od instrumentów naturalnych – o nie. Uwielbiam tradycyjne instrumenty. Elektronika daje nam jedynie możliwość tworzenia jeszcze bardziej złożonych i nieograniczonych jakości. Kiedyś słuchałem tysiącami godzin takich twórców, jak oczywiście JMJ (mój absolutny nr 1), wspomniany Kraftwerk. Innym przykładem jest także Tangerine Dream, Vangelis, Yani……… Moi wielcy to także ATB, Armin Van Buuren, Avici, ….nie wymienię wszystkich a lista byłaby długa. Teraz słucham najczęściej nowych twórców – na początku swojej drogi. Dają bardzo dużo świeżości tej muzyce. Jednym z nich jest Lumidelic – młody Hiszpan. Zachwycam się tym, co robi już dobre 10 miesięcy. Prawie co dzień leci u mnie coś z jego repertuaru. Jest niesamowicie twórczy. Czasem w ciszy nocy śledzę jego track’i w zapisie na ścieżkach komputerowych i nie mogę wyjść z podziwu – jakim jest umysłem. Niedawno na Facebook wymieniliśmy z sobą parę zdań na temat muzyki elektronicznej :), to jest właśnie siła internetu. Poniżej przykładowi twórcy: Lumidelic, Maiga, Alex H. Pamiętajcie o dobrym sprzęcie do odsłuchu – inaczej nic z tego ? Miłego odbioru
—–
jaro SHOP – opening soon
GIFTS ? !!!
OPUBLIKOWANE W15 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Moi Mistrzowie – cz.1 – Ryszard Kapuściński
Każdy z nas ma takie osoby na swojej drodze, od których wiele się uczył. Począwszy od najbliższych, aż do tych których znaleźliśmy często przypadkiem. Mógłbym ich wymienić kilka. Z pewnością jedną z tych postaci jest polski dziennikarz i reporter wojenny – Ryszard Kapuściński. Dlaczego on ? Czy interesuje mnie tematyka wojenna ? – Nie.
Interesuje mnie człowiek, człowieczeństwo – a Kapuściński potrafił pisać o człowieku w sposób wyjątkowy.
Zaczęło się od tego, że około 1998 r. przeczytałem w gazecie krótką wzmiankę o jego „Lapidariach”. Z opisu wynikało, że w swoich kolejnych odcinkach zapisał krótkie myśli, zdarzenia, wspomnienia – w sposób niechronologiczny, wyrywkowy. Raz krócej, nawet mega krótko, raz dłużej – nieważne. Skacząc z tematu na temat i układając z tego wszystkiego jedną historię – no bo przecież wszystko składa się ostatecznie w jedną wielką historię. Tak naprawdę, to opowiadając ją od którejkolwiek strony i tak uzupełniamy powoli krajobraz z puzzli. Nasze umysły nie pracują chronologicznie. Myśli i emocje przeplatają się w nas bezustannie. Takie jest pisarstwo Kapuścińskiego. Dla mnie on nie był dziennikarzem, ani reporterem wojennym. Był dla mnie myślicielem, człowiekiem który potrafił wyciągać wnioski bardziej ogólne z wydarzeń niepozornych. Potrafił obserwować i wskazać na te elementy, które były znaczące. Odnalazłem Kapuścińskiego ponownie około roku 2009, kiedy wpadła mi w ręce książka „Podróże z Herodotem”. Herodot…….?? – Father of history – jak nazywał go Angielski Pacjent – bohater mojego ulubionego filmu ? To książka Herodota była przy nim zawsze. To w niej umieszczał luźne rysunki, zapiski, kawałki kartek…….Nie mogłem więc nie przeczytać tej książki…..no i się zaczęło…………. Byłem potem ciekaw, kim był człowiek, który tyle razy był w sytuacji zagrożenia, który poznał tylu różnych innych ludzi, którzy pomagali mu w ciężkich chwilach,……….. jak ci Afrykańczycy z plemienia, którzy znaleźli go chorego na malarię. Umarłby wycieńczony, gdyby nie oni. Potem, kiedy już trochę doszedł do siebie – całe plemię otoczyło go w wiosce……. i wszyscy patrzyli jak je……- jedno jajko. Jajko, które było dla nich jak złoto, a mimo to podzielili się nim z nim, białym człowiekiem. Uratowali go…..
Przeczytałem wiele z jego książek, niektóre po kilka razy – jak np. „Lapidaria”. Ich kolejne odcinki leżą gdzieś w szafie. Czasem wyciągnę któryś i na chybił trafił otwieram. I tak na chybił trafił cytuję poniżej fragmenty Lapidarium VI, po to żeby pokazać kim był człowiek, który wywarł na mnie tak wielki wpływ.
Pisał do końca – nawet na receptach w szpitalu. Żył skromnie. Był zawsze gotowy do podróży. Kiedy wyjeżdżał np. na rok do Afryki, w miejsca gdzie trwały wojny, albo do Ameryki Łacińskiej, czy Południowej – i wszędzie tam, skąd powrót był jak 50/50 – to zabierał z sobą klucze do domu – jakby wyjeżdżał na chwilę. Brał te klucze, żeby móc otworzyć po cichu drzwi w nocy…… i wejść, gdyby jego żona spała…….
Zanim na końcu wrzucę cytaty – krótki wywiad z M.Dorocińskim, który podkładał głos w filmie „Jeszcze dzień życia” – o R.Kapuścińskim. Zaraz potem trailer filmu.
Teraz parę cytatów:
Niekończący się temat – media i polityka. Edward Luce w „Financial Times” z 20.04.02 zwraca uwagę na wpływ mediów na zachowanie posłów w parlamencie Indii. Jeżeli kamery TV są włączone – posłowie krzyczą, awanturują się, skaczą sobie do gardła, pchają się na mównicę, chcą pokazać, że walczą o interesy swoich wyborców. Kiedy operatorzy wyłączają kamery, na salę powraca normalna, nawet przyjazna atmosfera.
*
Coraz wyraźniej dostrzegamy dziś jeszcze inną cechę biedy – jej dziedziczność. Przechodzenie biedy z pokolenia na pokolenie. Dziecko rodzi się z biednych rodziców, dorośleje w biedzie i następnie przekazuje ją swojemu potomstwu. Ten stan dziedziczenia sprzyja rozwojowi mentalności getta, która cechuje myślenie każdego uwięzionego w swoim losie biedaka.
*
Z „Autobiografii” Jorge Borgesa (tłum. Adam Elbanowski). Borges o złych książkach, które pisał w młodości: „Dzisiaj nie czuję się już winny owego braku umiaru: książki te pisał ktoś inny”. I dalej: „Nie czuję żadnej więzi z zarozumiałym i nieco dogmatycznym młodzieńcem, jakim kiedyś byłem”. „Posługiwanie się wyrafinowanym stylem jest błędem i to błędem płynącym z próżności. Zdecydowanie wierzę, że dobre pisarstwo wymaga skromności”.
*
Wojna Ameryki z Irakiem to w dużym stopniu – po obu stronach – wojna elit, klanów patrycjuszowskich. Spójrzcie na ich protagonistów – gdzie widzimy Busha? W pałacu. Husajna – w pałacu. Ben Laden też urodził się i wychował w pałacu.
Ludy są tylko ofiarą, mięsem armatnim. Te matki, które płaczą nad zwłokami swoich synów, to są ubogie, proste kobiety. Te idące w panice pochody uchodźców – to najczęściej wiejskie kobiety z dziećmi.
Każda wojna jest nienawistna ludziom, na wojnie lud nigdy nie korzysta, lecz przeciwnie – traci domy, dobytek, jeśli nie po prostu – życie.
Boję się tłumu. Rzadko boję się pojedynczego człowieka, natomiast zawsze boję się tłumu, nawet kiedy jest ogromny i radosny. Bo wiem, jak łatwo, jak momentalnie, w ułamku sekundy, rozbawiona, wesoła zbiorowość może przemienić się w bestię i eksplodować furią.
Albowiem w tłumie zawarte są wszystkie możliwe zachowania ludzkie – od życzliwości i entuzjazmu po wściekłość i zbrodnię, a o tym, która z tych sił się ujawni i wypłynie na powierzchnię, decyduje rodzaj detonatora, jaki nią poruszy, pchnie do działania. Stąd tak ważne jest, kto stanie na czele tłumu i jakie w ten tłum rzuci hasło.
——-
OPUBLIKOWANE W8 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Indian Summer…”
Obudziłem się dzisiaj cicho…..usłyszałem w oddali łagodny stukot pociągu. Przez dolinę jechał ten na Katowice 5.16.
Wstałem, tak żeby nie budzić nikogo…….Zrobiłem sobie kawy w skręcanej, włoskiej kafetierze i nalałem do swojego ulubionego, metalowego kubka. Takie kubki mają na filmach kowboje :)…… mam i ja.
Potem zakładam słuchawki i puszczam sobie Bruca….. I’m on fire……i postanawiam porysować…
Wczoraj do późna oglądałem różne zdjęcia, np. Jamesa Dean’a. Przypomniałem sobie np. to poniżej. Jedno z moich ulubionych:
Dean jest na nim wolny od wszelkich norm, zasad….jest outsider’em w samej swojej postawie. Ciekawe….większość moich kolegów to outsiderzy. Kogo bym nie wspomniał. Jednocześnie silne i niezależne osobowości. Ludzie idący swoją drogą, nie oglądający się na main stream..
Nad górami unoszą się mgły. Powietrze jest rześkie…ma dziś swój dobry, energetyczny smak. Podchodzę do okna popatrzeć na dzikiego ptaka lecącego nad horyzontem. Jest jeszcze oszarówka. Gorąca kawa rozgrzewa mnie od środka. Rozglądam się po szczytach. Jeszcze są zielone, ale lada moment zrobi się tu kolorowo. Będzie piękne „Indiańskie lato” – Indian Summer, jak mówią za Atlantykiem. Ciekawe, zaczynam doceniać wiewiórki, jakiegoś zająca, który czasem przeleci w pobliżu. Przy drodze nad ranem mogą się zdarzyć nawet sarny. Jesteśmy częścią natury. Czuję to coraz bardziej….tak.
Postanawiam porysować. Wyciągam jakieś kartki….pierwszy z brzegu ołówek z pudełka po herbacie Twinings Earl Grey (pasuje idealnie). Rysuję kowboja……takiego, jakim wewnątrz trochę jestem. Jest chłodny i wilgotny poranek, więc stawia kołnierz……
Rysuję go, wspominając film „Zaklinacz Koni” Roberta Redforda (i z nim także). No i oczywiście z Kristin Scott Thomas.
Fajny film z ’98r. Miło go wspominam. Są w nim klimaty, jakie teraz trochę czuję. Skąd się to wzięło właśnie dziś….ciekawe ?
Słucham Bruce’a i po cichu zaczynam robić naleśniki. Jak zwykle mega-garnek. ciasta – jak dla armii. Jak zjeść – to zjeść. Smażę je przez dobre 2 godziny. Siedzę przy tym smażeniu z gitarą i pogrywam. Płynie czas wolno….o to chodzi w życiu. Nigdy nie chciałem wiele.
Lubię sposób, w jaki Bruce uderza w stalowe struny. Jest charakterystyczny dla niego…..mocny, bardzo bardzo energetyczny – nisko, przy mostku. Struny brzmią wtedy bardzo rasowo… Springsteen gra z serca – całym sobą.
Przy okazji przypomniałem sobie, że w kuchni na samej górze szafki, mam taki uchwyt do harmonijki jak Bruce – zaraz go wyjmę. Całe lata go nie wyciągałem…
W jednym z moich ulubionych utworów Springsteen’a – „Atlantic City” – śpiewa. „Zrób sobie makijaż i popraw włosy…Spotkamy się wieczorem w Atlantic City”. Wszystko, czego potrzebuje, to te chwile spędzone z nią.
Kiedyś wybrałem się rano w bardzo długą trasę. Żadnego utworu nie słuchałem tyle razy pod rząd, co właśnie „Atlantic City”. Harmonijka Bruce’a jest dla mnie obłędna. On gra energetycznie, mocno, zdecydowanie. Słyszę w tej muzyce przestrzeń, wiatr….radość. To właśnie w nim lubię. To muzyka pełna dobrej energii. Śpiewa o prostych rzeczach. Prostych, ale jak ważnych.
Z biegiem lat czuję, że staję się coraz bliższy naturze. Zauważam więcej niż kiedyś i inaczej reaguję. Niedawno temu byłem zmienić oponę do mojego Forda. Jest taki wulkanizator na starej szosie z Bielska do Cieszyna, po lewej. Jedzie się przez pola – góra ….dół – fajna trasa. W miejscu z otwartą przestrzenią jest ten warsztat. Są sympatyczni i nie ździerają – lubię tam jeździć. Kiedy czekałem, aż skończą robotę, przez szklane drzwi z biura – zaglądał młody wilczurek. Kosmaty – jak to one. To mądre psiska. Drapał łapką i piszczał. Żal mi się go zrobiło. Podszedłem do drzwi i się uspokoił. Patrzył na mnie ciekawie……. a ja poczułem, że fajnie byłoby mieć takiego psa. ? Potem właścicielka wypuściła go i poleciał przez warsztat wesoło.
Artur podjadł ze mną trochę naleśników. Wersji z kawą jeszcze nie jadł. Ja lubię kawę i lubię naleśniki. Do tego Nutella, albo po prostu cukier. Czasem starte jabłka. Wczoraj z nocy zostało mi w kubku całkiem dużo kawy. Eksperymenty lubię najbardziej…więc wlałem ją do ciasta. ? W lodówce było trochę maślanki. Dodałem do tego. A może jeszcze jedno jajko, a może jeszcze mąki, a może jeszcze oleju do ciasta…..i tak się bawię i osładzam tą chłodnawą niedzielę. Aha….zapomniałem powiedzieć, że ciasto miałem z przedwczoraj. Smakowało jednak dobrze. Tyle, że się rwało. Przy okazji wyciągnąłem jeden wniosek. Robiąc małe naleśniki dało się je smażyć. Robiąc duże – rwały mi się. Czasem tak samo jest w życiu – lepiej robić rzeczy w małych kawałkach. Tak to jest….co nie robię, skłania mnie do szerszych wniosków ? Jakoś nie mogę inaczej. Naleśników została zresztą cała fura. Pewnie jeszcze zjem ich parę zaraz…..
Teraz przeczytam jeszcze raz to wszystko, poprawię błędy, coś skreślę, coś dopiszę, zgaszę lampkę przy naszym kuchennym stole i skończy się dobry dzień…..
Jeszcze jedno….wynosząc wieczorem śmieci przyglądałem się wielkiemu kamperowi, jaki stoi przy wejściu do naszego domu. Jest mniej więcej tej wielkości, co amerykański GMC, w jakim mieszkaliśmy kiedyś przez 2 tygodnie, w Szwecji z moim kuzynem Jarkiem Makoszem (jest nas dwóch ? ). Potem poszliśmy dalej zwiedzać ten ciekawy kraj. Przemierzaliśmy Szwecję….potem Danię. Spaliśmy tam, gdzie się dało. Czasem w lesie, czasem w parku, czasem na łodzi…..i tak szliśmy dalej. Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku z tymi metalowymi kubkami i piliśmy kawę zbożową…….to było 30 lat temu. Ten kamper mi to przypomniał. W moich notesach pisałem różne rzeczy, wykonywałem proste rysunki tego co akurat było wokół. Dobrze to wspominam. Nie potrzebowałem wiele. Cały dobytek był w plecaku. Jutro było niewiadomą. I tak właśnie traktuję życie. Każdy dzień może być zaskakujący. A jeżeli taki nie jest – to trzeba zaskoczyć dzień. Chyba jeszcze raz posłucham „I’m on fire”. Mam na to ochotę. Jest miło łagodny. Dokładnie tego teraz potrzebuję.
Co zostało we mnie z tamtego „kowboja” ? Myślę, że nie tylko metalowy kubek, w którym podgrzewałem na ognisku kawę. Myślę, że trochę więcej. To sposób myślenia, podejścia do życia. To prostota bycia, połączona z szacunkiem do natury. To docenianie najważniejszych rzeczy, które jednocześnie są zupełnie za darmo. To one właśnie stanowią treść naszego życia. Czasem zdarzy mi się stanąć gdzieś na stacji, jadąc do Ustronia z pracy, albo na parkingu przy barze po drodze… i gram sobie na harmonijce ustnej, którą kupiłem ostatnio w Lidlu za parę złotych. Puszczam mojego harmonijkowego mistrza z Tennessee i gram razem z nim. On uczy z auta – ja uczę się w aucie. Sprawia mi to radość. Lubię wtedy patrzeć na zachodzące, pomarańczowe słońce. Nic się nie zmieniłem….i nie chcę się zmieniać.
A poniżej – krajobraz z moich stron – ze Śląska. Tak oglądaliśmy zachody słońca, kiedy spędzaliśmy wakacje z chłopakami..np. na moście, patrząc na horyzont i marząc o podróży w wielki świat..
——
1 WRZEŚNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Wrzesień…
Kończy się lato. Jest jeszcze jednak bardzo gorąco….nadchodzi mój ulubiony miesiąc – wrzesień….Wspominam chwile…słońce, wyjazd w ulubione strony….kolory, smaki, zapachy. Lato było piękne i udane…
Słońce pada już pod innym kątem. Światło jest rześkie, soczyste – pełne barw i cieni. Wydobywa cały urok świata.. Jeszcze chwila i będzie można zrzucać kasztany. W dzieciństwie robiliśmy to małymi kawałkami desek. Cały dzień od rana potrafiliśmy tak rzucać i pobijać rekordy. Ktoś zrzucił za jednym razem 14 sztuk…..i chyba to byłem ja. Potem tymi kasztanami chłopcy rzucali w naszym kinie. Łatwo było dostać w łeb, więc trzeba było uważać. Ze wszystkich filmów najbardziej lubiłem oczywiście „Żandarmy” (z Saint Tropez) – tak nazywaliśmy tą serię. O tym pisałem już nie raz, ale nie mogłem się oprzeć po raz kolejny. Kończyły nam się wakacje, ale my się nie poddawaliśmy – cały wrzesień był nasz – pełen niezwykłych pomysłów. Cudne czasy…
Dzisiaj jest gorący, niedzielny wieczór. W Ustroniu mieliśmy przez większą część dnia wyścigi samochodowe. Główne ulice zamieniły się w tor wyścigowy. Impreza nabiera rozmachu i przyjeżdża mnóstwo miłośników tego sportu. Słychać ich w całym mieście. Z Ustronia zrobiło się nam małe „Monte Carlo”. W ogrodzie przed naszymi oknami jeszcze parę dni temu słychać było wnuki sąsiadów. Przyjeżdżają tak co 2-3 lata z USA. Kiedy byli mali – dziadek składał im wielki basen i pluskali się w nim radośnie. Podrośli w międzyczasie bardzo. Teraz przyjechało ich chyba z pięciu. Grali w piłkę pod naszymi oknami przez dobre 3 tygodnie. Było ich wszędzie pełno. Nie mówią po polsku, więc amerykański angielski towarzyszył nam tak często, że aż zaczęło mi go brakować, kiedy zrobiło się w ogrodzie ciszej. Ostatniego wieczoru wszyscy z ich rodziny zebrali się pod altaną i zrobili sobie wesołą kolację. Rozwiesili pełno kolorowych lampek. Do tego dźwięki zabawy, gdzieś z lokali nad brzegiem Wisły, cichy stukot pociągu biegnącego w Polskę, ……wesołe głosy dobiegające z biesiad przy grillu w innych ogrodach, wszędzie wokół……czas płynie dalej. Słychać świerszcze….jakie to miłe. Lekki wiatr chłodzi wnętrze pokoju, po upalnym dniu….Na stole, przy moim komputerze leży miska z czysto warzywnym Leczo. Dojrzałe papryki, soczyste i pełne słońca pomidory, aromatyczna cebula. To prosta, zdrowa i genialna potrawa. Jest jak to lato – pełne dobrego słońca. Całość wygląda bardzo apetycznie. Sos doprawiony jest różnymi przyprawami. Ta dojrzała soczystość miesza się ze sobą i kusi wzrok. Sam widok tej potrawy jest wręcz malarski. Lepiej już zakończyć to pisanie, bo mocno mnie to rozprasza ?
Słyszę Harley’e wyjeżdżające na trasę. Latem przyjeżdżają tu w nieprawdopodobnej ilości. Stąd mają fajne trasy dalej na południe – w górskie serpentyny. O tej godzinie wracają już ostatni z nich. Przejeżdżają szosą daleko na horyzoncie. Słychać ich cicho…..biegną do siebie.
Mógłbym tak pisać…. i pisać…..ale chciałem podzielić się czymś innym w gruncie rzeczy. W tym tygodniu wpadł mi w ręce audiobook książki, którą czytałem wielokrotnie. Jestem z tych, którzy czytają po ileś razy te same książki. To trochę tak jak z człowiekiem. Kiedy poznam kogoś, kogo naprawdę chcę poznać, to nigdy nie mam go dość…..czy nie lepiej bliżej poznać niewielką ilość ludzi, ale dobrze – dając im także siebie, swój czas, uwagę, troskę…..niż znać wielu, ale pobieżnie i ciągle gdzieś gonić……. ?
Tak więc, oto książka, która wywarła na mnie duży wpływ. Jest jedną z najlepszych, jakie w życiu czytałem. Potem chwyciłem za inne tego autora – także były dobre. Ta jednak jest kultowa. Wpadła mi w ręce, pewnego dnia w Rossmanie. Stwierdziłem, że skoro taki sklep sprzedaje taką książkę – to może być niezła. Przeczytałem parę fragmentów ….. i natychmiast mnie wciągnęła. Mój pierwszy egzemplarz cały popisałem różnymi uwagami i notatkami. Potem kupiłem kolejny. Polecałem tę książkę wielu osobom. Dziś polecę Tobie.
Mamy to szczęście, że w j.polskim jest naprawdę dobrze nagrana. Są nawet wstawki „aktorskie”. Można jej słuchać wszędzie…jadąc samochodem, sprzątając, zmywając naczynia….Przeczytałem ją ok. 5 razy. Jutro rano, jadąc do pracy – załączę ją znowu, bo jak napisał sam autor – Dale Carnegie – „choć sam ją napisałem, to muszę ją sobie od czasu do czasu przypomnieć, bo zapominam”…..
PS
Udało mi się przepisać dość sporo myśli – są w zakładce „Myśli – do wydruku”.
No i ciekawostka – dodałem zestawienie 2 zdjęć, na końcu – w zakłade „About me”…..
Miłego wieczoru…. j
malarz w Saint Tropez… ? Wspomnienie tegorocznego wyjazdu na Lazurowe Wybrzeże…
Zawsze byłem ciekawy, czy ta kawiarnia z czerwonymi markizami i czerwonymi krzesłami jeszcze istnieje (widać ją na początku filmiku po prawej stronie) …… i istnieje ? To Senequier.. Jak to fajnie, że są miejsca, do których zawsze można wracać.
Coś nie zawsze włącza się filmik, więc wrzucę jeszcze twista z Saint Tropez. Lubię tę wesołą pisenkę (zawsze poprawia mi humor) …. no i Genevieve Grad..
—–
25 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
„Podświadomość…”
Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jakie programy – zapisane w nas – realizujemy w ciągu życia. Już kilka razy zdarzyło mi się, że zrobiłem coś – co było we mnie właśnie zapisane i nie zdawałem sobie nawet do końca sprawy z tego, że dążę do realizacji celu w sposób podświadomy. Uświadomienie sobie tego w tamtym momencie było dla mnie dowodem na to, że tak naprawdę jest. Nasze wyobrażenia, marzenia, wizje, myśli….to wszystko prowadzi nas w jakimś kierunku. Czasem nawet nieuświadomionym. To jest właśnie potęga podświadomości……Jeżeli jest dobrze wykorzystana i uświadomimy sobie istnienie podświadomości – możemy przebudować swoje życie w kierunku bardziej świadomego i dobrego.
Zdanie sobie sprawy z tego zjawiska może nas prowadzić do realizacji celów wartościowych, nie zaś przypadkowych. Co mam na myśli….oto kilka przykładów:
Ktoś wyobraził sobie siebie, że podjedzie drogim autem na rynek i ludzie będą go za to podziwiać. …… i dąży do tego obrazu podświadomie. Widzi siebie zadowolonego i upojonego tą myślą ……Cel nie warty osiągnięcia. Być może go osiągnie i tak się kiedyś stanie, ale posiadanie czegokolwiek nie może być prawdziwym dążeniem…..
Ktoś wyobraził sobie siebie z drinkiem na tarasie swojego wielkiego domu. Ma przedmioty, których pragnął i tym się otoczył. W wyobraźni rysuje obraz siebie, człowieka bogatego, któremu wszyscy tego zazdroszczą………. Cel nie warty osiągnięcia. Być może zdobędzie pieniądze, ale one są tylko środkiem do realizacji rzeczy znacznie ważniejszych niż one same. Jeżeli tego nie zrozumie……wszystko na marne………Jeżeli chce mieć pieniądze, żeby zrobić z nimi coś dobrego i traktuje je jako środek a nie cel – to OK.
Ktoś wyobraził sobie siebie, jako szefa dużej grupy ludzi. Wszyscy go słuchają i podziwiają. I tego podziwu chciał….Cel nie warty osiągnięcia. Władza jest czymś, co powinno się powierzać ludziom wyjątkowo odpowiedzialnym za innych, nie tym którzy szukają jej dla karmienia własnej pychy…..Jeżeli to zrozumie i dobrze wykorzysta swoje cechy osobowości – to OK, ale nie władza jest celem.
…… i tak dalej, i tak dalej.
A co, gdyby postawić sobie naprawdę wartościowe cele – a może bardziej kierunki, bo ja tak patrzę na sprawy – dla mnie wybór właściwego kierunku już jest wyborem celu – to co wtedy ? ………..Poziom jego realizacji, jaki uda się nam osiągnąć to sprawa drugorzędna – ważne, że dajemy z siebie wszystko stawiając każdy pojedynczy krok. Wybór właściwej drogi i wytrwałe podążanie nią – to już samo w sobie osiągnięcie celu. To, ile dni będzie nam dane i ile uda się w tym czasie zrobić……to już nie zależy od nas…..
Ważny jest wybór własnych celów, w które naprawdę wierzymy. Celów, które są dobre, a nie próżne. Realizacja tego, co jest naturalnie w nas i jest dobre, co stanowi naszą istotę, a co wynika ze zrozumienia tego – po co jesteśmy. Żeby dojść do takiego punktu – zazwyczaj trzeba trochę pożyć na tym świecie i zajrzeć głęboko w siebie. Zobaczyć, co tam jest zaprogramowane przypadkowo i przeprogramować to na nowo ?
Na temat podświadomości wiele napisano i powiedziano. Ja słucham czasem wykładów Bruce Lipton’a. Ten poniżej dotyczy w większości tematu farmaceutyki, ale można go z łatwością przełożyć na cokolwiek.
—–
18 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Konformizm…
Jednym z największych niszczycieli naszych naturalnych talentów jest – KONFORMIZM….. W warunkach komfortu nigdy nie osiągamy szczytu naszych naturalnych możliwości. Za wygodę płacimy wysoką cenę – siebie.
Definicja konformizmu wg. Wikipedii:
„Zmiana zachowania na skutek rzeczywistego bądź wyobrażonego wpływu innych ludzi. Podporządkowanie się wartościom, poglądom, zasadom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. W tym rozumieniu jest to zmiana związana z faktem, że członek grupy miał początkowo inne zdanie czy inaczej się zachowywał niż grupa, a następnie je zmienił w kierunku zgodnym z oczekiwaniami grupy…”
Cała filozofia jednego z moich ulubionych myślicieli – Anthony De Mello, to filozofia kwestionowania konformizmu.
W sieci szukam nauki, inspiracji, refleksji….(www to nie tylko źródło zabawy :)…., to potężne źródło wiedzy, które polecam każdemu. Poniżej wrzucam jedną z najlepszych przemów motywacyjnych, jakie znalazłem. Mówi je człowiek, który osiągnął wiele na kilku polach (Arnold Schwarzenegger) – a to wszystko dzięki temu, że wiedział dokąd idzie (to zasadnicze pytanie), że ciężko pracował, że był zdeterminowany. I te słowa, jakie padły z ust Muhammada Aliego:
– Ile zrobisz przysiadów ? – pyta Arnold
– Nie wiem, nie liczę, dopóki nie zaczynam czuć bólu…..- odpowiada Ali
Uśmiecham się, bo znam to doskonale, z różnych swoich historii ?
Polecam poniższy film i zachęcam do szukania własnych, inspirujących materiałów. Oby każdy z nas wydobył z siebie to, co ma najlepszego i dzielił się tym z innymi. Szczerze tego wszystkim życzę. Wtedy świat wokół będzie lepszy…
——-
11 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Każdemu wolno kochać…
Zastanawiałem się, co dziś napisać….Może zamiast tego – wrzucę piosenkę, która od wczoraj za mną chodzi ? Chyba tak…
Piękny utwór, piękny teledysk (zwłaszcza końcówka), cudowny fortepian i świetny wykonawca. Czuję, że mógłbym się z nim nawet zaprzyjaźnić, gdybyśmy się kiedyś spotkali. Wydaje się, że fajny z niego gość….normalny, bez szpanu. Taki po prostu…człowiek. Oby więcej takich mężczyzn…
Poniżej wersja czysto fortepianowa (która to ciągle we mnie gra). Proponuję przejść od razu do 45 sekundy, bo na początku jest trochę wprowadzenia – a nie znalazłem innej wersji. I jeszcze jedno….piękny tekst tego utworu.
Miłego wieczoru….do zobaczenia za tydzień w niedzielę.
——
2 SIERPNIA, 2019 PRZEZ ADMIN
Bossa…
Jest taka muzyka, która zawsze przynosi mi wspomnienia wakacji 2002r… Gilberto & Getz.
Każdy z nas ma takie wspomnienia. Słucham właśnie teraz tych delikatnych melodii i czuję tamto słońce…tamten księżyc. Pamiętam tak dobrze gorące powietrze,……. wieczory z muzyką……. Zamykam oczy i czuję wiatr wpadający przez pootwierane okna i szyberdach czerwonego Forda Mondeo,…… biegnącego nocą, ……..nad morzem……w blasku księżyca, jaki odbijał się w wodzie, taki bliski….jak na wyciągnięcie ręki……………….jak czas leci………… ?
Bossa Nova, nazywana też brazylijskim jazzem. Czuć w niej także wpływy samby. Tworzono ją na przestrzeni lat 50′- 60′. Jest ponadczasowa,…… ciągle świeża i jakże nastrojowa……uspakajająca…….kołysząca. Poniżej płyta klasyków Joao Gilberto i Stan Getz’a – niezapomniana ………A najlepiej słuchać jej właśnie teraz, ze szklanką np. zimnej Caipirinha w dłoni (przepis na samym dole).
——
21 LIPCA, 2019 PRZEZ ADMIN
Joga…
Wstałem dziś wcześnie rano. W niedzielny poranek słońce wpadało delikatnie do pokoju. Czuję się dobrze,….. jestem wypoczęty. Póki rodzina jeszcze śpi, postanowiłem napisać parę zdań o jodze – tak, jak zapowiedziałem tydzień temu. Najpierw wykonałem jednak parę ulubionych ćwiczeń. To zawsze daje mi radość. Są jak odprężający masaż swojego własnego ciała. Jest to niezwykle przyjemne. Zaparzyłem w kafetierze kawę i zacząłem pisać…..
Z jogą zetknąłem się mając jakieś 14 lat. W Polsce, w latach komunizmu pojawiła się w księgarniach książka Sławomira Bubicza – właśnie o jodze, wg. szkoły B.K.S Iyengara – hinduskiego nauczyciela, dzielącego się wiedzą o tej sztuce ze światem.
Bubicz spędził trochę czasu w Indiach i poznał nie tylko jogę, ale zafascynował się także innym sposobem myślenia, innym podejściem do wartości w tamtym kraju. Ja byłem wtedy w okresie głębokich poszukiwań odpowiedzi na wiele pytań, które sobie stawiałem. Nigdy nie byłem człowiekiem, który przyjmował dogmaty – bez ich przemyślenia i zrozumienia. Jeżeli tak się nie działo – odrzucałem je. Stawiałem sobie samemu bardzo podstawowe pytania. Robiłem różne rysunki i grafy. Zbierałem książki, wycinki z gazet, przeglądałem encyklopedie. Szukałem związków między rzeczami i starałem się poznać odpowiedzi na najważniejsze ludzkie pytania. To jest chyba zupełnie naturalne i każdy z nas musi sobie na nie odpowiedzieć – odpowiedzieć na pytanie: „jakim chcę być człowiekiem ?”.
Uzupełniałem swoje informacje w różnych źródłach. Czym były różniejsze – tym miałem poczucie, że staję się w tym bardziej obiektywny. Poszukiwałem w książkach, które przetrwały wieki. Zawsze z szacunkiem odnosiłem się do takich prac. W każdej z nich można znaleźć mądrość pokoleń wielu ludzi. W każdej z nich jest coś wartościowego. Czytałem biblię – ale odpowiadał mi tylko nowy testament. Nawet, gdyby rozpatrywać go tylko w kategoriach dzieła sztuki – jest to w takim razie piękna i pełna mądrości książka. Takich dzieł na świecie jest więcej. Ja szukałem jednego wspólnego mianownika – a mianowicie tego, co jest w nich dobre, tzn. co jest takiego w nich, co sprawia że stajemy się lepszymi ludźmi. Szukałem w książkach o filozofii, czytałem różnych myślicieli…Arystotelesa, Platona, Konfucjusza….a także wielu, wielu innych ludzi zupełnie nie znanych a mających bardzo wartościowe przemyślenia.

