PROSTE HISTORIE 🇵🇱

 

 

KSIĄŻKA JEST W TRAKCIE CIĄGŁEGO TWORZENIA. NA BIEŻĄCO UMIESZCZAM W NIEJ KOLEJNE MATERIAŁY.

 

List w butelce

Po co piszę ?

Od zawsze w tym samym celu. Przelewam swoje myśli na papier – wierząc, że mogą komuś pomóc, że dam mu w ten sposób coś od siebie.

Być może ułatwię komuś znalezienie rozwiązania problemu z jakim aktualnie się mierzy. Być może ktoś dzięki temu lepiej uporządkuje swoje życie. Być może coś lepiej zrozumie. A  jeśli nawet nie zgadza się ze mną – to może po prostu spojrzy inaczej na rzeczy. Może dzięki temu powstanie jeszcze inna myśl – nie moja, nie jego – ale trzecia –  jeszcze lepsza,….doskonalsza. Bo to nie autor jest ważny, ale dobro, które dzięki temu powstaje.

Miałem kiedyś kolegę w szkole średniej. Jego brat studiował na Uniwerstytecie Morskim w Gdyni. To było wtedy dla mnie coś bardzo egzotycznego. W środku Śląska jest młody człowiek, który robi coś takiego. Wypływał na długie rejsy żaglowcami szkoleniowymi. Widziałem jego zdjęcia, nawet z dalekiej Australii.

Pamiętam jego galowy mundur, wiszący na wieszaku, zaczepiony o drzwi szafy. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem na żywo – a jedynie w telewizji. Mundur prawdziwego marynarza.

Raz na długi czas pojawiał się wtedy w ich domu, żeby potem znowu wypłynąć.

Kolega opowiadał mi o tym, jak jego brat dorastał i żył tym, co kiedyś chce robić. On dd zawsze chciał pływać.

Ten brat miał jeszcze innego kolegę, z którym już w dzieciństwie bawili się w marynarzy. Przesyłali sobie informacje alfabetem morsa – gasząc i zapalając światło w pokoju, w nocy. Z jednego domu – do drugiego.

Tamten mieszkał niedaleko i widzieli swoje światła – jak latarnia i statek, albo też dwa statki,…..

Z pewnością ich wyobraźnia dodawała resztę. Mogli sobie wyobrazić potężne masy wody, jakie są pod nimi, …. i noc,  …. i sztorm, ….. fale i wiatr.

Kiedyś to wszystko miało stać się dla nich rzeczywistością, choć wtedy to była tylko młodzieńcza zabawa.
Tak zaczynali, a potem obaj wybrali się do tej samej Akademii i pływali na różnych jednostkach, pod różnymi armatorami.

Tylko raz widziałem tego brata-marynarza. Młody, odważny, wysportowany i gotowy na wszystko człowiek. Takie sprawił na mnie wrażenie. Tylko raz zresztą widziałem też jego mundur i czapkę Akademii Morskiej – którą położył na stole. Akurat wtedy przyjechał odwiedzić rodziców.

Ciekawe, gdzie teraz pływa …. ?

Przypomniała mi się ta historia w trakcie pisania tego tekstu.

Ten brat marynarz wyłowił kiedyś z morza butelkę. Butelkę z tekstem w środku. Widziałem ją na własne oczy – i widziałem ten tekst. Napisał go jakiś Holender, z nadzieją, że ktoś ją kiedyś znajdzie. Tekst był bardzo osobisty, napisany po angielsku. Ten człowiek podał też swój adres. Możesz to sobie wyobrazić ? Znaleźć taką butelkę, to jak znaleźć igłę w stogu siana.

Brat marynarz napisał do niego list ……i spotkali się później.

Taka oto historia.

A jaki z niej wniosek ?
Że to, co robimy – zawsze ma sens. Bez względu na to, czy ktoś to zauważa czy nie – nie o to chodzi. Ważne jest to, że za tym podążamy.

Lubię te morskie porównania. Porównanie życia do żeglugi. Teraz porównuję swoje teksty do krótkich listów w butelkach.
Wrzucam je do oceanu internetu …..

Wiem, że gdybym sam znalazł kiedyś takie teksty – byłyby mi pomocne. Rozjaśniałyby mi myśli. Tłumaczyły wiele rzeczy.  Wierzę w to …. i dlatego to robię.

Pisałem różne rzeczy od dawna, ale nie w taki sposób. Luźne kartki, pliki w komputerze, niezadrukowane strony dokumentów, itp. Wrzucałem je do reklamówek i tak gdzieś były.

Kiedy zaczynałem przygodę z pisaniem w internecie – opowiedziałem w paru słowach o pewnym irlandzkim poecie. Tyle o nim wiem, że był niewidomy. Umiał jednak pisać. Prawdopodobnie więc wcześniej widział. Pisał swoje teksty na luźnych kartkach…. a potem wychodził przed dom i wyrzucał je na wiatr…..

Tyle mógł zrobić. Robił to, co czuł że powinien.

To było w nim i to wyrażał. Nie wiedział, że większość tych kartek kończyła historię gdzieś na pobliskim płocie, albo w kałuży. Pisał jednak dalej, bo czuł wewnątrz siebie, że to jest jego droga.
I tak, jedną z tych kartek ktoś przeczytał. I tak wiemy, że ktoś taki istniał, i wiemy też co czuł i co myślał.

Jednak było warto, choćby dla jednego człowieka.

Każdy z nas jest po coś.

Ja wrzucam swoje butelki do internetu  – i pływają tam. Jedne rozbiją się o skały, inne zatoną, …… ale może jakieś inne  przetrwają. Będą tam dryfować na falach – po różnych serwerach na świecie. Nie ma tu granicy czasu.

Ze wszystkich ludzkich dzieł – to uczucia i myśli, zebrane w słowa – przetrwały najdłużej.

Nigdy nie chodziło mi o jakąś popularność, czy rozpoznawalność – to nie ja. Nie mam jej zresztą i dobrze mi z tym. Zdarzyło mi się jednak parę razy, że ktoś podejrzewał mnie o takie pobudki – ale szybko przekonywał się o tym, że to jednak nie ten przypadek. Gdybym robił to dla popularności, czy oryginalności – sam siebie nazwałbym idiotą. Marnowałbym jedynie czas i zaprzeczał samemu sobie.

Zdarzało mi się też, że ktoś się ode mnie oddalał, kiedy dowiadywał się o tym, że coś piszę. Nie wiem dlaczego, ale zdarzyło się to już kilka razy. Ktoś inny rzucał złośliwe komentarze. Dostaję raczej taki feedback.

Wyrzucam „za burtę” swoje listy w butelkach – i nie wiem tak naprawdę, czy ktoś to czyta. Nie prowadzę żadnych statystyk, nie używam Google Analytics, nie dbam o słowa kluczowe i nie uczę się Content Marketingu. Koncentruję się tylko na jednym – na treści i prawdziwości tego, co myślę i czuję. I to mi odpowiada.

Jeżeli to, co robię będzie miało dla kogoś wartość – moje teksty przetrwają. Jeżeli nie – przepadną. I tak właśnie być powinno.

Oczywiście robię w swoim życiu parę inne rzeczy – także ważnych dla mnie. Pisanie jest dla mnie jednak istotne. Czytam sam siebie – i rozumiem lepiej sam siebie. Warto tego spróbować. To nie to samo, co tylko to pomyśleć, albo tylko powiedzieć. Można kiedyś do tego wrócić….. i spotkać się z samym sobą sprzed jakiegoś czasu. To wiele uczy.

Ostatnio bardzo często myślę o pewnych słowach, jakie znalazłem w jednej z książek. Powiedziano tam, że życie nabiera głębokiego sensu kiedy robimy coś dla innych. Kiedy nasza filozofia zmienia się z „JA” na „MY”.

Jutro znowu wrzucę kolejną butelkę do oceanu. A tymczasem – Dobrej Nocy.

Jarosław (JARO) Makosz

***

Mała Kobietka,

Pewnego dnia, w czasie spaceru – zobaczyłem pewną scenę. Trwała tylko chwilę, ale przypominałem ją sobie już kilka razy. Postanowiłem więc o niej napisać.

Naprzeciw kolejowego dworca, w miejscu gdzie było trochę więcej cienia w tamten lipcowy dzień – czekała na coś rodzina. Ona i on w wieku może około 30 lat. Dwójka dzieci. Jedno maleństwo na rękach mamy, drugie – dziewczynka – w wieku około 4 lat.

Przechodnie odwracali się co jakiś czas, ponieważ ten mężczyzna wydawał się być agresywny. Mówił głośno – prawie krzyczał. Jego żona wydawała się być bardzo tym przejęta, bo trzymała się trochę z dala od niego – na odległość kilku metrów. Jej mąż robił jakieś chyba nie do końca kontrolowane kroki. Jeden w przód, dwa w tył. Potem znowu w przód. Ewidentnie wyglądało na to, że coś się zaraz wydarzy.

Stanąłem w jednej linii z tym mężczyzną, jakieś 10 metrów dalej. Udałem, że obserwuję coś na wystawie (która od dawna była przecież pusta – nie było tam już sklepu). Spoglądałem uważnie, ale nie napastliwie przez prawe ramię. Mężczyzna to zauważył, ale nie zatrzymał na mnie wzroku. Musiał uznać, że nie zamierzam się wtrącać. Byłem już kilka razy w takich sytuacjach i wiem, że scenariusz może się zmienić bardzo nieoczekiwanie. Byłem gotowy. W te 10 metrów mógłbym doskoczyć do niego bardzo szybko. Czułem, że adrenalina przygotowuje mnie do tego podświadomie. Nie pamiętam już dobrze, ale chyba lekko zaczęły mi się zaciskać pięści, kiedy słyszałem dochodzące do mnie nerwowe krzyki.

On nie krzyczał do kogoś. On krzyczał jakby w pustkę.

Przechodnie trzymali się daleko i udawali, że nie widzą. Tak jest zresztą w większości przypadków. Nie byłem tym zaskoczony. To jednak, co jest niesamowite – to to, że potem nagle – nawet nie wiadomo skąd, jak spod ziemi – znajdą się zazwyczaj ci, którzy pomogą. Jakby wyrośli spod chodnika, choć teraz ich nie ma. Jednak byli, jednak widzieli i nie byli obojętni. Już dwa razy tak mi ktoś pomógł.

Nastąpiła chwila napięcia. Co się dalej zdarzy ?

Nie słyszałem już przejeżdżających samochodów, szumu przechodniów. Byłem całkowicie skoncentrowany na nim, choć on jeszcze o tym nie wiedział.

I w tym momencie nastąpiło coś, czego nigdy bym się nie spodziewał.

Ta mała dziewczynka – podeszła do swojego ojca. Stanęła na wprost niego i popatrzyła w górę. On potężny, ……ona przy nim jak mała pinezka.

Zauważyłem jak wydęła lekko usta w jego kierunku, dając mu w ten sposób znak do pocałunku.

Mężczyzna pochylił się do niej ……. i ją pocałował.

W jednej chwili jego napięcie i agresja opadły.

Widać było, że jego ciało było jeszcze chwilę rozedrgane, jeszcze noszone dawnymi już emocjami. Dawnymi, choć sprzed kilkunastu sekund może.

Moje emocje także w jednej chwili opadły. Aż prawie zawirowało mi w głowie.

Boże – pomyślałem – ta mała w jednej chwili rozbroiła wszystko – niesamowite. Po prostu – niesamowite.

Może znała jego zachowania i znała na niego sposób. Cokolwiek by to nie było – była bardzo odważna. To, co widziałem – było po prostu niewiarygodne.

…..

Natychmiast zrobiło się jakby ciszej. A może mi się tylko zdawało.

Samochody, jak zawsze dojeżdżały do skrzyżowania na światłach….i ruszały w dalszą drogę.

Żona podeszła po chwili do swojego męża … a potem ruszyli w przeciwną stronę do mojej. Ojciec wziął córkę na ręce i zaczęli się oddalać.

Widziałem ich jeszcze jakiś czas idących tak powoli, …niespiesznie, spokojnie – jak najlepsza z rodzin. Zupełnie najnormalniejsza.

….

Ja idąc główną ulicą jeszcze chwilę o tym myślałem. Opadające emocje sprawiały, że byłem w trochę innym świecie.

Jaki wniosek z tej sceny ? – myślałem – czy to, że kobiety – niezależnie od wieku – mają w sobie niezwykły dar ? Ta nieprawdopodobna siła natury, która sprawia, że potrafią łagodzić konflikty, wprowadzać harmonię tam – gdzie jest chaos, że potrafią opanować agresywną naturę mężczyzn ?

Byłem właśnie świadkiem jednego z największych sekretów natury. Sekretu miłości. Miłość tej małej dziewczynki – rozbroiła agresję ojca.

Kto wie zresztą, z czym on się bije ? Może mają ciężką sytuację finansową ? Byli wszyscy bardzo skromnie ubrani. Kto wie, z jakiej rodziny on sam pochodzi.

Wszyscy mamy szansę zmienić los pokoleń,…. zabliźnić stare rany, winy naszych przodków. Możemy zatrzymać domino zdarzeń, które z pokolenia na pokolenie przenosi dawne, nawet nieuświadomione krzywdy. Miłość i mądrość mogą to zatrzymać.

I myślę, że bez kobiet – świat byłby agresywnym i bezwzględnym miejscem. Miejscem nie do zniesienia. Tak właśnie by było. Piszę o tym nie w kontekście seksualnym, ale w kontekście żeńskiej siły, która jest równowagą dla męskiej. I odwrotnie.

Wreszcie – kobiety porównałbym do kwiatów – a mężczyzn do pszczół. To porównanie wydaje mi się nawet całkiem trafne…

Jarosław (JARO) Makosz

 

***

TU JEST DLA CIEBIE MIEJSCE

Jakiś rok temu (to też był kwiecień) – poszedłem na spacer w okolicy, z której pochodzę. Odwiedziłem swoich rodziców, a że dzień był pogodny – przechadzka była wyjątkowo przyjemna.

Poszedłem w stronę naszej szkoły podstawowej. Niewiele się tam zmieniło. Dodano jedynie trochę sprzętów do ćwiczeń na wolnym powietrzu – zaraz koło dwóch boisk. Wszedłem na jeden z takich sprzętów i zacząłem się kołysać.  Przypominały mi się powoli różne fajne chwile związane z tą szkołą. Było tego naprawdę dużo. Tu, w okolicznych domach mieszkało dawniej wielu moich kolegów i koleżanek. I pewnie też wielu dalej gdzieś tu mieszka, choć upłynęło ze 40 lat. Nieliczni – jak ja, wyjechali stąd gdzieś dalej. Jakoś tak to jest, że kolejne pokolenie nie chce być zbyt daleko. Nawet ci, którzy z jakiś powodów wyjadą np. aż za ocean – potem tęsknią i wracają. Godzą się z tymi, z którymi mieli trudniejsze relacje i zaczynają rozumieć więcej. Czują jakąś potrzebę lepszego zrozumienia swojej historii i tego co ich tworzyło.

Z miejsca, gdzie sobie ćwiczyłem – lekko i bez specjalnego wysiłku – było też dobrze widać naszą klasę do fizyki, …..mojego ulubionego przedmiotu. To fizyka tłumaczyła mi świat. Fizyka dotykała rzeczy nieskończenie wielkich – od planet do atomów. Od pól magnetycznych do grawitacji…… No i od fizyki był już tylko krok do filozofii. Właściwie, to na pewnym poziomie – jedno płynnie przechodzi w drugie….

Patrzyłem na słońce, tuż ponad klasą na ostatnim piętrze. Było pełne, żółte, już takie wiosennie ciepłe. Jego światło mnie olśniewało. Błoga chwila…..

Opuściłem wzrok. Poprzez słoneczne oświetlenie zobaczyłem wolny ruch na tle ściany. Okazało się, że wzdłuż niej, pod oknami szkoły – chodzi młody chłopak. Uwagę zwracała jego zaniedbana fryzura i nienowe już ubranie. Chodził jakoś bezładnie tam i z powrotem. Chyba coś mówił do siebie. Potem znowu jakby dotykał czegoś palcem w ścianie i znowu szedł kawałek, wyraźnie bez celu….

Te włosy… Miał dużą, ciemną czuprynę. Włosy kręciły mu się na głowie w wielkich lokach. Ciekawe, kiedy był u fryzjera ? Jesienna kurtka, którą nosił – to krój chyba po jego ojcu. Kto dziś w takich chodzi ? Myślę, że mógł mieć z 13-14 lat.

Młodzież w jego wieku bawi się komórkami, kiedy jest sama. Prawie zawsze coś tam piszą i przeglądają. Sprawiają wrażenie nieobecnych. No chyba, że już coś się do nich powie – to wtedy wracają z virtualu do realu. Przynajmniej na moment.

On też był jakby nieobecny, choć nie miał komórki. Pewnie nie było go na nią stać. Pewnie nikt by mu jej nawet nie kupił. Wyobrażam sobie, jak to jest dzisiaj kiedy nie ma się smartfona w jego wieku ? Już rodzice wciskają dzieciom dziki pęd do rywalizacji,  posiadania i przechwalania się tym, co się ma. Ja mam taki model, a ja mam lepszy, a ja nie trzymam się z tamtymi, bo nie mają IPhone. W takim wieku można się poczuć naprawdę odrzuconym, nie mając takiej pierdoły. Jesteś tyle wart, co twoja komórka. Tak można by to ująć.

Trzeba być naprawdę dobrze zbudowanym wewnętrznie człowiekiem – i to od najmłodszych lat, żeby nie ulec takiej głupiej rywalizacji. Z wiekiem zresztą – większość ludzi nie mądrzeje specjalnie. Potem ścigają się w innych gadźetach. Przychodzi czas na komputery, potem samochody, domy, zagraniczne wycieczki i wszytko inne.  Tak, jakby to miało wypełnić życie, …. czy uzupełnić ich braki… Mnie to nigdy nie imponowało. Nigdy nie brałem udziału w wyścigu. W pewien sposób – podobnie jak on, ale z własnego wyboru.

…..

Chłopak dalej chodził wolno – parę kroków w przód i parę w tył. Miał spuszczoną głowę i mruczał coś do siebie.

Był świąteczny, wolny od pracy dzień. Dlaczego przyszedł właśnie tutaj ?

……Wiem dlaczego. Chciał się ukryć,….schować. Tu czuł się bezpieczniej.  Tu mało kto przechodzi. W tym cieniu niewysokiej ściany – wtapiał się w otoczenie. Nikt tu nie zwraca na niego uwagi. To jego intymne chwile. W dni świąteczne o tej godzinie nie przychodzą tu także dzieci ze szkoły. Nikt go nie zaczepia.  Nikt go nie wyśmiewa…… Jest sam.

– Czy można dla takich dzieci coś zrobić ? – zastanawiam się. Czy ja mogę coś zrobić ?

Żal mi go. Przyglądając się temu obrazowi – zadaję sobie pytanie – „A co, gdyby on był moim synem …..? „.

Chciałbym dać mu jak najwięcej wiary w siebie i woli do nauki i pracy. Chciałbym pomóc mu ukształtować w sobie świat wartości, oparty o te właśnie zasady. Nade wszystko jednak, takie dzieci potrzebują troski i zainteresowania. To złożony i niestety wciąż aktualny problem.

………

I teraz dotarło do mnie, nieoczekiwanie – pewne wspomnienie, dotyczące tego samego miejsca, sprzed około 40 lat……

Jestem chyba w 6 klasie podstawówki. Jest ciepły dzień – taki, jak dziś. Nasza nauczycielka fizyki zauważa, że na murku przed szkołą (tym, zaraz pomiędzy mną a chłopakiem, o którym piszę powyżej) siedzi jeden z naszych kolegów. Siedzi i pali papierosa – patrząc w okna klasy.  Przymyka przy tym oczy, bo razi go słońce.

Jest w nim coś ze starego człowieka, chodź jeszcze nawet nie przestał być dzieckiem. Ma na sobie starą, sfatygowaną marynarkę. Kto w latach mojego dzieciństwa chodził w marynarce ?  – ….Pokolenie moich dziadków. On miał taką i do tego starą torbę na zamek, z dwoma uchwytami. My mieliśmy wtedy tornistry i plecaki. Jak pamiętam, ta jego torba się nie zamykała, bo zamek był uszkodzony  Buty miał  chyba też po kimś, może jeszcze ze ślubu. Były zakurzone, ale oryginalnie miały połysk. Tak wyglądały. Ja miałem sportowe, lekkie, …..nowoczesne.

Siedział tak wtedy i wyglądał na 10 lat starszego od nas.

Miał jeszcze brata, który również szedł własną drogą. Ten brat prawie nigdy nic nie mówił. Był cichy i spokojny. Kiedy nauczyciele brali go do odpowiedzi – stał tylko z wiecznie spuszczoną głową i rękami w kieszeni. Nie znał odpowiedzi na zadawane mu pytania. Czasem tylko pokiwał coś głową. Chciał, żeby dano mu jak najszybciej spokój. Tylko tyle chciał. Nauczycieli wkurzały te jego ręce w kieszeni i zwracali mu uwagę, by je natychmiast wyjął. Wyjmował więc niechętnie.

Ale te ręce w kieszeni były jakby jego ostatnim punktem honoru i ludzkiej dumy. Jak ostatni bastion niezależności od świata i jakiegoś rodzaju godności,…. własnej tożsamości. Trudno to wyjaśnić, ale to właśnie w tym geście widziałem. Kiedy wkładał ręce do kieszeni, to jakby im wszystkim mówił milcząco:

– Nic mi nie możecie zrobić. Jestem ponad to wszystko, co tu robicie. Jestem od was niezależny.

Znalazł się w świecie, w którym musiał być – choć wyraźnie nie chciał być. Poza tym, kiedy trzymał ręce w kieszeni – nie było widać tego, jak krótkie ma rękawy swetra. Chodził zawsze w tym samym swetrze. O wiele za małym, trochę dziecinnym. Kiedy jednak tak stał milcząco koło biurka kolejnych nauczycieli, czekając na słowo „Siadaj” – to była w nim jakaś tajemna siła. O ile jego starszy brat wydawał się pogodzony z losem dziecka z trudnego środowiska i był raczej smutny – to ten brat był bardziej jak ściśnięta sprężyna. Widać było, że jest silny i bardzo sprawny fizycznie. Trzymał się totalnie z boku, ale nikomu z chłopaków nie przyszło nawet do głowy, żeby zaczepiać tego spokojnego indywidualistę. Czuli przed nim jakiś niewyjaśniony respekt. 

Pamiętam też, że któryś z nauczycieli kazał mu wystawić ręce, żeby uderzać go po nich linijką. Nie zrobiło to jednak na nim żadnego wrażenia. Opuścił potem powoli rękawy swojego za krótkiego swetra. Myślę, że znał znacznie poważniejsze bicie. Nauczyciel dał sobie ostatecznie spokój i kazał mu wracać na miejsce. Potem ten chłopak nie przyszedł do szkoły przez kolejne parę dni. Robił tak zresztą nie raz. Chyba ktoś ze szkoły odwiedzał ich dom i potem znowu przychodził na parę dni.,,,,,,,, i tak w kółko.

Obaj bracia powtarzali już chyba nawet drugi rok tę samą klasę. Poprzednie też powtarzali. Nauczyciele ewidentnie stwierdzili że niewiele da się zrobić i postawili na nich krzyżyk. Żeby tylko skończyli tę szkołę i do roboty. Co ich czekało – pewnie zjazd do naszej kopalni. Najprawdopodobniej do wykonywania najgorszych i najbardziej niebezpiecznych prac. Takich dzieci było jeszcze kilkoro w naszej szkole.

Ale wracając do tego momentu, kiedy nauczycielka zauważa starszego z braci, siedzącego na murku. Pamiętam to dobrze….Wyraźnie poruszona, otwiera okno i woła do niego łagodnie.

– Chodź do nas !

Cisza. Nawet nie drgnął.

– Chodź,….. proszę – powtórzyła.

Pokiwał tylko lekko głową, że nie. Potem zaciągnął się dymem papierosa, wypuścił go nosem i opuścił powoli głowę.

– Chodź. Nie będziesz musiał nic robić,…. tylko posiedzisz z nami. Będziesz w klasie i o nic cię nie będę pytać. Obiecuję – chodź !

Mówiła to bardzo przekonująco. Myślę, że jego własna matka nie powiedziałaby tego w tamtej chwili lepiej i czulej niż ona.

On jednak siedział dalej nieruchomo. Wyglądało ewidentnie na to, że ma to wszystko w dupie.

Fizyczka posmutniała wyraźnie i przymknęła okno.

Wróciliśmy do zajęć….

Mówiła nam wtedy coś o maszynie elektrostatycznej. Opowiadała o tym z takim przejęciem i taką fascynacją tematem, że naprawdę czułem jej pasję. Jak zawsze zresztą,……. już od pierwszej lekcji – kiedy tylko pojawiła się w naszej szkole. Czasem też zabierała na lekcje swoją małą córeczkę, bo najwyraźniej nie miała gdzie jej zostawić. Tak więc i ta mała dziewczynka stała się nieodłączną częścią wielkiego fizycznego krajobrazu.

Kiedyś, ta właśnie nauczycielka zabrała nas do Śląskiego Planetarium. Oglądaliśmy z przejęciem cudowne projekcje wschodów i zachodów słońca, opowieści o gwiazdozbiorach i historii galaktyki.  Obiektów tej klasy, co nasze planetarium nie było wielu na świecie. My taki mieliśmy – i to tak blisko. To, że zabrała nas tam wtedy i to, że jeszcze długo po projekcji opowiadała nam o różnych rzeczach – sprawiało, że nawet niezainteresowani fizyką, zaczynali ją lubić. Potem w szkole średniej wziąłem udział w olimpiadzie astronomicznej. Napisaliśmy wraz z kolegą dość obszerną pracę dot. podboju księżyca. Spodobała się. Nie byłoby tego i wielu innych rzeczy w moim życiu, gdyby nie tamte opowieści naszej nauczycielki.

Nigdy też nie czuliśmy jakiegoś strachu przed odpowiedziami na jej pytania w czasie lekcji. Ona poprzez swój inteligentny sposób zadawania nam pytań sprawiała, że sami tworzyliśmy na naszych oczach wzory fizyczne – zamiast się ich uczyć.  Mówiła np.

– A co, jeśli droga przebyta przez obiekt będzie dłuższa w tym samym czasie ?

– Czy prędkość będzie większa, czy mniejsza ?

– Większa – odpowiadaliśmy chórem.

– Czyli symbol drogi (s) będzie w liczniku, czy w mianowniku – jeżeli jest wprost proporcjonalna.

– W liczniku – znowu padały odpowiedzi

– A co będzie w mianowniku, jako odwrotnie proporcjonalne ?

– Czas – odpowiadaliśmy przejęci

– Widzicie, jakie to proste ? – mówiła przy takich okazjach.

Gotowy wzór na prędkość widniał na tablicy. To my go stworzyliśmy.

A teraz spójrzcie do książki – mówiła.

– Jest taki sam – stwierdzał ktoś ze zdumieniem….

– Właśnie – komentowała. Bo tak działa świat. W oparciu o pewne prawa. Cokolwiek będziecie w życiu robić – teraz ten wzór zapamiętacie do końca życia, dlatego że go rozumiecie.

Miała rację.

Podobnie było z  innymi wzorami i prawami fizyki. Pomysłów na to, jak sprawić byśmy poczuli ten przedmiot miała zresztą wiele. Takich ludzi rzadko się spotyka.

Była w naszej szkole tylko ten jeden rok. Pojawiła się i odleciała – jak komety, o których czasem też opowiadała. Jednak warto było na kogoś takiego czekać. Choćby tylko na chwilę.

Mój – i myślę, że nie tylko mój szacunek do wielkiej nauki – rozpalił się wtedy nieprawdopodobnie. Każde, nawet najdrobniejsze staranie – przyniesie kiedyś owoce. Przyjdzie taki czas. Nic co otrzymaliśmy, a co było dobre – nie idzie na marne. Nawet ta najmniejsza rzecz – zostanie zapamiętana. Dla niektórych czasem te najdrobniejsze rzeczy, są jedyne.

I nigdy też nikogo nie należy spisywać na straty, Każdy z nas ma w sobie niezwykły pierwiastek. Jedyny i wyjątkowy.

………

Aha,…. i jeszcze jedno. Pod koniec tamtej lekcji. Już prawie pod koniec, zaraz przed dzwonkiem – otwarły się powoli drzwi. Obrócili się wszyscy, żeby zobaczyć, kto wchodzi.

W drzwiach stał on. W swojej za wielkiej marynarce i z torbą, z rozwalonym zamkiem. Był trochę jakby zawstydzony, ale też i wyraźnie uśmiechnięty.

– Chodź do nas… i usiądź. Tu jest dla Ciebie miejsce – powiedziała radośnie nasza najlepsza nauczycielka fizyki. Nasza kometa Halleya.

 

PS

A jakby ktoś chciał przenieś się w wyobraźni w nieskończone przestrzenie fizyki – to proszę. Nastrój, jak ze Śląskiego Planetarium.

Madis – Sea of Tranquility (Ambient Edit) | Melodic Ambient Music 2020 – YouTube

 

***

SIĘGAJ WYSOKO

Przechodziłem dziś koło banku, w którym na niewielkiej półce były książki – zaraz obok wygodnego, szerokiego fotela. Był też miły stolik i ciepłe, przyjemne światło, jakie padało na jego blat. Wieczór był lekko deszczowy i aż chciałoby się wejść do środka i trochę poczytać przy kubku ciepłej kawy zbożowej (coś, co lubię czasem wieczorami).

Z półki patrzy na mnie postać, którą wszyscy znamy. Nie da się go nie rozpoznać. Człowieka, który stworzył Apple Inc.

To oczywiście Steve Jobs.

 

Napisano o nim wiele, ponieważ był kimś wyjątkowym. Był przy tym niezwykle pracowity. Potrafił się podnosić z najtrudniejszych sytuacji. Miał trudne dzieciństwo i doznał w życiu wielu przykrości. Wierzył jednak w to, że ma do zrobienia coś ważnego….. i to nim kierowało.

Razem ze swoim kolegą – Stevem Wozniakiem – stworzyli pierwszy, łatwo dostępny cenowo komputer domowy. To dzięki nim komputery trafiły do naszych domów. Wcześniej wykorzystywano je jedynie w dużych firmach i były zupełnie niedostępne. To była rewolucja ! Świat elektroniki zmienił się raz na zawsze.

Firma Apple, jaką stworzyli – odnosiła coraz większe sukcesy. Choć brzmi to niewiarygodnie, w pewnym momencie życia pozbawiono go jednak pracy w jego własnej firmie.  Apple zwolniło Steva Jobsa !

Nawet wtedy jednak, zaczynając od początku – był w stanie stworzyć kolejne wizjonerskie przedsięwzięcie – studio Pixar, które znamy min. z takich filmów jak Toy Story. Kto nie zna lampy biurkowej, skaczącej po blacie i obracającej się w końcu do widza, niczym żywa postać. Tak – to właśnie ten Pixar.

A Day In the Life of Pixar Animation Studios | Pixar – YouTube

Wytwórnia filmowa prosperowała znakomicie i także tutaj produkcje pod kierownictwem Jobsa wyróżniały się wręcz wizjonerską jakością. Odstawały na dużą odległość od wszystkiego, co robiono w tamtym czasie. Zastosowanie technologii komputerowych pozwoliło kreować światy, o jakich do tamtego momentu nikt nie miał pojęcia. To była nowa jakość filmów animowanych. Wyprzedzili tym całą epokę.

Dodam, że początki Pixara oparte były na studiu Lucasfilm – tak tego Georga Lucasa, twórcy Star Wars. Lucas to jeszcze inny wizjoner, o którym także miałbym ochotę kiedyś napisać parę słów. Wychowałem się na jego filmach. Na nim i na Stevenie Spielbergu. Całe moje pokolenie wychowało się na nich.

A co do Jobsa – studio Pixar przejęło Walt Disney Company – a Jobs wrócił do swojej macierzystej firmy Apple (poproszono go o to), pracując za przysłowiowego dolara w umowie ! Apple zaczęło popadać w kłopoty finansowe bez Jobsa. Kiedy wrócił, sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać na korzyść tej firmy. Apple bez Jobsa nie mogło jednak istnieć. To on był kluczowym elementem tej firmy.  To pokazuje, jak nieprawdopodobnym był wizjonerem i silnym umysłem. Zwłaszcza ta historia budzi mój podziw dla tego człowieka.

Jakiś czas temu wpadłem na jedno z wystąpień, jakie wygłosił Steve Jobs. Było to na Uniwersytecie w Stanford. Przemówił do studentów, opowiadając w skrócie historię swojego życia i motywacji do pracy. Ta mowa przeszła do historii i do dziś inspiruje wielu. Mówi ją człowiek wielkiej wewnętrznej siły. Ktoś, dla kogo to nie pieniądze były ważne w tym, co robił. Był wizjonerem i potrafił wizje przeradzać w rzeczywistość. Produkty, jakie wprowadzał na rynek cechowała wyjątkowa jakość i funkcjonalność. Dbał o szczegóły i nie kończył pracy, dopóki dzieło, o którym myślał nie osiągnęło postaci, jaka od początku była w jego wyobraźni. Zatrudniał najlepszych inżynierów i potrafił ich motywować.

Kiedyś spotkałem człowieka, którego śmiało mógłbym nazwać polskim Stevem Jobsem. Nazywa sie Zbigniew Fidelus. Jest twórcą i właścicielem dużej grupy firm o nazwie Fideltronik. Zajmuje się projektowaniem oraz produkcją płyt elektronicznych dla największych światowych odbiorców. Nawet wozy transmisyjne kampanii prezydenckich w USA miały osprzęt projektowany przez firmę Fideltronik. Wiele statków, jakie pływają pod różnymi banderami – ma na pokładach urządzenia elektroniczne ich konstrukcji. Pracuje z największymi odbiorcami elektroniki na świecie. Fideltronik jest także firmą, która jako jedna z pierwszych w Europie została objęta probramem współpracy z amerykańskim gigantem Oracle Corporation – który obok niemieckiego SAP,  jest jednym z dwóch największych systemów klasy ERP na świecie. Fideltronik został też wyróżniony jako Oracle Golden Partner.

Fideltronik jest obecny na wielu rynkach – w tym medycznym, motoryzacyjnym, telekomunikacyjnym i wielu innych. Pamiętam początki tej firmy i wiem, jak dużo Zbigniew Fidelus oraz jego synowie i współpracownicy osiągnęli do tej pory. To rodzi mój szacunek. A to, co jest w tym wszystkim wyjątkowe, to sposób w jaki podchodzi do inżynierów. Jest kimś, kto wyzwala w tych ludziach ich potencjał, stwarza im środowisko do rozwoju. Oni stają się współtwórcami wielkiego procesu. Inżynieria staję się tam sztuką. Jedną z podstaw jego sukcesu był zawsze dobór właściwych ludzi.

Współpracowaliśmy kiedyś z sobą i cieszę się, że miałem okazję poznać tego człowieka.

Tymczasem zamieszczam link do przemówienia Steva Jobsa ze Stanford- naprawdę warto tego posłuchać (POLSKIE NAPISY !)

 

„4 LITERY”

Nie każdemu los dał po równo. Każdy z nas ma swój własny, wewnętrzny Mount Everest. Czy powinniśmy innych porównywać do siebie – a siebie do innych?
A może jesteśmy bardziej jak pływacy, którzy płyną po swoim torze – każdy niezależnie. Nabieramy tylko powietrza i machamy rękami, dając z siebie wszystko.

A to, czy dajemy właśnie wszystko, to w swojej uczciwości – wiemy tylko my sami i Dobry Bóg.

Jakie to ma znaczenie, że ktoś nas wyprzedza, albo jest za nami ? Sami wiemy, czy stać nas na więcej, czy tylko oszukujemy – najpierw innych, a tak naprawdę na końcu samych siebie – marnując własny potencjał. Ilu ludzi tak go marnuje na własne życzenie ?

Naprawdę mamy tylko jedno do zrobienia w życiu – bycie ludźmi. Wszystko inne jest przy okazji.

***

Kiedy miałem z dziesięć lat poznałem chłopaka, który przychodził czasem na ogródek działkowy naprzeciwko ogródka mojego dziadka. Ewidentnie pochodził z biednej rodziny, gdzie były jakieś problemy. Prawdopodobnie alkohol. Ubrany był marnie. Nie mówił też zbyt wyraźnie. Rozmawialiśmy czasem. Była w nim jakaś niezwykła radość życia i potrzeba kontaktu, jakieś akceptacji. Mówiąc – ciągle się przy tym uśmiechał, przyglądając mi się uważnie i niecierpliwie.
Słuchałem jego dość dziecinnych opowieści.
Słyszałem od kogoś, że chodzi do „Dziewiony” (Szkoła specjalna nr 9). Kiedy ktoś chciał komuś ubliżyć do kości, mówił mu, że jest Daunem, albo że jest właśnie z „Dziewiony”.
Tak więc znałem chłopaka z „Dziewiony”. Samo to, że z nim rozmawiałem powodowało uśmieszki drwiny u paru moich rówieśników, palących czasem fajki na pobliskiej ławce.

Pamiętam też, że on pochodził z Komunki (ul. Komuny Paryskiej – od lat jedna z najbiedniejszych ulic w Siemianowicach ŚL.).

Kiedyś bardzo podekscytowany zawołał mnie, żeby pokazać mi co napisał kamieniem na ścianie garażu. Zależało mu bardzo , żebym to zobaczył wręcz natychmiast. Poszedłem z nim. Doszliśmy wreszcie do czerwonej ściany garażu.
Pokazał mi z dumą palcem – niewielki napis. To był koślawy wyraz,….. złożony z czterech, bardzo nierównych liter. Tak nierówno piszą dzieci w pierwszych tygodniach szkoły podstawowej. On tymczasem był starszy ode mnie o rok. Miał więc jedenaście lat. Ja czytałem w tym czasie książki Alfreda Szklarskiego, komiksy… i Tygrysy.

Nastała dziwna cisza. Do dziś dobrze pamiętam ten moment.

Mój kolega patrzył na mnie, szeroko uśmiechnięty. Pamiętam jego blond włosy i wesołe niebieskie oczy, które teraz nerwowo czekały na mój ostateczny werdykt….

A ja nie wiedziałem,…. co mam powiedzieć. Nie wiedziałem, co mam zrobić…..Stałem tylko zawstydzony.

– Fajne -……. powiedziałem w końcu cicho.

Czułem, że mimowolnie do oczu napływają mi powoli łzy. Nie chciałem, żeby to widział. Spuściłem więc lekko głowę.

Na ścianie napisał słowo…. „Mama”.

 

***

„Small Town Boys” …Chłopcy z małego miasta – trochę o nas i o Adamie Imiolczyku

Small Town Boy – Chłopak z małego miasta. Kto nie zna tego utworu….?? Właśnie………

Dla mnie jednak będzie się on wiązać zawsze ze wspomnieniem człowieka, od którego wiele się nauczyłem …….. i który odszedł……. za wcześnie.

Dzisiejszy tekst nie będzie pastelowy, ale będzie ważny, bo ważny jest dla mnie każdy człowiek, jakiego spotykam w swoim życiu. Będzie to krótkie wspomnienie kolegi z Liceum Zawodowego przy Hucie Jedność w Siemianowicach Śląskich. Szkoły, do której z naprawdę wielką przyjemnością chodziłem – choć może się to wydać dziwne…….szkoła, jak to ? Tak – uwielbiałem tę szkołę. Serio…

Adam stał oparty o ścianę, ze słuchawkami walkmana na uszach (taki mały magnetofon na taśmy – taki dzisiejszy MP3 player – gdyby ktoś nie wiedział). Miał zamknięte oczy i kołysał się lekko na boki. Śpiewał przy tym słowa piosenki. Wyciągał niemożliwie wysokie dźwięki – prawie falsety. Znałem doskonale ten utwór – wszyscy go znali, więc nie musiałem go pytać – czego słucha.

To się powtarzało w każdej wolnej chwili między lekcjami. Nie rozstawiał się z walkmanem……i tak przez dobre trzy miesiące. Nieprawdopodobne. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak bardzo kochał jeden utwór. Znał na pamięć każde słowo, każdą modulację głosu Jimmiego Somerville. Śpiewał to przy przy najmniejszej okazji. Ja sam słuchałem przez chyba tysiące godzin przeróżnej muzyki, ale nigdy aż do tego stopnia nie zafiksowałem się tak bardzo na jednym utworze. Kiedy coś kochałem – słuchałem tego kilka, kilkanaście razy z rzędu np. Potem następowała przerwa i znowu do tego wracałem. Jeżeli jakiś utwór uwielbiałem kiedyś – uwielbiam go i dziś. Nic się nie zmieniło. Jestem bardzo stały w tym, co kocham. To, co złapało jednak Adama było absolutnie niezwykłe. Żył „Small Town Boy’em” przez cały czas. Jaka magia go ogarnęła ?

Siedział obok mnie na j.polskim w drugiej ławce – na miejscu od okna. W jego uśmiechu było zawsze tyle radości i energii – zarażał tym od razu. Miał śmiałe pomysły i nie bał się o tym mówić.

W szkole panował niespotykany gdzie indziej „dryl”. Dyscyplina była podniesiona wysoko. Chodziliśmy w jednakowych, granatowych garniturach, niebieskich koszulach, mieliśmy granatowe krawaty i ……. białe skarpetki . Za brak takich skarpetek na WF – biegało się za karę boso. Po takim doznaniu „piętaszka” i śmiechu kolegów – więcej się już nie zapominało. Adam takie skarpetki nosił nie tylko na WF, ale cały czas. Nosił też idealnie białe tenisówki (dziś nie wszyscy wiedzą, co to jest – proste buty sportowe). Takie tenisówki musieliśmy także nosić obowiązkowo na WF. On jednak nosił je cały czas, także do garnituru. Podobało mu się to. Zawsze były czyste i zadbane. To był jego znak rozpoznawczy z daleka.

Kultura fizyczna była traktowana u nas bardzo serio. Mieliśmy ćwiczenia wydolnościowe, na kółkach gimnastycznych, drążkach, itp. , itd. Musieliśmy nosić takie same podkoszulki z ramiączkami – jak przed wojną. Kiedy ktoś robił np. pompki na ilość – wszyscy siedzieli na sali gimnastycznej i liczyli, ile zrobi. To dawało mocno w kość komuś, kto nie dawał rady. Szło takiemu chłopakowi po psychice – musiał dociągać szybko do średniej. Inne ćwiczenie na kółkach – w powietrzu, to np. trzymanie nóg pod kątem 90 stopni i liczenie czasu, w którym nie opuści nóg. Mięśnie brzucha trzeba mieć wtedy naprawdę ze stali. Dziś wiem, że w tym wszystkim nie chodziło tylko o ćwiczenia same w sobie. Oni uczyli nas pracy nad sobą. To była pewnego rodzaju szkoła wytrwałości i charakteru.

Dbano zresztą nie tylko o naszą sprawność. Mieliśmy wiele innych zajęć pozalekcyjnych, jak np. informatyka, albo „spotkania z filharmonią”. Filharmonicy Śląscy raz w miesiącu przyjeżdżali do nas z koncertami. Znany prezenter radiowy wygłaszał zawsze słowa wstępne. Poznawaliśmy rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Dyrektor tej szkoły – Hilary Chlebek – był naprawdę wizjonerem z prawdziwego zdarzenia. Znany harcmistrz z tradycjami. Do tego kadra ludzi, jakimi się otoczył – też była świetna. Mieliśmy dużo szczęścia, że byliśmy właśnie tam. Dyrektor chciał, aby nasza szkoła była konkurencyjna do Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych. Ja nie zamieniłbym jej na ŚTZN – o nie.

Był to też czas wielkiego śmiechu – od pierwszego do ostatniego dnia sikaliśmy wprost ze śmiechu,… z małymi przerwami oczywiście. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem tyle się nie śmiałem. Tam śmiałem się do łez. Kolegów miałem naprawdę wyjątkowych. Dwóch z nich z talentem wprost do kabaretu. Jak to powiedział jeden z nich „u nas poziom satyry jest wysoki”. To byłby temat na osobne opowiadanie – na pewno .

Aż nie mogę się oprzeć choćby jednemu – mianowicie bitwom na jadalni. Siedzieliśmy grzecznie po np. 2-3 klasy przy stolikach. Starsi harcerze mieli dyżury i pilnowali nas jak żandarmeria. Wiedzieli, że ta banda naładowanych testosteronem istot – w każdej chwili może eksplodować. I prawie na pewno eksploduje. Pytanie tylko kiedy ? Wystarczyło, że np. jeden drugiemu wrzucił kawałek sera do kubka z herbatą – i że ten drugi był z innej klasy. Przez moment zamierała cisza – a potem zaczynała się jazda. Dyżurni zasuwali szybko okno ze sklepiku, bo pierwsze sery, pasztety, salcesony leciały od razu w ich stronę (huta fundowała nam śniadania). Ktoś dostał centralnie pasztetem w twarz, kogoś turlano w wędzonej rybie. Inny płakał, bo dostał serem do smarowania Tylżycki w oko. Prawie nikt nie miał już koszuli w spodniach, bo jeden szarpał drugiego. Była jedna wielka zawierucha a harcerze próbowali nad tym zapanować. To trzeba było widzieć na własne oczy Po prostu western..

Tego typu rzeczy działy się prawie co dzień. Nudno nie było nigdy.

Mieliśmy też swoje marzenia. Każdy inne. Czasem dzieliliśmy się nimi. Ja chciałem np. zostać muzykiem elektronicznym. Pisywałem też różne krótkie opowiadania. Czasem je odgrywałem – taka zabawa w aktorstwo. Naśladowałem grę różnych aktorów z fragmentów sztuk teatralnych, jakie oglądałem w poniedziałkowym teatrze telewizji, albo z filmów. Robiłem to dla zabawy i nie wiedziałem za bardzo, co z tym zrobić. Aktorstwo samo w sobie – zupełnie mnie nie pociągało. Nie chciałem udawać kogoś, kim nie jestem zawodowo. Zazwyczaj starałem się tym kogoś rozbawić i udawało mi się. Potrafiłem obserwować ludzi i sytuacje. Starałem się zrozumieć jedno i drugie i wejść w to. Traktowałem to jako ciekawe doświadczenie – i tyle. Nie wiedziałem jeszcze dokąd idę w życiu. Było na to za wcześnie. Do wszystkiego w życiu trzeba dojrzeć. Póki co, chciałem być jak JMJ (Jean Michele Jarre). Między innymi dlatego wybrałem właśnie liceum elektroniczne. Budowałem sobie różne grające generatory itd.

Ciekawe też…,że od tamtego czasu nigdy więcej już nie bawiłem się w „aktorstwo”, ale była to cecha którą w sobie odkryłem przez przypadek. Jakimś cudem umiałem odgrywać innych ludzi. Skąd się to wzięło – nie wiem…. ta umiejętność improwizowania i tworzenia na poczekaniu rzeczy właśnie co wymyślonych. To przyszło samo i przeminęło naturalnie, jak wiele innych i przedziwnych rzeczy w moim życiu.

Trzy razy w tygodniu, przed szkołą – przez całe 4 lata chodziliśmy też na g.6.00 rano – na basen. Nasz stary, dobry, przedwojenny basen. Kiedy się wchodziło rano, jeszcze rozespanym – przez kotłownię do góry – mijaliśmy palacza:

– I co, chopcy ? Niy chce sie wstować (nie chce się wstawać) – co ? – pytał – Jo jus łod pu czworty pola, pieronie (ja już od wpód do czwartej palę węglem). – uśmiechał się przy tym, cały upieprzony z węgla.

– Ja (tak) – odpowiadaliśmy w ciszy, zaspani, przechodząc jeden za drugim, jakbyśmy wchodzili do góry, na jakiegoś Titanica. Główne wejście było o tej godzinie zamknięte, więc wchodziliśmy od kotłowni, w piwnicy.

Za chwilę mieliśmy wskakiwać do półzimnej wody i zapieprzać przez bitą godzinę – do utraty sił. Uwielbiałem to. Słońce powoli wtedy wstawało….. a my dalej pływaliśmy. Widziałem przez wielkie okna jego mocne strumienie. Prułem z rozkoszą wodę. Czułem w sobie siły, jakich nie było we mnie wcześniej. Moje ciało opływało medium, które sprawiało, że czułem się taki szczęśliwy. Ta woda i wschodzące słońce. Moja nieposkromiona siła i radość życia. Tak……takich chwil się nie zapomina.

Byliśmy w wieku, kiedy sport bardzo nam służył. Spośród tych wszystkich chłopaków – paru z nich ćwiczyło też judo w tym samym klubie co ja (Pałac Młodzieży w Katowicach). Adam też tam ćwiczył, tylko w innej grupie.

No i tu trzeba wspomnieć o tym, jak nieprawdopodobny dar natury otrzymał ten człowiek. Był nieprzeciętnie wytrzymały, silny i sprawny. Był z nas wszystkich najlepszy. Oprócz crawl’a – bo tu „Li” był królem (ale to był człowiek-delfin). Adam we wszystkim, co dotyczyło sprawności i wytrzymałości był absolutnym nr.1. Potem była długa przerwa…. I potem dopiero my.

Pamiętam jak płynęliśmy pod wodą – 25 metrów. Dla normalnego organizmu to naprawdę bardzo dużo. Tak dużo, że kiedy dopływaliśmy do murku, na końcu – każdy miał już wszystkie kolory tęczy przed oczami i siłą woli starał się nie nabrać wody – zamiast powietrza, a światło słoneczne ponad powierzchnią wydawało się być poza zasięgiem……… i w takim właśnie momencie Adam zawracał bardzo powoli i płynął……….KOLEJNE 25 METRÓW !

Jaką maszyną trzeba było być, żeby zrobić coś takiego ?

A co do marzeń – to marzeniem Adama było robić coś wielkiego. Tworzyć, konstruować, wymyślać rzeczy, jakich nikt jeszcze nie zrobił. Był przy tym nieprawdopodobnie śmiały i nie bał się sięgać wysoko. Na lekcjach skupiony był na rysunkach technicznych, które tworzył ukradkiem. Miał bardzo techniczny umysł. Rzeczą, która go absolutnie fascynowała był „przegub Cardina”. Pamiętam jego szybkie i zdecydowane ruchy małym ołówkiem na kartce papieru. Wiedział, co rysuje i czuł że to jest to. Widziałem ten sam typ pociągnięć kreski u mojego ojca. On też był urodzonym technikiem i podobnie jak Adam mówił, myślał i rysował. Ojciec robił w domu często szkice różnych maszyn, elementów, rozwiązań które wymyślał. Dostawał za to potem trochę dodatkowych pieniędzy. Oni obaj zresztą mieli się później spotkać. Adam został jakimś cudem uczniem mojego ojca na kopalni. Jak to się stało, że spośród tylu kopalń w naszych stronach, to właśnie do niego trafił. Nazwisko na pewno odegrało tu swoją rolę, ale że akurat ta kopalnia i ten szyb …. ?

– Patrz Jarek, jakie to genialne. I takie proste – mówił np. Adam – Jak ten facet na to wpadł ? Możesz przenieść napęd kątowo. Boskie ! Stworzyć coś takiego……właśnie – to jest to !

Spośród wielu jego pomysłów zapamiętały mi się głównie dwa – słuchawki bez przewodów pomiędzy jedną a drugą – wykorzystał pałąk jako przekaźnik sygnału i jego słynny w szkole dwu-cyrkiel. Można nim było narysować okrąg wykonując tylko połowę normalnego ruchu, co było wygodniejsze. Inni koledzy kiwali głowami i uśmiechali się – widząc to, co robi.

– Kto by chciał to wyprodukować ? – podśmiewywali trochę, ale i zazdrościli.

Czego się od niego nauczyłem ? – bo wspomniałem, że nauczyłem się wiele. O tym poniżej.

Adam był jakby biologicznie od nas starszy. Jego sposób myślenia, żarty, podejście do życia … to wszystko szło w parze z jego większą dojrzałością od nas. My – czyli cała reszta byliśmy przy nim jak jeszcze dzieci. To, co mi w nim szczególnie zaimponowało – to jego stosunek do dziewczyn i kobiet. Mówił o nich zawsze z wielkim szacunkiem, z jakimś rodzajem troski. To płynęło wprost z niego – bardzo szczerze. One zresztą także szczerze go uwielbiały. Był typem wyjątkowego przystojniaka. Z urody podobny trochę do Jean Claude Van Damme – tak go zawsze kojarzyłem.

Podobnie jak on potrafił komuś „zapiąć” z nogi w każdej chwili. Nie było trzeba wiele. Kiedyś przyszedł ze swoją dziewczyną do mnie po jakieś zeszyty. Kiedy otwarłem drzwi, aż mi się głupio zrobiło. Wyglądałem jak szmaciarz – a on przyszedł z taką dziewczyną. Uśmiechnęła się do mnie – zapamiętałem to dobrze…. To była naprawdę fajna dziewczyna. Nie jakaś cyniczna lola, jakie poznawali inni koledzy.

– Gdzie on ją znalazł – myślałem ?

Adam był też bardzo wrażliwy na to, kiedy ktoś mówił coś niefajnego o kobietach. Kiedyś jeden z chłopaków rzucił coś o „jego dupie”. Pamiętam, że wtedy w jednej chwili wylądowała na jego szczęce noga Adama. Odwinął mu z półobrotu w sposób, jaki widziało się tylko na filmach. U Adama stan pomiędzy wyciszeniem i wystartowaniem do walki był zresztą ciągle bardzo płynny. Czuło się to i reszta obchodziła go z daleka – nawet ci, którzy uważali się za bohaterów.

– Dej pozór, bo łon zaroz chce sie ciulać (uważaj, bo on zaraz chce się bić)  – ostrzegali się z wyprzedzeniem.

Adam był też bardzo przedsiębiorczy. Planował otwarcie własnej firmy – już w tamtym czasie. Handlował na giełdach elektronicznych elementami, grami, itp. Jeździł w soboty i niedziele, żeby dorobić. Zajął się też handlem perfumami. Taki był – pieniądze go lubiły.

Ja zazdrościłem mu raczej powodzenia u dziewczyn Zresztą nie tylko ja – cała szkoła mu tego zazdrościła. W moim przypadku była to delikatna zazdrość o pozytywnym wpływie. Uczyłem się od niego stosunku do kobiet bycia w tym po prostu sobą. Nie udawania nikogo – kim się nie jest. Raczej uczyłem się poznawania samego siebie i docenienia samego siebie. Byłem bardzo nieśmiałym chłopakiem w relacjach z dziewczynami. Po średniej szkole technicznej – poszedłem na studia techniczne – elektronika na Politechnice Śląskiem. Tam znowu sami faceci i masa, masa nauki.

Pewnie zostałbym takim „robotem – humanoidem” , jakich na moim wydziale było wielu – człowiekiem zamkniętym przed komputerem, ze schematami elektronicznymi przed sobą i grzebiącym w technicznych książkach, chowającym się przed światem – gdyby nie taniec…….ale to już inna historia. Wydarzyła się całkiem przypadkiem i porwała mnie bez reszty. I wtedy poznałem też swoją własną miłość

Pewnego dnia stało się coś przykrego. Jeszcze w czasie, kiedy byliśmy w szkole – ktoś zapytał mnie o to, jak tam u Adama w szkole. Wspomniałem, że ma jakiś problem z jednym z przedmiotów. Powiedziałem to, zupełnie nieświadomy, że ta informacja dotrze do jego brata, który wypomni to młodszemu. Adam mocno się na mnie pogniewał. Powiedział, że zawiódł się na mnie mocno. Byłem zupełnie nieświadomy wagi tego, co mu zrobiłem. Dla niego to było jednak mega-ważne. Dla mnie wydawało się niczym znaczącym – po prostu, był to fakt. Wszyscy o tym wiedzieli. Nie sądziłem, że tak to odbierze. Poczułem się fatalnie. Że niby co – że jestem kapusiem…… Stało się coś, co tuż pod koniec szkoły mocno nas poróżniło. Nie rozmawialiśmy już więcej. Było mi naprawdę przykro z tego powodu.

Upłynęło wiele lat. Spotkaliśmy się potem jeszcze tylko raz. Wprost z ulicy zabrał mnie do swojego mieszkania zaraz obok Telewizji Katowice. Ta piękna dziewczyna, którą zapamiętałem była teraz jego żoną. Dalej miała tak ten uroczy uśmiech – zupełnie jak kiedyś. Rozmawialiśmy serdecznie i śmialiśmy się wszyscy. Nie pozostało nic z dawnej urazy do mnie. Wybaczył mi…….ktoś większy niż my nad tym czuwał widać i spotkał nas wtedy ze sobą. Jak bym się czuł dzisiaj, gdyby to się jednak nie stało ?

Żegnając się – mówiliśmy, że spotkamy się za niedługo znowu.

Potem my z rodziną wyjechaliśmy do Włoch.

Potem życie toczyło się dalej……..

Pewnego dnia – już po kolejnych może pięciu latach, kiedy wróciliśmy do Polski – spotkałem w Siemianowicach Grześka – jednego z kolegów, z jakim pływaliśmy wtedy. To był rok 2006.

– Wiesz, że Adam nie żyje ? – powiedział krótko i od razu.

– Co ? – zamurowało mnie

– Zmarł w czasie snu…….Miał dwoje małych dzieci. Podobno serce mu nie wytrzymało…

Ta wiadomość była dla mnie niezwykle poruszająca. 35 lat to nie jest wiek na umieranie. Zdałem sobie namacalnie sprawę, jak kruche jest życie. Przecież tak niedawno siedzieliśmy wszyscy w jednej ławce i śmialiśmy się ze wszystkiego – najczystszą radością życia po prostu. Tak niedawno – czy może mi się tylko wydawało ….?

To było już 13 lat temu. W moim życiu wydarzyło się bardzo wiele kolejnych rzeczy – jak się nie wydarza, to sam je wydarzam Jest mi to jakimś szczęściem dane. Jedną z takich rzeczy jest pisanie – na różne tematy. O Adamie chciałem napisać już od jakiegoś czasu. Chciałem, żeby cząstka tego, że był – została zachowana w jakiś sposób. Chciałem opisać lata szkoły średniej. Czuję niedosyt pisania o tym. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę – zobaczymy

Niektórzy moi znajomi na Facebook doskonale pamiętają Adama, więc wiedzą jakim był człowiekiem. Jest nim np. Jacek – policjant z krwi i kości. Był w nim ukryty człowiek, który chce nieść pomoc i pilnować sprawiedliwości. Wielki szacunek ! To piękne. Jacek też z nami pływał. Był wiecznie uśmiechniętym chłopakiem. Widzę, że chyba do teraz mu to zostało

Powiedziałbym w tym momencie – jak Forrest Gump, na koniec filmu – „Nie wiem, na ile to, co nam się przydarza jest przypadkiem, a na ile przeznaczeniem”.

I ja i Adam mieliśmy zawsze w głowach jakiś wyjazd – daleko, w wielki świat. Chcieliśmy robić coś wielkiego, niepowtarzalnego. Obaj byliśmy przy tym bardzo odważni. No może on znacznie bardziej w stosunku do dziewczyn.  Czuliśmy, że to jest w nas –  czeka właśnie na możliwość uwolnienia całej naszej energii….już za chwilę, już za moment, już za zakrętem. Przecież to prawie już. Jakiś pomysł wskoczenia do pociągu i daleki wyjazd – jak na początku teledysku, kiedy tory kolejowe prowadzą w różne strony. Niektóre tory się przecinają……., czasem tylko na chwilę i biegniemy w swoje strony. Teledysk ma mocny podtekst homoseksualny. Ani ja, ani Adam nie mieliśmy takich skłonności (choć szanuję każdy rodzaj miłości – homoseksualną także). Dlatego też zastanawiałem się, czy w ogóle poruszyć to wspomnienie i nie być źle zrozumianym w związku z symboliką, z jaką wiąże się ten utwór. Na teledysku występuje też motyw basenu – jak żywcem wzięty z naszej historii Stwierdziłem jednak, że wspomnienie o nim jest dla mnie bardzo ważne.

Niedawno zburzono Hutę Jedność – jeden z symboli miasta. Po tylu latach. Ta huta, to była świątynia mojego drugiego dziadka. Z okien szkolnej Sali nie mielibyśmy teraz widoku suwnicy. Kto wie, czy są tam też jeszcze zajęcia z Elektrotechniki, na których prawie spaliśmy umęczeni całym dniem. Mieliśmy być kadrą przyszłych inżynierów – trzonem technicznym nowoczesnej walcowni rur, naszpikowanej automatyką. Tak miało być. Nauka z tej szkoły nie poszła jednak na marne. Wyniosłem z niej bardzo dużo – tak wiedzy, jak i przeżyć, relacji z ludźmi i wspomnień. Nauczycieli, kultury i szacunku do nauki. Po raz drugi i każdy kolejny – wybrałbym tę właśnie szkołę.

Czasem mam przed oczyma obraz nas wszystkich, jak idziemy ze szkoły w dużej grupie – roześmiani, z poluzowanymi krawatami, z głowami pełnymi wielkich marzeń……

Nie wiem, gdzie leży Adam. Czasem zapaliłbym mu świeczkę i załączył „Small Town Boy”. Zresztą, gdziekolwiek się nie jedzie – w Polsce, czy za granicą – ten utwór grany jest bardzo często. Obaj byliśmy „Small Town Boys” – gotowymi biec przed siebie.

Idziemy właściwą drogą, cokolwiek nam się wydaje. Ktoś jednak nad tym czuwa – a ludzie których poznaliśmy i byli dla nas ważni – ciągle są w nas….ciągle żywi.

Ciekawe co Adam powiedziałby na tą wersję utworu ? Pewnie byłby zachwycony, bo tak on jak i Tiesto to ten sam rodzaj dobrej dobrej energii. No i te słuchawki na głowie…. Skojarzenie ruchy, postawa……jak on. A zaraz poniżej oryginał ….

You leave in the morning
With everything you own
In a little black case
Alone on a platform
The wind and the rain
And a smile on your  face…

Nasza pływalnia…

 

 

„TERESKA”

Mamy od wczoraj mocne słońce i to sprawia, że przypominają mi się różne historie, ze słońcem w tle…. Oto jedna z nich – krótka i całkiem prosta….

Miałem wtedy 19 lat. Poczułem, że chcę zrobić coś – co ma sens. I zrobiłem. Mam 20-letniego syna, ale całkiem niedawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że kiedyś miałem i córkę – przez całe 3 tygodnie.

Miałem dawno temu kolegę Andrzeja, ciekawą postać. Pełnego duchowości i poszukiwań. Osobę o wysokiej kulturze osobistej i szacunku dla drugiego. Nie znałem jego historii, ale z pewnością była w nim jakaś tajemnica. Był bardzo wyciszonym człowiekiem, łagodnym – ale też jakby w jakiś sposób zranionym. W jego mieszkaniu, w Bytomiu, gdzie go czasem odwiedzałem – wszystko było takie inne. Bardzo stare meble, wszędzie dużo książek, ale zawsze poukładanych równo. Jakieś stare obrazy na ścianach. W środku tego wszystkiego, we flanelowej koszuli (w takich się wtedy chodziło) siedział on i ni stąd, ni zowąd grał na gitarze – Pink Floyd, Cohena, Stare Dobre Małżeństwo. Czytał  Stachurę i potrafił o tym wszystkim pięknie opowiadać. Działał w grupie, która pomagała ludziom potrzebującym.  Zainteresowało mnie to. Spotkałem człowieka, który nie tylko pięknie mówił, ale to robił.

Chciał się rozwijać duchowo – ja też. Byliśmy równolatkami, ale czułem, że mogę się od niego wiele nauczyć. Na drodze duchowości doszedł dalej ode mnie – tak to odczuwałem.

Andrzej był katolikiem, jednak szukał także innych inspiracji. Miał otwarty umysł. Czytał dużo Mahatma Gandhi’ego – czasem go cytował. U niego też po raz drugi usłyszałem nazwisko Anthony De Mello. Człowieka, który miał mieć duży wpływ na mój rozwój. To był hinduski duchowny, myśliciel. Człowiek, którego sposób myślenia zmienił potem mój. Pozostawił po sobie prace, które mnie inspirowały i skłaniały do weryfikacji własnych postaw.

W miarę rozwoju swojej świadomości byłem coraz bardziej przekonany, że religie bardziej skłócają ludzi niż jednoczą. Doszedłem też do wniosku, że nie ma dobrych religii – choć w każdej z największych można znaleźć coś dobrego. Musiałbym stwierdzić, że jedyną dobrą religią jest po prostu Dobro. Bez ceremonii, kapłanów, bez tradycji, bez piekła i nieba. Bez obietnicy życia wiecznego, co jak myślę jest podstawą wiary większości ludzi. Taki handel wymienny z Bogiem, w którego wierzą. Ja będę dobry a ty w zamian dasz mi nieśmiertelność. Czy byliby dobrzy, gdyby w zamian nie było obietnicy niczego ? Kiedy to zrozumiałem – bardzo się zasmuciłem. No, ale moja prosta wiara w dobro to nie religia. To po prostu podstawowa wartość, w jaką się wierzy …… i tyle. I tu poszedłem swoją drogą – inną niż Andrzej i inną niż De Mello i inną niż wiele innych osób. Drogą prostą i zwyczajną…..swoją.

Ale nie o tym chciałem pisać. Tak więc siedzieliśmy w jego mieszkaniu i rozmawialiśmy, pijąc herbaty które zaparzał. Jego spokój wewnętrzny i coś w rodzaju naturalnej równowagi były tym, co budziło mój szacunek. Całe to stare mieszkanie na Wallisa w Bytomiu, ze swoim półmrokiem, mimo lata i światłem wpadającym dyskretnie do środka – było jak z dalekich Indii, albo Chin. Cisza, która tam panowała, dodatkowo powodowała, że prawie natychmiast każdy kto tam wchodził – też się wyciszał. Te mieszkania budowali jeszcze Niemcy. Takich budynków w tym mieście jest całe mnóstwo.

Czułem, że Andrzej rozumie coś, czego ja jeszcze szukam.

I tak pewnego dnia zadzwonił do mnie i zapytał czy jestem gotów pojechać gdzieś na 3 tygodnie – popracować z dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną.

– Pewnie – odpowiedziałem krótko.

– Mówiłeś, że jesteś odważny – czułem jak się śmieje do słuchawki.

– Jestem

– Pojutrze jedziemy – rzucił na pożegnanie. – spakuj się……..

Pamiętam, jak prawie chwilę później wsiadałem już do autobusu. Przy wejściu stał Andrzej, ze swoją kulą Rudych włosów na głowie. Jak murzyn – tyle, że rudy. W Irlandii pewnie wyglądałby zupełnie normalnie. W Polsce był egzotyczny.

Powiedział krótko:

– To jest Adaś, twój podopieczny.

Spojrzałem na chłopaka, siedzącego na fotelu. On też mi się przyglądał. Miał kruczoczarne włosy i przenikliwe spojrzenie. Szczupłą twarz. Wątłe, szczupłe ciało. Ręce i nogi miał mocno skrzyżowane, wykrzywione nadgarstki, wykrzywione usta. Potem dowiedziałem się, że tak wyglądają osoby z porażeniem mózgowym. Czułem, że chce mi coś powiedzieć, ale wydobywał z siebie tylko ciche jęki. Nic nie rozumiałem, ale byłem pełen woli zrozumienia. Patrzyliśmy tak na siebie jeszcze przez chwilę. Nagle autobus szarpnął i wpadłem w fotel. W tym momencie objął mnie za szyję i przycisnął do siebie. Byłem totalnie zaskoczony sytuacją.

Andrzej, który jak się okazało ukradkiem przyglądał się wszystkiemu – zawołał z dalszego rzędu.

– Adaś cię zaakceptował. Spoko. On zna się na ludziach. – uśmiechał się przy tym od ucha do ucha, w swoim niepowtarzalnym stylu.

Nie podejrzewałem nawet, że właśnie rozpoczyna się jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia. Przygód, dzięki którym zrozumiałem, co to znaczy człowieczeństwo.

Dojechaliśmy do Brynicy, małej wsi niedaleko Opola. Przez całe 3 tygodnie miała być piękna słoneczna pogoda i upały. Miejscem, w którym mieliśmy spędzić ten czas był wielki klasztor. Cały pusty. Wokół pastwiska, małe domki, gdzieś tam dalej kościół. Przed budynkiem mieliśmy dużo zieleni i niewielki sad.

Adaś jeździł na wózku inwalidzkim, więc przydzielili nam zakrystię małej klasztornej kapliczki, jaka istniała w budynku – żeby nie wnosić tego wózka. Była zalana słońcem w środku i od razu mi się tam spodobało.

Całą tą imprezę wymyślił pewien Leonard – kolejny człowiek tajemnica. Pamiętam, że palił jednego papierosa za drugim i lubił cytować kanadyjskiego myśliciela, piszącego po francusku – Jean’a Vanier. Czytał nam fragmenty jego książek wieczorem.

Byliśmy tam zbieraniną bardzo różnych ludzi. Ktoś tam był wcześniej mnichem albo siostrą zakonną, ktoś tam działał w organizacji charytatywnej, ktoś tam studiował medycynę, ktoś teologię, ktoś fizykę, a jeszcze inny matematykę. W tym wszystkim byłem też ja – człowiek ciekawy wszystkiego.. nie byłem specjalnie religijny, choć pochodziłem z bardzo religijnej rodziny. Nie szukałem religijności. Szukałem ludzi….

Wszystkich nas łączyło jedno. Chcieliśmy zrobić coś dobrego dla tych dzieci i młodzieży. Leonard pozbierał ich z najbiedniejszych dzielnic z okolicy Zabrza, Gliwic i Rudy Śląskiej. Wszystkich tych, których nie było by nigdy stać na wyjazd. Były z nami dzieci upośledzone umysłowo i mocno niepełnosprawne ruchowo. Były dzieci z pijackich rodzin i z trudnymi doświadczeniami. Wielki mix ludzkich historii.

Dziwne było to, że od kiedy znalazłem się wśród nich – tych, których odrzucało społeczeństwo  – poczułem, że jestem wśród swoich. Wśród ludzi, którzy nie silą się na to żeby coś osiągać, żeby imponować – bo społeczeństwo i tak ich dawno skasowało. Wydawałoby się, że wszystko stracili przez swoją ułomność, chorobę i ograniczenia. A to nieprawda, bo to właśnie w nich było to, co w człowieku jest najpiękniejsze – szczerość, prostota serca i dobro, którego doznawałem na każdym kroku. Starsi niepełnosprawni mieli w sobie wrażliwość i piękno dzieci. Ich naiwną wiarę w człowieka – mimo wszystko. Wiele by o tym pisać…..

Nasza grupa była bardzo liczna (około 120 osób). Tak więc pierwszego dnia poznałem pobieżnie tylko niektórych i dopiero następnego zaczęliśmy realizować jakieś plany co do pobytu.

Pamiętam, że naprawiałem jakiś wózek inwalidzki, kiedy zauważyłem że ktoś mnie obserwuje.

Obróciłem się lekko. Niedaleko mnie stała mała dziewczynka. Może ośmio-dziewięcioletnia. Uśmiechała się i składała razem dłonie wyginając się trochę w bok. Była wyraźnie podekscytowana.

– Co robisz ? -zapytała.

Pokazałem jej dłonie brudne ze smaru.

– Staram się to naprawić – odpowiedziałem.

– Znasz się na tym ?

– Nie wiem, może ? Właśnie próbuję się tego dowiedzieć – odpowiedziałem.

– Skąd jesteś ? – pytała dalej

– Z Siemianowic Śląskich

– A ja z Zabrza. Nazywam się Teresa. Na razie – powiedziała, machają przy tym  ręką.

Pobiegła gdzieś, a ja dalej robiłem swoje.

Mieliśmy bardzo zajęty czas a chłopaków nie było aż tak wielu, więc było dużo pracy fizycznej. W ciągu dnia mniej się myślało a więcej pracowało. W nocy odwrotnie.

Tego samego jednak dnia, pod wieczór ta mała znalazła mnie znowu podczas kolacji.  Siedziałem na zewnątrz, na ławce i jadłem jakieś skromne danie. Dziewczynka o krótkich blond włosach i niebieskich oczach podeszła bliżej i usiadła obok mnie. Przyglądała mi się uważnie, lekko się uśmiechając. Rano nie miała tyle odwagi żeby podejść. Zaczęła się lekko kołysać w przód i w tył na tej ławce. Wyraźnie czułem, że chce coś powiedzieć, ale jakoś nie umiała tego z siebie wydobyć.

– Jadłaś już ? – zapytałem.

Pokiwała głową, kołysząc się dalej.i chowając szyję w ramionach. Coś kombinowała i zamiatała nogami ziemię pod ławką. Widziałem to wyraźnie.

– Zostaniesz moim tatą ? – powiedziała w końcu.

Aż mi się oczy szerzej otwarły.

– Jak to, ……tatą !!? – odparłem zdumiony.

Wystraszyła mnie tym nieoczekiwanym pytaniem. Nie wiedziałem do czego to wszystko prowadzi. Pojawia się jakieś dziecko i zadaje takie pytanie tak po prostu i bezpośrednio. Szok……. Nie wiedziałem, co zrobić a ona patrzyła na mnie uważnie, nie spuszczając ze mnie teraz wzroku. Jak z tego zręcznie wybrnąć ? – myślałem. Nie chciałem jej skrzywdzić swoją odpowiedzią. Szybko wymyśliłem więc odpowiedź-pytanie, żeby zyskać na czasie, choć trochę.

– Chcesz żebym był twoim tatą ? Jak to ?

– No tak – powiedziała – tylko w czasie tego obozu. Mógłbyś być moim tatą. Zgodzisz się ? – Wpatrywała się we mnie dalej, oczekując reakcji. Widziałem na jej buzi wyraźne napięcie. Niebieskie, lekko smutne oczy czekały na odpowiedź.

– I co miałbym robić ? zapytałem.

– Nic nie musisz robić. Będę mogła nazywać cię tatą i czasem zabierzesz mnie na spacer z innymi, albo posiedzisz ze mną, albo mi coś poopowiadasz.

Milczałem. Dalej jakoś nie mogłem sobie tego wszystkiego poukładać. Taki strzał – wprost między oczy.

– To jak, będziesz ? – powtórzyła raz jeszcze, zniecierpliwiona i rozżalona bo za długo się zastanawiałem.

Wyobrażała sobie pewnie, że entuzjastycznie powiem – Tak, oczywiście… Super !

Czułem, że od początku tej całej imprezy wchodzę w jakieś grube tematy i nie umiałem się z tym jeszcze oswoić. Jeden temat gonił drugi – a na żaden nie byłem gotowy. Wczoraj byłem jeszcze gdzie indziej, aż tu nagle zupełnie inny świat.

– Jak się tu znalazłaś ?- zapytałem, ciągle oddalając odpowiedź.

– Jestem z domu dziecka. Jest nas tu więcej, ale jesteśmy zdrowi. Ja mam mamę i tatę. Tata jest daleko a mama za nim tęskni.

Tak oto krótko przedstawiła mi swoją prostą historię.

– Teraz rozumiem. Czyli byłbym takim twoim tatą tymczasowym ?

I co, będę 19 letnim tatą ośmioletniej dziewczynki ? – pomyślałem. I zupełnie nie wiem czego ona może oczekiwać. Jak ja się mam zachować ? Potem obóz się skończy i to dziecko będzie zrozpaczone. Już jej chciałem to wszystko wytłumaczyć, ale widząc jej wyraz twarzy powiedziałem.

– Będę.

Podskoczyła z radości i podekscytowania. Położyła swoją małą rączkę na mojej a potem nakryła drugą. Uśmiechnęła się od ucha do ucha a potem nagle  zerwała się i poleciała gdzieś, podskakując po drodze.

Może dobrze, bo nie miałem pomysłu na to –  co zrobić dalej.

– Uff – pomyślałem – a to ci przeżycie.

***

Na obozie mieliśmy co chwilę coś do zrobienia, więc nie było za dużo czasu na zastanawianie się nad wszystkim. I dobrze. Dopiero późnym wieczorem rozmawiałem z jednym z chłopaków, który wiedział więcej na temat tego co się tam dzieje. Był z Zabrza i podobno przyjechał z tą grupą, z domu dziecka.

– Znasz Tereskę, taką małą, szczuplutką blondynkę ?

– Znam – odpowiedział – Ona ma rodziców. Matka odwiedza ją bardzo rzadko. Pije. Ojca nie widuje wcale. Nie wiem, co z nim. Historia, jakich wiele. To tyle – a co ?

– Nic – odparłem – opowiadała mi o swojej rodzinie.

– Ona ma skłonności do fantazjowania. Nie wierz we wszystko, co mówi. To dobre dziecko. Jest bardzo uczynna i energiczna. Wszędzie jej pełno.

– Zauważyłem

Tego samego wieczoru wjeżdżaliśmy z Adasiem wózkiem na zakrystię a w korytarzu stała już Tereska.

– Dobranoc tatusiu ! –  powiedziała głośno i dumnie, machając mi ręką.

Uśmiechnięta obróciła się i w podskokach szybko wybiegła z korytarza.

***

Adaś był dobrym kompanem. Okazało się, że mówi, tylko bardzo rzadko, wolno i z dużym trudem. Obaj mieliśmy po 19 lat.  W miarę jednak upływu czasu zdobywał się na coraz więcej. Wystarczyło, że byłem cierpliwym słuchaczem.

Na zakrystię wpadało zwykle parę osób z gitarami, w tym Andrzej. No i było świetnie. Noc, ich poezje i to, że wszystko traktowali tak serio, jakby mieli w pełni świadomość tego, że każde spotkanie drugiego człowieka tak wiele znaczy. To było piękne. Do tamtego momentu nie znałem takich ludzi. Cieszyłem się ich obecnością. Każdy był tak inny i każdy fascynujący.

Kolejnego dnia miałem się przekonać jakie to pomysły siedzą w głowie takiej małej dziewczynki o imieniu Teresa. Jeszcze przed obiadem robiłem coś ważnego, mocno tym zajęty a oto przychodzi Tereska z jakąś towarzyszką, którą przyprowadza za rękę. Potem ją zostawia i szybko ucieka.

– Obok stała jakaś dziewczyna. Wreszcie niemniej zawstydzona ode mnie – mówi:

– Przyprowadziła mnie do ciebie i mówi że jesteś jej tatą.

Uśmiechamy się oboje.

– Wakacyjnym tatą – mówię – I co w związku z tym ?

– Nie wiem, ale ona chyba szuka ci partnerki.

– Ale jaja – rzuciłem, podenerwowany tym trochę. – to dlatego tak uciekała.

Przedstawiliśmy się sobie i porozmawialiśmy chwilę.

Tereska jednak nie odpuszczała przez następne dni i prawie codziennie przyprowadzała mi jakieś dziewczyny, potencjalne partnerki na moje życie.

– Musisz mieć kobietę – mówiła – bo inaczej będziesz smutny. Moja mama jest smutna bez mojego taty.

Wielokrotnie powtarzała jakiś wierszyk, którego niestety nie zapamiętałem. Jedynie samą końcówkę – „ …..bo bez tatusia smutna mamusia „.

W ciągu dnia, jak tylko była okazja – pytała opiekuna swojej grupy czy może iść ze mną na spacer. Szliśmy przez wieś, wraz z innymi dziećmi. Z radością do nas dołączała. Jak tylko się dało – próbowała zwracać moją uwagę.

A to na przykład wchodząc na drzewo i i wołając:

– Tatusiu, tatusiu. Zobacz co potrafię !

Innym razem stając na rękach przy ścianie.

Zbierała dla mnie kwiatki, albo przynosiła mi owoce, których narwała komuś z ogródka. Kiedy przychodziłem na posiłki – ona już podawała mi talerz pełen różnych rzeczy. Wpychała się do kolejki, żeby jak najszybciej to dla mnie załatwić.

-Dzieci z domu dziecka tak mają – powiedział kolega, który siedział kiedyś obok. – muszą dbać o siebie same, ale o ciebie widzę już ktoś zadbał – uśmiechnął się.

Gdzieś trzeciego, czwartego dnia Tereska nabrała większej śmiałości. Do tamtego momentu podawała mi czasami rękę, jak gdzieś dobiegała – kiedy szliśmy na spacer z grupą. Tak więc, gdzieś czwartego dnia ….bez słowa wdrapała mi się na kolana i przytuliła do mnie. Zaskoczyło mnie to bardzo, ale nieśmiało i ja ją objąłem, przytulając do siebie. Siedzieliśmy tak w ciszy. Nie mówiłem nic, ale czułem że temu dziecku jest to potrzebne. Natychmiast też pojawiła się w mojej głowie myśl, że przecież ja nie jestem jej ojcem i ona będzie bardzo cierpieć kiedy ta cała impreza się skończy. To mnie martwiło z pewnością …..bardzo.

Jakoś akurat w tamtym momencie nie było osób, które mogły to zauważyć. Może właśnie taki moment wyczekała Tereska. Potem ześlizgnęła się powoli na stopy, uśmiechnęła się raz jeszcze i poleciała.

Myślę, że powiedziała o tym swojej najlepszej koleżance bo już następnego dnia miałem dwie amatorki do siedzenia na moich kolanach. Drugą dziewczynką była mała cyganka. Miała na imię Inez. Bardzo to było dziwne, bo nie sądziłem że cygańskie dzieci też są w domach dziecka. Nie słyszałem o takich historiach. Ale, co ja wiedziałem? Tak więc od następnego dnia miałem dwie małe towarzyszki,  ale tatą byłem tylko Tereski. Tak to sobie wymyśliła a Inez respektowała te niepisane ustalenia. Obie pojawiały się znienacka i niezapowiedzianie znikały. Ja przez cały ten czas byłem zainteresowany poznawaniem znacznie starszych towarzyszek….

Kiedyś Inez siedząc mi na kolanach wzięła moją rękę i powiedziała:

– Daj, powróżę Ci. Jestem przecież Cyganką.

Palcami przebiegała po moich liniach dłoni. Wreszcie  powiedziała:

– Widzę, że w twoim życiu będziesz mieć bardzo dużo koleżanek i bardzo mało kolegów…

Tylko tyle powiedziała – i nic więcej.

Zastanowił mnie sposób, w jaki to powiedziała. Odwróciła się i popatrzyła na mnie ciemnymi, piwnymi oczyma. Było w tym spojrzeniu coś niezwykle dojrzałego.

Nie wiem, na ile to sobie wymyśliła a na ile to był efekt po prostu uważnej obserwacji. Podejrzewam to drugie, bo wokół było rzeczywiście wiele dziewczyn, z którymi spędzałem sporo czasu. Uczyłem się ich zupełnie innego sposobu patrzenia na świat – kobiecego.

Rozmawialiśmy z dziewczynami na różne tematy, aż kiedyś z jedną z nich zacząłem rozmowę o Teresce.

– Słuchaj, nie chcę zrobić krzywdy temu dziecku – bo to przecież za niedługo się skończy. To tylko 3 tygodnie. Jak mam postępować ? – zapytałem.

– Po prostu bądź, ale też niczego nigdy nie obiecuj. Słuchaj jej uważnie, staraj się zrozumieć, zauważ w niej wartościowe rzeczy. To wszystko. Więcej nie trzeba. I nie przejmuj się tym. Ktoś tam na górze wie lepiej co robi.

I tak mijał czas. W dzień dawaliśmy z siebie wszystko. Jeździliśmy na wycieczki. Przy tej okazji wnosiliśmy na rękach dzieci i młodzież do autobusu. Pamiętam moment, kiedy wnosiłem dziewczyny po 17, 18 a nawet dwadzieścia parę lat. Pamiętam ten moment, kiedy chwytały mnie za szyję i w takim bliskim objęciu szedłem z nimi na rękach. To były chwile nieoczekiwanej intymności dla obojgu. Robiłem to wiele razy. Nanosiłem się na rękach za wszystkie czasy.

Po tych dniach upału nocami byliśmy zbyt rozentuzjazmowani żeby spać. Nie da się zapomnieć tych wieczorów przy ognisku, tych rozmów. Byliśmy wszyscy młodzi, szczerzy i autentyczni. To gdzieś tam właśnie, w tym okresie życia kształtuje się w nas to jaką drogą chcemy iść. Dla mnie ten czas w Brynicy był bardzo ważny – bo po raz pierwszy wiedziałem, że robię coś, co naprawdę ma sens. A tym sensem było dla mnie dawanie siebie innym.

Wieczorami śpiewaliśmy czasami z pewnym Jurkiem z Bytomia. Dużo starszym ode mnie bo i takie osoby tam się zdarzały. Był niepełnosprawny – tak ruchowo jak i trochę intelektualnie. Opiekowali się nim w domu jego rodzice, dwaj staruszkowie. Żył na co dzień w zupełnie innym świecie a ten wyjazd był dla niego jak błogosławieństwo. Tak więc siedzieliśmy z Jurkiem na parapecie i pod zachód słońca śpiewaliśmy na przykład jakieś powstańcze, śląskie piosenki typu – „Już zachodzi czerwone słoneczko” albo „Od Bytomskich Strzelców chłopcy nadciągają….”. Był bardzo muzykalny i uwielbiał śpiewać. A mnie to pasowało niezmiernie.

Adaś, mój podopieczny choć niewiele mówił – bardzo dużo wyrażał swoim spojrzeniem, swoimi ruchami. Wszystkie reakcje tych niepełnosprawnych ludzi były bardzo bezpośrednie. Tu nikt nic nie kombinował, nikt nic nie miał do stracenia. Czuło się natomiast bezdyskusyjnie, że ci wszyscy chorzy  i niepełnosprawni, odrzuceni przez los – mają w sobie pewien dar, którego my zdrowi możemy jedynie ledwie dotknąć. Tego się od nich w pokorze uczyłem. Nie było lepszych i gorszych – wszyscy byliśmy równi.

***

No i minęły te 3 tygodnie.

W dnu wyjazdu – dzieci od rana były smutniejsze, cichsze ale jednocześnie czuło się że są szczęśliwe i spełnione. Naładowały się dobrą energią, słońcem i powietrzem, a nade wszystko innymi ludźmi i dobrocią….

Dzieci z domu dziecka w Zabrzu też wsiadały do autobusu. Tereska ociągała się jak mogła. Wreszcie ten mały trzpiot, z krótkimi blond włosami, obciętymi tak jakby ktoś ciął je z zamkniętymi oczami nie zważając na to jak to wyjdzie – ten trzpiot podszedł do mnie i ostatni raz objął mnie za szyję.

– Do widzenia…. Tatusiu – powiedziała – dziękuję ci.

Przycisnęła mnie mocno do siebie, a potem znienacka puściła i poleciała do autobusu.

Kiedy ruszył – zobaczyłem ją jeszcze za tylną szybą. Machała mi i machała……. Była uśmiechnięta i szczęśliwa.

Autobus jeszcze jechał jakiś czas prosto, a potem zniknął za zakrętem w tumanie sierpniowego kurzu.

Niepotrzebnie się martwiłem – pomyślałem – wyszło to dużo lepiej niż mogłem przypuszczać. Robiłem tyle innych rzeczy a jej wymyślonym tatą byłem zupełnie przy okazji. To ona mnie zawsze znajdywała i znikała według własnych zasad. Była bardzo mądrą dziewczynką. Nie narzucała mi się wcale. Nie chciała wiele – tylko tego, żeby ją zauważyć. Chciała się przytulić, posiedzieć na kolanach. Nie oczekiwał ode mnie niczego.

Kiedy tak myślę o tym wszystkim dziś po latach, to zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo wiele dzieci nie dostaje od swoich rodziców tego, czego potrzebują. Bardzo wiele dziewczynek na przykład, nie widzi w oczach swoich ojców przyszłych wartościowych kobiet, którymi się staną. Szukają w nich wsparcia i nie znajdują. Czy we wszystkich pozornie zdrowych i normalnych domach są ojcowie, którzy biorą swoje córki na kolana i przytulają je ?

Czy są ojcowie, którzy biorą małych synków na kolana i dają im wiarę w siebie, bo przecież oni potrzebują tego w pewnym wieku nie mniej niż dziewczynki. Od chłopców zawsze wymaga się wiele, zwłaszcza by byli twardzi, ale czy będą twardzi i gotowi bronić słabszych, jeżeli sami nie dostaną miłości ?

Zrozumiałem też, o jakiej odwadze mówił Andrzej – kiedy dzwonił do mnie.

Prawdziwa odwaga, to być z osobą niepełnosprawną. Być, kiedy społeczeństwo cię obserwuje i często odrzuca. Opiekować się niepełnosprawnym dzieckiem. Otaczać opieką słabszych. To jest prawdziwa odwaga a nie jakieś tam skoki ze spadochronem, czy inne pierdoły. To jest jedynie brawura a nie odwaga.

Nie pytam już więcej, czy miało to wszystko sens na tylko 3 tygodnie. Wiem, że na każdy czas miałby sens, bo czasem te krótkie chwile jakie otrzymujemy od zupełnie obcych nam ludzi – bywają jedynymi……

Na tym dzisiaj kończę swoją krótką i prostą opowieść….

PS

Ciekawe, czy Tereska a raczej Pani Teresa jeszcze mnie dziś pamięta? Dziś ona dochodzi do 40-tki. Ciekawe co robi ? Czy ułożyła sobie życie ? Czy jest szczęśliwa w rodzinie ? Jakie miała relacje z mężczyznami ? Czy wierzyła im ? Czy kojarzy ich dobrze ? Mam wielką nadzieję, że tak…..

Ustroń 31.03.19

Poniżej ja na tym obozie w Brynicy – we flaneli…. 🙂

 

„Mrówka”
Zastanawiałem się od wczoraj – o czym dzisiaj napisać. Mógłbym sięgnąć do jednego z tekstów, które są gdzieś po szafach, ale siedząc tak na kanapie z podwiniętymi nogami i wdychając rześkie, prawie wiosenne powietrze z gór… zauważyłem na drewnianej podłodze małą biedronkę. Dreptała w jakimś sobie znanym kierunku. Przyglądałem się jej dłużej. Zaczyna się wkrótce wiosna, więc wiele istot budzi się do życia. Przypomniała mi się pewna moja obserwacja sprzed ponad 20 lat.

Stałem wtedy na przystanku autobusowym – wracając z pracy. Słońce mocno świeciło na rozgrzany asfalt drogi. Wręcz się od niego odbijało. I dlatego na jego tle zauważyłem mały obiekt – mrówkę. Niosła coś dużego na sobie – coś znacznie większego niż ona sama….. i tak szła przed siebie, bardzo powoli, dziesiątkami milimetrów. Przejście przez jezdnię musiało być dla niej oceanem pełnym niebezpieczeństw. Drogą mającą trwać…..kto wie jak długo.

Samochody przejeżdżały w jedną i w drugą stronę. Widziałem parę razy jak auto zdmuchiwało ją z kursu a ona wczepiała się pewnie małymi łapkami, starając się przetrwać. Rzucał ją co któryś z nich 2-3m dalej. Jakimś cudem znowu wracała na obrony wcześniej kurs, jakby wiedziała gdzie iść. Jakimś też cudem ja ciągle ją widziałem. Wydawałoby się to niemożliwe – taką małą mrówkę. Ona jakby zmierzała do jakiejś magicznej latarni. To ciekawe, jaki jest kompas w zwierzętach? Jak to się dzieje, że bociany wracają dokładnie w to samo miejsce – odległe o tysiące kilometrów, z dalekich podróży ?

Mrówka szła – nie zważając na nic. W każdej chwili mogła zginąć pod pojazdem, zbierała się jednak i szła dalej. Realizowała swoje życiowe powołanie. Czy my ludzie też mamy taki instynkt ? Czy wiemy dokąd idziemy? Czy jesteśmy wierni obranej drodze ? Czy jesteśmy dość wytrwali ? Czy robimy to, co powinniśmy i w co wierzymy – bez względu na to czy nas klepią po ramieniu, czy hejtują ?

Zadaję sobie to pytanie już ponad 20 lat i znam odpowiedź. Za każdym razem, kiedy zastanawiam się nad tym – po co coś robię – przypominam sobie tą mrówkę idącą przez jezdnię. Nie wiem, czy przeszła ? Ważne, że szła. Bo to było jej powołanie. Nie zauważyłbym już zresztą tego – bez przesady – z takiej odległości. Wytrwałość tej istoty budziła jednak mój ogromny szacunek.

Myślę, że skoro robimy dokładnie to, co powinniśmy robić…osiągamy spokój umysłu, ciała i duszy…. I nie ma ani jednego zmarnowanego dnia, ani jednej zmarnowanej chwili.

Myślę też, że tylko w spokoju i szczęściu wiemy – którą drogą iść. Tylko będąc w stanie szczęścia i radości podejmiemy dobre decyzje. Tego każdemu – z całego serca życzę.

jmakosz – Ustroń 10.03.19


UWAGA !!!!!!!

Teksty poniżej są do mocnego zredagowania. Jest to surowe kopiuj/wklej z moich wcześniejszych wpisów. Zamierzam to opracować do 30.09.2020. Jest to więcej pracy niż myślałem ? a na razie mam jeszcze ostatnie dni wakacji ? i chcę je dobrze wykorzystać.


 

„Kartofel”
Każdy z nas jest z czegoś stworzony. Na te materie składają się nasze małe chwile, jakie zmieniły naszą drogę – jak przerzucone zwrotnice naszego życia – wspomnienia innych ludzi, których słowa głęboko zapadły nam w serca. Oni pewnie nawet nie zdawali sobie sprawy, że tak bardzo na nas wpłynęli, bo to było dla nich takie naturalne. Bo byli – po prostu…sobą.

Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa – dziadek siedzący przy piecu, machający do mnie rękami. Obok wielu innych ludzi w tej kuchni a ja powoli zaczynam ich wszystkich poznawać i powoli zapadam w sen, bujając się na swoim koniu na biegunach. Dziadek przywracał mnie do rzeczywistości.

Kolejne wspomnienie – to mama tańcząca ze mną na rękach. W radiu śpiewa Dalida – „Parole, Parole” (teraz już wiem, jak nazywała się tamta piosenka).

Kolejne wspomnienie – mama czyta mi książki późnym wieczorem przy naszym małym, żelaznym piecyku. Widzę te czerwone węgielki i wyobrażam sobie to wszystko, co mi czyta. Świat na zewnątrz – jest światem w mojej wyobraźni.

Kiedy indziej robimy z mamą teatr kukiełkowy, albo auto z kartonu po pralce.

Kolejne wspomnienie – tata zimą robi mi ze śniegu zamek w ogrodzie. Ma fantazję jak to on i zamek to jest rzeczywiście coś. Zmieściłby ze czwórkę dzieci. Ma wysokie ściany i wieżyczki. Mogę się tam schować i walczyć z nim śnieżkami. Jesienią przyniósł mi potężny wór, pełen kasztanów. Robiliśmy razem postacie. Rycerz, koń, dżdżownica……. To też było coś. Śpiewał mi czasem piosenkę o misiu. Taka kołysanka Czerwonych Gitar. (Muszę jej poszukać na YouTube….).

Kolejne wspomnienie – nasz dom. Mój cały świat to właśnie nasz dom i mieszkanie dziadków, zaraz naprzeciw. Wychodzę rzadko. Kiedy jestem trochę większy, chodzimy z babcią co niedzielę do kościoła na 7:30. Czuję się za każdym razem, jakbym szedł przez miasto z królową brytyjską. Widziałem ją na pocztówkach, jakie dostawaliśmy z Anglii od ciotki Hany. Babcia, choć żyła z dziadkiem bardzo skromnie, z jego renty inwalidzkiej, to w niedziele była ubrana bardzo elegancko. Płaszcze, kapelusze, chusty, buty, torebki, rękawiczki – wszystko dopasowane do siebie idealnie. Bardzo dbała o takie szczegóły. Ja, idąc z nią – też musiałem dobrze wyglądać. Czasem nosiła biały, gustowny naszyjnik przypominający perły – tyle że z plastyku, ale jak ona potrafiła to nosić !

Szliśmy powoli w górę ulicy do kościoła który był w najwyższym punkcie miasteczka. Po drodze mijaliśmy jej znajomych. Mężczyźni kłaniali się lekko, podnosili kapelusze.

Kiedy szliśmy z powrotem do domu, mijaliśmy moją drugą świątynię – kino. To to widziałem potem „Gwiezdne Wojny” i kochałem się w Carrie Fisher, tu widziałem „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Spilberg’a i te wszystkie filmy, które miały wpływ na całe nasze pokolenie. Zapach tamtej sali przypominał mi całą ekscytacje wszystkim, co się za chwilę wydarzy. Wszystko było fascynujące,…….nowe, wielkie. Ze szkoły brali nas tutaj na filmy radzieckie, które również miały swoją wielką wartość, mimo tego że w podtekście była zawsze jakaś propaganda. Wiele z nich było bardzo pięknych. Mnie zaś interesowało wszystko, co piękne. No i wreszcie najważniejsze filmy – Żandarmy z Louis de Funes’em. Na każdy z tych filmów chodziliśmy z kolegami (już w podstawówce) po parę razy z rzędu, bo kino było tanie – po 20 zł (z Nowotką). Te francuskie komedie zabierały nas w inny świat, zupełnie inny. Dla mnie to słońce, plaże i kobiety….. nagie….nie do pomyślenia, że tam kobiety na plażach są nagie. Łałłłł,… tak wyglądał dla mnie Raj na ziemi. Tam chcę żyć ! – zdecydowałem wtedy bez namysłu. I to piękne, mocne południowe słońce, kładące się na postaciach, budynkach, zaglądające do kawiarń i restauracji – to był świat moich marzeń. Van Gogh i wielu innych malarzy, doskonale wiedzieli, że tamtejsze słońce jest wyjątkowe, bo naprawdę takie jest. Przekonałem się o tym dużo później. Jest tam dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Takie jest właśnie Saint Tropez. Jak na tych filmach. I nic się tam nie zmienia. Lazur morza, spokój i beztroska. Czy chcieć czegoś więcej ?

Kiedy wróciliśmy z babcią, w domu zaczynało się niedzielne śniadanie. I jak zawsze w niedzielę, takie samo – grzony wuszt, żymła i zymft (gotowana kiełbasa, bułka i musztarda). I zawsze tak samo dziadek mówił: – Jydz, pieronie. Musis mieć sioły (jedz, musisz być silny).

No i zaczynaliśmy.

Po śniadaniu zdejmował obrus z lampowego telewizora, który był najdroższą rzeczą jaką posiadali i załączał mi teleranek. Dzięki niemu uczyłem się mówić czysto po polsku. Do szóstego roku życia mówiłem tylko gwarą. W całej mojej rodzinie i środowisku nikt nie mówił inaczej. W pewnym sensie czysty polski, to mój pierwszy „nowy” język.

Dziadek słuchał, jak powtarzam zdania po dzieciach z Warszawy i mówił do babci.

– Pacz sie Milka, jak poradzi (popatrz Emilko, jak sobie radzi).

Zawsze mnie dopingował, zawsze podziwiał. Dla niego byłem kimś, w kogo wierzył. Już samo to podnosiło mnie w niebiosa. Dzisiaj rozumiem, jak to jest ważne, by dziecko podnosić na duchu. Ono patrzy w nasze oczy i chce zobaczyć wartościowego siebie. Dziadek mi to dawał. Tak, …..po stokroć mi to dawał. Nie zdawałem sobie wtedy nawet z tego sprawy.

Dziadek miał swoją pracownię. Intymne miejsce – mały pokoik z oknem przy suficie. Przy ścianie stolik, lampka, krzesło. Obok, od podłogi aż po sufit piętrzyły się kartony z czasopismami. To były zbiory dziadka – jego skarby. Najciekawsze artykuły oznaczał małymi krzyżykami. Taki miał system. Czytał w tym pokoiku godzinami. Nie przeszkadzałem mu, bo to było jego święte chwile.

Oprócz domu, dziadek wychodził jeszcze na ogródek, na końcu naszej ulicy. Zabierał mnie wtedy zawsze ze sobą. Sadzonki, jakie hodował w małych kubkach, wyrastały potem na wielkie pomidory. Do dziś takich olbrzymów nigdzie nie widziałem. Cieszyło go to niesamowicie.

Zdarzało się parę razy do roku, że szedł z babcią na czyjeś urodziny. To musiało być dla niego zawsze bardzo trudne. Ludzie patrzyli z dziwnymi minami na starego górnika, pochylonego do ziemi. Ciężko dysząc, co jakiś czas stawał wtedy i łapał oddech…. Kiedy jednak wychodził, na wyjście wyjątkowo ubierał swoją białą, wykrochmaloną koszulę z dobrego przedwojennego płótna (bo u moich dziadków wszystko było jak z innej epoki, jakby czas zatrzymał się pół wieku wcześniej). Ubierał swoje wyjściowe francuskie buty, które tak się świeciły, jakby je kupił wczoraj. Czasem nosił kapelusz typu Borsalino. Normalnie był w pudle na szafie, ale i na niego przychodził moment. Dziadek podwijał zawsze rękawy koszuli – taki miał obyczaj. Mówił, że tak robią Włosi. Pracował z nimi w czasie wojny jeszcze w hucie, więc wiedział co mówi. Pamiętam, jak moczył grzebyk i czesał nim włosy takim gestem, jaki widywałem na starych filmach. Dla niego jego wygląd był ważny. Bolało go pewnie niesamowicie to, że kobiety widziały w nim jedynie inwalidę. A tak bardzo się nimi fascynował. To musiało być dla niego największym dramatem. Kochał bardzo babcię i wariował na jej punkcie, kiedy np. dłużej jej nie było. Jako że miał wypadek jako młody mężczyzna, jego świat zatrzymał się na tamtych latach, tuż powojennych. Mówił nieraz o rzeczach, które dawno się zmieniły. Opowiadał o tym jednak zawsze z wielkim sentymentem i wielkim szacunkiem. Tak,…. on także uczył mnie szacunku do historii i do wiedzy. Opowiadał o świecie znacznie więcej niż sam mógł wiedzieć z doświadczenia. Znał to z czasopism, gazet i telewizji. Zdarzało się, że zaskakiwał mnie mało znanymi faktami, kiedy już ja po latach byłem w jakimś miejscu i tego nawet nie wiedziałem. W rozmowie z nim, zawsze potrafił mnie czymś nowym zaskoczyć. Wszystko było w jego notatkach, …na małych karteczkach.

Dziadek to też wspomnienie Michałków z Hanki. Pamiętam, że leżał zawsze na szafce jeden, koło jego starego zegarka na łańcuszku, jeszcze po jego ojcu. Michałek czekał na mnie a dziadek nigdy o mnie nie zapominał. Bardzo je lubił, ale cieszyło go szczególnie patrzenie kiedy to ja go jem – z radością. Cieszył się tym tak samo, jak ja. Miał coś w sobie z małego dziecka i nigdy tego nie zatracił. Kiedyś, czytając Kapuścińskiego znalazłem scenę, kiedy on chory, znaleziony w Afryce przez tubylców je jedno jajko. Jajko, które dla tych ludzi jest czymś wymarzonym. Stoją uśmiechnięci wokół niego a on je to jajko. Cieszą się jego radością. Niesamowite. To wspomnienie Michałka ma coś z tego zdarzenia…

Babcia i dziadek często wieczorami śpiewali. Jest taki moment dnia, kiedy jest jeszcze za jasno, żeby świecić i za ciemno żeby robić coś innego. Wtedy oni śpiewali stare piosenki. Czasami Śląskie, czasami niemieckie – bo dziadkowie ciągle jeszcze znali niemiecki z lat okupacji i sprzed wojny. Zresztą, kiedy nie chcieli żebym ich rozumiał – używali tego języka. Nie było to dla nich niczym dziwnym – to był język ich szkolnego dzieciństwa. W szkole uczyli się najpierw pisać po niemiecku.

Dziadek grał też na akordeonie. Kochał muzykę. Szkoda, że nie zagramy nigdy razem. Wybrałbym „Libertango”. Słyszałem kiedyś w San Remo kombinację akordeonu i gitary. Ten utwór Piazzoli jest wręcz stworzony do tej kombinacji instrumentów. Dwaj muzycy grali to przy stoliku, na zewnątrz restauracji. Właśnie to chciałbym z nim zagrać,……właśnie to.

Dziadek nie wychodził z domu z powodu swojego kalectwa. Przeżył dwa zawały węgla na kopalni. Za drugim złamało mu kręgosłup. Cudem przeżył, chowając się za maszyną. Górnictwo to paskudna rzecz. W mojej rodzinie jestem pierwszym mężczyzną, który z górnictwem nie ma nic wspólnego. Mama znała życie, jakie prowadził dziadek – pochylony do końca życia mocno w dół, oglądający buty innych ludzi i nie mogący się wyprostować. Znała nieszczęścia innych rodzin. To wszystko było bardzo namacalne, tuż obok..

– Po moim trupie. Ty niy zjdzies na doł !!! Doś……- i tak się stało.

Wokół naszych domów co rusz były jakieś szyby górnicze, ale ja nigdy nie zjechałem. Ojciec codziennie zjeżdżał na 600m i głębiej, ale nie lubił rozmawiać o pracy. To było znamienne. On nie poruszał tematu kopalni. Kiedyś wymyślił, że wyjedziemy do Australii, też do kopalni, bo jego koledzy wyjeżdżali – ale tutaj mama zdecydowanie się sprzeciwiła. I tak nie zobaczę pewnie nigdy Dingo i Aborygenów – szkoda (żartuję).

Ojciec mówił..- Sprobuj niy być lepszy łodymie !

Piękne, bo ilu ojców by tak nie powiedziało ? Próbują konkurować ze swoimi własnymi dziećmi. A on chciał tego zawsze i dawał mi dobre podstawy. Uczył mnie wszystkiego, co potrafił. Bardzo twardo, ale bardzo skutecznie. Zawsze chciał, żebym podejmował trud nauki. Sam też bardzo dużo się uczył. W naszym było dużo książek, słowników, encyklopedii. Uwielbiał zwłaszcza te encyklopedie. Używał ich często on i używałem też ja. Teraz stukamy w internet i jest – wtedy musiałem wyjąć ciężkie księgi i je przerzucać, literując w myślach alfabet, by wiedzieć która litera jest po której. W szafach mieliśmy pełno książek i czasopism technicznych. Ojciec po pracy konstruował jakieś teleskopy lunety, anteny. Rysował jakieś rozwiązania techniczne dla kopalni. Przywozili im sprzęt z Anglii, Niemiec i skądś jeszcze. I on uzupełniał często to, czego brakło w dokumentacji, tworzył coś nowego i działało. Ja, po latach robiłem prawie to samo, tylko w innej branży. Ojciec cały czas coś tworzył, doskonalił. Zaskakiwał mnie zawsze oryginalnością i prostotą swoich pomysłów. Po 7 latach pracy w przemyśle wojskowym – zjechał na dół, w inny świat. Kiedy poczytałem potem o Kaizen – uśmiechnąłem się. To on był Kaizenem – wiecznym doskonaleniem się. Pokazywał mi potęgę nauki i techniki. Rozmawialiśmy o tym zawsze bardzo dużo. Razem oglądaliśmy „Sondę” z Kurkiem i Kamińskim (kto to jeszcze dziś pamięta ten program …?). Oni tak go prowadzili, że każdy chciał tworzyć inny, nowocześniejszy świat. Era komputerów miała dopiero nastąpić a oni już to zapowiadali. Jestem przekonany, że dzięki ich programowi wielu ludzi wybrało taką a nie inną drogę w życiu. Drogę umiłowania nauki. Wśród nich byłem i ja. Spośród wielu moich pragnień – pierwszym było: zostać naukowcem…

Razem z tatą graliśmy też w szachy. Przegraliśmy w nie chyba połowę mojego dzieciństwa – od szóstego roku życia, wiele lat. W ciszy i skupieniu. Ale szachy w moim życiu to osobny rozdział. Teraz ja gram czasem z moim synem – Arturem. Przyniósł kiedyś, jako może ośmiolatek małe drewniane szachy za 2 zł i mówi – Nauczysz mnie ? Zagramy ? – I tak po wielu latach znowu gram.

Z postaci mojego dzieciństwa, jakim zawdzięczam dar serca, jest i moja prababcia. Zawsze w śląskim stroju ludowym – tak zwana chopionka. Na głowie wielka chusta, długie, czarne suknie – od święta korale. Pamiętam, jak cieszyła się że chodziłem do niej, do tego małego mieszkanka w rogu starego domu. Częstowała mnie ciastem, które piekła co sobotę i chlebem z tustym (to jest ze smalcem). Dawała mi monety – dwadzieścia złotych, te z Nowotką (znowu ten Nowotko – musiałbym chyba poczytać o nim na wiki, tak z przyzwoitości, bo ewidentnie ma jakieś znaczenie w moim życiu). No i miałem znowu na swoje „Cinema Paradiso”, czyli kino „Zorza”. Prababcia patrzyła i uśmiechała się czule. Sama doświadczona mocno przez życie, w mojej rodzinie traktowana była jak święta. Nigdy i nikt nie odważyłby się powiedzieć cokolwiek niepozytywnego o tej kobiecie. Takie były zasady. Straciła syna, Rudiego – kiedy miał 17 lat. Zginął na wojnie. Mocno to przeżyła. Zaraz po wojnie zmarł jej mąż. Żyła więc dziećmi i wiarą w Boga, czyli Ponbocka.

Kobiety w moim życiu uczyły mnie miłosierdzia i tak mama np. zapraszała do nas chłopca w moim wieku – Ryśka. Był z biednej rodziny. Częstowała go obiadem. Bawiliśmy się i oglądaliśmy filmy, jakie mama wyświetlała na drzwiach w kuchni – takie domowe kino z projektora. Rysiek trochę seplenił i wszystkiemu zawsze się dziwił. To było dobre dziecko. Potem został ministrantem. Wtedy widziałem go po raz ostatni. Kiedyś dowiedziałem się że nie żyje. Miał jakieś dwadzieścia parę lat. Zostawił małe dzieci. Nie było mu dane pożyć, ale ja go pamiętam – tego małego blondynka z włosami trochę poszarpanymi, ktoś go musiał pewnie sam strzyc, żeby było taniej i nie chodzili z nim do fryzjera. Zawsze uśmiechnięty, wiecznie pociągający nosem. Nazywał się Rysiek Klęka. Był moim pierwszym kolegą, jakiego miałem.

Zanosiliśmy też z mamą paczki do kościoła – dla biednych dzieci oraz dla dzieci gdzieś w Afryce. Dla tych którzy mają się ciężko trzeba im pomagać – uczyła mnie. Mówiła, że trzeba się dzielić i trzeba pomagać. Bezinteresownie, ze współczucia, z serca po prostu. I to była wielka nauka. Czy można dać większą ? Tak więc matka uczyła mnie miłosierdzia a ojciec szacunku do nauki, książek oraz tego że trzeba wiele od siebie wymagać. I być wytrwałym. Upadać i podnosić się.

Nie zdołam tu opisać nawet części tego, co zawdzięczam tym wszystkim ludziom i tego co mnie tworzyło dzięki nim. To, co mi dali – pozostanie we mnie na zawsze i tak my sami dalej dajemy serce kolejnym – jak pałeczkę w sztafecie. I oto chodzi w odwiecznym cyklu życia…….

Przypomniały mi się teraz łzy babci, kiedy z okna ich wielkiego domu zobaczyła wynglorza (ludzie sprzedający po domach drobny węgiel, zebrany z torów, gdzie wysypywał się z wagonów). Wynglorz nie mógł wyjść z dziedzińca. Był niewidomy. Krążył brudny na twarzy jak czort, z wielkim workiem i dotykał ścian, szukając wyjścia. Co jakiś czas przystawał, łapał się ściany ze spuszczoną głową.

– Idź gibko ! Pomoż mu. Borocek chop, niy umiy wylyź – powiedziała wzruszona – wartko !

To proste zdarzenie także miało wpływ na moje życiowe zwrotnice. Bardzo….. Jednym z największych zagadnień, jakie mnie nurtowały – to odpowiedź na pytanie – Dlaczego chcemy być dobrzy. Poświęciłem tej myśli całe lata. I dopiero całkiem niedawno znalazłem odpowiedź, która mnie zadowala – Bo współczujemy. Oto odpowiedź. Dobro jest piękne, jest logiczne, ale to współczucie jest tu podstawą. Właśnie – Empatia jest na samym dole tej układanki. Wszystko inne jest pochodne. Nieświadomie zajmowałem się Etyką. I jak tu nie potwierdzić, że wszyscy jesteśmy filozofami. Nie da się żyć bez filozofii, choć czasem inaczej ją nazywamy.

Na koniec przypomniało mi się jeszcze jedno zdarzenie – zupełnie niecodzienne, a które zapamiętałem i bardzo mocno na mnie wpłynęło. Miałem może z 5 lat. Był to jeden z tych nielicznych razy kiedy wypuszczono mnie przed dom. Nie wypuszczano mnie z powodu pewnego zdarzenia – a mianowicie próby mojego porwania. Było coś takiego, kiedy miałem może 3 albo 4 lata. Podjechało auto na obcych rejestracjach i już brali mnie do środka. Gdyby nie dziadek, kto wie gdzie bym dzisiaj był i czy w ogóle bym był ? Wtedy porwania dzieci się zdarzały.

Więc jakoś tak się stało, że wyszedłem wtedy przed dom i zniknąłem babci. Zaczęła mnie szukać, ale poszła w drugą stronę. Kiedy wyszedłem wprost na nią – wykrzyknęła zdenerwowana – –

– Kaś boł, najduchu !!? (gdzie byłeś łobuzie).

– Za winklym mulorz robioł flamera i doł kartofel do zjedzynio – powiedziałem (za rogiem budynku murarz robił ognisko i dał mi do zjedzenia kartofel).

– Wiys, że babcia sie staro ło ciebie – przytuliła mnie szybko i głaskała po głowie – podź no sam, babcia ci przajo (chodź tu, babcia cię kocha) – dodała już szczęśliwa, że jestem.

Ten prosty gest był dla mnie pierwszym, jakiego dostałem od zupełnie obcego człowieka. I to był przełom. Zrozumiałem, że dobro jest także wokół i że warto takim być. Pamiętam uśmiech tego murarza, kiedy dawał mi gorący kartofel. Obrał go wcześniej ze skórki i posolił. Musiałem wyglądać mizernie, bo popatrzył na mnie jak na jedno z tych biednych dzieci, jakich nie brakowało w mojej dzielnicy. Przyglądałem mu się ciekawie w swojej wielkiej czapce z bąblem na górze. Kartofel był rewelacyjny…….. No i tyle o tej historii.

I tak, z tych strzępków zdarzeń, słów, obrazów – tworzymy siebie, krok po kroku. To, co pozostaje – jest niematerialne, ale najważniejsze. Pokazanie dziecku, że dobro jest największą wartością to wielka nauka. Można stracić dosłownie wszystko, ale ta wartość w nas pozostanie, jeżeli ją dobrze zrozumieliśmy.

Po dziadku pozostał mi tylko jeden przedmiot – przedłużka ołówka, jakiej używano często przed wojną. Dziadek szanował wszystkiego i nie wyrzuciłby do kosza nawet najmniejszego kawałka ołówka. Teraz ten przedmiot przydaje mi się kiedy rysuję. Kiedy już ołówek jest już bardzo krótki, zakładam go w tą przedłużkę i jest jak znalazł. Kto przejmowałby się dzisiaj ołówkiem o długości 2cm. Ja tak. Po pierwsze, bo rysuję specyficznymi ołówkami, a po drugie – bo on mnie nauczył szanować. Nie mam po nim nic więcej. Tylko to i wspomnienia. Ciekawe czy po mnie coś zostanie……. ?

Dom dziadków potem się zawalił od szkód górniczych. Ściana pękła kiedyś niespodziewanie od góry aż do piwnicy i musiano ewakuować ludzi. Teraz jest tam przedszkole a ulicę obok nazwano Londyńską. Przyjeżdżam tam czasem – najczęściej w nocy. Staję wtedy przy płocie naszego domu, który ciągle istnieje i patrzę jakby w okna domu dziadków. I jakby wczoraj, wołam do dziadka.

– Podź po mie (przyjdź po mnie).

(PS. czytając to, co właśnie napisałem – zauważyłem dopiero teraz podobieństwo do „Cinema Paradiso” – G.Tornatore – Alfredo, Alfredo – wołał Toto ….., cosa….. ? – już wiem, dlaczego tak lubię ten film)…….

Zanurzam się w gorącej wodzie. Z głośnika płynie „Lumicelic – mój kochany elektroniczny, kołyszący trans. „ Evening Embrace”. Płyną jak narkotyk dźwięki. Opływają mnie ciepło i biorę kolejny łyk Chianti.

Kiedy byłem dzieckiem wszystko wydawało się takie wieczne, niezmienne. Zamykam oczy i widzę wnętrza domu dziadków i naszego. Znam miejsce każdego przedmiotu, wiem jak i o której porze dnia pada światło. Patrzę w słoneczne niebo przez okno i myślę o wielkim świecie, który gdzieś jest. Wszystko więc miało swój wieczny porządek, rytm i harmonię. I niech tak pozostanie…..ja to mam w sobie i zabieram tam, gdzie chcę.

Dziadek

ja i Rysiek – mój pierwszy kolega. Tu, przy syrenie wujka, koło płotu naszego ogrodu……

ja….bez zęba….

Niepoprawny kolorowy idiota 

Wyjechałem dziś z Gliwic wcześnie. Zabrałem cały swój dobytek.

Niewiele tego.

Upał sierpniowy….

Od dawna już nie oglądam telewizji,…. ani nie słucham radia. Nie wiem specjalnie, co się dzieje na świecie. Telewizję w pokoju odłączyłem, a radia w aucie ojca nie ma wcale.

Iwona jeździ Focusem. PT Cruiser stoi w podziemnym garażu…zepsuty. Polewa go tylko wodą dla odświeżenia z kurzu – czasem… Zgubiły się do niego oba komplety kluczy. Rzecz nieprawdopodobna. W środku jest trochę moich rzeczy. Między innymi notatnik, który nazywam „Notatnik Monaco”. Jest na nim, na okładce – rysunek, wykonany w technice posterów z tamtych stron. Dostałem go od Iwony na Gwiazdkę – ładnych parę lat temu. Jest tam trochę wyjątkowo cennych dla mnie tekstów…no ale cóż, Cruiser żyje własnym życiem. Przyjdzie czas – to mnie wpuści.

Żyję więc ostatnio w ciszy…
Czasem tylko coś sobie śpiewam,… jadąc.
Kiedy przejechałem dziś centrum Skoczowa, na estakadzie postanowiłem jeszcze zjechać nad staw. Skoczów przypomina mi takie włoskie miasteczko – spokojne i senne, jakich bardzo wiele w tamtych stronach. Jest tu ten sam klimat, który tak dobrze znam. Prastare miasteczko…. na wzgórzu – łagodne, słodkie…
I nasze kawiarnie tu są, i kino, i schody pod kościół i fara kościelna, koło której graliśmy w badmintona. Zupełnie jak za włoskich czasów….
Dziś zjechałem jednak na mały stawik, nad którym latem grane jest czasem kino.

To było jakieś 2 lata temu, w ciepły wieczór. Oczywiście znowu przyjechaliśmy prawie na koniec filmu, no ale przecież to nie tylko film się liczy, ale wszystko…. i to co przed filmem i po filmie i to, co na niebie.. A noc wtedy była wyjątkowo gwiezdna.

Film leciał a ja dostałem telefon z mojej firmy, z TI Automotive. Kontrolerzy koniecznie chcieli, żebym podjął jakąś życiowej wagi decyzję… – nawet wtedy, w nocy. Poszedłem gdzieś z tyłu, za wielki ekran. Paradoksalnie było to jedyne miejsce gdzie mogłem się ukryć. Koło mnie były wielkie głośniki. Dźwięki, jakie się z nich wydobywały były jakoś niesłychanie czyste i przestrzenne.
Nigdy jeszcze nie doznałem takiego uczucia. To było wręcz oszałamiające.

Siedząc tak z tyłu, na ławce obudowanej tymi głośnikami – rozmawiałem przez telefon.

– Gdzie ty jesteś Jarek? – zapytała zdumiona koleżanka z firmy.
– W kinie letnim, za ekranem.
– Jak to za ekranem? Słychać jakbyś był gdzieś w musichallu.
– No bo jestem. To jest music Hall.
– Jak to się nazywa? – zapytała trochę rozbawiona.
– La la land
– Jak?
– La la land…

Dźwięki wyraźnie górowały nad moim głosem. Żadko zresztą kiedy rozmawiam koło kinowych głośników,… a właściwie to był pierwszy raz.

Sprawa została tamtego wieczoru rozwiązana – jak zwykle szczęśliwie. A ja zdążyłem jeszcze na ostatnią chwilę, na ostatnią scenę. Potem wszyscy zaczęli się po cichu rozchodzić, zadowoleni z udanego wieczoru. Wesołe, kolorowe lampki – oświetlały ten niewielki placyk, znajdujący się pośrodku stawu. To była bardzo bajkowa chwila. Zapamiętałem ją właśnie taką. Bo ja lubię bajki.

***

Dzisiaj, przejeżdżając niedaleko – też miałem jakoś chwilę…. więc zjechałem. Odwiedziłem to miejsce.
Tonęło w słońcu. Tylko mała ławka, pod drzewem – pozwala schronić się w odrobinie cienia. Na niewielkiej wysepce, na stawie – dziewczyna i chłopak trwali w przytuleniu…. Tataraku jakoś trochę mniej niż w zeszłym roku….

Wróciłem do samochodu.

Po drodze zahaczyłem o Koh i Noor, w którym kupuję zwykle proste i tanie materiały do moich malunków. Płacąc za te przybory, zauważyłem na ścianie bardzo kolorowy rysunek dziewczyny na ulicy. To była nocna scena. Stała jakby przed wejściem do lokalu. Jakby wzięta ze świata tego filmu. Światła samochodów i miasta w tle, na ulicy – wszystko takie ciepłe. Identycznie.

Przyglądałem mu się chwilę….

– 6,50 – powiedziała sprzedawczyni
– Kartą – odparłem
– Potwierdzenie?
– Nie, dziękuję

Chwilę później byłem już na głównym skrzyżowaniu, przy Tesco.
Nie wiedzieć czemu, stanąłem na środku tego skrzyżowania. Upał, zamyślenie, zmęczenie po nocy spędzonej na malowaniu….
A może jeszcze coś innego?Może ciągle jeszcze byłem w La la land. W tym kolorowym świecie? ….Auta mnie mijały, a ja stałem tak zatrzymany w czasie. Nie mogłem uwierzyć w to, co zrobiłem. To mi się zdarzyło pierwszy raz w życiu.

Nie wiedzieć też czemu – z tyłu pojawiła się nagle policja. Przez tylne lusterko zobaczyłem białą czapkę na kokpicie.
Drogówka…
-Mają mnie – pomyślałem głośno – Zaraz za skrzyżowaniem zjedziemy gdzieś koło Włocha i znowu wydatki…. Mój Boże.

Obserwowałem samochód za sobą. Interesował mnie moment, kiedy ruszą – bo to oznaczało, że światło zmieniło się na zielone.

Ruszyli.

Jechałem wolno, spodziewając się zaraz sygnału…… ale nie….
Zobaczyłem tylko w lusterku ich niebieskiego koguta.
Nie do wiary. Właśnie dostali informację o zgłoszeniu i zawrócili na skrzyżowaniu.

Cud!

A ja tymczasem wjechałem łagodnie w wakacyjny Ustroń… nasz dom.

Po przyjeździe wziąłem prysznic i zjedliśmy wspólnie z Arturem mały lunch, jeśli tak można nazwać jajecznicę na oliwie z oliwek, ze świeżym chlebem i dużą ilością roztopionego w tym upale masła.
W lodowce było też mocno schłodzone wino. Nie otwarte jeszcze…. argentynskie. Kupiłem je tydzień temu. Zapomniałem o nim. Teraz było jak dar z nieba. Otwarłem je, mimo wczesnej jeszcze pory. I tak już dziś nigdzie się nie wybieram.

Jestem nareszcie w domu. Zasłony mamy teraz białe, na zmianę z dawnymi – czerwonymi – kupione niedawno w Lidlu.

Szumi cicho wentylator.
Piję na przemian – to łyk czerwonego, zimnego wina Malbec, to łyk brazylijskiej, świeżo mielonej przeze mnie kawy, jaką Iwona kupiła nie wiedzieć gdzie.

Nie potrzebuję więc niczego więcej….

Przed oknem zaparkował właściciel naszego mieszkania. Ma kolejny luksusowy wóz. Lekko licząc – zapłaciliśmy mu już ze trzy takie samochody. Zrobiłem ostatnio prosty rachunek.

– Czy jestem idiotą?

W sensie finansowym pewnie tak.

Ale ja lubię żyć w kolorowej bajce, choć przez chwilę…. taki już jestem…

Artur tymczasem poszedł do fryzjera. Do Bellissimy.

Słucham cichej, fortepianowej muzyki….. „City of Stars”.
Prawdę mówiąc jednak, jakoś nie mogę się pozbierać po tym powrocie z Anglii. Tyle się wydarzyło mocnego. Aż za dużo…. zdecydowanie.
Powiem jednak jak Scarlett O’Hara z „Przeminęło z Wiatrem”
– Pomyśle o tym jutro!

Puszczę sobie teraz jeszcze raz tą łagodną melodię. Relaksuje mnie magicznie…

I jeszcze jedno….. ja maluję na czarno biało, bo nie umiem inaczej. Kolory to wyższa szkola jazdy. Jeszcze nie na moje progi.

Ja jednak kocham kolory,… i ciepło, i radość, i taniec…. – zupełnie jak w rewii. Może pewnego dnia spróbuję i kolorów. To dopiero będzie! Pokój będzie upaprany we wszystkie kolory tęczy, a nie tylko w węgiel ?

Pięknego lata!

——————–

Nocna pogawędka…wann wird man je verstehen?
To był taki sobie nocny, 4-minutowy i mega szybki, rysunek….

Lubię oglądać przedwojenne fotografie. Potem czasami je rysuję na szybko. To taki rodzaj wprawek – ćwiczeń przed czymś poważniejszym. Robię to, żeby lepiej zrozumieć światło i cień….i bawię się tym. Są te prace w związku z tym często nieproporcjonalne….., ale to nieważne. Nie o to mi w tym chodzi. Czy zresztą ktokolwiek tak naprawdę jest proporcjonalny… i co to znaczy ?

Każdy z nas jest inny w nieidealnym świecie. I każdy ma prawo istnieć i być szczęśliwym.

I tak… „Nie wiedzieć czemu zacząłem to rysować” (jak powiedziałby pewnie mój idol Forrest Gump ?).

Potem postawiłem tą małą, trochę większą od kciuka karteczkę – złożoną na pół, na biurku i słuchałem dalej muzyki……

Dziewczyna z kartki nie spuszczała jednak ze mnie wzroku …Chyba bardzo chciała, żeby ją tu umieścić. Tak mi to wyglądało…. hmmmm.

– Masz za szeroko rozstawione oczy… i męską szczękę – mówię do niej.

Potem zająłem się szukaniem czegoś w necie. Chwilę to trwało…. A potem przypadkiem znowu na nią zerknąłem. Patrzyła na mnie dalej, z tą samą głębią w swoich małych i przenikliwych oczach.

– Przecież to ty mnie stworzyłeś – zdawała się mówić do mnie,… jakby półgłosem. – Jeszcze chwilę temu mnie nie było. Wstydzisz się mnie ? – dodała ciszej.

– Mogę cię poprawić. Dwa ruchy i zmniejszę ci dystans między oczami. Ze szczęką też coś zrobię na szybko. Chcesz ?

– Nie – zaprotestowała ! Zostaw mnie taką…. Taką mnie skończyłeś, kiedy odłożyłeś ołówek. Taka się sobie podobam.

– Szczęściara z ciebie. Kobiety ciągle szukają w sobie jakiś defektów i bezustannie się tym zadręczają,…. choć o tym wcale nie mówią. A ty widzę nie masz najmniejszych kompleksów,……… mimo, że widzę co najmniej 5 grubych niedoskonałości (tych ostatnich słów jednak nie wypowiedziałem na głos).

Wziąłem ją wreszcie w dłoń i zrobiłem fotkę w tym nocnym półmroku. Przyjrzałem jej się uważnie. Faktycznie,…. cóś w tym jest niezwykłego – stwierdziłem.

– Miałaś być Marleną Dietrich, wiesz ? Ale nie wyszło… – rzuciłem do dziewczyny z obrazka.

– Nie trzeba mnie było robić na szybko…..- oburzyła się – Zresztą,.. to co nam w życiu wyjdzie, a co nie – nie zależy od nas. Nie wiesz o tym? Ile ty masz lat, że muszę ci to mówić ?

– 49,…..za trochę ponad miesiąc.

– I jeszcze tego nie zrozumiałeś ? Są siły większe niż ty i ja. Rzeczy, których nie da się zrozumieć. Niezależne od tego, jak bardzo się staramy, to ostateczny wynik jest tylko w pewnym i to w stosunkowo niewielkim stopniu zależny od człowieka. Tobie pozostaje po prostu to przyjąć. Nie naginaj rzeczywistości do siebie, ale siebie do rzeczywistości. Jeżeli to zrozumiesz – będziesz szczęśliwszy. Popatrz na mnie na przykład. Miałam być Marleną, ale jestem sobą…. Czy to nie piękniejsze? Dla mnie na pewno tak. Przyjrzyj mi się dobrze. Nie podobam Ci się ? Wrzucisz mnie bez sentymentu do kosza pod biurkiem ?

– No nie…..Teraz to już na pewno nie. Miałaś być tylko ćwiczeniem oka, no i popatrz co się narobiło. Masz mała tupet,… nie powiem. Jak te przedwojenne laski. Zresztą, za komuny też takie jeszcze były. Na traktorze na przykład, albo na budowie. Dawaj,… dorysuję ci dłoń z papierosem.

– Weź przestań – rzuciła prawie gniewnie. Mówię do ciebie poważnie. Rozumiesz coś z tego?

– Chyba tak…. myślę, że tak. Przyjąć to, co przynosi życie….Bezustannie się od niego uczyć. I być w tym szczęśliwym,…bo to ma sens. Dostosować siebie a nie okoliczności. Ktoś nad tym wszystkim czuwa.

– Nooo.

…. Miała rację. Zamiast bić się z życiem, trzeba się go uczyć jak od najlepszego nauczyciela i przyjmować ze spokojem a nawet radością wszystko, co daje. I nawet bez względu na to,…. co daje, bo to wszystko przybliża nas do pewnego kształtu, jakim powinniśmy się stać,… choć o tym jeszcze nawet nie wiemy. Bo nie to co się zdarzy, albo co inni zrobią jest ważne – ale to co my zrobimy w obliczu tego wszystkiego. Tylko na to mamy wpływ i to właśnie nas kształtuje. To właśnie nas określa. Nawet, kiedy życie zabierze nam niemal wszystko.

Zamyśliłem się….

– OK – powiedziałem w końcu – wskakuj…

Załadowałem ją na bloga. I po temacie.

***

– Idź się umyj do łazienki. Jesteś cały upieprzony – powiedziała już po wszystkim – prawie jak górnik. Nawet twarz masz brudną. Cały dzień malowałeś tym grafitem i węglem.

Popatrzyłem w lustro.

– Cholera,…. faktycznie.

– I idź już spać….. To powiedziała prawie czule. – jest wpół do drugiej. Ściszyła też trochę głos…… – Dobranoc – powiedziała w końcu…. – I dziękuję….. Jarku. Czy może Jaro – jak wolisz?

– I tak dobrze i tak dobrze

– Śpij więc dobrze ….mój drogi….

To były jej ostatnie słowa,… A mnie chyba to wszystko się tylko zdawało…………………. albo i nie…

***

No i jest. Teraz wydaje się być już bardzo zadowolona…..

 

A propos Marleny… słuchałem właśnie tego jej utworu. Lubię go….Śpiewam to sobie czasem pod nosem. Marlena była kimś. Sprzeciwiła się nawet faszyzmowi. Była sobą, na przekór wszystkiemu. Mogę sobie przypominać jej pytanie….

„… wann wird man je verstehen?…

MIESIĄC: LIPIEC 2020
OPUBLIKOWANE W29 LIPCA, 2020EDYTUJ”„ONA I ON””
„Ona i On”

Myślę, że to jest tak… :

Mężczyzna kocha kobietę a kobieta mężczyznę…. .

On jest bardziej jak dach domu, ściany i podłoga.
Ona jest bardziej jak piec , co grzeje od wewnątrz.

On chroni ją i nie pozwoli skrzywdzić.
Ona wspiera go od wewnątrz i jest źródłem jego nieustającej siły.

Taki jest ich dom, który zabiorą ze sobą wszędzie.

W tym jest jakieś wielkie misterium,… jakaś świętość, przed którą chciałbym się pokłonić.

PS.
Napisane pod wpływem dzisiejszej refleksji, na widok jej i jego – młodych i niepełnosprawnych, ale trzymających się pod ręce. Szli tak razem,… choć bardzo powoli, ale swoim tempem. Ona i On…

———-

„Co pozostaje…”

Każdy, kto tworzy cokolwiek – chciałby pozostawić po sobie jakiś ślad… Po tym, jak czuł,….. jak myślał……. po tym, że w ogóle był…..Myślę, że to jest jedna z naszych najbardziej pierwotnych potrzeb. Od pierwszych ludzi, malujących na ścianach jaskiń,… poprzez te wszystkie wieki – aż do dziś…. I dalej…..

Kiedy słucham Roberta Milesa – myślę o całej epoce, która minęła tak szybko. Słuchając go – jakbym przechodził przez jakieś tajemne drzwi czasu. Dzięki tym drzwiom.. wracam tam znowu. Po prostu przechodzę przez nie i jestem znów w latach 90-tych. …

Nie wiem, jak on to zrobił – ale to na mnie działa. I to ile razy przejdę przez te drzwi czasoprzestrzeni….dokładnie za każdym razem. On zdołał tym utworem zatrzymać zegar.

Stworzył go z założenia po to, żeby młodzież wracała bezpieczniej do domów – po hucznych dyskotekach. Miał relaksować i wyciszać – tak aby nie dochodziło do niepotrzebnych wypadków drogowych. Już sam pomysł był niezwykły.

Miles odszedł za szybko, ale pozostawił nam jego „Children”….. To dzieło ponadczasowe.

———–

„Rozdać siebie na kawałki”
Paradoksalnie, życie jest chyba po to żeby rozdać siebie na kawałki. Miłość mnoży się przez dzielenie. Jak w tym utworze poniżej, który polubiłem od pierwszego słyszenia. Jego przesłanie jest dla mnie takie oczywiste.

Już nie jestem tym chłopakiem w białym t- shircie, ale bliżej mi do tego starszego gościa w kapeluszu. Jestem jednak wciąż ten sam. I wciąż wieżę w sens tego wszystkiego – tak samo, jak kiedyś… identycznie ?

PS.

Biały t-shirt dalej lubię nosić. Nawet teraz mam go na sobie. To stały element mojego marynarskiego worka.

 

„Kolacja”

Czasem tak niewiele potrzeba, żeby się dobrze poczuć. Wystarczy zjeść obiad albo kolację. Nie mówiąc już o tym, że zjeść dobry obiad,…. czy dobrą kolację – i to w gronie ukochanych,…. najbliższych. Ciesząc się wraz z nimi życiem…. To takie proste. Czy trzeba czegoś więcej?…

 

„Dom mojego dzieciństwa”
Odwiedziłem ostatnio dom, w którym spędziłem pierwszych 6 lat życia. Była piękna pogoda, więc zrobiłem zdjęcia.

Nic się tu nie zmieniło ?,….. w tej dawnej, górniczej dzielnicy.

Wiele rodzin mieszkało w starych blokach lub tzw. familokach (robotnicze domy, dla kilku rodzin). Letnie życie takich rodzin przenosiło się przed dom. Wystawiano wtedy stół i krzesła – tak po prostu – na chodniku. Obok była ulica. Aut nie było wiele,…. więc było ciszej. Dziś takich obrazów na Śląsku raczej już się nie spotyka. Nawet nie wiem kiedy – te akurat obrazy zniknęły. Wtedy ludzie wiele czasu spędzali przed domem. Rozmawiali. Wszyscy byli mniej więcej jednakowo zamożni, a może raczej „Nie zamożni” i nie było czego zazdrościć.

Ja miałem uważam szczęście. Mieliśmy własny kawałek nieba nad nami.

Mieszkaliśmy na dole – po prawej stronie od wejścia. Przez to pierwsze okno wchodziłem latem – w takie ciepłe dni jak teraz – częściej niż przez drzwi. Wystarczyło wdrapać się na murek. Jakoś zawsze wolałem wybierać niestandardowe rozwiązania. Pod tym oknem miałem też małą piaskownicę.

Jest gdzieś zdjęcie, jak stoję na tych schodkach, w białym, śmiesznym berecie. Może kiedyś je odnajdę. Z tyłu domu jest dość wielki ogród. Dla mnie, jako dziecka to był ogród z baśni, pełen wysokiej zieleni i światła słońca przebijającego się przez gęste liście.

Wieczorami słyszałem na górze ciche stukanie maszyny do pisania. To właścicielka domu coś pisała – nawet późno w noc. To pisanie i cichy stukot pociągów, niedaleko z tyłu za domem – kołysały mnie do snu i budziły moje marzenia.

– Takie pisanie, to musi być piękna przygoda – myślałem,….. zasypiając.

Są też dźwięki, które dobrze wspominam. Jednym z nich jest silnik motocykla, jadącego nie aż tak daleko od domu – szosą.

– Jedzie gdzieś daleko…. na pewno – wyobrażałem sobie – w nieznany mi świat….

Do dziś ten dźwięk bardzo mnie uspakaja i sprawia ciekawą przyjemność. W Ustroniu czasem słyszę taki dźwięk. Dochodzi z dalekiej obwodnicy aż do centrum. Rozchodzi się uspakajająco po dolinie…wśród domków i ogrodów. Jak to się dzieje, że pomimo innych już dziś motorów – ten dźwięk jest identyczny. I kiedy otworzę wielkie okno latem,… w ciepłą, ustrońską noc – słyszę ten łagodny i cichy brzęk silnika … i uśmiecham się. Ta prosta rzecz daje mi tyle przyjemności.

……. Czasem też dziadek zabierał mnie na pola, niedaleko domu. Te pola o zachodzie słońca, szyb górniczy, nasyp kolejowy z pociągami…i jego biała koszula – z jak zawsze podwiniętymi rękawami. To też jeden z obrazów dzieciństwa. To wszystko nas tworzy…. i to wszystko ma jakiś cel. Zaczynamy to rozumieć dopiero po latach.

Poniżej foto – ulica „Zaciszna” w Siemianowicach Śląskich. I faktycznie jest zaciszna ? Miałem bardzo spokojne dzieciństwo.

 

Ujęcie z lewej strony, żeby pokazać wielką ścianę budynku obok. Kładło się na niej pięknie światło o zachodzie. Lubiłem to oglądać. Nagrzane, ciemno – czerwone cegły oddawały całą energię słońca. Powyżej był bezkres cudownego błękitu nieba…

 

Zorientowałem się właśnie że rok temu napisałem na blogu o domu, będąc w Cannes („Echa Śląska”)

„Echa Śląska”

To może tym razem o Cannes z domu? Są miejsca, które są dla nas ważne, które lubimy odwiedzać. One nas tworzą. I tak światło i ciepło na ścianie…. i błękitne niebo, w jakie wpatruje się mały chłopiec sprawiają, że tą samą energię słońca odnajduje potem w takich obrazach, jak ten poniżej – autorstwa Rene Grau.

 

Czy takich – jak postery z Cote d’Azure. Tak na marginesie, dowiedziałem się niedawno, że jeden z moich ulubionych artystów – Jack Vettriano mieszka w Nicei. Pochodzi ze szkockiego, górniczego miasteczka i wie,…. jak to jest spojrzeć w błękit.

– Tamtejsze światło jest nie do pobicia – powiedział

– Czasem i u nas się takie zdaży Jack – powiedziałbym mu. – Nieczęsto, ale tak ? – Wiem, co mówię – „man” (dorzuciłbym „man” , jak dodają na końcu zdania w jego stronach).

***

Jak to ważne, żeby w dzieciństwie poznać światło i ciepło. Za nimi idzie się potem przez życie – bo już wiemy, że istnieją…

„Rhythm of the night”
Próbuję zasnąć. Jest przed północą. Na ławce przed hotelem chłopcy zachowują się głośno i puszczają ostrą muzykę. W pewnym momencie, w tym potoku nieznanych mi rapowych kawałków słyszę coś, co znam bardzo dobrze…. i to w wersji oryginalnej.

W ciemności pokoju patrzę w sufit….. Dźwięki jakie dochodzą zza okna otwierają jakiś rozdział mojego życia. Teraz otwieram już oczy bardzo szeroko. Widać musiało to polecieć tej nocy. Czuję się tak, jakby ktoś otwierał mi książkę wewnątrz mnie. Przejeżdżający samochód ciągnie łagodne światło na suficie. Najpierw powoli w lewo…. Potem w prawo. Przez moment wydało mi się, że to światła dyskoteki…..znam to światło.

Jest rok 2000. Dyskoteka jest prawie kameralna,… w pięknej willi, położonej nad samym jeziorem. Dwa piętra nie tak wielkiego budynku zorganizowane są tak, że można odnieść wrażenie obecności raczej na jakimś party u włoskiego miliardera. Niewiele jest wspólnych elementów z typową dyskoteką. Jest jednak bardzo przyjemnie i nade wszystko bardzo luksusowo. Takich wnętrz nie widziałem nigdy wcześniej. W różnych miejscach sofy i frywolne fotele – jak z filmów, albo teledysków Georga Michaela. Na wysokich i wąskich kolumnach tzw. Qubiste – tancerze i tancerki, podgrzewający atmosferę zabawy. Półnagie dziewczyny w wysokich butach kołyszą się na razie łagodnie. Wkoło czuć damskie perfumy. Aż kręci mi się w głowie. Muzyka ma nieprawdopodobną jakość dźwięku. Na dole jest but z list przebojów, na górze transowe techno.
Gigi D’Agostino, przez Włochów nazywany DAG. Turyńczyk. Jest stąd – w tym mieście go kochają.
Geniusz muzyki pop, który wywarł ogromny wpływ na całe lata 90te. W Polsce każdy młody właściciel malucha ma solidny głośnik na tyle. I co gra…właśnie – Gigiego. Słychać ten beat ze stu metrów. Ten takt przechodzi do historii muzyki.

Laghi D’Avigliana, – na dźwięk tego słowa Turynczycy się uśmiechają. Tak nazywa się to miejsce. Marzenie spędzenia sobotniego wieczoru. Wejść tam nie jest jednak łatwo. Selekcja, odpowiedni ubiór, buty. Zwracają uwagę na drobne szczegóły. Jeżeli nie zna się kogoś stamtąd, wejście graniczy z cudem. Włosi prawie nigdy nie bawią się przed północą. Piją drinki, przechadzają się w eleganckich koszulach, z charakterystycznymi wysokimi kołnierzykami i wypatrują kobiet. Tuż po samej północy momentalnie zaczyna się ostra zabawa. Co jakiś czas pod lokal podjeżdżają drogie, sportowe samochody – przywożąc kolejnych gości.

Nasz pierwszy, niewielki dom był blisko tego jeziora.
Do dzisiaj uśmiecham się na wspomnienie tego, kiedy rano Artur skakał po łóżku, śpiewając Elvisa Presleya „Viva Las Vegas”. Wiedział, że pojedziemy po śniadaniu na wycieczkę nad morze i był szczęśliwy. A my z Iwoną wraz z nim. Artur był zawsze bardzo wesołym dzieckiem. Wszyscy cieszyliśmy się zresztą jak dzieci.
A Avigliana? Hmm,…. nastrój nocy, świateł, tarasu przy wodzie, gwiazd. To wszystko było tam magiczne. Tak,… dziś mogę powiedzieć, że było to jedno z najbardziej magicznych miejsc w jakich tańczyliśmy.

…… Chłopaki pod oknem grają właśnie „Lamour TOUJOURS”. Uwielbiam klimat zabawy, dyskoteki,… dzielenia się energią z innymi. A Gigi był w tym prawdziwym showmanem. Może, gdybym mógł żyć więcej razy, to jedno z żyć przeznaczyłbym na bycie DJem. Kiedy patrzę na to jak on emanuje energią – uśmiecham się. Czuję tak samo…..
Ponizej wspomniane „L’Amour….” No ale kiedy mowa o DAGu, to nie mogę sobie odmówić „I’ll Fly with you”. Dodatkowo ta dziewczyna na teledysku,…. choć rysunkowa – ma takie proporcje i tak się porusza, że bardzo działa na moją wyobraźnię. Pięknie tańczące kobiety mają na mnie ogromną siłę oddziaływania. Z Iwoną spędziłem w dyskotekach nieprawdopodobne ilości czasu. Do momentu jej spotkania nie widziałem żeby jakaś kobieta tak tańczyła. Oprócz jedynie dziewczyn na teledyskach. Kiedy ją zobaczyłem w dyskotece – stałem z otwartymi ustami i odpadłem. Nigdy nie zapomnę, kiedy tańczyła do „This is the rhythm of the night”…..Ten obraz zostanie we mnie na zawsze.

Przymykam oczy…. może zasnę?

A może lepiej nie zasypiać…. Jest mi tak dobrze. ? Nie chce mi się już spać.

Oto showman – Gigi

 

No i „I’ll Fly with you”… ??

 

A teraz jestem w kwietniu 94 roku, w naszych Siemianowicach. Celebracja życia w najczystszej formie. „To rytm nocy, to rytm życia….”. Teraz to już na pewno po spaniu ???

 

„Portret znaleziony pod łóżkiem”
Niedawno temu pękła listwa pod naszym łóżkiem. Zdemontowałem jedną z części łóżka i znalazłem tam portret kobiety,…. jaki wykonałem na dużym pudełku po pizzy.

Malowałem go prawdopodobnie jednocześnie się ubierając i spiesząc na autobus. Widać to po szybkich ruchach pędzla. To było w czasie, kiedy pomagałem we włoskiej pizzerii przy piecu, jako pizzaiolo. W nocy (wracając z Cieszyna ostatnim autobusem) przywoziłem do domu znakomitą pizzę i jedliśmy ją z Arturem i Iwoną przy winie, na które starczało mi z napiwków. Wszyscy wspominają to z wielkim sentymentem. To był jednak bardzo romantyczny czas. Wyciągałem do tego świecznik z kawałkiem starej świecy… i tak sobie siedzieliśmy w noc. Potem pizzaiolo śpią do południa ?A pizza była świetna. Pozostawaly mi pudełka, które służyły potem za podobrazie do zabawy.

Uznałem prawdopodobnie tę pracę za nieudaną i zabezpieczyłem nią pękniętą gąbkę od spodu łóżka. Kiedy ją jednak znalazłem – patrzyła na mnie ciekawie…. a ja na nią. Chyba dobrze, że jej przypadkiem nie wyrzuciłem. Teraz, w tym słońcu – wydała mi się jednak ciekawa. Mimo ewidentnych błędów jest w niej życie. Coś w niej polubiłem. Zrobiłem jej też foto na podłodze, zaraz po wyjęciu….Oto ona ? Ciągle była pod łóżkiem, przez ładnych parę lat. Zapomniałem o tym…

Były tam też inne prace dla wzmocnienia gąbki. Ale o tym nie napiszę ??

 

„Zamysł napisania książki”
Być może kiedyś napiszę książkę….. taką trochę o Wiśle, trochę o przemyśle – ale generalnie o Dupie Marynie,… czyli książkę wysoce specjalistyczną, jaką mógłby wymyślić i napisać właśnie ktoś taki jak ja…

 

„Lekcje rosyjskiego”
Kiedyś, kiedy byłem jeszcze w szkole średniej – na lekcji rosyjskiego mieliśmy o Majakowskim. On ponoć pisał na czym popadnie i czym popadnie – nawet zgaszonym zapałkiem na pudełku po papierosach. Pisał tam gdzie był i tak jak czuł…. i to mi się bardzo spodobało.

Uczucia nie czekają,…. mają swój czas. Ja też tak czułem – jak on…. no i doczekałem się. Piszę na byle jakich luźnych kartkach. No i rysuję jak popadnie – szybko, emocjonalnie. Tylko to się dla mnie liczy – szczerość w tym, co chcę przekazać. Nie czekam na lepszy czas,…. bo lepszy czas nie nadejdzie… wiem o tym. Ten jest właśnie dobry. Jest najlepszy,… choć krótki. A czy to kiedyś jeszcze zdążę przepisać? …. – to już inna sprawa.

I tak zbierają się reklamówki luźnych kartek, które przewożę z mieszkania do mieszkania, gdzie co jakiś czas się przeprowadzamy. Przychodzi wiatr i nas zabiera… a kartki czasem gubię. Takie pisanie jest trochę jak Impresjonizm w malarstwie. Ci malarze z dawnych, francuskich, zbuntowanych lat malowali bardzo szybko i starali się uchwycić chwilę. Pracowali zazwyczaj w plenerze i na jednej sesji powstawał obraz. Nie dbali o szczegóły, ale o rzeczy istotne…
Jak w życiu. Skupić się tylko na rzeczach bardzo istotnych… tak.

Taki Impresjonizm uczy mnie życia…

Poniżej przykład moich zapisów. Tu, na kawałku opakowania ciastek owsianych. Akurat to było pod ręką…

„Refleksja na ławeczce, w środku czerwca”
Dziś trzeba robić to co jest dobre dziś. Nie oglądaj się wstecz…. na popełnione błędy. T

To, co było dobre kiedyś – było dobre kiedyś. Trudno Ci się pogodzić z błędami – wiem…. . Rozumiem to. Nie próbuj jednak stosować dawnych metod do dzisiejszej chwili. Wiem, że próbujesz coś naprawić. To bardzo piękne i mądre. Zastanów się jednak, jak dziś zrobić to w Twoim życiu znacznie lepiej. Zastanów się nad tym, co naprawdę masz w sobie wyjątkowego i to właśnie kształtuj i doskonal. I nie myśl przy tym o pieniądzach. Wiem,…. potrzeba ich czasem. Rozumiem Cię. Nie myśl jedak o nich. Zrobiłeś, co potrafiłeś i co mogłeś.

Przeżyjesz i odbudujesz wszystko. Wiem to ….. Zajmij się teraz na serio tym, co masz w darze. To jest Twoja prawdziwa wartość.

Niech czas, który upłynął pozwoli Ci lepiej to zrozumieć. Teraz zrobisz to jeszcze lepiej ?

Dla Iwony i Artura

Jarek

 

„Sens życia. Droga i wybory” Tekst dla 15 latków – napisany przez 50 latka cz. 1/2 – Sens Życia
Tak się składa zupełnie przypadkiem, że odwiedzam ostatnio cały czas miejsca, których nie wiedziałem już bardzo dawno…. Konfrontuję się więc siłą rzeczy z tym, kim byłem i tym, kim jestem dziś. Jak żywe, wracają wspomnienia nawet bardzo konkretnych myśli, które mnie zajmowały w tym, czy innym miejscu, w którym teraz przystanę…. i jak kiedyś popatrzę w niebo…w błękit.

To skłania mnie do refleksji nad sobą i nad czasem.
Zacząłem ostatnio pisać trochę jakby do samego siebie. Jakby do kogoś, kim byłem 35 lat temu, kiedy decydowałem w którą stronę pójdę w życiu,…. jakim chce się stać…..jak żyć, żebym kiedyś mógł powiedzieć, że zrobiłem dokładnie to, co powinienem….

Minęło w moim życiu trochę lat i myślę, że mogę wreszcie odpowiedzieć sobie na pewne zasadnicze pytanie, które ludzie zadają sobie od tysiącleci.

Pytanie dotyczy sensu ludzkiego życia.

Dla mnie odpowiedź brzmi:

„Dążenie do szczęścia. Dążenie do niego przy jednoczesnym poszanowaniu prawa i dążenia innych do tego samego. Co więcej – pomaganie innym w osiągnięciu szczęścia, bo mnoży się ono poprzez dzielenie. Każdy z nas jest elementem wielkiej układanki. Każdy z nas jest bezcenny i wyjątkowy. Nie ma mniej i bardziej ważnych. Wszyscy jesteśmy równi i mamy równe prawo do życia i szczęścia. I nie chodzi tu po prostu o przeżycie swojego życia, ale zrobienie wszystkiego, by było ono szczęśliwe – a to znacznie wiecej”…

Teraz naturalnie pojawi się pytanie „Czym jest szczęście ? „. Pojawi się też kolejne „Czy to stan trwały, czy może chwilowy ? „. Są i kolejne, jak to np. „Czy można je osiągnąć samodzielnie, czy też jest to stan niezależny od nas ?”. Albo jeszcze inne „Czy zależy od osiągnięcia jakiś celów, czy posiadania czegoś ?”. Może są jeszcze jakieś pytania, ale te myślę są najważniejsze.
Po kolei postaram się podsumować i odpowiedzieć na każde z nich, zgodnie z moim ich rozumieniem.

„Czym jest szczęście ? ”
Dla każdego może być czymś innym, ponieważ każdy z nas jest inny. Ważne jest tylko to, aby nasze szczęście nie było okupione szczęściem innych istot – tylko tyle. To jedyna zasada. Innej nie ma.

Czy szczęście to stan trwały czy tylko chwilowy ?
Na podstawie moich doświadczeń, mogę powiedzieć, że na początku to tylko chwile, przeplatane innymi doznaniami. Początkowo są nieuświadomione, potem jednak zaczynamy je rozumieć i rozpoznawać. Wtedy przychodzą częściej i trwają dłużej. Zaczynamy je tworzyć, zamiast na nie czekać. To wynika przede wszystkim ze zrozumienia swojej natury i natury świata. To nie przychodzi od razu. Ludzie mądrzejsi odkrywają to wcześniej, inni później a jeszcze inni nigdy. Ja odkryłem to dość późno.
Ma to ścisły związek z rozwojem i dojrzałością człowieka, jako człowieka właśnie a nie z jego wiekiem, zdobytą wiedzą, miejscem pobytu czy stanem posiadania. Nie ma związku z wykonywaną pracą i doświadczeniem życiowym. Mogą tę prawdę zrozumieć ludzie bardzo młodzi. Mądrość nie zna wieku. Człowiek mądry i szczęśliwy stara się być dobry. Sam stara się być szczęśliwy i pomaga w tym innym.

Szczęście to nie jedynie brak cierpienia – to coś znacznie więcej. Szczęśliwi mogą być (choć trudno to może od razu zrozumieć) także ludzie, którzy cierpią. Cierpienia nie jesteśmy w stanie uniknąć. Bardzo często nie zależy od nas. Jednak jeżeli uzależnimy stan odczuwania szczęścia od braku cierpienia – będziemy bez wpływu na swoje szczęście.
Odczuwanie różnych życiowych cierpień może pomóc nam stać się lepszymi i mądrzejszymi. Podobnie jednak jak z każdym życiowym doświadczeniem – cierpienie uczy, ale tylko tych o otwartych umysłach. Jest bardzo wielu ludzi, którzy wiele wycierpieli i te doświadczenia powinny im pomóc szybciej zrozumieć istotę życia. Niestety tak nie jest. Cierpienie może pomóc nam szybciej stać się ludźmi lepszymi, ale w większości przypadków sprawia, że ludzie stają się jeszcze gorsi. To dlatego, że nie mają z natury otwartych umysłów.
To nie znaczy oczywiście że cierpienia należy szukać po to żeby szybciej zrozumieć. Odwrotnie – należy szukać braku cierpienia, ale kiedy już samo przychodzi – trzeba uczyć się lekcji jakich nam udziela i pamiętać o tym, że szczęście nie zależy od braku cierpienia. Szczęście jest ponad nim.

Kolejne pytanie – czy szczęście można osiągnąć samodzielnie czy jest to stan niezależny od nas?

Myślę, że to my sami możemy je osiągnąć a droga wiedzie przez zrozumienie.

Kolejne pytanie – czy szczęście zależy od osiągnięcie jakiegoś celu, czy posiadania czegoś?
Moja odpowiedź brzmi – nie. Te elementy na to nie wpływają. Chwile szczęścia mogą przeżywać tak biedni jak i bogaci. Tak ci, którzy osiągnęli wiele różnych sukcesów, jak i ci, którzy popełnili prawie same błędy. Dla każdego z nas szczęście jest osiągalne zawsze i wszędzie – niezależnie od tego gdzie jesteśmy, co mamy i czego nam brak. W każdym momencie życia mamy tę samą szansę. I to jest piękne.
To stan wewnętrzny. Każdego dnia możemy go doznawać. Wystarczy iść właściwą drogą. A to można zacząć przecież w każdej chwili….. Więc dlaczego nie teraz ???

 

„Sens życia. Droga i wybory” Tekst dla 15 latków – napisany przez 50 latka cz. 2/2
Najważniejsze wybory, jakich dokonujemy w życiu mają miejsce w czasie, kiedy nie jesteśmy do tego jeszcze gotowi…. we wczesnej młodości.

Oczywiście później możemy dokonać korekty tych wyborów i zmienić kurs, niemniej odbędzie się to kosztem dużych strat życiowej energii, czasu i pieniędzy. O ile pieniądze można odrobić, to czas i energię życia już nie…

Jedynie doświadczenia jakie zdobywamy mogą nas bardzo wzbogacić. Musimy tylko umieć wyciągnąć z nich wnioski. A to już nie każdy potrafi. Doświadczenia uczą, ale tylko tych o otwartych umysłach. Reszta wciąż powtarza te same błędy.

Jakie to więc wybory tak bardzo determinują nasze życie ?
Są cztery najważniejsze wybory życia: zawód, miejsce pracy, miejsce zamieszkania oraz wybór małżonka. Pierwsze trzy są mocno że sobą związane i stanowią jakby zwartą grupę. Wybierając jeden z nich najczęściej automatycznie wybieramy pozostałe dwa. Trzeba być więc bardzo rozważnym.
Najważniejszym jednak wyborem życia jest wybór małżonka/małżonki…. i tu mam tylko jedną radę – intuicja. Trzeba kierować się naturalnym głosem intuicji. Ona nas nigdy nie zawiedzie. To jedyna życiowa decyzja, w której serce jest ważniejsze niż rozum – i należy słuchać serca.
Aby pozwolić też drugiej osobie wybrać siebie – nie należy udawać kogoś kim się nie jest i pamiętać o tym, że nigdy nie należy być cynicznym w uczuciach.

To tylko i aż…. cztery najważniejsze wybory.
Są też cztery filary życia, które odróżniam celowo od wyborów, ale te są uniwersalne i mają zastosowanie wszędzie, niezależnie od wyborów o których tu piszę. Te filary to: zdrowie, czas, relacje z innymi ludźmi i pieniądze. Są to jedynie środki a nie cele same w sobie. Ważne żeby to dobrze zrozumieć. Bardzo wielu ludzi gubi się w tym i środki traktuje jak cele.

Tak więc o ważnych wyborach:

Powiedziałem już o najważniejszym wyborze, a teraz powiem o kolejnych trzech.
Wybór zawodu…. Jakże pomocny może tu być tak zwany diagram jeża. Chodzi w nim o to, by wyłonić zbiór wspólny z trzech podzbiorów. Pierwszy – to to, co jest naszą naturalną pasją. Drugi – to, co nam naturalnie najlepiej wychodzi i możemy stać się w tym szybko coraz lepsi,… a wkrótce jednymi z najlepszych. Trzeci – to, za co inni są gotowi nam zapłacić.
To właśnie powinniśmy wybrać jako nasz zawód…
Najważniejsze są pierwsze dwa punkty. Trzeci, czyli czy ktoś na za to zapłaci – jest często niestety przeważający w dokonaniu wyboru. Życie i jego koszty determinują go. Niemniej, nawet jeżeli to potrzeba pieniędzy zmusi nas do takiej czy innej decyzji – nigdy nie należy zaniedbywać tego, co jest naszą prawdziwą drogą i co wypływa wprost z nas. Bo bez względu na pieniądze jest to tym, czym powinniśmy się dzielić z innymi. Jeżeli to pieniądze zmuszą cie do jakiegoś wyboru – nie szkodzi. Wstawaj o wschodzie słońca. Zajmij się tym, co naturalnie czujesz że powinieneś robić. A potem idź do swojej pracy i pracuj tam uczciwie dla pracodawcy. Nigdy jednak nie zaniedbuj swojej drogi. Jak powiedział ktoś mądry – „Czyń to, nie zaniedbując tamtego…”

Przy rozpoznaniu tego, kim naprawdę jesteśmy – czasem wystarczy przejrzeć się w oczach innych ludzi. Tam jest zazwyczaj odpowiedź. To, po co do nas przychodzą jest tym, co prawdopodobnie mamy im do zaoferowania. A w czym więcej takich par oczu spojrzymy, tym pewniej będziemy znać odpowiedź. Może się zdarzyć, że ludzie naturalnie przychodzą do nas po coś, czego zupełnie się nie spodziewamy. Myślimy, że powinniśmy robić jedno a tymczasem okazuje się, że to coś zupełnie innego.

Porywają nas czasem różne pasje (mnie porywały co chwila), ale nie oznacza to że jest to jednocześnie tym, czym naprawdę możemy dzielić się z innymi. Podam przykład – od 34 lat pogrywam na gitarze. Gram dla siebie oraz najbliższych i chcę żeby tak pozostało. Nie jestem gitarzystą. Zrozumiałem to dość późno. Poświęciłem na grę tysiące godzin, a to dlatego że kocham muzykę. To nie oznacza jednak, że inni moją grę będą odczuwać z takim entuzjazmem jakiego bym pragnął. Pogram czasem w nocy, bo ciągle to lubię i bardzo pomaga mi w rozmyślaniu… jak tajemnicza filozofia dźwięku, której nie umiem opisać, ale którą odczuwam. Nie poświęcam temu jednak tak wiele czasu co dawniej – bo w tym samym czasie mogę zrobić coś innego – właśnie to, co powinienem. Bywa, że gitara zagra sama.. i wtedy jestem szczęśliwy.

Podsumowując – warto na wybór zawodu poświęcić trochę czasu. Warto wpierw poznać siebie. Ludzie zbyt często robią to bardzo pochopnie, nie zdając sobie sprawy – jak wielki wpływ ma to na ich życie.

Kolejnym ważnym wyborem po wyborze zawodu jest wybór miejsca pracy. Dobre miejsce pracy to niekoniecznie miejsce, w którym się najlepiej zarabia. Wiem coś o tym, bo w swoim życiu pracowałem w wielu różnych miejscach. Aż tak bardzo byłem w tym temacie niespokojny – bo jest to dla mnie naprawdę bardzo ważne. Jakie są cechy dobrego miejsca pracy? Wzajemny szacunek i kultura. To pierwsza i najważniejsza cecha. Można ją szybko rozpoznać, przyglądając się temu jak zachowują się tam ludzie. Druga i ostatnia – to możliwość wykonywania swojego zawodu (zawodowej drogi) w sposób możliwie nieskrępowany, oraz z możliwością ciągłego rozwoju swoich umiejętności. Nie chodzi mi tu wcale o awanse na wyższe stanowiska, ale o rozwój własnych umiejętności. A to jest dla młodego człowieka najważniejsze. Nieporównywalnie ważniejsze niż pieniądze które przyjdą same – tylko później. Młody człowiek często tego nie rozumie i często pada ofiarą zarobku oraz korzyści doraźnych – zamiast skupić się na rozwoju swoich najważniejszych umiejętności w sensie długofalowym. Nieocenieni są tutaj dobrzy mentorzy, bądź managerowie – którzy dobrą ręką prowadzą młodych ludzi, otwierając przed nimi różne drzwi i pokazują świat pracy. Wspierający ich na tej drodze, nie niszcząc ich indywidualności, która jest unikalna. Wiem, że nie jest łatwo znaleźć takie miejsce. Trzeba jednak próbować, bo to naprawdę ważne. A wysokie stanowiska należy rozumieć jako odpowiedzialność za ludzi i cele – a nie za zaszczyty.

Można też miejsce pracy stworzyć sobie samemu. Ale nawet wtedy to bardzo ważne, żeby pracować wśród ludzi. Przez jakiś czas myślałem, że prawdziwy sukces to jedynie samodzielna działalność. Mieć możliwość łatwej zmiany miejsca pobytu i pracy to tu, to tam. Z czasem bardzo doceniłem to, że będąc wśród ludzi – nawet pracując z nimi tylko obok, choć robimy coś zupełnie innego – jest dobre. Izolacja na dłuższą metę prowadzi w ślepy zaułek. Bycie wśród ludzi, jest jak bycie wśród przyrody – zapewnia nam zdrowie i równowagę.

Pozostał ostatni z wielkich wyborów – wybór miejsca życia. Zmieniłem wraz z rodziną kilkanaście razy mieszkania, w różnych miastach a nawet krajach. Także tutaj wiem coś o tym.
Miejsce życia to wcale nie musi być dom. Jakże często ludzie budują domy, które potem stają się ich twierdzą.. aż w końcu więzieniem. Czasem dom pochłania im tyle cennego czasu, w miejsce innych ważnych rzeczy. To przecież nie ściany, ogród, przedmioty czy wnętrza są ważne – ale ludzie. Bywa też , że niektórzy tracą dom, a wtedy ich świat się wali. Czy tak powinniśmy budować ? Prawdziwy dom budujemy w sobie. To tam zawsze możemy się schronić. To tam jest nasza siła i ciepło. Taki dom łączymy z najbliższymi i żyjemy w nim razem.
Ja mówię tutaj raczej o miejscu życia. Nie należy się do niczego sztywno przywiązywać, co nie oznacza jednocześnie, że miejsca które wybieramy nie są nam bliskie. Wrecz przeciwnie. Dla mnie każde miejsce, w którym żyliśmy było bardzo, bardzo ważne. Są i takie, w których ciągle jestem – kiedy tylko zamknę oczy.

A kilka moich prostych rad co do wyboru miejsca?
O ile to możliwe radziłbym wybrać miejsce, w którym nie żyje zbyt wielu ludzi, ale też nie zbyt mało. Duże miasto jest dobre do odwiedzenia na chwilę. Oferuje rzeczy, których nie ma w mniejszych miejscowościach, ale też ma zjawiska uboczne. Jednym z nich jest często wyobcowanie, pomimo bycia wśród innych.

Najlepsze są niewielkie miasta, znajdujące się w niedużej odległości od tych większych – tak, aby można było w razie potrzeby szybko się do nich dostać. Generalnie, duże miasta widzę raczej jako miejsca pracy, rozrywki, spotkań – aniżeli miejsca życia.

Co do samego miejsca mieszkania natomiast, ważne jest by było słoneczne i suche. Aby mieć w nim nim słońce od wschodu do zachodu. Ludzie żyjący w zacienionych miejscach gasną powoli jak rośliny bez życia. Tego nie widać od razu, ale dopiero po latach.
Niech widok przed oknem będzie otwarty na tyle żeby można było spokojnie spojrzeć dalej. Ograniczenie widoku mocno wpływa na psychikę człowieka. Niech z tego miejsca widać naturę – trawę, kwiaty, drzewa. Nie powinny one jednak być aż nadto blisko. Zieleń nie powinna wchodzić w miejsce życia, ponieważ przynosi wilgoć – a to też nie jest dobre. Ważna jest pewna równowaga.
Grecy mówili „Każde miejsce ma swojego ducha”. Staraj się go poczuć. Ja znalazłem takich miejsc więcej. Potrafię wybierać je instynktownie – jak kot. Nawet siedząc gdzieś, kilkanaście centymetrów różnicy i kąt obrotu mają dla mnie znaczenie. Wyczuwam to, choć to może dziwne.
A poza tym – czyste powietrze, czysta woda i możliwość zapewnienia sobie ciszy, kiedy tego potrzebujemy.

To tyle na temat wyborów.
Reszta zależy od nas samych. Można wieść szczęśliwe życie na 7, 5 miliarda sposobów. Tylu jest nas obecnie na świecie.

Czy coś jeszcze…..?

Wsłuchać się głęboko w siebie – tam już jest odpowiedź na wszystkie pytania….. A potem iść bardzo wytrwale za tym….

To moja ostatnia rada…

Tołstoj i ciemna, zimowa noc…”
Tołstoj powiedział kiedyś „Miłość rozumiem jako najwyższe dobro”.
Dało mi to mocno do myślenia….Czułem w ten sam sposób. Kiedy kochamy – jesteśmy dobrzy,…. chcemy dobra drugiej osoby,…. dbamy o nią i chcemy żeby była szczęśliwa. Nie zagarniamy jej jednocześnie dla siebie… Nie ograniczamy jej swobody i nie próbujemy kształtować. Chcemy jej jedynie pomóc wzrastać i stać się tym, kim stać się powinna. Ale to ona sama wie najlepiej kim być powinna – nie my …. (ale to już wszystko moje przemyślenia – Tołstoj mnie jedynie inspiruje ?).
Kilkanaście lat temu, na początku naszego pobytu w Ustroniu, wypożyczyłem w naszej bibliotece książkę „Dzieciństwo, lata chłopięce i młodość”…. mało znaną książkę Tołstoja. Czytałem ją wtedy w Ustrońskich kawiarniach, na przemian z naszymi rozmowami z Iwoną, które tak bardzo lubiliśmy zawsze. Życie spędzaliśmy w kawiarniach wtedy -…. przez lata całe. I było nam z tym cudownie. Ale wracając do Tołstoja, to opisuje on w tej książce historie, które miały duży wpływ na jego życie. Bardzo wcześnie stracił rodziców. Wychowywany przez krewnych pomiędzy Moskwą i Petersburgiem, blisko najbogatszych rodzin tamtejszej Rosji. Otrzymał znakomite wykształcenie. Znał francuski, angielski i niemiecki. Uczyli go nauczyciele z zagranicy. Poznawał książki wielkich autorów. Pomimo jednak życia wśród arystokracji, był bardziej jego obserwatorem niż uczestnikiem. Znał je, ale nie imponowało mu one. Imponowała mu natomiast prostota życia zgodnego z naturą. Uważał, że o wiele bliżsi prawdy życia są chłopi. Ludzie żyjący ze swojej codziennej, ciężkiej – ale dobrej pracy. Praca według Tołstoja – kształtuje człowieka etycznie.

Uderzyło mnie w tej książce między innymi to, to, że napisał w niej, że gdyby mógł zmienić w sobie tylko jedną rzecz – chciałby być piękniejszy fizycznie. On sam uważał siebie za nieatrakcyjnego mężczyznę. To go bolało gdzieś bardzo wewnętrznie, ale też ten ból prawdopodobnie w jakiś sposób go także kształtował. Nie wiem, dlaczego był dla siebie tak krytyczny, ale być może wskutek jakiegoś braku akceptacji,….. albo dawnego odrzucenia. Kto wie?

Pisał o zachwycie prostym i naturalnym życiem. Nie dążył do posiadania. Szukał natomiast wartości. Zanim doszedł do takich wniosków sam się kiedyś pogubił. Prowadził hulaszcze życie, uprawiał hazard… Zrozumiał jednak pustkę takiego postępowania.

Tołstoj był bezkompromisowy w swoich poglądach. Na koniec życia chciał rozdać swój majątek chłopom. Popadł przez to w konflikt z rodziną. Wcześniej popadł w konflikt z państwem a nawet z Cerkwią Prawosławną. Krótko mówiąc ze wszystkimi. Ciągle był jednak sobą i szedł drogą, w którą wierzył.

W swoich powieściach sięga do psychiki postaci. Pełne są one ludzkich słabości, gwałtownych uczuć, namiętności …. wszystkiego tego co nas tworzy od stuleci. Nie osądza jednak, nie krytykuje, nie poucza. W zamian za to współczuje i w każdym dostrzega człowieka – nawet w pozornie negatywnych charakterach. Dlatego jego dzieła są ponadczasowe i wciąż zachwycają.

Był wielkim humanistą. Chciał poprzez sztukę sprawiać by ludzie stawali się lepsi. W sztuce nie dopatrywał się jedynie wartości estetycznych, ale także znacznie, znacznie głębszych.

Znamy go jako pisarza grubych powieści z rosyjskimi salonami w tle. To jednak o wiele za mało by powiedzieć kim był Tołstoj. Zaimponował mi tym, że w ciągu swojego życia zrobił tyle dobrego jako człowiek. Był założycielem wiejskich szkół, jak i wiejskim nauczycielem. Pisał bajki dla dzieci. Pracował z chłopami w polu. Hrabia z kosą w ręku, pracujący w lnianej koszuli, jak wszyscy. To był ktoś znający głęboko życie i jego prawdziwą wartość.

Z ciekawostek można wspomnieć to, że był wegetarianinem a także zapalonym miłośnikiem ćwiczeń fizycznych. Niech nikogo nie zmyli jego długa broda. To był bardzo żywotny człowiek. Kochał muzykę.

Odszedł w czasie podróży. Pewnej zimnej, listopadowej nocy wyjechał z domu….. a potem wyruszył pociagiem dalej. Źle się poczuł w trakcie tej podróży i musiał po jakimś czasie wysiąść. Na niewielkiej stacji, jej naczelnik wraz z żoną udostępnili mu swoje mieszkanie. Ugościli samego Lwa Tołstoja tym co mieli. Zachorował na zapalenie płuc. Ta stacja była końcem jego życiowej drogi. Dziś to niewielkie miasteczko nazywa się po prostu Lew Tołstoj. Od wielu lat miłośnicy jego twórczości odwiedzają to miejsce, podobnie jak i Jasną Polanę – jego rodzinny dom.

Żył prosto, czuł prawdziwie, pisał głęboko … i dlatego dotykał samego serca. Pisarstwo Tołstoja jest po prostu ludzkie i to mnie w nim ujęło. Podobnie jak to, co pisał inny gigant literatury, żyjący w tym samym czasie co Lew Tołstoj – a mianowicie Francuz, Victor Hugo. Ale to już historia być może na inny wieczór ?

Na koniec mały fragment z „Anny Kareniny”, aby choć trochę przybliżyć to, jak pisał Tołstoj:

„…… Zszedł na dół starając się nie patrzeć na nią zbyt długo, jak nie patrzy się na słońce. Ale nawet nie patrząc na nią widział ją, jak widzi się słońce…..”

***

Była zima. Jechałem szybko w silnej śnieżycy, chcąc zdążyć na kolejny odcinek „Wojny i pokój”. Co niedziela oglądałem ten film. Nie pamiętam kiedy tak bardzo chciałem obejrzeć cokolwiek…… Chyba ostatnio, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Ja, taki przeciwnik telewizji, gnałem w ciemnościach grudniowej, bezgwiezdnej nocy. A noc ta była wyjątkowo czarna…. i nie wiem skąd, znalazł się na tej mojej drodze rosyjski TIR. Na drodze na Ustroń….. Rzecz nieprawdopodobna – zobaczyć TIRa jadącego w tamtą stronę i to jeszcze rosyjskiego – To jak wygrać w Totolotka. Niespodziewanie zaczęliśmy się ścigać w tej śnieżycy. Ja po prostu chciałem mieć przed sobą otwartą przestrzeń i nie martwić się tym, że zarzuca mu bardzo niebezpiecznie tyłem. On jakimś cudem ciągle mnie doganiał i ciągle zajeżdżał mi drogę. Oba pasy po bokach były podsypane suchym i mocno zmrożonym śniegiem. Jechaliśmy więc na przemian praktycznie po środkowej linii dzielącej oba pasy. Wiatr dął z boku i widoczność była coraz gorsza. Raz po raz znowu widziałem jego tył, z charakterystycznym oznaczeniem całej przyczepy, jak tylko Rosjanie mają w zwyczaju. Czułem jak mój PT Cruiser co jakiś czas traci przyczepność. Tylna lampka Rosjanina, ponad rejestracją – była jedynym jaśniejszym obiektem, jaki widziałem w tej śnieżnej zadymce. I nie wiem. Czy on mi bardziej zajeżdżał drogę,….. czy może hamował mnie, powstrzymując przed jeszcze większym moim rozpędzeniem…mhmm?

W którymś momencie, kiedy wjeżdżaliśmy w mały las, tuż przed Ustroniem…… TIR jakby zniknął w białej zadymie. Nie pamiętam nawet kiedy…..(zastanawiałem się potem gdzie mógł zjechać…. W te pola? I co tu robił w niedzielę o takiej porze…? Może sam biedak zabłądził….. daleko od domu).

Pamiętam jedynie, że zdążyłem w ostatniej chwili. Zrzuciłem z siebie ciężką, grubą jak dywan marynarską kurtkę. Otrzepałem ze śniegu buty i uśmiechnąłem się – zdarzyłem…….Iwona siedziała już przed telewizorem, a w pokoju paliło się pomarańczowe delikatne światełko. Oglądaliśmy film, pijąc gorącą herbatę. Hrabia Bołkoński prosił właśnie Nataszę Rostową do tańca…..Byłem wreszcie w domu i czułem się ciepło, i bezpiecznie….

……… Po wspolnym tańcu Bołkoński mówi sam do siebie „Jeżeli teraz odwróci się i spojrzy na mnie – zostanie moją żoną”….spojrzała (tak się akurat ciekawie składa, że my z Iwoną też poznaliśmy się w walcu. Niezwykłe…. prawda? W 1994r, w XX wieku…. dwoje ludzi poznaje się w walcu…. ? A jednak tak właśnie było).

 

„Dom Wojciecha Kilara”
Odnalazłem dzisiaj Katowicki dom Wojciecha Kilara. Parę lat temu szukałem go, mając chwilę czasu, ale nie udało mi się go znaleźć. Dopiero teraz, przypadkiem natrafiłem na informację o tym, który to dokładnie dom. Jechałem dziś od Katowic do Ustronia. Okazało się, że to prostsze, niż mógłbym przypuszczać. Po minięciu Parku Kościuszki, jedna z niewielkich dróżek w prawo i jest się tuż na wprost tego domu…

To jednopiętrowy, stary dom, z lat chyba tuż powojennych,… z niewielkim ogrodem, zarośniętym gęstą zielenią. Zaskoczyłem się. Spodziewałem się, że zgodnie z opisami, które w internecie były od dwóch lat – miasto Katowice wykupiło ten dom i zorganizował tam albo muzeum, albo dom muzyki….. Tymczasem dom był pusty. Przed bramą wjazdową było trochę liści, jakie naniósł wiatr. Brama wyglądała na dawno nieotwieraną. To tak, jakby zamknęła się jakaś historia. Trochę przypominało mi to dom Ziętka z naszego Ustronia. Podobny klimat ciszy, zieleni i jakiegoś zapomnienia. A przecież obaj dokonywali rzeczy wielkich. Dom dawał im schronienie i prywatność. I podobnie jak dom Ziętka – oba domy mają swój niezwykły klimat.

Stałem i tak patrzyłem w okna domu Wojciecha Kilara. To tu, jak pisano – powstała muzyka do ponad 130 filmów.

Dom, schronienie, warsztat pracy…..wszystko w jednym. Teraz wyglądało tak. jakby nikt nie zaglądał tu od jakiś 10 lat.

W pustych oknach nie było firan. Biała farba framug okiennych dawno lata młodości miała już za sobą.

W głębi mały garaż. Rośliny rosły po swojemu….. cisza.

Zza niewielkiej chmury pojawiło się słońce i oświetlało część domu. Przyglądałem się temu i przypominałem powoli jego utwory.

Z muzyką Kilara zetknąłem się dawno temu. To był film „Perła w koronie”. Zaskoczyła i mocno przejęła mnie ta muzyka. Potem dowiedziałem się że ten sam twórca skomponował muzykę do „Ziemi Obiecanej”.

To niesamowite, że mieliśmy tak blisko kompozytora tego formatu. Świat poznał go między innymi dzieki muzycedo filmu Pianista, wielokrotnie nagradzanego.

Nie ma sensu za dużo mówić o muzyce, bo muzyki trzeba słuchać a na pewno jego twórczość była niezwykła.

Teraz niebo zrobiło się błękitne i słońce prawie zaszło za niewielkimi drzewkami, które są tu obok mnie na parkingu. Znalazłem w internecie zdjęcie, które mi się wyjątkowo spodobało. Na nim on i jego żona, siedzący na ławce w ogrodzie. Wydają się być szczęśliwi i beztroscy. Zamieściłem to foto na końcu wpisu. Mieszkali w tym domu przez około 65 lat,.. do samego końca.

Czasem zdarzy się, że kiedy jestem w pobliżu miejsc gdzie żyli i tworzyli ci, których lubię – oglądam te miejsca z zaciekawieniem, bo wiem że nic nie pozostaje bez znaczenia i również miejsca, które świadomie wybrali miały wielki wpływ na to – jak tworzyli.

Jego dom jest w wyjątkowo spokojnej dzielnicy, jednocześnie przy bardzo ruchliwej ulicy. Jednej z arterii miasta. Ale tam samochody się nie zatrzymują… biegną szybko dalej, gnane swoimi sprawami. Do dzisiaj ja też się nie zatrzymałem…

Wracam do Ustronia i słucham jego kompozycji. Daje się ponieść magii tej muzyki. Myślę, że prawdziwa sztuka ma tę cechę, że sprawia iż stajemy się lepszymi ludźmi. Słuchając jego dzieł, czuję się właśnie takim. On sam powiedział kiedyś „Jedynym sensem tworzenia jest przekazanie czegoś drugiemu człowiekowi. Jeśli mam pisać tylko dla siebie, to w ogóle nie warto pisać”…… Trafił w samo sedno. Odebrałem jego przekaz.

A oto utwory, jakie wybrałem z jego bardzo bogatego dorobku:

Poniżej mój ulubiony, walc do filmu „Trędowata”.

 

Znano go także w Hollywood.. To kompozytor, który mógł stanąć obok Johny Williamsa, giganta – który skomponował między innymi muzykę do „Gwiezdnych Wojen”, czy Jamesa Hornera (Titanic, Braveheart), Hansa Zimmera (Gladiator, Interstellar), czy wreszcie Ennio Morricone (Misja, Dawno temu w Ameryce). To właśnie muzyka Morricone jest mi gdzieś bliska temu, co tworzył Kilar, choć oczywiście to dwie wielkie, odrębne indywidualności.

Poniżej ścieżka do „Pianisty”, filmu wyróżnionego Złotą Palmą w Cannes i trzema Oscarami w Hollywood.

 

Kilara odkryłem kiedy miałem może z 12 lat. To był mój pierwszy kontakt z jego twórczością – temat z filmu „Perła w koronie „….. film o Śląsku. o biedzie, o górnikach….Jego muzyka była do głębi przejmująca. Pamiętam, że czekałem na „litery”… na zakończenie filmu, żeby poznać autora tej przedziwnej i pięknej ścieżki. Nie wstawiam tu linku, ponieważ nastrojowo zupełnie tu nie pasuje. Geniusz tego twórcy widać jednak we wszystkim, co tworzył. Nawet w utworach niezwykle trudnych, czasem wręcz bolesnych.

Wojciech Kilar przyjechał do Katowic ze Lwowa i mieszkał tu przez większość swojego życia. Wybrał to miejsce….ciekawe.

Z pewnością był kimś o wyjątkowej wrażliwości i wewnętrznym pięknie… Pisał też muzykę do większości filmów Krzysztofa Kieślowskiego, którego twórczość była wyjątkowo „ludzka”. (i to w nim lubiłem) .

Pod tym linkiem jest jeszcze moje dzisiejsze zdjęcie jego domu ( ten z lewej), przy ul. Kościuszki 165,…dzisiaj – otoczonego ogródkiem i….. ciszą…

A jeszcze poniżej zdjęcie wraz z żoną – szczęśliwych.,… na ławce. Pięknie jest oglądać ich szczęście. Chwile pozostają wieczne.Tak,… właśnie chwile – te pozornie najbardziej kruche fragmenty naszego życia

 

9,5….moje pokolenie
Myślę, że trzeba być z mojego pokolenia, żeby poczuć nastrój tego filmu…

To wydaje się takie wczoraj…

 

„Wszystkie kolory Wiosny”
Dalej tak samo jak kiedyś zachwycam się tymi kolorowymi, czarodziejskimi dźwiękami….. Właśnie odłożyłem gitarę….

Każdy dzień to nowa kartka papieru….A życie to jedna wielka, nieprzewidywalna i fascynująca przygoda…

 

„Długa droga do domu”
Dotarłem wreszcie do domu.

Kończę swoją podróż tam, gdzie ją zacząłem – w naszym Ustrońskim mieszkaniu. Patrzę przez wielkie okno na błękitne, wiosenne niebo. Dużo się ostatnio wydarzyło. Trochę za dużo i za szybko…..

W samej końcówce operacja.

To doświadczenie z pewnością mnie zmienia….Jak bardzo Odpowie na to czas.

Parę tygodni temu, jeszcze w szpitalu – skradziono mi telefon. Siłą rzeczy straciłem kontakt z internetowym światem. Wiem, że niektóre życzliwe mi osoby mogły do mnie pisać….. . Pozostały bez mojej odpowiedzi. Przykro mi bardzo z tego powodu. Nie mam dostępu do tych treści. Jeżeli któraś z tych osób czyta niniejszy tekst – chciałbym powiedzieć: Dziękuję za dobre słowa…..

Mam w tej chwili kilka podstawowych priorytetów: Znalezienie w tych trudnych dzisiaj czasach pracy, dojście do pełni zdrowia i spokój…. dużo spokoju.

Nie będę się udzielał w mediach społecznościowych.
Pozostawię jedynie mój blog, na którym czasem coś napiszę, jeżeli poczuję taką potrzebę…..

Patrzę w słońce i staram się być szczęśliwy…… Tego Wam również wszystkim szczerze życzę.

 

„Refleksja przy kominku”
Siedzę wieczorem i zszywam swój raincoat,….. poszarpany na wietrze.
Za oknem raz słońce, raz deszcz. Póki nie ma jednak wiatru, jeszcze nie jest najgorzej. Czekam na wiosnę… wiem, że przyjdzie. Było tak już 48 razy w moim życiu i wierzę, że będzie i po raz 49-ty ?

Tu,… w kuchni tego małego, angielskiego domku – mam swoje ulubione miejsce. Siedzę przy kominku… I przy świetle niewielkiej lampki coś tu zawsze robię. Widać stąd dobrze zachody słońca, a taki zachód – to dla mnie zawsze chwila na zastanowienie . To, jak przeżyłem ten jeden dzień – mówi mi wiele o tym, jak przeżywam aktualnie swoje życie ? Jak nim teraz właśnie steruję. Jak zeglaż – od wschodu słońca, do zachodu.

Powiedziałbym nawet , że jeden dzień jest miniaturą całego życia.

Wieczorami dokonuję więc autokorekty kursu swojej żeglugi. Nie na wszystko starczy mi czasu……

Stan posiadania zredukowałem do jednego worka, jaki mogę nieść na plecach. O dziwo, jest wypełniony tylko w 70 % i są w nim naprawdę najpotrzebniejsze rzeczy. Zawsze chciałem to osiągnąć i zawsze miałem jednak za dużo wszystkiego. Mieć tylko tyle, ile mogę swobodnie unieść. I móc szybko maszerować. Stan posiadania zabałaganiał mi sprawy naprawdę istotne. Trochę podobnie było z moimi kierunkami działań… zawsze było ich zdecydowanie za dużo….

Naomi wróciła dziś ze szkoły stepowania amerykańskiego. Wziąłem do ręki jej piękne buty, przeznaczone do tego tańca – podkute wielkimi, metalowymi blaszkami. Zawsze podobał mi się ten taniec.

Kiedy miałem może z 7 lat, to naoglądałem się filmów z Fredem Astairem i Gene Kellym. Swoje wyjściowe buty podkułem blaszkami, jakie znalazłem w starym pudełku dziadka. Takie blaszki w kształcie litery „U”, chyba jeszcze sprzed wojny. Służyły do tego by nie ździerały się podeszwy. Wtedy buty były drogie. Ja wykorzystałem te blaszki do czegoś innego. Stukałem nimi potem na korytarzu. Echo niosło się daleko. Ten dźwięk mnie ujmował. I pomyśleć, kolejna rzecz jaką a chciałem kiedyś robić. Potrzebowałem do niej zaledwie butów z blaszkami i mógłbym tańczyć dosłownie wszędzie. Co to za problem zabrać ze sobą buty…

Przypomnialem sobie potem o tym dziecięcym marzeniu kiedyś w Monachium. Mieszkałem w starym hotelu o nazwie Deutches Theater…. , na ostatnim piętrze, w pięknym mansardowym apartamencie. Hotel miał lata świetności dawno za sobą, ale jego rozmach wciąż się tam czuło. W dużym i słonecznym wnętrzu miałem nawet bukiet czerwonych róż w wazonie. Na ścianie wisiała duża reprodukcja obrazu Tamary Lempickiej. Nie spodziewałem się czegoś takiego za tą cenę. To był ostatni wolny pokój w mieście. Życie sprawia czasem i miłe niespodzianki.

Na wprost była szkoła stepu. Czasem ktoś wychodził przed lokal zapalić papierosa. Klimat na tej ulicy był jak z przedwojennych filmów… Neony,… Kolory, drogie samochody podjeżdzające pod lokale. Na górze w tej szkole wszyscy tańczący wystukiwali jeden rytm, jak w prawdziwym music-hallu. Ulica była wąska a dom na przeciw taki bliski….. Tańczyli wręcz obok mnie. Podobało mi się to…………. Bardzo…

Pomyślałem wtedy, że będę uczył się tego tańca. Potem z grupą zapaleńców zorganizujemy rewię w stylu lat 20-tych i wystąpimy w Katowickim kinoteatrze Rialto. To było najodpowiedniejsze miejsce do tego właśnie (tak to sobie wtedy wyobraziłem). Buty dobre do przybicia blaszek znalazłem przypadkiem u szewca w Łodzi, na Piotrkowskiej. Były wyjątkowe – biało-czarne (A zaraz na przeciw kupiłem swój podróżny, marynarski worek – z demobilu). Pamiętam, że wszedłem potem na espresso do „Pożegnanie nią z Afryką”… wszystko było obok siebie. I słońce takie piękne, wpadające do kawiarni … Kawę mieli niezwykłą.. Piszę o tym, jakby to miało jakieś znaczenie….. może ma…? To była piękna chwila….

***

Rozmawialismy tamtego wieczoru w kuchni o Singing in the Rain z Kellym…. tak powoli zacząłem sobie coś przypominać….

Co za pomysły rodziły się wtedy w mojej głowie ? .. I to jeszcze nie tak dawno temu….

Potem wybrałem jednak tango…. A potem….. zrezygnowałem nawet z tanga….dla znacznie ważniejszych rzeczy.

….. Zamyśliłem się…. W końcu powiedziałem:

– Fajnie było zobaczyć prawdziwe buty do stepu – rzuciłem krótko, oddając je Naomi.

Popatrzyła na mnie przez moment przenikliwie.. i zamknęła je na powrót w pudełku….

***

PS

Znalazłem na YouTube krótki film o Brighton. To są wręcz obrazy z mojej drogi do pracy i z okna tego domu. Tak tu dokładnie jest. Bardzo dobrze oddaje to, co tu widzę i odczuwam. Dzień za dniem i noc za nocą przechodzą mi bardzo szybko. Wschody i zachody słońca to tylko chwila…..Nie na wszystko starczy mi czasu….Już to dziś wiem. W moim wieku to rozumiem. Te buty do stepowania mi o tym przypominają ? Trzeba niestety wybierać. Nie można mieć wszystkiego…

Szkoda, że nie ma tu ze mną Iwony i Artura. Tyle bym im pokazał… No i usmażył im naleśniki. Właśnie dzisiaj je robiłem. Artur je tak uwielbia.

Step w wykonaniu legendy….To zwłaszcza ta scena mnie zachwyciła…Mój ideał człowieka – Nie ma nic, nawet deszcz na niego leci,…. ale on to ma zupełnie za nic i jest szczęśliwy….. Tak właśnie zawsze chciałem ??Pozornie nie mieć nic, by w rzeczywistości mieć wszystko. Bo tak naprawdę zawsze to w sobie mamy, bez względu na wiek i życiową sytuację.

Tak sobie teraz jednak myślę….Może zobaczę, czy gdzieś tu nie mają takich butów. A może by tak jednak??? ??? Why not? Jest tu w kuchni nawet zupełnie przypadkiem duże lustro oparte o ścianę, przy podłodze. Widać idealnie nogi. No i ten drewniany parkiet…. Hmmmm. Zatańczyłbym tak teraz w ciepłym deszczu,… na wiosnę,… w Siemianowicach.


 

Dzień i noc. Noc i dzień….
Ostatnio tylko pracuję i krótko śpię…. przychodzę późno,, albo raczej wcześnie. Trudno powiedzieć. Normalni ludzie zwykle wtedy śpią.

Potem padam na łóżko i zasypiam – zazwyczaj w ubraniu. Leżę wśród swoich przeróżnych kartek z tekstami i rysunkami… jak pijak w barłogu wśród swoich butelek…. Co zdążę jeszcze napisać – piszę szybko, bo wydaje mi się, że czas wtedy nie istnieje… i padam tak nieprzytomnie….

Budzę się potem w środku nocy, żeby wziąć prysznic.
Na pamięć w ciemnościach idę do łazienki. Nie zapalam światła, bo kłuje mnie w oczy.
Właściwie,… to mógłbym ich w ogóle nie otwierać…

Przez moment zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia.

Jestem jak te mewy za oknem,…… zawieszony teraz w jednym punkcie…. na wietrze… Przyglądam się im.
Ani to nie fruną do przodu,.. ani do tyłu.
Podtrzymuje je tylko wiatr.
Dryfują….mistrzowie powietrznego surfingu…

Może czekają na lepszy moment? ….. Nie wiem.
Może tak razem czekamy…

 

„Wprawiacz w dobry nastrój”
Odkryłem dzisiaj podczas śniadania w hotelu, że ludzie są mi szczerze wdzięczni za bardzo proste gesty…Za uśmiech, serdeczność.. Czasem po prostu zauważenie ich i pamiętanie o tym, co zamówili np. wczoraj,…. albo czy nie chcą jeszcze trochę kawy…. Ot tak – za te proste ludzkie i naturalne gesty.

Uśmiechają się do mnie i widzę ich prawdziwą, niekłamaną życzliwość. Dajemy ją sobie zresztą nawzajem. Jakbym dawał im jakiś rodzaj wewnętrznego spokoju i zadowolenia. A może nawet przyjemności. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi… nie odkryłem tego jeszcze, za krótko tu pracuję…. ale takie odnoszę wrażenie. Wiem też, że i mnie sprawia to wielką satysfakcję. Kiedy żegnając ich mówię „Życzę miłego dnia”,….. to mówię to całym sobą. I oni to na serio czują. I ja też tego sobie samemu życzę.. ?

W tej mojej małej, niepozornej pracy odnajduję to, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze – a mianowicie kontaktach z drugim człowiekiem. A nam tych kontaktów bardzo dużo. Każdy dzień jest tutaj zupełnie inny i całkowicie nieprzewidywalny.
Odkryłem, że choć pozornie nie mam nic – to w praktyce mam bardzo wiele. Dzielę się więc tym, co mam…. – sobą, swoim spokojem i przyrodzoną mi beztroską ?

Pewna koleżanka z mojej ostatniej pracy powiedziała mi kiedy odchodziłem – coś, czego nie da się zapomnieć… bo były to najpiękniejsze słowa jakie słyszałem na temat mojej pracy.
Powiedziała mianowicie:
– Jarek, ja już teraz zazdroszczę ludziom, z którymi kiedyś będziesz pracować..

Jak to jest? Ktoś robi ci najpierw w życiu wielką przykrość, a nawet zmienia bieg twojego życia… a potem ktoś inny powie ci coś takiego, co nadaje wszystkiemu jeszcze głębszy sens….

Doszedłem więc dziś rano do wniosku, że chce wykonywać nowy zawód, a nazwę go „Wprawiacz w dobry nastrój”.
W tym właśnie chcę się specjalizować. Jutro znowu będę to robić… z gośćmi, z pracownikami… i wszystkimi, których spotkam.

Dziś Nigel był na zmywaku prawdziwym mistrzem świata. Manuel z Włoch zrobił spaghetti, jakiego w tym hotelu jeszcze nie jadłem… A młody Ben pracował ze mną całą dniówkę ostro ramię w ramię. Nawet troszczył się o to, żebym sobie zrobił przerwę. A wczoraj inny Ben przyszedł do mnie z kubkiem Lavazzy. Wiedziałem, że chce mi w ten sposób podziękować za dobrą dniówkę. I to było piękne…. Serio.

Powiedziałem im o tym wszystkim… każdemu z osobna. Powiedziałem o tym jaka robią pracę. Bo była to zresztą najszczersza prawda.

A potem niespodziewanie. pod koniec dniówki podszedł do mnie menadżer,… starszy gość. Jest chyba legendą tego hotelu.. Podał mi żółwika z pieści… i podziękował za dobrą pracę.

Zauważyłem więc , zupełnie nieoczekiwanie, że ludzie tego właśnie ode mnie chcą….. Dawania im dobrej aury. A ja zamierzam im to dawać.
Tak więc to kolejna specjalizacja, jaką przychodzi mi robić w moim skomplikowanym życiu. I czuję, że to naprawdę ma wielki sens.

Od rana o tym myślę… i patrzę na to piękne słońce ponad Kanałem La Manche – z okien naszej hotelowej restauracji….

 

Siedem Siostr..
Jestem już w Wielkiej Brytanii ponad 3 tygodnie. To jest taki czas, że zaczynasz rozumieć że jesteś za granicą. Nie tak turystycznie…. nie tak sobie last minute. Zaczynasz czuć całym sobą, że jesteś w zupełnie innym kraju i innej rzeczywistości….

Tu nawet zachody słońca są jakby inne. Takich jeszcze nie widziałem…

Po poszukiwaniach pracy, odwiedzaniu hoteli, restauracji barów……. znalazłem pracę jako barman w jednym z hoteli. W pięknym, starym hotelu…. położonym tuż nad samym morzem, przy głównej promenadzie. Zaraz obok są Hilton i Grand. Nie najgorsze towarzystwo….Mój jednak jest chyba najstarszy z nich wszystkich. Jest z 1824r. Wiekowo zbliżony może być jedynie Albion, w którym mieszkałem na samym początku – zaraz przy molo i Queens, tuż przy nim.

Tak więc zamiast na zmywaku, w pierwszym pubie po wyjściu z dworca – do którego od razu poszedłem (taki był mój pierwotny plan, kiedy się dowiedzialem, że straciłem pracę w Polsce „Wejdę do najbliższego lokalu od dworca i tak zacznę pytać. W jednym, drugim, dziesiątym, trzydziestym…. ” )… pracuję w tym pięknym hotelu. Ktoś wyżej ma co do mnie chyba jednak jakieś inne plany ?. Zmywak też chętnie wezmę, jeżeli taki będzie moment. Każda praca jest dobra, jeżeli jest dobrze wykonywana (cyt. z Einsteina ?).

Jestem więc barmanem i przyjmuję to z zadowoleniem. Jeszcze 2 tygodnie temu moja sytuacja wyglądała zupełnie inaczej…. Miałem w tym wszystkim dużo szczęścia. Przyjechałem tu zupełnie bez przygotowania i nie znając nikogo. Znałem tylko jedno – język angielski. Pomagał mi w życiu już wiele razy. Teraz…. po raz kolejny.

Na razie pracuję na drugie zmiany. Zaczynam po południu i kończę bardzo późno. Potem wracam nocą wzdłuż morza…. Idę tak z rękami w kieszeni i rozmyślam o wszystkim, co się wydarzyło w ciągu jednego tylko miesiąca.

Parę dni temu był bardzo silny wiatr od Atlantyku. Zachodni wiatr. Deszcz walił z taką siłą, że każda kropla wbijała mi się w twarz… jak kolejna igła… wręcz boleśnie.
Szedłem tak w noc,… pochylony mocno do przodu. Walczyłem z wiatrem. Po drodze mijam zawsze pewien kosz na śmieci, którego boczna klapa ciągle sama się otwiera i trzaska na wietrze… a ja w obawie że wiatr ją kiedyś urwie – zawsze zamykam ją nogą. Zaczep łapie.. i mam poczucie zrobienia czegoś dobrego dla świata. Prawie codziennie ją tak zamykam….. I tak jakoś zawsze (nie wiedzieć czemu) przy tej właśnie okazji liczę dni, które upłynęły od mojego wyjazdu. Nazbierało się już trochę….

Deszcz chłostał tamtej nocy wszystkie te wiktoriańskie, dziewiętnastowieczne kamienice, które wyglądają jak żywcem wzięte ze starego Londynu.. To tak, jakby Londyn przesunąć do morza….Majestatyczne wejścia z wielkimi kolumnami, marmury, wielkie żyrandole przy wejściu…. Światła palą się jeszcze tylko w niektórych oknach o tej godzinie. Czasem ktoś nie potrafi zasnąć. Może coś jeszcze pisze, przy słabym świetle… A może czuje samotność i rozmyśla…..

Deszcz niemiłosiernie chłoszcze chodnik, na którym zauważam mimochodem napis „Don’t look down „… Co oznacza Nie patrz w dół. Zauważam go niezmiennie każdego dnia i nie wiem jak to się dzieje, że wśród tylu płyt chodnikowych zawsze zwrócę na niego uwagę. Gdyby mnie ktoś zapytał, gdzie on konkretnie jest, koło jakiego domu? – Nie potrafiłbym odpowiedzieć. Jedno jest pewne – jutro zauważę go znowu. Ktoś cegłą wydrapał ten napis tak, że nawet deszcz go nie zmywa.

Taki człowiek, który idzie pod wiatr zachodni – myśli o tym żeby się ogrzać…. Morze było tak wzburzone że rozpylone krople wody ograniczały mocno widoczność. Fale widziałem na kilkanaście metrów a potem tylko ściana ciemności.

Stanąłem przy budynku Davida Gilmoura od strony morza. Tam też ktoś jeszcze palił niewielkie światełko. Potem postanowiłem przejść między budynkami i oto wyszedłem do miejsca, gdzie blaszany szyld pewnego pubu kołysał się na tym silnym wietrze i zgrzytał. Stanąłem na wprost niewielkiego domu i popatrzyłem w górę. Widniał tam napis ” The Neptun” tak nazywał się pub, do którego doszedłem. Jego małe szybki z grubego szkła były tak zaparowane, że nie było widać niczego w środku. Jedno było pewne… było tam dużo światła i ze środka dochodziła muzyka.

Postanowiłem wejść. Przy wejsciu na podłogę ściekł z mojej peleryny cały deszcz. Obecni w środku spojrzeli na mnie…. a potem znowu wszystko wróciło do tego samego gwaru jak przedtem. Usiadłem przy barze i poprosiłem o jedno „Ale” . Barman uśmiechnął się życzliwie i zaczął napełniać mi Kufel z piwem. Używał do tego pewnego rodzaju dźwigni, którą pociągnął wielokrotnie zanim napełnił szkło. Piwo pompował ręcznie, starodawnym sposobem. Tych dźwigni miiał zresztą więcej. Do każdego z piw osobno. Robił to tak zamaszyście, że można by odnieść wrażenie, że steruję statkiem. Dźwignia skrzypiała przy tym cicho.

Piwo, choć zimne – było tym, czego potrzebowałem tamtego wieczoru. Gasiło moje pragnienie i działało przeciwbólowo.

Rozejrzałem się po obecnych w środku. Sami mężczyźni, za wyjątkiem jednej kobiety – która siedziała tuż obok mnie. Wyglądała jak piratka, w swoich tatuażach, w kolorowych włosach i z kolczykami… wszędzie, łącznie z przegrodą nosa.

Barman wydał mi się dziwnie znajomy. Krótko ostrzyżony blondyn. W uszach miał dwa wielkie kolczyki. Po chwili zrozumiałem skąd to skojarzenie. Pomalowane kreską oczy. No tak, oczywiście….W moich stronach tak wyglądają oczy górników. Mają pył węglowy w rzęsach praktycznie cały czas. Po tym od razu poznać górnika. Nie potrafi tego domyć i wygląda jakby miał pomalowane na czarno oczy. Barman jednak raczej nie był górnikiem….

Resztę ekipy w tym lokalu stanowiło kilkunastu mężczyzn w dźwięku po 50ce. Zauważyłem, że dwóch z nich nie ma paru zębów. Mieli już swój wiek i wyglądali jak zaprawieni w bojach. Myślę że po prostu żyli w tym pubie.

Pirackie skojarzenia nie opuszczały mnie od samego początku wejścia do tego lokalu.
Samo wejście do pubu wyglądało jak tył starego, okrętu.

Wziąłem drugie piwo. Rozejrzałem się po wnętrzu i zauważyłem w rogu niewielką scenę, a na niej gitarę na stojaku. Wszędzie na ścianach są stare zdjęcia znanych muzyków… najwięcej jest Beatlesów, Ale jest też Elvis, Chuck Berry, Ray Charles. Normalnie do tego miejsca pewnie bym nie wszedł. .. Zaprowadził mnie do niego tamtej nocy zachodni wiatr….i poczułem się w nim dobrze.

Popatrzyłem jeszcze raz na swoich kompanów… Pewnie, każdy z nich – gdyby wziął teraz ten instrument, który stoi sobie w rogu na stojaku – zagrałby jak David Gilmour…. Nie minęło 10 minut i jeden z tych gości z brakiem paru zębów – wziął gitarę do ręki i tak sobie po prostu zaczął grać…. Zagrał w taki sposób że czegoś takiego się nie spodziewałem. Zapomniałem, że jestem w Anglii. Tu ludzie chyba rodzą się z muzyką we krwi. Wszyscy w pubie uśmiechali się z zadowolenia. Potem zaczęli się obejmować serdecznie…Mnie natomiast zaczęło się wydawać, że wszystko się kołysze… Byłem zmęczony po pracy i tym nocnym marszem. Za oknem wiatr cały czas przeciągle wył. Deszcz ciął prawie poziomo. Nie chciało się wychodzić na zewnątrz. Wszystko jakby lekko się kołysało i miałem wrażenie, że ten budynek wyrwie w którymś momencie z fundamentów i popłyniemy wprost na otwarty ocean. Skojarzenie ze statkiem było coraz silniejsze……. Musiałem wyskoczyć z niego…. Nadszedł ten moment..

W jednej chwili znowu znalazłam się w ciemnościach na wietrze. Szedłem dalej w swojej długiej do kostek pelerynie. Wyglądałem jak jakaś postać z baśni, która sunie wzdłuż morza, w sobie tylko znanym kierunku. Brakowało mi jedynie w ręku jakiejś latarni ze świecą w środku. którą mógłbym sobie przyświecać ten mrok…

Niedaleko stąd jest takie miejsce zwane Siedem Sióstr. To urwisko, w którym morze wyrzeźbiło w białej skale potężny spad. Siedem sióstr dlatego, że tyle jest obok siebie tych białych urwisk. Wyglądają tak jakby morze potężnymi zębami wyżarło w skale ślad – zabierając kawał lądu. W takich miejscach kończy się znany nam, bezpieczny świat…

Przypomniał mi się pewien teledysk zespołu Eurythmics, z lat 80tych. W nim Annie Lennox chodzi w deszczu na angielskim wybrzeżu. Zapamiętał mi się ten teledysk. Czułem się trochę podobnie tamtej nocy.

Daleko jest mój dom – Iwona i Artur…brak mi ich….

***

Wreszcie docieram do domu. Mieszkam w typowym angielskim, szeregowym domku. Na piętrze mam swój ciepły, przytulny pokój. Biorę gorący prysznic i wskakuję do łóżka… Nakryty po same uszy grubą kołdrą -.. czuję jakbym ciągle słyszał silne fale, uderzające w wysokie skały……

 

Ostatnie 10min w Unii
Wróciłem z pracy, siedzę na łóżku i patrzę na zegar. Za 10min Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej. To wielka data i nie sądziłem, że zastanie mnie właśnie tutaj…..Może się jeszcze Anglicy rozmyślą… Zostały 2 minuty ?

Słucham w tym czasie muzyki, bo to ona barfzo łączy ludzi bez względu na inne różnice. Tu, na wyspach ludzie wyjątkowo kochają muzykę. Ci, którzy pogrywają tu zwyczajnie na ulicy – grają jak wyjęci z radia. Idąc nocą wzdłuż morza – mijam wiele domów… i jestem zadziwiony tym, w jak wielu z nich można zobaczyć gitarę. Wisi gdzieś sobie na ścianie, albo stoi na stojaku. W środku takiego angielskiego mieszkania właściciele jedzą sobie kolację i rozmawiają przy wesołym świetle małej lampy …a nierzadko pewnie sięgają po ten i inne instrumenty…. i grają.

Nie wiem teraz, jak pasuje do tego wpisu link poniżej, ale Anglia bez Beatelsów nie byłaby Anglią. Tu ich zdjęcia można spotkać gdzieś co chwilę. Przynajmniej dla mnie to bardzo silne skojarzenie. Anglicy jutro obudzą się już w innym układzie politycznym,… a ja tym czasem dziękując im za ich gościnność wspominam fenomenalnych The Beatles i mój ulubiony ich utwór (którym zadebiutowali zresztą )… „Love me do”… I świat oszalał ? Dobrej nocy Anglio.

 

Clannad…
Clannad, to mało znany szerszej publiczności, Irlandzki zespół, grający muzykę z pogranicza folk, progresywnego rocka i muzyki elektronicznej. Dlaczego o nich… dlaczego akurat dzisiaj….? Właśnie, żeby to było takie proste – odpowiedzieć, dlaczego coś dzieje się właśnie dzisiaj….. właśnie teraz.. .. ? Nie wiem..

Wszedłem do jednego z moich ulubionych miejsc, jakim jest biblioteka Jubilee w Brighton. Jest to wielki, nowocześnie zbudowany kompleks, gdzie wielu ludzie spędza całe dnie. Przychodzą się tu uczyć, popracować w skupieniu, napić kawy, kontemplować czas (jak ja, np.), albo zagrać w gry planszowe, jak tych co dwoje staruszków obok mnie. Mają oboje pod 80tkę i tak tu sobie widać przychodzą. Myślę, że taka biblioteka i kultura bycia w takich miejscach jest czymś wspaniałym. U nas w Polsce takich miejsc brak. Dla nas biblioteka to miejsce, gdzie się wchodzi po książkę i wychodzi. Nasze czytelnie w niczym nie przypominają tych tutaj. Tu przychodzi się po to, żeby z sobą być. To miejsca, w których są także strefy zabaw dla maluchów, strefy dla młodzieży. Ludzie szanują się nawzajem i zachowują cicho. Ten ledwie słyszalny, łagodny i kolyszący szum ludzkich głosów – wprawia mnie w błogi nastrój. Kiedy godzinę temu przyszedłem tutaj…wielki stół na środku alei z książkami – był pusty. Z sześciu wysokich krzeseł, zostało wolne tylko jedno…..Siedzimy tu sobie wszyscy, jak skomponowana przypadkiem rodzina. Starszy pan, co jakiś czas wylicza powoli:

– Five… Six

Już trzeci raz tak policzył. Nie znam się na dominie, ale to pewnie bardzo ważne ?. Dla starszych osób taka biblioteka jak ta – to błogosławieństwo. Zamiast siedzieć samotnie w domu, przychodzą tutaj – jak do pewnego rodzaju świątyni.

Mężczyzna znowu policzył powoli:

– One…. Two

Jest czas, kiedy uczymy się liczyć jako dzieci i czas kiedy zapominamy liczyć…

Dociera do mnie, jaki kawał historii przeżyła ta para. Urodzili się pewnie tuż przed wojną, a może w jej czasie…..Tyle mógłbym się od nich nauczyć, dowiedzieć o życiu i świecie, z ich punktu widzenia i miejsca, w którym tyle przeżyli.

Miło zwracają się do siebie ci staruszkowie. Widuje różnych ludzi, więc zwraca to moją szczególną uwagę. Są tu już że mną ponad godzinę, a nie padło ani jedno zgryźliwe słowo, czy nerwowa uwaga. Rozmawiają z sobą tak przyjaźnie… Ponad budynkiem słychać cicho mewy..

Przyszła też młoda studentka i około 50 letni mężczyzna, pracujący na Mac’u….. Miło mi tu z nimi się siedzi…

***

Mieszkam od ponad tygodnia w różnych hostelach. Spotykam tu bardzo różnych ludzi. Śpimy w pokojach czasem po 12 osób. Każde z miejsc, które odwiedzam ma swoją specyfikę. W jednym jest wiele osób pokiereszowanych przez życie, czasem chorych, czasem w ewidentnej depresji….odrzuconych może, czasem zawieszonych w czasie – tak, jak ja. Najwięcej jest Anglików, ale są tu ludzie dokładnie z całego świata. Dla niektórych te hostele stały się po prostu domem…często ostatnia stacją. Prawdę mówiąc… Tego się w Anglii nie spodziewałem. Tyłu tu ludzi jakby na to nie patrzeć – zagubionych…. Na ulicach też to widzę.

W tych hostelach można się umyć, przespać w cieple i rano zjeść parę tostów z dżemem. Do tego kubek gorącej kawy… to naprawdę dużo. Za oknem,.. bezdomni śpią po prostu na chodniku…Niektorzy z moich sąsiadów mogą się tam kiedyś znaleźć. Tu jest o jeden schodek wyżej. Bezdomnych do Brighton ściąga wielu. Przyjeżdżają na południe… najdalej jak się da… Potem jest już tylko ocean. Wielu z nich siedzi tu na chodnikach i pasywnie patrzy przed siebie…Co mnie zadziwia, bo są to w większości młodzi całkiem ludzie. Mały namiot, na środku ruchliwego chodnika – tutaj nikogo nie dziwi. Ktoś wędrujący z kołdrą i proszący „Some change Sir? „… to częsta scena. Na ulicach można spotkać takich ludzi, a za chwilę przejedzie Bentley, Tesla, czy McLaren. Jest tu wszystko. Koloryt, koloryt, koloryt….

Jest to jednak przede wszystkim miasto sztuki i swobody . Dowiedziałem się bardzo szybko po przyjeździe tutaj, że Brighton to brytyjska stolica LGBT. Jest tu mnóstwo lokali oznaczonych flagą z tęczą – co oznacza otwartość na osoby o takiej orientacji. Widok dwóch starszych mężczyzn, trzymających się na spacerze za ręce – tu wcale nie szokuje. Co jakiś czas widzę w różnych miejscach mężczyzn w kobiecych ubraniach, z makijażem. Lesbijek jest tutaj nieprawdopodobna ilość. Wszyscy żyją tu jedak zgodnie i spokojnie. Nikt nikogo nie wyśmiewa. Panuje powszechna akceptacja inności. Ja też ich wszystkich akceptuję ?, choć sam jestem hetero. Nie przeszkadza mi to. Wierzę w to, co powiedział kiedyś jeden z myślicieli „Kochaj i rób, co chcesz”… Od zawsze tak myślę. Nie mam też nic do ludzi o innym pochodzeniu. Zdarzyło mi się tu mieszkać przez dwie noce z samymi czarnoskórymi chłopakami. Ciekawe doświadczenie, kiedy to biały człowiek nagle znajdzie się w „mniejszości” ?. I co? Było spoko… ludzie są wszędzie podobni. Jak napisał chyba Ryszard Kapuściński – „Pod cieńką warstwą kultury – wszyscy jesteśmy tacy sami”. A ja bym powiedział „Zawsze bądź po prostu czlowiekiem – a przyjmą Cię wszędzie”..

No tak, miało być o Clannad… A zacząłem pisać o czymś zupełnie innym. Chyba zmienię tytuł tego wpisu, bo zupełnie nie pasuje ?.

Dziś zamieniam hostel na mieszkanie. Kolejny rozdział. Wczoraj do północy rozmawialiśmy z Susan, Australijką i Denisem z Ghany…. Dziś z Patricia, z Irlandii (poetką ?) rozmawialiśmy o Clannad. W pewnym momencie, dla żartów zaczęła mówić po Celtycku. I tu dochodzę do wyjaśnienia, dlaczego Clannad. To zespół, który napisał muzykę do fantastycznego filmu, jaki bardzo zadziałał na moją wrażliwość. Chodzi o „Robin Hooda”, wersję z lat 80tych. Poniżej wrzucę jakieś linki, żeby przybliżyć temat. Obok takich filmów jak „West Side Story” – był to jeden z tych, które gdzieś mnie wewnętrznie budowały.

Pamiętam, jak zapisywałem tytuły ich utworów na okładce szpulowej jeszcze taśmy. Starałem się przy tym tak zapisać celtyckie brzmienie tych słów, żeby wyszło to możliwie wiernie…. Potem dużo starsze ode mnie studentki anglistyki – jakim pożyczyłem szpulę śmiały się z tego, co popisałem. Byłem wtedy tak onieśmielony tym, jak się z tego śmieją, że odbierając z powrotem taśmę, powiedziałem tylko krótko:

– OK

Dziś, po wyjściu z hostelu… idąc z workiem na plecach przez ulice Brighton, pełne niezliczonej ilości urokliwych kawiarenek, restauracji i pubów – nagle zauważyłem na samym dole tablicy z ogłoszeniami – plakat: „Clannad. Pożegnalny tour Marzec 2020, Brighton”.

Teraz wszystko jasne.

W filmie fascynowała mnie ich muzyka, pełna tajemniczości i niezwykłych nastrojów. Przenosiłem się w ten świat, stworzony przez twórców. Miałem może z 13 lat. Co niedzielę o g. 13.00. Pamiętam to dobrze. Czekałem jak na święto. Dla mnie Anglia to był w dużej mierze ten film. Zapytasz mnie: Anglia? – a ja w maksymalnie trzecim skojarzeniu odpowiem: Clannad.

Tak naprawdę to Irlandczycy. To dwie rodziny o dużych tradycjach muzycznych, grające obok instrumentów nowoczesnych – także na starodawnych, takich jak cytry, czy harfy. Robią to naprawdę wyjątkowo. Ponadto wokalistka tego zespołu – Moya – to siostra słynnej artystki, znanej jako Enya ?. Obie mają anielskie głosy. To dar…

Enya także grała na początku w Clannad, przed rozpoczęciem solowej kariery.

A co do Robin Hooda, to sama koncepcja autora tego dzieła była niezwykła. Niby przypadkiem, gdzieś w lesie – zebrała się grupa banitów…. z różnych przyczyn odrzuconych, albo ściganych, albo nigdzie nie pasujących przez swoją bezkompromisową inność… I ci ludzie stali się sobie tak bliscy, że byli gotowi walczyć w siódemkę z całym światem i umrzeć za wolność. Każdy z nich był jednocześnie taką indywidualnością, że aż cud że się nawzajem nie pozabijali. Połączyła tych ludzi głęboka przyjaźń i wiara w te same ideały…..Czy to nie piękne?

PS.

Chciałbym się wybrać na koncert Clannad ?. Poniżej trochę linków…

 

Teraz już wiadomo, o kogo chodzi ?. A poniżej „Together We”, czyli My Razem…. Grupa wyrzutków gotowych zginąć za wolność i za siebie nawzajem..

 

A co do mnie, to jest pewien utwór, który towarzyszył mi często w trudnych chwilach. Śpiewa go właśnie Moya Brennan wraz z Clannad. To utwór śpiewany w języku celtyckim, o którym pisałem wcześniej. Mówi o wędrówce „Idź Kochanie bezpiecznie”, śpiewa w refrenie Moya…….Idę ?

 

Faded…
Jest taki sen, który kilka razy do mnie wracał…Budziłem się wtedy w ogromnym smutku. Sen, w którym poszukiwałem ludzi, ale nigdzie nie mogłem ich znaleźć. Wędrowałem przez jakieś opuszczone i zniszczone miasta. Jak po jakiejś wojnie… Chodziłem po gruzowiskach, wspinałem się po metalowych konstrukcjach, zupełnie jak w dzieciństwie…. i wchodziłem najwyżej jak się dało – żeby zobaczyć, czy ktoś jest wokół….. ale nie było ludzi….. nigdzie…. I budziłem się…..

Pewnego dnia zobaczyłem kiedyś ten teledysk Alana Walkera…. i zobaczyłem swój sen. Nieprawdopodobne… ten teledysk tak bardzo przypominał mój sen… A ja byłem tym, który z całym swoim dobytkiem na plecach wybrał się w drogę…. szukać ludzi.

 

Spacer po Brighton…
Wybrałem się wczoraj na słoneczny spacer po Brighton. Dowiedziałem się przy okazji kilku ciekawych rzeczy. Tu mieszka David Gilmour z Pink Floyd, Adelle, Fat Slim Boy, Jimmy Sommerville z Bronsky Beat….i kto wie, kto jeszcze ?

Bliskość Londynu sprawia, że żyje się tu ludziom wygodnie…. A sami londyńczycy przywożą tu z sobą dobry nastrój, bo po prostu przyjeżdżają wypocząć.? Tak tu było sto lat temu i tak jest teraz….

Poniżej trochę fotek, jakie zrobiłem…..

Upssss… Okazuje się, że mam problemy techniczne i chwilowo nie mogę ładować zdjęć… .. szkoda. Wczoraj była piękna, słoneczna pogoda i zrobiłem trochę ciekawych ujęć…

No cóż….w takim razie załaduję parę utworów artystów, których wymieniłem wcześniej… Piszę z komórki i też nie jest to zbyt wygodne niestety, dlatego piszę raczej mało.. Zdjęcia postaram się załączyć jutro/ pojutrze ? na razie udało mi się wrzucić tylko dwa, ale mam ich sporo…

Adelle…. HELLO

David Gilmour… Pink Floyd w jednym z moich ulubionych utworów…

Jimmy Sommerville… i Small Town Boy. Pisząc o tym utworze w listopadzie – nie przypuszczałbym, że on pojechał tym pociągiem z teledysku właśnie tu… ? Widać coś tu jest rzeczywiście niezwykłego….

 

Why Liverpool?
Pamiętam to pytanie Mick’a przy bankomacie w Ustroniu:
– Dlaczego Liverpool?

– Bo Beatelsi,…. bo nad morzem…. i mam bezpośredni lot z Katowic.

– Jeżeli tylko tyle…. to leć do Brighton – odparł ? – Liverpool odwiedzisz potem…. No problem.

I tak jedno zdanie zmieniło mój kierunek.

– Wiesz, że zmieniasz moją historię? – powiedziałem.

Uśmiechnął się tylko i poszliśmy do pubu. Moja podróż zaczęła się tamtego dnia…. czułem to już wtedy…

***

No i jestem….. ? nad Atlantykiem… jak w moim ulubionym teledysku U2….. A głosy mew przypominają mi dźwięki ich gitar……, przedzierające się wysoko ponad ziemię – w przestrzeń…

Jak kiedyś, kiedy jako chłopak – słuchałem tego utworu że słuchawkami na uszach… w sobotni, długi wieczór. Przebierałem dłońmi po kołdrze, udając że gram na gitarze. A czy to były jeszcze ich gitary, czy mewy – wolne ptaki…. nie pamiętam tego. Czułem wiatr od oceanu…. aż tam, w Siemianowicach… ?

Mewa, to dla mnie synonim przestrzeni, słońca, lotu po to żeby po prostu lecieć….. wysoko.

Poniżej jedna z mew budzących mnie rano. Chodzą sobie po murku… na oknie ?

I 360 w Brighton.. wieża widokowa… Patrząc na ten azymut… wylecisz na otwarty Atlantyk…. bezkresny…

Born to be wild…..
Od paru dni obserwuję życie w Brighton. To miasto ma ponad 150 tys. ludzi. Jest całkiem niemałe. Nie bez powodu Anglicy mówię na nie czasem London on See.

Architektura jest tu tak różna, że czasem jest to Londyn a czasem nadmorski kurort. Główny deptak przypomina mi te z Lazurowego wybrzeża… Tylko w Środku palm brakuje. Siedzę teraz na Fish and Chips i rozmyślam… obok mam hotele Grand i Hilton a na wprost West Pier i najwyższą a wieże widokową na świecie i360. W Hali koncertowej tuż obok na światowe wody wyplynęła ABBA z utworem Waterloo, w konkursie Eurowizji.

Do Brighton z Londynu można podjechać w pół godziny a więc mniej więcej tyle ile miałem z Ustronia do Bielska, albo też połowa drogi z Ustronia do Siemianowic ??. A więc prawie nic. Ledwie ruszysz i włączysz radio a już jesteś. Londyńyczycy przyjeżdżają tu na potęgę… Zwłaszcza w weekendy i słoneczne dni. Bawią się w tutejszych lokalach, siedzą do rana w pubach, słuchają muzyki. Właśnie… ta miłość do muzyki jest tu widoczna wszędzie. Dwa dni temu obok mnie w pubie chłopak tak zagrał na gitarze…ze bylem pod ogromnym wrażeniem. Ich gust muzyczny jest naprawdę wysoki. Włosi maja najlepsza kawę ba świecie a Brytyjczycy muzykę… Tak to czuję. Tu na każdym kroku jest sztuką. Brighton jest znane jako miasto artystów i ludzi wolnych… tak czytam w przewodniku…

Kiedy kładę się spać.. to bywa, że przyjdzie wiatr tak silny, że wydaje mi się że jestem na środku morza w czasie sztormu…zastanawiam się, czy mój mały pokoik na ostatnim, piątym piętrze to wytrzyma ? wszystko na zewnątrz trzeszczy i wydaje się że zaraz się rozleci.. Wskakuję pod gorący prysznic a potem pod kołdrę. Słucham wycia wiatru nad La Manche, od oceanu… długo w noc.. A potem zasypiam. Błogo tu jest…

Rano budzą mnie mewy, które zaglądają do mojego mansardowego apartamentu. Chodzą sobie po murku.

Widok z mojego okna na molo… PIER…

 

Brighton..
Dotarłem do miejsca o nazwie Brighton. To nadmorska miejscowość… Pierwsze Kąpielisko Anglii. Jakby odpowiednik polskiego Sopotu….

Poszedłem od dworca wprost w dół,… do morza. Już sam dworzec zrobił na mnie wielkie wrażenie – stary, 19-wieczny…jak z „80 dni do okola świata ” Juliusza Verna, zaraz przed podróżą samego Williasa Fogga (naczytalem się kiedyś). Esencja brytyjskości. Przypomina mi ten dworzec trochę mediolański. Ma ten sam szyk i rozmach. Oba też mają na końcach każdego toru bary i restauracje. Tu się chyba nic nie zmieniło od 200 lat. Pięknie tu…

Szedłem dalej w dół… Po drodze mijałem tyle starych, urokliwych restauracji, barów i pubów. Co chwilę w tych wąskich uliczkach jeżdżą piętrowe autobusy – jak w Londynie. Sama przejażdżka takim busem to musi być w tych stronach niezła wycieczka.

Anglicy kochają swoje puby. Widzę wielu uśmiechniętych ludzi w środku. Każdy z tych lokali na myślę ze 150-200 lat.

Anglia, to kraj starych tradycji…. W taką pogodę jak dziś – przy wietrze, który tu, nad kanałem La Manche wręcz sam pcha człowieka w sobie znanym kierunku ? – wejście do środka to po prostu dokładnie to, czego pragnie. Uśmiechnąłem się po drodze, widząc takie miejsca….I tak doszedłem do morza. Stałem z marynarskim workiem na plecach – z całym swoim dobytkiem w nim zawartym… Stałem i patrzyłem przed siebie….

– Jestem tu – pomyślałem.

Przedwczoraj wieczorem oglądaliśmy z Iwoną i Arturem album, jaki kupiłem w UK, w Plymouth… 23 lata temu. Jest też w nim wzmianka o Brighton. I rząd hoteli wzdłuż morza…Postanowiłem dotrzeć dokładnie do miejsca, w którym zrobiono to zdjęcie..

Brighton znają wszyscy Anglicy…i ja też chciałem je poznać… ?. Więc szedłem nim pod ostry wiatr.

Początkowo chciałem jechać do Liverpoolu. Spotkałem jednak w Ustroniu Mika – pewnego Anglika. Niesamowite to było spotkanie, tamtego wieczoru. Właśnie miałem kupić bilet a tu on. I pyta mnie:

– Dlaczego Liverpool?

– Bo jest nad morzem i Beatelsi byli stamtąd.

Uśmiechnął się tylko.

– Nie rób tego – mówi. Ja dużo podróżuję po świecie.. I wiesz, co Ci powiem? Trudno jest znaleźć takie miejsce jak Ustroń. Jestem tu z 7 razy na rok. Kupiłem nawet grunt. Bywam w Kanadzie, Meksyku, Australii…… ale to tu czuje się najlepiej. Coś tu jest niezwykłego.

– Wiem – mówię

– Ale, jeśli już chcesz jechać do UK, to jedź do Brighton. Ktoś, kto kocha Ustroń – polubi Brighton. Mam rodzinę w okolicy. Dobrze się tam żyje…. Jedź do Brighton. Potem poszliśmy na piwo do „Tete a tete” i długo rozmawialiśmy.

– Wiesz, że zmieniasz moją historię? – zapytałem tylko.

– Twoja podróż zaczęła się tutaj – powiedział, uśmiechając się zagadkowo. – Daj znać jak będziesz na miejscu. (Faktycznie – napisze do Mika SMS… przypomniałem sobie o tym. Napiszę „Pozdrowienia z Brighton”. Rozbawi go to pewnie. Sympatyczny z niego człowiek).

O tej miejscowości wiedziałem tyle, że w moim ulubionym filmie Ralph Fiennes śpiewa…

„Gdy wyszłaś na plażę w Brighton – uciekły wszystkie ryby”…

– Coś w tych pozornie przypadkowych zdarzeniach musi być – i tak oto tu jestem.

Skrecilem w lewo i znalazłem się prxy pięknym hotelu Royal Albion… Przy samym molo. Cudownie tu.. Po prostu wszedłem do pierwszego z brzegu… bez Bookingu czy czegoś tam. Wialo tak, że nie byłem w stanie iść już dalej. W środku ciepło i miło. Wielki hall… Stara restauracja i piękny bar. Ktoś śpiewa z mikrofonem w salonie….. Wowww… Widać tak musiało być. I jestem.

? Siedzę teraz przy hotelowej lampce, na wygodnym fotelu, z wycuagnietymi nogami. Zdałem mokre ubrania i grzeje mnie wielki kaloryfer. Patrzę w morze za oknem i piję mocną, gorącą herbatę. Zwyczajem angielskim – z mlekiem. Mam tu nawet czajniczek..

Cały hotel, ten mój pokój… i wszystko tu – ma swój niezwykły klimat… Jak z obrazów Jacka Vetrianiego… czy może być lepiej dla kogoś takiego jak ja ?

W tym małym pokoiku z wielkim łóżkiem – jest łazienka z wanną… O jak miło będzie się w niej wykąpać po dniu podróży. Z Ustronia, przez Norwegię… do Londynu… i w końcu do Brighton…

Jutro idę szukać pracy. W szafie nawet jest żelazko…. Wyprasuję nim swoją najlepszą, białą koszulę Windsor… i idę w miasto ? Może szczęście się do mnie uśmiechnie…

Ponizej foto z Brighton i mój hotel.

No i coś z klimatów Vetrianiego. Wiatr u niego na obrazie – jak tutaj.. dokładnie ?

 

UK moje UK
I jestem tu…. znowu, po prawie ćwierć wieku nieobecności ?. W innych okolicznościach i w innym celu. Wtedy jako młody inżynier w garniturze i krawacie …. mieszkający w drogich hotelach….. Teraz jako 48 letni wagabund ?. Jak pięknie jest oglądać życie z różnych stron… i studiować na najważniejszym ze wszystkch uniwersytecie – uniwersytecie życia….

Na lotnisku London Gatwick grają właśnie Bruce’a Springstena….. ? Fajną, łagodną balladę.. Piję swoją pierwszą po latach brytyjską kawę z mlekiem. Tak mleczna jak ta dzisiejsza mgła. Trawy nigdzie nie są tak zielone a mgły tak gęste. Nawet do ładowania podchodziliśmy dwa razy przez mgły i silne wiatry.. Piję tą kawę spokojnie…. no i myślę,…. co dalej……. Zupełnie nie mam pojęcia – a jedynie jakiś bardzo mglisty zarys….. – Jak ta mgła ?……Ale znając siebie – zaraz coś wymyślę. Niech no tylko dokończę tę kawkę ???

London Gatwick 14.01.2020

 

Ustroń – Oslo – London Gatwick
Ucałowałem wszystkich… A potem wsiadłem w ostatni pociąg 19.46 – z Ustronia………..

Teraz czekam na samolot do Oslo…. i myślę o gorącej kawie. Przysypiam obok Coffee House. Zaraz pójdę się jej napić, bo właśnie otwarli i słychać pierwsze uderzenia opróżnianej kolby z ekspresu do kawy. Obok jest welka, czerwona choinka.

Święta tego roku przeżyliśmy pięknie…. mimo tych wszystkich trudności jakie przyniosło życie. Trzymamy kurs….. czuwam nad tym. Choć niejeden powiedziałby, że jestem szalonym sternikiem. Nie jestem – wiem, co robię ?

„Wigilia 2019”
Tak więc minął dokładnie rok od momentu, kiedy uruchomiłem swojego bloga. Rok z dokładnością co do godziny ? Tak się składa, że dokładnie tak jest. Wtedy w ciągu zaledwie dwóch godzin uruchomiłem wszystko. Pamiętam, jak to było. Wydawałoby się to niemożliwe. Musiałem przebrnąć przez problemy techniczne, nieznajomość oprogramowania, itp. itd. A jednak bardzo chciałem to zrobić – i tak od pragnienia do realizacji – zrobiłem to ! I wiem, że to byla dobra decyzja… ?

Myślę, że warto – by każdy z nas tworzył własnego bloga,…. własną opowieść. Aby pokazał innym jak odczuwa świat. Internet to potężne narzędzie i można je wykorzystywać na różne sposoby – także po to, aby dzielić się z innymi…. sobą. W razie – gdyby ktoś potrzebował pomocy w tym, jak przebrnąć przez to wszystko i jak to zrobić – chętnie pomogę ? Ja uczę się tego sam i mam jeszcze wiele pomysłów na przyszłość ?

Patrząc wstecz – widzę, że trochę tego jednak napisałem. Ten blog, ……kilkaset wpisów na Facebook, Instagram. Każdy wpis jest jak mały kawałek puzzli, które kompletują to, co chcę powiedzieć.

Kiedy przeglądam te różne wpisy, to odczuwam to co wtedy, kiedy je pisałem. A pisałem je w bardzo różnych okolicznościach. I tak, każda drobna różnica w nastroju, sytuacji, czy czegokolwiek – sprawiają, że dany tekst jest inny, niepowtarzalny….Pewnie gdybym pisał je w innym momencie – także byłyby ciut inne.

Cieszę się, że ktoś czyta to, co piszę. Przekonuję się o tym czasem w rozmowach. Ktoś np. nie śpi w nocy, bo tak mu się akurat zdarzyło i otwiera mojego bloga……zaczyna czytać i przenosi się wraz ze mną tam gdzie ja. Zabieram go we wspólną podróż w czasie….. Taka oto jest niezwykłość słowa pisanego. Twórca i odbiorca – spotykają się w połowie drogi. To, gdzie powędrują – zależy tylko od ich wyobraźni i wrażliwości. Słowa potrafią dotrzeć do najniższych warstw psychiki i uczuciowości, bo odpowiadają wprost sposobowi w jaki myślimy….a myślimy – niejako mówiąc sami do siebie ? Ze słowami trzeba obchodzić się ostrożnie. Ja staram się robić z nich dobry użytek. W to wierzę i to chcę robić dalej……..

Ciepłych i pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia 2019.

A co do przyszłości – Tom Hanks (konduktor) – mówi….

One thing about trains: It doesn’t matter where they’re going. What matters is deciding to get on…. (Jedna rzecz, jeśli chodzi o pociągi: nie ma znaczenia, dokąd jadą. Liczy się decyzja).

Zegar w salonie na tym filmie….tyka identycznie jak nasz – w środku nocy, tuż przed wschodem słońca ? Tak więc Magia Świąt działa ! Życzę Wam wszystkim, żebyście zawsze słyszeli ten dzwonek

„Early Bird….”
Przebudziłem się bardzo wcześnie. Za oknem było jeszcze ciemno. Leżałem na kanapie, …patrząc przez szklaną ścianę na zarys gór. Słońce jeszcze nie wstawało. Wielki zegar na ścianie cicho i łagodnie tykał…. To jego tykanie jest zawsze takie spokojne….Obudziłem się i wiedziałem, że poprzedniego dnia zdarzyło się coś ważnego……, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć co….?

Powoli mój umysł zaczął się budzić…..już wiem……poprzedniego dnia straciłem pracę. Nie przedłużono mi umowy. Zupełnie nieoczekiwanie – po 3 latach pracy…….

Lubiłem tę firmę – bardzo. A już wyglądało na to, że życie zaczyna się układać….

Jest 20.12.2019. Za trzy dni Artur ma urodziny, a za cztery jest wigilia. Już wszystko składa mi się w całość. Już się dobudziłem. Pozycjonuję się w czasie i przestrzeni ..siadam powoli na kanapie. Spałem w ubraniu – bez przykrycia….

Przyglądam się swoim dłoniom, jak wtedy w nocy, otoczony swoimi rysunkami. Postacie z rysunków patrzyły wtedy na mnie – a ja nie mogłem uwierzyć, że sam je stworzyłem…..dałem im życie. Cokolwiek teraz nie będę robił i cokolwiek się nie zdarzy – mogę to zrobić własnymi rękami – ….tyle mam. Nimi mogę zrobić wszystko od nowa – sam tak przecież pisałem. Robiłem w życiu bardzo różne rzeczy i nie brak mi odwagi. Potem dotykam powoli dłonią czoła….mój umysł – tyle mam. Tam są wszystkie moje doświadczenia i moja wiedza. Moja wrażliwość i moja siła. Mam też dwie nogi – mogę na nich zajść daleko, nawet mając worek marynarski na plecach. Przecież w nim wszystko wciąż jest gotowe – właśnie na taki moment. Dotykam swoich twardych mięśni…..jestem silny i takim się czuję.

Siedzę tak jeszcze chwilę w ciszy………

Potem biorę głęboko powietrze w płuca i energicznie wstaję. Do włoskiej kafetiery wlewam czystą ustrońską kranówkę…..potem wsypuję mieloną kawę i jak zwykle przed zamknięciem wieczka wdycham zapach esencjonalnej kawy…upajam się nim……. Nic się nie zmieniło. Poranek jak zawsze ?

Mężczyzna jest po to, żeby iść pod wiatr. Jest po to, żeby przedzierać się przez noc…..Teraz przychodzi czas, kiedy po raz kolejny trzeba to udowodnić.

Życie jest nieprzewidywalne i zaskakujące – a już moje na pewno. Naprawdę chciałem je tym razem ustabilizować, zapewnić bezpieczeństwo……wreszcie zatrzymać się w tym pędzie. Nie chciałem żeby było jak podróż pociągami, kiedy wychodząc z jednego – porywa Cię drugi. Wyskakujesz na jakimś peronie w ciemną, zimową noc. Wszędzie biały, wysoki puch…..i już widać tylko ledwie małe światło ostatniego wagonu, tego pociągu w którym jeszcze przed chwilą jechaliśmy. Czekasz na następny pociąg…..jeżeli jakiś przyjedzie. I nadjeżdża….i porywa Cię z sobą….już inny świat, inni ludzie, inne miejsca, inne sprawy……..Trochę jak w tym filmie dla dzieci „Express Polarny” ? Mijają pory roku …lata… Zatrzymujesz to co najpiękniejsze w sercu..a wszystko pędzi – jakby coraz szybciej i szybciej. Ważne jednak jest to że zatrzymuję to w sercu. To pozostanie.

Nasze życie podzielone jest na miejsca zamieszkania. W elektronicznych archiwach są katalogi o nazwach miejsc, w których mieszkaliśmy. I tak, pod tymi katalogami są całe historie. Jak galaktyki, które na niebie są punktem, pod którym kryją się wielkie historie. Są tam zdjęcia, moje teksty, rachunki za mieszkania, moje rysunki, faktury, umowy, umowy o pracę, nagrania muzyczne, itp. itd. To trochę tak – jakby żyć co najmniej kilkanaście razy……..widać tak musi być. Widać muszę poznać wszystkie kolory tęczy i doznać bardzo różnych rzeczy. Może jest mi to do czegoś potrzebne ? Może tego nie rozumiem – teraz to nie ważne. Wiem, że rozumie to siła, która mnie prowadzi. Jak zawsze jej ufam……Jestem całkowicie spokojny.

Wczoraj, mój dobry kolega napisał mi na Messenger:

„Idź śmiało przez życie i bądź człowiekiem, gdziekolwiek zostaniesz posłany…..”

Oddał dokładnie mój sposób myślenia. On też tak czuje.

Niedziela 22.12.2019

Tymczasem jutro urodziny Artura a pojutrze wigilia. Cudowny czas ?

Nie wiem, co wymyślę, ale wiem że to będzie dokładnie to, co powinienem – i to będzie dobre ?

Momentami jest tak, jak na tym fragmencie z „Polarnego Expresu” . Czuję się jak Tom Hanks sterujący tym pociągiem na filmie poniżej. Wszystko pęka pod nimi, a pod lodową krą bezkresna toń lodowatej wody, ….. nie ma się na czym oprzeć – lód pęka i pęknięcie ściga ich bezlitośnie. Szczelina w górze lodowej przez którą chcą przejechać jest daleko i wydaje się nieosiągalna. A to oznacza, że trzeba jeszcze bardziej dołożyć resztek węgla do pieca i wycisnąć max z parowego kotła…Pociągiem rzuca na lewo i prawo. Zaraz pociąg chyba sie wywróci……ale jednak się nie wywraca i udaje się….., bo Tom – jak zawsze – nie traci przytomności umysłu, nawet w najtrudniejszych sytuacjach ?

A w Wigilię wydanie specjalne ❤️ bo to już rok od momentu kiedy uruchomiłem bloga. Zrobiłem to dokładnie w wigilię 2018 roku…

„Bergen…”
Był taki czas – około 2012r, kiedy o mały włos nie wylądowałem w Bergen – w Norwegii. Miałem tam już zorganizowaną pracę – w firmie produkującej silniki do łodzi motorowych. Fajna praca dla inżyniera – za ciekawe pieniądze. W ostatniej jednak chwili coś uległo zmianie….. i jestem dalej w Polsce. Z perspektywy czasu wiem, że bardzo dobrze się stało. Wiele rzeczy potoczyłoby się pewnie inaczej, a jestem zadowolony z tego, że potoczyły się właśnie tak.

Byłem już mentalnie bardzo przygotowany do wyjazdu. Od paru tygodni jakbym już żył w trochę w innym świecie. Wszystko wokół wydawało mi się takie bardziej skandynawskie, leśne, chłodniejsze i trochę ciemniejsze. W środku domów jednak zawsze bardzo ciepłe i wesołe. Takie życzliwe i ludzkie. Trochę, jakbym wchodził w świat z książek. Znałem skandynawską kulturę ze Szwecji i bardzo ją cenię. Przede wszystkim za wielki szacunek dla przyrody i wysoki poziom wykształcenia tamtych ludzi. Ale także za ich wieczny spokój i pogodne smakowanie życia. W Skandynawii czas płynie inaczej. Do dziś nie zapomnę tego, jak z rybakami leżeliśmy po obiedzie – gdziebądź…..no bo przecież trzeba odpocząć ?

Może kiedyś wrzucę jakieś fotki w gumowanym stroju rybaka… ?

Do dziś pamiętam takie spokojne, późne popołudnie….idę wzdłuż morza i napotykam niewielką, drewnianą i czerwoną chatkę. Taką z białymi listwami u szczytu, jakich tam wiele. Myślałem, że jest opuszczona. W oknie były sieci zamiast firan. Na parapecie stała gipsowa mewa i lampka naftowa. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem w środku śpiącego sobie rybaka…….. Morze szumiało spokojnie…. W tamtym miejscu czas się chyba zatrzymał.

Przed naszym domem, w pewnej odległości rośnie wielka sosna. Nazwałem ją swego czasu „Sosną Norweską” – choć pewnie to inny gatunek. Zresztą ja wtedy wszędzie widziałem Norwegię. To trochę tak, jak kiedy jako dziecko czytałem „W pustyni i w puszczy” – i wszędzie doszukiwałem się Afryki. W pewnej odległości od naszego domu rósł ogromny dąb i kiedy przychodził zachód słońca – ten dąb z tyłu oświetlało pomarańczowo-czerwone słońce. Dąb był więc Baobabem. Trochę podrosłem i wszędzie w Ustroniu widziałem norweskie sosny…

Z tego okresu pozostało mi wspomnienie pewnego norweskiego zespołu: „Kings of Convenience” (mało znanego w Polsce) i utwór, który wtedy ciągle mi towarzyszył: „Me in You”. Tych dwóch genialnych muzyków snuje swoją gitarową opowieść – na dachu jednego z budynków – właśnie w Bergen. Ich ciepłe gitary przenikają się niezwykle subtelnie i harmonicznie. Bergen widać później z lotu ptaka – jest przyjemny rzut na miasto i zatokę. To właśnie miał być nasz nowy dom….. ?

– W Bergen wiecznie pada deszcz – powiedział mi ktoś…

– Nie prawda – powiedział ktoś inny – w zeszłym roku było parę dni słonecznych ?

Tak tam podobno jest. Słońce jest tam jednak w ludziach…. i to jest niesamowite.

Bergen to także miasto rodzinne jednego z elektronicznych geniuszy – Alana Walkera. Kto wie, może spotkałbym go kiedyś na ulicy ?

W „Me in You” Kings of Convenience śpiewają o rozdrożach, które dają możliwość wyboru („Crossroads and given the option”). I tak to właśnie jest w życiu… dochodzi się do jakiegoś skrzyżowania, czy rozdroża i wybiera się drogę – w lewo, bądź w prawo. Potem dochodzi się do innego i znowu – w lewo, bądź w prawo. Życie składa się z pozornie małych wyborów, które mają dalekosiężne konsekwencje. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo dalekosiężne.

Kiedy na zewnątrz robi się trochę chłodniej i świątecznie – lubię ich znowu posłuchać…. i popatrzeć przez okno na sosnę. Urosła już nieźle…..

Miłego i ciepłego wieczoru przy grzańcu ?

 

„Wild”
Wszedłem do lokalu „City Rock” w Katowicach. Przychodziliśmy tu kiedyś. Fajne miejsce – z wielkimi szybami, wprost na południe. Czuje się tu przestrzeń. Wpada też mnóstwo słońca w piękny dzień. Czas płynie tu leniwie – tak, …..jak lubię. W środku wszystko urządzono na amerykański styl lat 50-tych. Na ścianach wiszą elektryczne gitary. Ponad barem stoi stary Harley. Stoły, krzesła, fotele …. wszystko jak z innej bajki.

Podchodzi do mnie młoda dziewczyna w chustce zawiązanej nad głową – jak lollipop girl:

– Proszę, ….menu dla Pana – mówi, podając mi kartę.

– Dziękuję,… wezmę tylko espresso.

– Ok – uśmiecha się i obracając na pięcie odchodzi tanecznym krokiem.

– Mogłaby być moją córką – pomyślałem…

Obracam się za siebie i szukam wzrokiem wielkiej fotografii Jamesa Deana, która była tu kiedyś. Nie ma jej jednak.

Na ścianach są fotki Elvisa,….. Merilyn…., ale Jamesa nie ma nigdzie.

Patrzę przez okno na wielki budynek Banku Śląskiego. Wygląda jak potężny statek, płynący gdzieś na zachód. Ulica Sokolska tonie we wczesnogrudniowym słońcu.

– Proszę, Pana espresso – dziewczyna ściąga z tacy gorącą, małą filiżankę.

– Przepraszam,…….. była tu kiedyś fotografia Jamesa Deana. O tam ! – pokazuję miejsce na ścianie. – Czy powieszono ją teraz gdzie indziej ? – pytam.

– Nie, nie ma tu takiej. Ja pracuję dopiero od roku, ale nie mieliśmy tu czegoś takiego.

– Kiedyś była. Lubiłem ją. Fajnie było na nią popatrzeć… – mówię. – Dziękuję za kawę.

Zamyśliłem się na moment. Przypomniałem sobie jedno z wielu ciekawych zdarzeń z mojego życia. Jednym z nich było podświadome odtworzenie pewnych obrazów, które gdzieś sobie zapisałem – prawdopodobnie w podświadomości. Dążyłem do ich realizacji, nawet w sposób nieuświadomiony. Chciałem poczuć to, co sobie wyobraziłem. Jak bohater ze zdjęcia.

Pamiętam, jak szedłem wtedy ulicą i dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że odtwarzałem pewien znany mi obraz. Chciałem przez moment poczuć to, co on……beztroskę, całkowitą wolność i niezależność od wszystkiego. Nie mieć pozornie nic – a jednak mieć wszystko.

Podobało mi się w Jamesie to, że grał postacie, które nie brały udziału w wyścigu. Ludzi, którzy żyli tym, co daje im życie – tak po prostu. Nie poddawali się normom, bo mieli własne – moralne. Z takim człowiekiem trudno jest coś zrobić. Nie da się go przekupić, bo przedmioty nie mają dla niego wartości. Nie da się mu posłodzić stanowiskiem, czy pozycją – bo ma to totalnie gdzieś. Nie potrzebuje wiele do życia – bo jest jak dzikie zwierzę. Ceni jedynie wolność. Nawet za cenę głodu i bólu.

Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni kurtki notes – i zacząłem pisać……

„Byłem wtedy jeszcze bardzo młody…miałem może z 18 lat (30 lat temu ? )

Pamiętam, że wyszedłem tak – jak wstałem z łóżka….

Zapragnąłem po prostu iść przed siebie.

Dłońmi przeciągnąłem tylko do tyłu po włosach.

Taki miałem zwyczaj.

Po drodze przeczesze mnie wiatr – pomyślałem.

Wyszedłem w koszulce, w której jeszcze przed chwilą spałem…

Narzuciłem tylko gruby płaszcz.

Po drodze wypierze mnie deszcz – pomyślałem….

Szedłem półsenny…..

……..zamgloną, ulica…..

Jedną z tysięcy śląskich uliczek,

tak podobnych do siebie….

Szedłem przed siebie……….po prostu.

Ludzie rozpalali w piecach.

Dym wisiał nisko.

Wczesnoszary poranek……………

Dopiąłem płaszcz, ….bo zaraz prawie zima….

Idąc, włożyłem ręce do kieszeni,

Znalazłem tam parę monet.

Policzyłem….

Sterczy na bilet i kawę…

Zresztą gdyby nie starczyło na bilet,

….to poszedłbym piechotą….

Ważne, że mam na kawę….pomyślałem…

Śmiejąc się sam do siebie – szedłem szczęśliwy.

Szczęśliwy bez powodu…

Będąc całkowicie pewnym, że czeka mnie dobre życie….

Czasem tak jest…
że słyszę ten wiatr.
Słyszę go już z daleka,
zanim nadejdzie.
Taka moja natura…
Od zawsze…
Jestem czasem psem…
A czasem wilkiem…

Wilk będzie biegł zawsze szybciej niż pies. Nie boi się głodu i bólu. Braku snu i zimna. Jedynie mężczyzna, który ciągle ma w sobie to dzikie zwierzę – jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody życia….. i nie sprzeda się za komfort. Takiego człowieka – nie da się kupić….

Paradoksalnie – tylko taki mężczyzna jest w stanie dać kobiecie i rodzinie bezpieczeństwo. Jego nie uśpione, dzikie instynkty zareagują z wyprzedzeniem. Mężczyzna balansujący na granicy – gotowy stracić wszystko, żeby chronić wszystko….Chronić to, co najważniejsze…

Wychodzę z „City Rock”,…. stawiam kołnierz kurtki i idę Sokolską na południe….

Nie wiem, ile jeszcze obrazów jest zapisanych we mnie – jak np. ten ?

 

Albo ten….mężczyzna wychodzący na ulicę. Jeden z wielu…..i po prostu idzie przed siebie.

 

A może ten…

 

Podświadomość to wielka siła. Bohater filmu „Vanilla Sky”, którego gra Tom Cruise – odtwarzał w pamięci wiele scen – i między innymi także tą – z fotografii Jamesa Deana. Ja lubiłem Jamesa pewnego siebie i beztroskiego. Wolnego i silnego. Bohater „Vanilla Sky” – pamiętał to:

 

Myślę, że wszyscy zapisujemy w sobie czasem jakieś obrazy i zazwyczaj nie mając tego świadomości – próbujemy je odtwarzać. Warto to sobie uświadomić – i w razie potrzeby zapisać nowe. Warto zajrzeć w siebie i uświadomić sobie wszystko to, co nami kieruje. Warto zapisać treści, które mają dobrą wartość i sens – bo z takimi idziemy dalej przez życie

***

Jestem spokojny – bo wiem, że wszystko wydarzy się we właściwym czasie…. Nie  martwię sie niepotrzebnie, że np. coś mnie ominie, itp. Wiem, że jakaś dobra siła mi pomaga … Czuję to…., doznaję tego i nie mam najmniejszych wątpliwości…Myślę, że jeżeli ktoś naprawdę postawi dobro i miłość najwyżej w swojej hierarchii wartości – będzie odczuwał ten sam rodzaj wewnętrznego spokoju.

„Bogowie elektroniki – cz.2 – ATB i Armin”
Spośród wielu artystów tworzących elektronikę – z pewnością nie mógłbym pominąć ATB i Armina Van Buurena. Celowo piszę o nich wspólnie, bo choć każdy z nich brzmi inaczej – to są w pewnym sensie jak „elektroniczni bracia”. Czasem robią razem fajne sety – jak to w rodzinie…..

Moje zainteresowanie muzyką elektroniczną sięga czasów, kiedy ta nazwa była kojarzona z zupełnie inną epoką – myślę tu o JMJ, Tangerine Dream, Kitaro, Vangelisie, Kraftwerk, Yani, itd…. Teraz mówi się o tamtej muzyce „Klasyczna muzyka elektroniczna”. Potem przyszła kolejna fala twórców, bardziej kojarzona z DJami. Okazało się jednak, że to znacznie więcej niż tylko miksowanie – to po prostu sztuka przez wielkie „Sz”. A potem przyszła kolejna fala i tak ten gatunek muzyki jest wciąż żywy i dalej dynamicznie się rozwija. Giganci stoją na ramionach gigantów – a poniżej kolejnych dwóch wielkich….

André Tanneberger (ATB) – niemiecki twórca z obszaru muzyki house i trance. Znany bardzo dobrze szerszemu gronu odbiorców, więc nie będę się rozpisywał na temat jego historii. Podam jedynie ciekawostkę – podobnie jak Armin, obaj są zafascynowani twórczością JMJ (Jean Michele Jarre). Armin nawet nagrał z nim niedawno znakomity „Stardust” – link trochę dalej.

 

„Depeche Mode…”
Jadąc ostatnio z pracy słuchałem w radiu jednego z utworów „Depeche Mode”. To było „Freelove”. Ten zespół wiele dla mnie znaczył. Przypomniały mi się dawne czasy….sprzed 35 lat…

Każdy człowiek w swoim czasie szuka jakiegoś stylu, czegoś co go wyraża. Chce znaleźć wokół siebie ludzi podobnie myślących i czujących. Depeche oscylowali gdzieś wokół tego wszystkiego, czego bardzo dawno temu szukałem – zwłaszcza na początku ich kariery, kiedy byli agresywnie elektroniczni i zbuntowani – wyobcowani i jednocześnie pewni swojej drogi. Odbiegali zdecydowanie od Main Streamu. Byli pewnego rodzaju symbolem mojego pokolenia. W ich muzyce słyszało się z jednej strony zamęt i szaro-czarność robotniczego miasta ….a jednocześnie pragnienie jakiegoś romantyzmu. W tych dźwiękach była tęsknota za miłością, ukryta za metalicznymi, ostrymi dźwiękami. Wszystkie te dźwięki, choć całkowicie syntetyczne, albo zsamplowane – brzmiały nieprawdopodobnie. Całość urzekała, bo mieliśmy świadomość, że oto tworzy się nowy styl. Trudno było go porównać go do czegokolwiek wcześniej. Choć sami Depeche mówią o silnym wpływie niemieckiego Kraftwerk (innej grupy, którą lubię), to poszli w swoją stronę – i to było świetne. Dave Gahan swoim zdecydowanym stylem wyrażania emocji porywał coraz większe grono ludzi. DM (Depeche Mode) nie byli przy tym typami celebrytów. Trudno też było o nich mówić „Artyści”, choć niewątpliwie nimi są. Oni po prostu byli DM i byli autentyczni i to się czuło – to tyle.

Kiedy po raz pierwszy ich usłyszałem – od razu zachwyciłem się ich „elektroniką”. Łaknąłem wszystkiego co elektroniczne. Nowe technologie stwarzały nieograniczone możliwości brzmieniowe – otwierały nowe światy. Lubiłem tradycyjne instrumenty, ale chciałem też poznawać zupełnie nowe obszary – i to bardzo. I ta kolorystyka DM, tak mi gdzieś bliska…często czarno-biała. Kiedy na Śląsku jest pochmurny dzień i wiszą mgły – wszystko jest szaro-czarne (tak przynajmniej było kiedyś).

Pamiętam, że w pokoju miałem 27 ich plakatów…. ?

W moim mieście było bardzo wielu fanów DM. Przez lata w dyskotece 80ka organizowano tam zloty miłośników DM. Może też dlatego, że współtworzył ten klub jeden z moich szkolnych kolegów – pewnie tak.

Prosto z Basildon w UK – do naszych Siemianowic. Ta muzyka trafiała do nas jakimś bezpośrednim pomostem…

 

To zdjęcie zrobiłem ostatnio w naszych Siem-cach (Siemianowicach Śląskich)……. – ten sam klimat…

 

Oczywiście, jak to bardzo młodzi ludzie – chcieliśmy wyglądać podobnie do nich, podobnie się ubierać, mieć te same fryzury. Pamiętam, jak po raz pierwszy u fryzjera pokazałem, jaką chce mieć fryzurę.

– Co !? – na pewno tak chcesz – zapytała fryzjerka.
– Tak – odpowiedziałem zdecydowanie
Kiedy założyłem potem swoją czapkę, wyglądałem bardziej jak Sal Solo a nie do końca o to mi chodziło. Wszyscy myśleli, że jestem wygolony na łyso – A tu nie ! Reszta, to oczywiście czarna kurtka, jasne dżinsy i buty na mocnej podeszwie. Moje pierwsze w stylu DM, jakie miałem – były z kopalni. Buty robocze, które dobrze wypastowane wyglądały trochę podobnie.

Takie buty nosiłem..

 

I identyczną robotniczo/marynarską czapkę – „Bretonkę”… jak dla mnie idealny wybór ?

 

DM kiedyś

 

I dziś…..nigdy nie stali się celebrytami….

 

Lata mijają, ale czy tak bardzo się zmieniłem ? Nie ubieram się jak dawniej, ale ciągle nie chcę iść pokornie drogą Main Stream i ciągle, jak śpiewali DM – „nie chcę dotykać ziemi..”. Są ludzie, którzy, jak mówią „stąpają twardo po ziemi” i szczycą się tym. Ja uważam, że lepiej tak bardzo „nie stąpać twardo po ziemi”. Chcę być dalej tym, który czasem jej dotyka a czasem nie – chcę żyć na pograniczu – czasem na ziemi, a czasem w chmurach……. ?

„Freelove” – to słyszałem jadąc autem – świetny utwór….wspomnienia odżyły..

 

A tak się zaczynała moja fascynacja DM – głębokie lata 80 te…. Wokół mieliśmy szaro-burość naszych dzielnic i czerwoność komunizmu – a tu Depeche Mode….

 

We’re flying high
We’re watching the world pass us by
Never want to come down
Never want to put my feet back down on the ground

Wzlatujemy wysoko
I patrzymy jak świat mija za nami
Nie chcę już schodzić
Nie chcę postawić nóg z powrotem na ziemi

 

A na koniec „Somebody” – z pięknym teledyskiem (zmontowanym przez miłośnika z Polski, ale oddającym idealnie sens utworu)… na Dobranoc….

 

” Members Of Mayday….życie jest jak pudełko czekoladek”
Miałem być dziś na Mayday 2019. (a tak przy okazji Mayday – to światowy sygnał SOS, stosowany nie tylko na morzu….człowiek wzywa na pomoc człowieka).

Jest 20 rocznica tego zjawiska, które w Katowicach stało się zaczątkiem nowej subkultury. Co prawda w muzyce elektronicznej ja jestem na dokładnie drugim biegunie – bo o ile Westbam i jego koledzy tworzą mocno psychedeliczną muzykę, korzystając z tych samych muzycznych narzędzi – czasem bardziej z „ciemnej strony elektroniki” – a ja jestem znacznie bliżej transu i progressive house, czyli tego nurtu, który daje światło, energię i siłę…., to fajnie jest czasem posłuchać, co dzieje się na drugim końcu ? Elektronika daje nieprawdopodobne możliwości i otwiera przeogromne oceany dźwięków. I tutaj Mayday jako wydarzenie pozwala wszystkim „frakcjom” spotkać się w jednym miejscu.

W ostatnim jednak momencie coś się zmieniło i siedzę oto przy komputerze i piszę…. – słuchając ostrego techno…

Listopad, jak żaden inny miesiąc skłania do refleksji nad czasem. To nie znaczy, że mnie smuci – nie. W moim przypadku, czym zimniej jest na zewnątrz – tym cieplej jest we mnie. Jakoś tak to u mnie działa – mobilizująco. Sprawia, że bardziej też koncentruję się na sprawach ważnych. Na tych, na które wiem że powinienem zwrócić uwagę…..bo czas ucieka ? A ja przecież chcę zrobić te parę rzeczy, które sobie wymyśliłem.

Przeglądałem ostatnio swojego Excela, z projektami jakie postanowiłem zrealizować w tym roku….. i widzę, że co prawda je realizuję, ale jakoś wolno. A tu koniec grudnia lada moment i sam będę musiał siebie uczciwie rozliczyć. Tak więc trzeci bieg….a za chwilę czwarty i piąty – czas wrzucać ?

Te projekty, to z pozoru małe rzeczy – jednak dla mnie kluczowe, z punktu widzenia tego, co uważam za ważne. Jednym z projektów było uruchomienie np. tego bloga. Potem uruchomienie kilku kont językowych na Instagramie i kilku kont na FB – także pod pseudonimami ?

Od dawna coś pisałem do szuflady – ale nigdy nic więcej z tym nie robiłem. No może oprócz pisania wypracowań koleżankom w szkole podstawowej. To był mój sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Byłem zbyt nieśmiały, żeby zaistnieć w jakiś inny sposób ?

Co do tych projektów na ten rok – to np. bawimy się od jakiegoś czasu w rysowanie w Domu Dziecka w Bielsku. Jest fajnie i mam nadzieję, że to się będzie dalej rozwijać. Bardzo bym tego chciał. Innym projektem było robienie czegoś w domu opieki dla osób starszych. Byłem wczoraj w jednym z nich. Smuteczkiem powiało – bardziej niż myślałem. Niestety w takich miejscach przebywają osoby bardzo chore i naprawdę starsze. Niełatwo będzie zrobić coś więcej, niż po prostu być. Może posłuchamy trochę jakiejś muzyki – przecież kiedyś chciałem być DJ (jak Paul Van Dyk w „For an Angel”) – więc może zagramy np. Piotra Szczepanika (swoją drogą uwielbiam go) :)……..

Zawsze chciałem zrobić coś takiego – i robię.

Zrobiłem też parę innych rzeczy w tym roku i parę jeszcze zrobię……. – ale nie wspomnę o nich, przynajmniej na razie….

Techno w moich słuchawkach kieruje mnie w trochę inną stronę, ale chciałem napisać o dzisiejszym wieczorze w Siemianowicach…….Szedłem dość pustymi ulicami, bo trochę kropił deszcz. Zachmurzyło się i było tak, jak na Śląsku potrafi być – szaro. Gdybym kogoś zabrał z sobą na mały „spacerek” – pokazałbym mu bardzo różny Śląsk. Potrafi być zaskakująco nowoczesny i światowy i potrafi mieć dzielnice, gdzie czas dawno się zatrzymał. Są miejsca, z których wychodzi się ze spuszczoną ze smutku głową. Niedawno temu brałem zakręt samochodem w naszej dawnej dzielnicy – na Hugo. Pod auto o mało nie weszła mi dziewczynka. Szła jak zamroczona przed siebie. Miała może z 12 lat. Patrzyła mętnie przed siebie. Myślę, że coś wzięła i nie wyglądało mi to na alkohol. To są miejsca, gdzie patologia przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niedawno temu spotkałem na imprezie nauczycieli z innego miasta, którzy mieli okazję być w Siemianowicach, na jakiś zajęciach z dziećmi. Wspomnieli coś zaskoczeni….

– Co to dzisioj, że nos futrujecie maszkytami ? Dziyń belfra ? – (co to za dzień, że nas karmicie słodyczami ? Dzień nauczyciela ?) – zapytał ich jeden z chłopców.

– Nie, tak po prostu przyszliśmy – odpowiedziała ta nauczycielka – A co rodzice robią ?

– Leżom w łożku. Łoglondają pornola – mówi z grubej rury chłopiec. Tak całkiem normalnie to mówi – bez cienia żenady – Łojciec boł trocha łozarty (ojciec trochę wypił)….

Tak też jest. Mógłbym jak z karabinu maszynowego wymienić co najmniej 10 nazw ulic, gdzie codzienność jest raczej niezbyt kolorowa. I w każdym śląskim mieście znajdą się takie ulice. Żeby tak dotarło tam trochę więcej światła. Ja miałem dobre dzieciństwo i dlatego powinienem myślę coś dać z siebie….może jakieś trochę – przynajmniej. Jakoś za mało zrobiłem……zdecydowanie za mało zrobiłem dobrego w swoim życiu….

Ale wracając do tego spaceru. Dzisiejszy zimny wieczór, idę ul. Sienkiewicza, na stację benzynową – napić się gorącej kawy (Zabawne, ale najlepsze espresso jest aktualnie na stacji Moya. Mogę wielu rzeczy nie wiedzieć, ale zawsze będę wiedział, gdzie w danym okresie robią najlepszą kawę – i pójdę tam, choćby kawał drogi. ……

Skręciłem w prawo od baru „Faithless” (od niego dalej – to już „Hugo”)…robiło się coraz ciemniej, padało i było chłodniej.

 

W tej zimno-szarości zauważam wesołą, kolorową witrynę lokalu w stylu południowym (typu latino). Ciekawe….w takim miejscu. Wśród tych dość smutnych dziś krajobrazów. Z tyłu majaczy potężny, betonowy wiadukt. Na przeciw nie sprzątnięty gruz po zrównanej z ziemią hucie „Jedność”. Właśnie minąłem bar piwny o nazwie”Faithless” (tłum. z ang. – ten, który stracił wiarę). Jak nazwa zespołu elektronicznego, który lubię….. – ale w tych rejonach Siemianowic (wszystko, co jest za barem „Faithless” to już inna dzielnica – Hugo), ta nazwa jest raczej jak kropka nad „i”. No a tu ten meksykański bar. Pełno kolorowych światełek przy markizie u góry. W środku pomarańcz, miesza się z czerwienią. Jestem głodny i spragniony ciepła…. – wchodzę.

Wita mnie uśmiechnięty właściciel. Właśnie z córką zapalali małe świeczki, żeby podkręcić nastrój. Jestem jedynym klientem w tym momencie. Siadam i pozwalam się rozpalać kolorom tego wnętrza. Kiedyś z Iwoną chcieliśmy dokładnie tu otworzyć bar z ciepłymi „panini”. To było po naszym pierwszym wyjeździe do Włoch, w 96r. Jeszcze na długo przed moją historią we włoskiej firmie produkującej elektronikę – Bitron. Zachłysnęliśmy się już wtedy kulturą latino i wróciliśmy z głowami i sercami pełnymi słońca. Staraliśmy się o jakiś lokal. Ostatecznie otworzyliśmy inny, na głównej ulicy i zaczęliśmy sprzedawać….- okna ?

Tymczasem ktoś zrobił prawie to samo, o czym my myśleliśmy – właśnie w tym miejscu. Jak tu nie wejść ?

Właściciel sam wygląda mocno na latino. Ma charakterystyczną urodę i małą bródkę. Gdybym go widział gdzieś na południu – wziąłbym go za miejscowego.

Kiedy dochodziłem do tego miejsca – słuchałem tanga. W takim byłem w tamtym momencie nastroju.

– Wie Pan, że czerwony, czarny, żółty i pomarańczowy to kolory tanga ? Są jak flaga tego tańca. A u Pana pełno tych kolorów wszędzie. Na ścianach, kafelkach – dosłownie wszędzie.

Uśmiecha się.

– Teraz już wiem – mówi – A wie Pan…sam to wszystko robiłem. Tymi rękami. I te kilkanaście metrów rur do wentylacji – dodaje – Lokal mam 2 lata, ale dopiero od sierpnia działam. Ciężko było,….. ale nie jestem z ludzi, którzy się poddają.

Jem gorącą zupę z zielonymi paprykami. Jest świetna, mocno rozgrzewająca.

Z głośnika sączy się zmysłowa „Salsa”. W lokalu za dekorację robią min. puszki po oryginalnych meksykańskich „salsach”. Lokal jest mega malutki, ale ma fajny blat przy ścianie. Miejsce pracy kucharza jest tuż przy wielkiej witrynie. Ma stąd świetny widok na przechodniów i przejeżdżające auta. To miejsce, to wąskie gardło – którym codziennie przechodzi połowa Siemianowic. Jest niepozorne, ale bardzo uczęszczane. Na zewnątrz jest mały stolik, przystawiony do witryny, z dwoma krzesłami. Szef robi mi od serca kawę „sutą”. Sobie też robi i zaraz do mnie dołączy. Pojawiło się paru klientów. Ktoś podjechał na francuskich blachach.

Wykorzystuję moment i wyciągam z wewnętrznej kieszeni kurtki – mały notes i ołówek. Czasem noszę je przy sobie, żeby coś napisać, albo narysować. Kierowany emocjami staram się przedstawić tańczącą parę. Chcę pokazać jej napięcie, energię i namiętność – w postawie jaką przyjmuje ona i siłę oraz pewność, z jaką prowadzi ją on….. Nie dokańczam rysunku – dosiada się właściciel i miło rozmawiamy. Opowiada mi o swoich podróżach, kulinarnych pasjach. Jest fascynatem kuchni. Lubi też ludzi. Jest duszą tego lokalu. Widywałem wielu właścicieli takich małych klimatycznych lokali, w różnych miejscach – którzy mieli w sobie to, co widzę u niego. Dobrze, że to on tu działa – nie ja. To jest jego miejsce. Życzę mu wszystkiego dobrego i sukcesów.

– I tyle zostało z huty – mówi – mój teść przerobił tu 40 lat.

– Mój dziadek mniej więcej tyle samo – rzucam ja – to była jego świątynia.

– Na bank się znali

– No…na bank

– Jesteśmy kolejnym pokoleniem. A po nas są następni. Mam jeszcze 20-letniego syna. Staram się mu wpoić pasję do gastronomii. Zobaczymy – uśmiecha się.

– Nasz ma 21 za 2 miesiące – komentuję i obaj się uśmiechamy…

Pochodzi z paru ulic dalej. Zna wszystko tak jak ja – i postanowił stworzyć odrobinę Meksyku w Siemianowicach.

– Przydałoby się wino czerwone – stwierdzam. Wypilibyśmy za dobre czasy.

– Zawsze są dobre czasy – odpowiada z uśmiechem.

– I to mi się w nim podoba. Jest pełen energii i entuzjazmu. Lata mu jej nie odebrały. Mamy coś wspólnego.

– Jest 2019 i zaczyna się od tego lokalu – ciągnę – a może za parę lat tu obok, gdzie był „Kudełki” (najbardziej znany w mieście sklep z 1001 drobiazgów – jeszcze od sprzed-wojny) – otworzy Pan większy – taki z barem i hokerami. Ściągniemy Cyganów z Hugo. Pojawi się ktoś z gitarą, kontrabasem i będzie zabawa do rana. I taniec i wino będzie się lać strumieniami. I drinki. Mogę stanąć za barem – dorzucam, z lekkim uśmiechem.

– A wie Pan, że kupę lat byłem barmanem – mówi…

– A wie Pan, że ja też – mówię. Ale nie tyle, co Pan.

No to będziemy stali na zmianę – myślę – i pociągniemy losy, kto pierwszy. Zabawa będzie trwała w najlepsze. Zakołysze się ten bar „jak na morzu okręt” ( wziąłęm to z piosenki Marii Koterbskiej, którą też uwielbiam…) i zrobimy rozpierduchę. Wyobrazimy sobie po paru butelkach włoskiego wina, że to potężne gruzowisko po hucie – to jakiś odległy – meksykański, argentyński a może włoski port. I że stoją w nim jachty gotowe do rejsu,…… żeby wypłynąć nad ranem – zaraz, skoro świt.

Zagramy tej nocy „Vaia con Dios – Hey (Nah Neh Nah)”. Zawsze chciałem bawić się przy tym utworze do rana. To by było coś – …….nie ? Ona śpiewała: It was already half past three but the night was young and so were we dancing (Było już w pół do czwartej, ale noc była młoda – i tańczyliśmy).

I ja i on mamy już po prawie 5 dych i wiemy, o czym mówimy. Życie nie jest takie długie. Z czegoś trzeba zrezygnować, żeby zrobić coś – mówię w myślach do siebie….. Czasem na chwilę gdzieś się przystanie i człowiek się zastanowi…..jak ja teraz – na tym zakręcie, na ulicy Sienkiewicza, wyobrażając sobie na błękitnym niebie silne słońce.. ?

Pijemy gorącą kawę z dużych, żółtych kubków. Niebo jest śląsko-czarne. Deszcz spływa z kolorowej markizy wprost na moją nogawkę dresowych spodni. Chowam nogi i już jest lepiej. Kawa miło mnie rozgrzewa.

– Tu jest pełno słońca w piękny dzień – prawda.

– Dokładnie.

– Świetne miejsce.

– Świetne…….no.

Siedzimy trochę w ciszy………..

Z lokalu wychodzi chłopak z dziewczyną. Chłopak wielkości mojego brata i z podobną dzikością natury.

– To na razie – rzuca do szefa – będziemy spierdalać.

– Sie ma – odpowiada właściciel – jutro też otwarte…wpadajcie.

…………….

– Wie Pan, a miałem być dzisiaj na „Mayday” – jest okrągła rocznica ?

– Koksują tam mocno.

– Mmmmm – zamruczałem….niestety, efekt uboczny.

– Zna Pan już pewnie pół miasta, a to dopiero 3 miesiące ?- pytam.

– No coś w tym faktycznie jest – znowu się uśmiecha.

– Niedawno przejeżdżało tędy autem małżeństwo. Ona była Peruwianką. Jak zauważyła napis na szybie to od razu dała po hamulcach i postanowiła tu wskoczyć. Pogadaliśmy fajnie.

– I o to chodzi – stwierdzam – o takie chwile……. proste i niby zwyczajne….a jednak takie niezwyczajne.
.

Będę wpadał tam czasem……żeby załapać kolorów ? No i na kawę „sutą” (uwaga – nie ma jej w menu – dostałem „od serca”).

 

Miałem być dziś tam… Tak to się zaczęło – prawie ćwierć wieku temu w Katowicach zaczęła powstawać subkultura o nazwie „Mayday”. I trwa do dziś….Gdzie indziej te psychodeliczne dżwięki znalazłyby taką publikę, jak nie w przemysłowych dzielnicach Śląska… Czuć w nim do bólu – samotność, zagubienie, potrzebę drugiego człowieka – może właśnie dlatego Mayday, Mayday, Mayday (czyli SOS, SOS, SOS). Na ten sygnał – nawet z najgorszych nor…..ściągają zagubieni…..to ich jednoczy.. (poniżej klip z 1997r. – same początki Mayday)…

 

A tymczasem oglądałem to……Poniżej – wideo z tangiem, które oddaje dobrze istotę tego tańca – i to, co w nim lubię. Tego słuchałem, zanim wszedłem do baru……

 

To jest ten „niedokończony rysunek”. Nie będę go kończył. Niech taki zostanie….szybki i emocjonalny. To, co chciałem w nim ująć – już w nim jest….

 

Ten poniżej wykonałem rano, …..szybki strzał do kawy…

 

A to Vaya con dios – w samraziste do porządnej, sobotniej rozpierduchy – w towarzystwie ludzi z fantazją. Kto wie ? Może pewnego dnia w Siemianowicach ? ?

 

I świat znów stanie się kolorowy. Wszystko płynie z naszego wnętrza ? ? ?

 

Może jeszcze pewnego dnia, zamiast tylko biednym staruszkom – zagram jak Paul Van Dyke – w moim jego ulubionym kawałku. Tak też zawsze chciałem…… ? Zagrać dla tysięcy ludzi w jednym momencie czasu. I poruszyć w nich wszystkich dobrą energię…. I tak przejść z cienia do światła……..

Zawsze szukałem światła i ciepła. Zawsze wyjścia tam, gdzie teoretycznie go nie było.

To dlatego mój gatunek to „Progressive House”. A czym jest – przykład poniżej.


„Droga…”
Dzisiejszy wpis miał być ciągiem dalszym dotyczącym moich dawnych mistrzów – tych, od których się uczyłem i których uważałem za bardzo ważnych na mojej drodze.

Stwierdziłem jednak, że to nie wniosłoby niczego nowego do tego, co już znamy. Ostatecznie zdecydowałem się napisać coś swojego. Bo przecież każdy człowiek patrzy na sprawy choćby trochę, ale jednak inaczej. I o to właśnie chodzi – żeby dzielić się z innymi swoim własnym, indywidualnym spojrzeniem. Tak więc w tym wszystkim ja też mam swoją drogę – wypracowaną przez lata poszukiwań, kilogramy książek, tysiące godzin przemyśleń…..Na końcu jednak – moje wnioski są bardzo proste. Tak proste, że aż chciałoby się zapytać

– Czy warto było tyle nad tym myśleć ?

– Tak, ……. warto. Bo usłyszeć to jedno – a zrozumieć to drugie. I ja sam, musiałem to najpierw przez lata przemyśleć, żeby potem zrozumieć i prosto powiedzieć.

Dzielę się więc swoimi przemyśleniami w krótkich tekstach, które piszę w mediach. To takie migawki – wnioski z obserwacji. Może skłonią kogoś do zastanowienia….może sprawią, że ktoś spojrzy trochę inaczej na to, co jest wkoło nas. Chcę się uczyć innych ludzi i jednocześnie dzielić sobą…

Upsss – wyłączyli w tym momencie prąd. Pada mi bateria tak w komputerze, jak i w telefonie. W Ustroniu dziś tak silny, listopadowy wiatr, że aż wciska nam „szklane ściany” domu. Wiatr idzie już bardziej od południowego zachodu,…. jest chłodniejszy.

Nie rozpisuję się więc. Rano napisałem coś, co zamieszczam poniżej. Dołączam też wersję dźwiękową – jaką sam nagrałem. Tak więc poniżej opowieść o mojej „Drodze” i moim rozumieniu tego, co ważne.

 

„DROGA”

Znajdź swoją drogę – odpowiedź jest głęboko w Tobie.

Zajrzyj tam ………

A potem idź nią spokojnie,

każdego dnia.

 

Nie oglądaj się za bardzo na boki – na innych.

ani za bardzo za siebie,

ani też nie patrz zbytnio przed siebie – ponieważ na przyszłość mamy bardzo ograniczony wpływ.

Idź powoli i ciesz się prostymi chwilami.

 

Osiągnięcie jakiegokolwiek celu nie ma nic wspólnego ze szczęściem.

To tylko osiągnięcie celu – nic więcej.

Porażki, których doznajesz po drodze – tak naprawdę nie mają większego znaczenia.

Należy jedynie wyciągać z nich wnioski.

Ważne jest tylko to, że idziesz dalej.

Starając się przy tym być dobrym człowiekiem,

Bo to jest jedyny prawdziwy cel,

Który realizujesz idąc swoją drogą,

Jakąkolwiek nie wybierzesz…..

 

Niewiele potrzebujemy do życia:

– snu

– czystej wody

– prostego, zdrowego posiłku

– odrobiny słońca

– czystego powietrza

– czasem odrobinę ciszy

– ciepła w dni zimne i ochłody w dni gorące

– trochę pieniędzy, żeby zabezpieczyć te podstawowe potrzeby (ale tak naprawdę, to bardzo niewiele ich potrzebujemy)

 

Potrzebujemy jednak przede wszystkim miłości.

Zacznijmy ją dawać,

a zaczniemy ją dostawać.

 

Natura dała kobiecie mężczyznę – a mężczyźnie kobietę, żeby byli ze sobą szczęśliwi i spełniali się nawzajem.

Żeby byli swoimi największymi przyjaciółmi.

 

Nie wszystkim dane jest mieć dzieci – to prawda…

ale kiedy kobieta i mężczyzna mają siebie – już są rodziną.

A to jest najważniejsze, w trudnych chwilach życia…

 

Czy potrzebujemy czegoś więcej ?

Tak naprawdę nie…..

Wszystkie inne potrzeby – są urojone,

a brak ich realizacji prowadzi jedynie do frustracji.

 

Wszyscy jesteśmy częścią większej całości.

Nie musimy tego wszystkiego od razu rozumieć.

Ważne, że to odczuwamy,

Że rozumiemy, iż każdy człowiek jest ważny,

że każdy z nas jest po coś.

I nie ma mniej i bardziej ważnych.

Wszyscy jesteśmy ważni i niepowtarzalni.

 

Nie spiesz się tak bardzo do dnia jutrzejszego,

Bo jutro chcesz mieć to, czego nie masz dzisiaj,

Ale z kolei jutro nie będziesz mieć tego, co masz dzisiaj.

Szanuj więc zdrowie i najbliższych,

oraz czas – wielką wartość,

której nie da się kupić za żadne pieniądze.

 

Spokój, jaki mamy naturalnie w sobie,

Jest darem…………

Tam jest odpowiedź – na wszystkie nasze pytania.

Tam słyszymy siebie……

„Najpiękniejsze sceny miłosne…- mój wybór, cz.2”
Do momentu obejrzenia „Angielskiego Pacjenta”, filmem, który uważałem za najpiękniejszy – był musical z 61 roku z muzyką Leonarda Bernsteina. Ciekawe, co ? Ja i musical.. ?…nieprawdopodobne ? – A jednak. Mowa oczywiście o West Side Story…..

To historia miłości, która zaistniała w ciągu jednej nocy. Historia oparta o Szekspirowskie dzieło „Romeo i Julia”, rozgrywająca się w zupełnie innych realiach.,…tym razem Nowego Jorku i młodocianych gangów. Niestety tej miłości nie było dane trwać dłużej… ale czy to oznacza, że nie miała ona sensu ? Nie……kazda miłość ma ogromny sens. Nawet ta, którą los gwałtownie przerwie…nawet gdyby miała trwać tylko chwilę. Bo w chwili wypelnionej miłością zaklęta jest wieczność…

Muzyki do tego filmu słuchałem wiele razy. Jest niezwykle piękna, energetyczna i bardzo romantyczna. Jest też wiele pięknych scen tanecznych – a ja kocham taniec.. Słuchałem jej w chwilach szczęścia, Dodawała mi sił zawsze, kiedy tego potrzebowałem.

Spotkalem się z tym filmem kiedy byłem jeszcze w szkole średniej. I ja też, jak Tony -czekałem na swoją kobietę. Wiedziałem, że się pojawi i czulem, że poznam ją w tańcu….

Zamieszczam tylko jedną scenę z filmu, ale za to bardzo ważną. Scenę ich poznania…..wśród zgiełku zabawy Tony nagle zauważa ją – Marię. Od tego momentu nic innego już dla niego nie istnieje. Maria jest dla niego jak wszystkie inne ikobiety świata zaklęte w tej jednej. Jest tylko Ona i wszystko inne znika w kolorowej mgle..

To historia dwojga młodych ludzi, którzy chcieli tylko siebie. Jak śpiewają w jednej z późniejszych scen….mamy tylko miłość i to wszystko, co namy…..

Mimo upływu lat, ten film wcale nie wydaje mi się naiwny. O nie…ani trochę…

 

Run deep…Run wild
Dzisiaj tylko tyle. Piękny utwór i piękny teledysk – taki wyjątkowy….. Opowiada o sprawach trudnych i głębokich.

O bólu, milosci i namiętności…..Raz on szuka jej….raz ona szuka jego. ….I Itak siebie szukają….. Ona potem stoi przez moment i waha sie….Wreszcie decyduje się za nim iść, potem aż biegnie…….Jest taki moment, w którym zdejmuje buty żeby go dogonić…. Biegnie gołymi stopami po zimnym śniegu….ii dogania go……na szczęście……miłość zwycięża…

 

„Najpiękniejsze sceny miłosne…- mój wybór, cz.1”
Dzisiejszy tytuł może wskazywać na trochę inną treść, jednak niekoniecznie muszę zaraz przejść do scen jakich można by po nim oczekiwać. Zacznę więc nietypowo, ale zacznę od spraw naprawdę ważnych. Otóż miłość kobiety i mężczyzny ma wiele wymiarów. Tylko wtedy jest głęboka. Tylko wtedy jest prawdziwa.

Życie niesie z sobą różne żywioły……i trzeba się z nimi zmierzyć. Piękne jest to, że bez względu na wiek – pewne cechy pozostają niezmienne. Czas mija i zmieniamy się fizycznie, jednak nasze podstawy – to, z czego sami się zbudowaliśmy w młodości – niesiemy przez życie zawsze.

Są takie chińskie baśnie filmowe, które bardzo lubię. W jednej z nich („Hero”) jest scena, która wyjątkowo mnie wzrusza. Oglądam ją czasem wieczorem. Do tego ta niezwykła muzyka….

Otóż Ona („Śnieżna Zamieć”) chce stawić czoła niezliczonej armii łuczników Qin. Chce bronić klasztoru, w którym od wieków mnisi w spokoju oddają się sztuce kaligrafii. To ich rodzaj medytacji. Pojawia się On („Bezimienny”) i nie zamierza pozostawić jej w tej walce samej. Nie pozwoli jej zginąć. Razem z nią chce zmierzyć się z przepotężną armią.

– Odejdź – mówi Ona

– Sama ich nie pokonasz – mówi On

Ona wie, że on jej nie zostawi….. i wypadają oboje przez drzwi….na spotkanie śmierci…..

Dwoje desperatów zamierza walczyć ze sztormem tysięcy strzał. Szanse wydają się żadne….jednak to robią…..Czy to nie przypomina sytuacji rodziców, którzy walczą o swoje chore dzieci ? Czy to nie przypomina sytuacji małżeństwa, które walczy z przeciwnościami losu, z nieszczęściami ? Nie wszyscy młodzi ludzie mają w życiu łatwo. Na ślubnym kobiercu wszystko jest piękne…..a potem przychodzi życie…..i trudy……i walka…..Czy jeśli przeciwnik jest nieporównywalnie silniejszy – będziesz walczył czy uciekniesz? Czy będziesz walczyć ze złem, nawet wtedy kiedy wynik wydaje się przesądzony ? Oni walczą razem, ramię w ramię – obok siebie. On jej nie zostawi samej, a ona nie zostawi jego.

Tymczasem wracając do „Śnieżnej zamieci” i „Bezimiennego” – Ona i On….wychodzą naprzeciw złu….jak to się zakończy – już poniżej:

 

Kiedyś, siedząc późno wieczorem w nieistniejącym już (fajnym) lokalu „Górna półka” w Ustroniu, słyszałem rozmowę trzech nauczycielek – które siedziały obok. Jedna z nich mówiła o tym, że zrobiła podstawowy kurs rehabilitacji dla dzieci i jeździ do jednej matki z małym dzieckiem. Ta dziewczyna była sama z tym dzieciątkiem. Miała w pokoju tak mało miejsca, że musiała przesuwać meble, żeby rozłożyć niewielki kocyk na podłodze, gdzie miała odbyć się rehabilitacja. Nie straciła wiary. Próbowała dalej……Nauczycielce, która o tym opowiadała – łamał się głos. Siedziałem obok i widziałem tę scenę jak żywą. Takie oto rzeczy słyszy się czasem przy wieczornym wyjściu do lokalu. To jest ten rodzaj walki, o którym tutaj mówię. Ta dziewczyna potrzebowała wsparcia…..nie tylko nauczycielki, ale kogoś silnego,…..obok……na co dzień……

Prawdziwe uczucia widać dopiero wtedy, gdy znika blichtr, gdy traci się wszystko, gdy nikt nikogo nie udaje, gdy nie ma się nic do stracenia. Poniżej dwie inne sceny – trochę lżejszego gatunku. Pierwsza to scena z innego chińskiego filmu, jaki bardzo lubię „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Film obfituje w piękne sceny. Jeśli chodzi o te miłosne – to tutaj mamy dwa równoległe wątki – ludzi w różnym wieku. Pierwszy to miłość Jen (młodej księżniczki) i Lo (pustynnego rozbujnika). Drugi to miłość mistrza Li Mu Bai oraz wojowniczki Yu. W tym drugim przypadku to para starszych ludzi, którzy całe życie szli innymi drogami i dopiero po latach dotarli do siebie. Obie miłości mają bardzo trudną drogę. Ta pierwsza – to droga młodziutkiej i niezwykle nieposkromionej Jen, która zaprzeczając swojej naturze – ma wyjść za mąż, za kogoś kogo nie kocha. Lo nie może się z tym pogodzić. Chce zabrać ją na pustynię – tam, gdzie już raz ją porwał. Nie ma nic, oprócz wiatru, słońca i niepewności jutra. Jednak kocha ją całym sobą i wie, że ona też nie jest przeznaczona życiu na dworze….., że podobnie jak on – jest dzika i wolna. Walczy o nią z całym światem. Poniżej scena, w której się poznają, kiedy prowokacyjnie kradnie jej grzebień po ataku na królewski konwój, w którym ona jedzie. Oj trudna była ich droga do siebie. Jednak przeznaczenia nie da się oszukać ? Tak oto się poznali. Odwaga w kobietach – zawsze mi imponowała…

 

No i scena, w której Lo rozpieprza wesele – uwielbiam ją „Wracaj ze mną na pustynię – woła do niej”…

 

Teraz o miłości ludzi dojrzałych w tym filmie……”Some Tea”….. czasem jestem takim trochę mnichem – dlatego tak ją lubię ? Siedzą przy mojej ulubionej zielonej herbacie i rozmawiają dojrzale o sprawach najważniejszych….zbyt wiele czasu zmarnowali bez siebie…teraz to rozumieją.

 

I inna, w której Li Mu Bai mówi:

– Został mi tylko jeden oddech

 

No i na koniec teledysk – z pięknym video i pięknym tekstem. Tak właśnie wyobrażam sobie prawdziwą miłość – gotową na stratę wszystkiego, w każdej chwili…mając siebie – zawsze. Takie historie mogą się zdarzyć wszędzie. Tu nie trzeba blichtru, samochodów, wielkich domów, wykwintnych kolacji, wielkich podróży. Wystarczy miłość, wolność i wieczna dzikość serc ……… takich jak tych dwoje. No jak On mógłby o niej zapomnieć – NIGDY !!! – tu jest wszystko, zupełnie wszystko….Cudowny teledysk….Dobranoc

 

„Życie jest podróżą”
Rano obudził mnie cichy stukot motoru….jechał obwodnicą Ustronia i to delikatne echo niosło się przez całe miasteczko.

Uwielbiam takie poranki. Zaczynają się cicho,….łagodnie. Te niedzielne kocham szczególnie. Niedziela to czas kiedy następuje cudowne zawieszenie, kiedy do nikąd się nie spieszę. Na nic nie czekam. Jest tu i teraz…..tak, jak powinno być. Mam wszystko to, co chcę mieć…….i czuję się szczęśliwy.

Nalałem do metalowego kubka kawy i zacząłem rysować………motor ? Zabawne – nigdy w życiu nie rysowałem jeszcze motoru. Skąd to się wzięło – i akurat dzisiaj ?

Można powiedzieć, że w pewnym sensie dźwięk motoru z oddali, to jeden z dźwięków mojego dzieciństwa….tak – ja mam nie tylko smaki, ale też dźwięki dzieciństwa. Do tego obrazy, światło i wszystko co jak się okazuje nas tworzy. Kiedy słyszę dźwięk motoru w oddali – uspokaja mnie to bardzo…..kołysze łagodnie. Przy takich dźwiękach zasypiałem……

Do naszego domu docierały dźwięki z szosy, jaka biegła nie tak daleko od nas. Dźwięk przechodził pomiędzy niewysokimi domkami i dostawał się do mojego łóżka. Takie dźwięki pojawiały z oddali i w oddali cichły. Słyszałem je czasem wieczorem….a czasem właśnie o poranku. Ktoś jechał daleko i w danym momencie nas mijał. Takich dźwięków dzieciństwa mam zresztą więcej. Ten jest jednym z nich….pojawił się niezapowiedzianie. Innym jest stukot kół pociągu – daleko na horyzoncie. Jeszcze innym dźwięk upuszczanej na długim korytarzu monety – ten akurat znam chyba ze szpitala. Byłem tam na tyle długo, żeby zapomnieć świat jaki znałem – włącznie ze swoimi najbliższymi. Świat odbierałem wtedy głównie dźwiękami. Do dziś, kiedy ktoś upuści na korytarzu monetę – hipnotyzuje mnie to momentalnie….

Dobiegam 50-tki i pewne rzeczy coraz wyraźniej mi się przypominają. To niesamowite. Dlatego tak często wspominam dzieciństwo. Ono ma ogromny wpływ na całe nasze życie. Ciekawe, co jeszcze sobie przypomnę ? W pewnym sensie czuję się tak, jakbym momentami cofał się w czasie. Obrazy, dźwięki, zapachy…..wszystko, co znam – uruchamia we mnie dawno zapomniane szczegóły.

Do 6 roku życia cały mój świat był bardzo mały „geograficznie”. Nie znałem innych dzieci, nie wychodziłem się bawić na zewnątrz. Zastanawiałem się potem – dlaczego tak było? Niedawno się dowiedziałem. Kiedy miałem jakieś 3 lata bawiłem się pod domem – u dziadków na przeciw. Ktoś podjechał samochodem, otwarł drzwi i chciał mnie wsadzić do środka. Dziadek w ostatniej chwili to zauważył i podniósł krzyk…..no i tak piszę sobie tego bloga. Kto wie, co mogłoby się wtedy stać ? Całkowicie rozumiem teraz strach rodziców. To nie była bezpieczna dzielnica. To nie były bezpieczne czasy. Miałem więc swój dom z ogrodem i wyobraźnię…..i dźwięki…..piosenki, opowieści, jakich słuchałem od odwiedzających nas ludzi….no i czasem telewizję ?

Ten motor chyba czekał na swój moment. Musiał się kiedyś pojawić. Był we mnie przez te wszystkie lata. Kiedy skończyłem rysunek przyjrzałem mu się uważnie. Nie był zbyt udany,…….jednak miał w sobie światło wschodzącego słońca – na plecach motocyklisty. Z lewej strony rysunku udało mi się pokazać światło, które go popychało…….Tak, to co najważniejsze w nim było. Tego właśnie szukałem. Zawsze, kiedy coś narysuję podejmuję tylko dwie decyzje – tak, albo nie. Jeżeli nie – rysunki drę na kawałki i wynoszę od razu do kosza na papier. Robiłem tak bardzo wiele razy. Temu jednak przyglądałem się dłuższą chwilę i uśmiechnąłem się …. – tak.

Jeżeli ktoś zapytałby mnie o motor – to powiedziałbym o jeszcze jednej scenie. Tej z filmu „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. To świetny film – jeden z tych, po obejrzeniu których wie się od razu i z całą pewnością, że miało się właśnie kontakt z arcydziełem. Opowiada historię człowieka, który w miarę upływu czasu stawał się coraz młodszy. Opowiada także historię miłości, która miała swój czas w jego życiu. Pewnego dnia ruszył w podróż…….żył w różnych miejscach, wykonywał różne zawody. Spał gdzie życie go rzuciło, jadł co życie mu dało. Podróżował na motorze. Spełniało się jego przeznaczenie…..

Bohater filmu cofa się w czasie…trochę jak ja dzisiaj ?

To bardzo niezwykły film. Nakręcono go na podstawie książki Francisa Scotta Fitzteralda – tego samego, który napisał „Wielkiego Gatzbiego”. Swoją drogą niezwykły człowiek musiał być z tego Scotta.

Niedziela powoli się kończy.

Lubię czasem wyjechać z mojego ukochanego Ustronia, ale jeszcze bardziej kocham do niego wracać

 

„Bogowie Elektroniki – cz.1”

Pojawiają się na moim blogu wpisy typu – „…..- cz.1”. Postanowiłem (niekoniecznie w serii) umieszczać wpisy dot. moich inspiracji. Tutaj powinienem od razu napisać w pierwszej kolejności o JMJ (Jean-Michele Jarre). Bardzo go szanuję – nie tylko za dokonania muzyczne i wieczne eksperymentowanie bez względu na publikę, ale także za jego sposób myślenia i stosunek do świata. Jest filantropem i człowiekiem świadomym ekologicznie. Jest wizjonerem i kimś gotowym do realizacji bardzo wielkich pomysłów. Jest po prostu….. mądrym człowiekiem. To jest jednak temat na osobny materiał. JMJ to zbyt ważna postać dla mnie, żeby nie popracować nad tym wpisem bardziej.

Dzisiaj natomiast krótko (któtko tylko dlatego, że muszę iść spać) o grupie Kraftwerk. To nazwa, która dla wszystkich miłośników muzyki elektronicznej znaczy tyle, co Michał Anioł dla artystów. Znaczy tyle co czerń i biel dla malarzy….To Kaftwerk stworzył i tworzy dalej nowe „kolory tęczy”. Ich syntetyzowane dźwięki słychać potem prawie wszędzie. To inżynieria dźwięku na najwyższym poziomie. Ogromna ilość wykonawców korzysta ze stworzonej przez nich palety. Są jak twórcy farb, z których korzystali i korzystają dalej inni. Oczywiście, przed nimi byli inni i po nich było wielu innych. Każdy jednak, kto trochę bliżej niż trochę spotkał się z muzyką elektroniczną – musiał bardzo szybko natrafić właśnie na nich. Ja trafiłem na tę grupę mając 11 lat. Kolega pożyczył mi kasetę z czymś tak innym od wszystkiego co do tej pory słyszałem, ……..że „odpadłem”. Słuchałem ich na okrągło. Słucham też często i dzisiaj. Przyglądam się ich postępom. Kraftwerk to znacznie więcej niż muzyka – to kompletny koncept artystyczny. Pracowali prawie wyłącznie w nocy – idąc rano do baru w Dusseldorfie i rozchodzili się do siebie. Muzycy elektroniczni często tak robią. To z powodu ciszy i maksymalnej koncentracji, jaką zapewnia właśnie noc. W całej historii udzielili tylko 1 wywiadu (i to niedawno temu sam Ralp Hutter – silnik grupy). Było to na rozdaniu nagród Grammy w 2014r (grupa działa od 1970r – czyli po 44 latach działalności !). Do tego momentu konsekwentnie tego odmawiali. Znano ich muzykę, ale nie znano ich. Nie będę tu jednak opisywał historii, bo zrobiła to świetnie Wikipedia ?

Wspomnę jedynie kilka utworów – które przybliżą to, czym jest Kraftwerk:

 

Wrzucę jeszcze nagranie z jednego z koncertów.

 

Zarzuca się nam, że jesteśmy bardzo zdehumanizowani w swojej muzyce – powiedział kiedyś Karl Bartos – to nieprawda, jesteśmy bardzo zhumanizowani.
W pełni się z nim zgadzam. Tak mógłby pomyśleć jedynie ktoś, kto zupełnie nie rozumie ich muzyki. Kraftwerk ma drugie dno. To za robotycznymi i zmechanizowanymi sekwencjami – kryją się wrażliwi ludzie. Ta zimna warstwa górna to ich wołanie o człowieka. Prowokują – to bardzo inteligentna postawa – trzeba ją po prostu umieć dostrzec.

Ciekawostką socjologiczną (robiono na ten temat badania naukowe) jest fakt, że Kraftwerk lubią prawie wyłącznie mężczyźni…., niesamowite i bardzo szkoda. Spotkanie kobiety zainteresowanej muzyką elektroniczną już samo w sobie nie jest łatwe, a spotkanie miłośniczki Kraftwerk – statystycznie prawie niemożliwe.

Można powiedzieć, że w 60% słuchałem zawsze muzyki elektronicznej. Nie dlatego, że wolałem te dźwięki bardziej od instrumentów naturalnych – o nie. Uwielbiam tradycyjne instrumenty. Elektronika daje nam jedynie możliwość tworzenia jeszcze bardziej złożonych i nieograniczonych jakości. Kiedyś słuchałem tysiącami godzin takich twórców, jak oczywiście JMJ (mój absolutny nr 1), wspomniany Kraftwerk. Innym przykładem jest także Tangerine Dream, Vangelis, Yani……… Moi wielcy to także ATB, Armin Van Buuren, Avici, ….nie wymienię wszystkich a lista byłaby długa. Teraz słucham najczęściej nowych twórców – na początku swojej drogi. Dają bardzo dużo świeżości tej muzyce. Jednym z nich jest Lumidelic – młody Hiszpan. Zachwycam się tym, co robi już dobre 10 miesięcy. Prawie co dzień leci u mnie coś z jego repertuaru. Jest niesamowicie twórczy. Czasem w ciszy nocy śledzę jego track’i w zapisie na ścieżkach komputerowych i nie mogę wyjść z podziwu – jakim jest umysłem. Niedawno na Facebook wymieniliśmy z sobą parę zdań na temat muzyki elektronicznej :), to jest właśnie siła internetu. Poniżej przykładowi twórcy: Lumidelic, Maiga, Alex H. Pamiętajcie o dobrym sprzęcie do odsłuchu – inaczej nic z tego ? Miłego odbioru

 

Moi Mistrzowie – Ryszard Kapuściński
Każdy z nas ma takie osoby na swojej drodze, od których wiele się uczył. Począwszy od najbliższych, aż do tych których znaleźliśmy często przypadkiem. Mógłbym ich wymienić kilka. Z pewnością jedną z tych postaci jest polski dziennikarz i reporter wojenny – Ryszard Kapuściński. Dlaczego on ? Czy interesuje mnie tematyka wojenna ? – Nie.

Interesuje mnie człowiek, człowieczeństwo – a Kapuściński potrafił pisać o człowieku w sposób wyjątkowy.

Zaczęło się od tego, że około 1998 r. przeczytałem w gazecie krótką wzmiankę o jego „Lapidariach”. Z opisu wynikało, że w swoich kolejnych odcinkach zapisał krótkie myśli, zdarzenia, wspomnienia – w sposób niechronologiczny, wyrywkowy. Raz krócej, nawet mega krótko, raz dłużej – nieważne. Skacząc z tematu na temat i układając z tego wszystkiego jedną historię – no bo przecież wszystko składa się ostatecznie w jedną wielką historię. Tak naprawdę, to opowiadając ją od którejkolwiek strony i tak uzupełniamy powoli krajobraz z puzzli. Nasze umysły nie pracują chronologicznie. Myśli i emocje przeplatają się w nas bezustannie. Takie jest pisarstwo Kapuścińskiego. Dla mnie on nie był dziennikarzem, ani reporterem wojennym. Był dla mnie myślicielem, człowiekiem który potrafił wyciągać wnioski bardziej ogólne z wydarzeń niepozornych. Potrafił obserwować i wskazać na te elementy, które były znaczące. Odnalazłem Kapuścińskiego ponownie około roku 2009, kiedy wpadła mi w ręce książka „Podróże z Herodotem”. Herodot…….?? – Father of history – jak nazywał go Angielski Pacjent – bohater mojego ulubionego filmu ? To książka Herodota była przy nim zawsze. To w niej umieszczał luźne rysunki, zapiski, kawałki kartek…….Nie mogłem więc nie przeczytać tej książki…..no i się zaczęło…………. Byłem potem ciekaw, kim był człowiek, który tyle razy był w sytuacji zagrożenia, który poznał tylu różnych innych ludzi, którzy pomagali mu w ciężkich chwilach,……….. jak ci Afrykańczycy z plemienia, którzy znaleźli go chorego na malarię. Umarłby wycieńczony, gdyby nie oni. Potem, kiedy już trochę doszedł do siebie – całe plemię otoczyło go w wiosce……. i wszyscy patrzyli jak je……- jedno jajko. Jajko, które było dla nich jak złoto, a mimo to podzielili się nim z nim, białym człowiekiem. Uratowali go…..

Przeczytałem wiele z jego książek, niektóre po kilka razy – jak np. „Lapidaria”. Ich kolejne odcinki leżą gdzieś w szafie. Czasem wyciągnę któryś i na chybił trafił otwieram. I tak na chybił trafił cytuję poniżej fragmenty Lapidarium VI, po to żeby pokazać kim był człowiek, który wywarł na mnie tak wielki wpływ.

Pisał do końca – nawet na receptach w szpitalu. Żył skromnie. Był zawsze gotowy do podróży. Kiedy wyjeżdżał np. na rok do Afryki, w miejsca gdzie trwały wojny, albo do Ameryki Łacińskiej, czy Południowej – i wszędzie tam, skąd powrót był jak 50/50 – to zabierał z sobą klucze do domu – jakby wyjeżdżał na chwilę. Brał te klucze, żeby móc otworzyć po cichu drzwi w nocy…… i wejść, gdyby jego żona spała…….

Zanim na końcu wrzucę cytaty – krótki wywiad z M.Dorocińskim, który podkładał głos w filmie „Jeszcze dzień życia” – o R.Kapuścińskim. Zaraz potem trailer filmu.

 

 

Teraz parę cytatów:

Niekończący się temat – media i polityka. Edward Luce w „Financial Times” z 20.04.02 zwraca uwagę na wpływ mediów na zachowanie posłów w parlamencie Indii. Jeżeli kamery TV są włączone – posłowie krzyczą, awanturują się, skaczą sobie do gardła, pchają się na mównicę, chcą pokazać, że walczą o interesy swoich wyborców. Kiedy operatorzy wyłączają kamery, na salę powraca normalna, nawet przyjazna atmosfera.

*

Coraz wyraźniej dostrzegamy dziś jeszcze inną cechę biedy – jej dziedziczność. Przechodzenie biedy z pokolenia na pokolenie. Dziecko rodzi się z biednych rodziców, dorośleje w biedzie i następnie przekazuje ją swojemu potomstwu. Ten stan dziedziczenia sprzyja rozwojowi mentalności getta, która cechuje myślenie każdego uwięzionego w swoim losie biedaka.

*

Z „Autobiografii” Jorge Borgesa (tłum. Adam Elbanowski). Borges o złych książkach, które pisał w młodości: „Dzisiaj nie czuję się już winny owego braku umiaru: książki te pisał ktoś inny”. I dalej: „Nie czuję żadnej więzi z zarozumiałym i nieco dogmatycznym młodzieńcem, jakim kiedyś byłem”. „Posługiwanie się wyrafinowanym stylem jest błędem i to błędem płynącym z próżności. Zdecydowanie wierzę, że dobre pisarstwo wymaga skromności”.

*

Wojna Ameryki z Irakiem to w dużym stopniu – po obu stronach – wojna elit, klanów patrycjuszowskich. Spójrzcie na ich protagonistów – gdzie widzimy Busha? W pałacu. Husajna – w pałacu. Ben Laden też urodził się i wychował w pałacu.

Ludy są tylko ofiarą, mięsem armatnim. Te matki, które płaczą nad zwłokami swoich synów, to są ubogie, proste kobiety. Te idące w panice pochody uchodźców – to najczęściej wiejskie kobiety z dziećmi.

Każda wojna jest nienawistna ludziom, na wojnie lud nigdy nie korzysta, lecz przeciwnie – traci domy, dobytek, jeśli nie po prostu – życie.

Boję się tłumu. Rzadko boję się pojedynczego człowieka, natomiast zawsze boję się tłumu, nawet kiedy jest ogromny i radosny. Bo wiem, jak łatwo, jak momentalnie, w ułamku sekundy, rozbawiona, wesoła zbiorowość może przemienić się w bestię i eksplodować furią.

Albowiem w tłumie zawarte są wszystkie możliwe zachowania ludzkie – od życzliwości i entuzjazmu po wściekłość i zbrodnię, a o tym, która z tych sił się ujawni i wypłynie na powierzchnię, decyduje rodzaj detonatora, jaki nią poruszy, pchnie do działania. Stąd tak ważne jest, kto stanie na czele tłumu i jakie w ten tłum rzuci hasło.

 

„Indian Summer…”
Obudziłem się dzisiaj cicho…..usłyszałem w oddali łagodny stukot pociągu. Przez dolinę jechał ten na Katowice 5.16.

Wstałem, tak żeby nie budzić nikogo…….Zrobiłem sobie kawy w skręcanej, włoskiej kafetierze i nalałem do swojego ulubionego, metalowego kubka. Takie kubki mają na filmach kowboje :)…… mam i ja.

Potem zakładam słuchawki i puszczam sobie Bruca….. I’m on fire……i postanawiam porysować…

 

Wczoraj do późna oglądałem różne zdjęcia, np. Jamesa Dean’a. Przypomniałem sobie np. to poniżej. Jedno z moich ulubionych:

 

Dean jest na nim wolny od wszelkich norm, zasad….jest outsider’em w samej swojej postawie. Ciekawe….większość moich kolegów to outsiderzy. Kogo bym nie wspomniał. Jednocześnie silne i niezależne osobowości. Ludzie idący swoją drogą, nie oglądający się na main stream..

Nad górami unoszą się mgły. Powietrze jest rześkie…ma dziś swój dobry, energetyczny smak. Podchodzę do okna popatrzeć na dzikiego ptaka lecącego nad horyzontem. Jest jeszcze oszarówka. Gorąca kawa rozgrzewa mnie od środka. Rozglądam się po szczytach. Jeszcze są zielone, ale lada moment zrobi się tu kolorowo. Będzie piękne „Indiańskie lato” – Indian Summer, jak mówią za Atlantykiem. Ciekawe, zaczynam doceniać wiewiórki, jakiegoś zająca, który czasem przeleci w pobliżu. Przy drodze nad ranem mogą się zdarzyć nawet sarny. Jesteśmy częścią natury. Czuję to coraz bardziej….tak.

 

Postanawiam porysować. Wyciągam jakieś kartki….pierwszy z brzegu ołówek z pudełka po herbacie Twinings Earl Grey (pasuje idealnie). Rysuję kowboja……takiego, jakim wewnątrz trochę jestem. Jest chłodny i wilgotny poranek, więc stawia kołnierz……

 

Rysuję go, wspominając film „Zaklinacz Koni” Roberta Redforda (i z nim także). No i oczywiście z Kristin Scott Thomas.

 

Fajny film z ’98r. Miło go wspominam. Są w nim klimaty, jakie teraz trochę czuję. Skąd się to wzięło właśnie dziś….ciekawe ?

Słucham Bruce’a i po cichu zaczynam robić naleśniki. Jak zwykle mega-garnek. ciasta – jak dla armii. Jak zjeść – to zjeść. Smażę je przez dobre 2 godziny. Siedzę przy tym smażeniu z gitarą i pogrywam. Płynie czas wolno….o to chodzi w życiu. Nigdy nie chciałem wiele.

 

Lubię sposób, w jaki Bruce uderza w stalowe struny. Jest charakterystyczny dla niego…..mocny, bardzo bardzo energetyczny – nisko, przy mostku. Struny brzmią wtedy bardzo rasowo… Springsteen gra z serca – całym sobą.

Przy okazji przypomniałem sobie, że w kuchni na samej górze szafki, mam taki uchwyt do harmonijki jak Bruce – zaraz go wyjmę. Całe lata go nie wyciągałem…

W jednym z moich ulubionych utworów Springsteen’a – „Atlantic City” – śpiewa. „Zrób sobie makijaż i popraw włosy…Spotkamy się wieczorem w Atlantic City”. Wszystko, czego potrzebuje, to te chwile spędzone z nią.

Kiedyś wybrałem się rano w bardzo długą trasę. Żadnego utworu nie słuchałem tyle razy pod rząd, co właśnie „Atlantic City”. Harmonijka Bruce’a jest dla mnie obłędna. On gra energetycznie, mocno, zdecydowanie. Słyszę w tej muzyce przestrzeń, wiatr….radość. To właśnie w nim lubię. To muzyka pełna dobrej energii. Śpiewa o prostych rzeczach. Prostych, ale jak ważnych.

Z biegiem lat czuję, że staję się coraz bliższy naturze. Zauważam więcej niż kiedyś i inaczej reaguję. Niedawno temu byłem zmienić oponę do mojego Forda. Jest taki wulkanizator na starej szosie z Bielska do Cieszyna, po lewej. Jedzie się przez pola – góra ….dół – fajna trasa. W miejscu z otwartą przestrzenią jest ten warsztat. Są sympatyczni i nie ździerają – lubię tam jeździć. Kiedy czekałem, aż skończą robotę, przez szklane drzwi z biura – zaglądał młody wilczurek. Kosmaty – jak to one. To mądre psiska. Drapał łapką i piszczał. Żal mi się go zrobiło. Podszedłem do drzwi i się uspokoił. Patrzył na mnie ciekawie……. a ja poczułem, że fajnie byłoby mieć takiego psa. ? Potem właścicielka wypuściła go i poleciał przez warsztat wesoło.

Artur podjadł ze mną trochę naleśników. Wersji z kawą jeszcze nie jadł. Ja lubię kawę i lubię naleśniki. Do tego Nutella, albo po prostu cukier. Czasem starte jabłka. Wczoraj z nocy zostało mi w kubku całkiem dużo kawy. Eksperymenty lubię najbardziej…więc wlałem ją do ciasta. ? W lodówce było trochę maślanki. Dodałem do tego. A może jeszcze jedno jajko, a może jeszcze mąki, a może jeszcze oleju do ciasta…..i tak się bawię i osładzam tą chłodnawą niedzielę. Aha….zapomniałem powiedzieć, że ciasto miałem z przedwczoraj. Smakowało jednak dobrze. Tyle, że się rwało. Przy okazji wyciągnąłem jeden wniosek. Robiąc małe naleśniki dało się je smażyć. Robiąc duże – rwały mi się. Czasem tak samo jest w życiu – lepiej robić rzeczy w małych kawałkach. Tak to jest….co nie robię, skłania mnie do szerszych wniosków ? Jakoś nie mogę inaczej. Naleśników została zresztą cała fura. Pewnie jeszcze zjem ich parę zaraz…..

Teraz przeczytam jeszcze raz to wszystko, poprawię błędy, coś skreślę, coś dopiszę, zgaszę lampkę przy naszym kuchennym stole i skończy się dobry dzień…..

Jeszcze jedno….wynosząc wieczorem śmieci przyglądałem się wielkiemu kamperowi, jaki stoi przy wejściu do naszego domu. Jest mniej więcej tej wielkości, co amerykański GMC, w jakim mieszkaliśmy kiedyś przez 2 tygodnie, w Szwecji z moim kuzynem Jarkiem Makoszem (jest nas dwóch ? ). Potem poszliśmy dalej zwiedzać ten ciekawy kraj. Przemierzaliśmy Szwecję….potem Danię. Spaliśmy tam, gdzie się dało. Czasem w lesie, czasem w parku, czasem na łodzi…..i tak szliśmy dalej. Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku z tymi metalowymi kubkami i piliśmy kawę zbożową…….to było 30 lat temu. Ten kamper mi to przypomniał. W moich notesach pisałem różne rzeczy, wykonywałem proste rysunki tego co akurat było wokół. Dobrze to wspominam. Nie potrzebowałem wiele. Cały dobytek był w plecaku. Jutro było niewiadomą. I tak właśnie traktuję życie. Każdy dzień może być zaskakujący. A jeżeli taki nie jest – to trzeba zaskoczyć dzień. Chyba jeszcze raz posłucham „I’m on fire”. Mam na to ochotę. Jest miło łagodny. Dokładnie tego teraz potrzebuję.

Co zostało we mnie z tamtego „kowboja” ? Myślę, że nie tylko metalowy kubek, w którym podgrzewałem na ognisku kawę. Myślę, że trochę więcej. To sposób myślenia, podejścia do życia. To prostota bycia, połączona z szacunkiem do natury. To docenianie najważniejszych rzeczy, które jednocześnie są zupełnie za darmo. To one właśnie stanowią treść naszego życia. Czasem zdarzy mi się stanąć gdzieś na stacji, jadąc do Ustronia z pracy, albo na parkingu przy barze po drodze… i gram sobie na harmonijce ustnej, którą kupiłem ostatnio w Lidlu za parę złotych. Puszczam mojego harmonijkowego mistrza z Tennessee i gram razem z nim. On uczy z auta – ja uczę się w aucie. Sprawia mi to radość. Lubię wtedy patrzeć na zachodzące, pomarańczowe słońce. Nic się nie zmieniłem….i nie chcę się zmieniać.

 

A poniżej – krajobraz z moich stron – ze Śląska. Tak oglądaliśmy zachody słońca, kiedy spędzaliśmy wakacje z chłopakami..np. na moście, patrząc na horyzont i marząc o podróży w wielki świat..

Wrzesień…
Kończy się lato. Jest jeszcze jednak bardzo gorąco….nadchodzi mój ulubiony miesiąc – wrzesień….Wspominam chwile…słońce, wyjazd w ulubione strony….kolory, smaki, zapachy. Lato było piękne i udane…

Słońce pada już pod innym kątem. Światło jest rześkie, soczyste – pełne barw i cieni. Wydobywa cały urok świata.. Jeszcze chwila i będzie można zrzucać kasztany. W dzieciństwie robiliśmy to małymi kawałkami desek. Cały dzień od rana potrafiliśmy tak rzucać i pobijać rekordy. Ktoś zrzucił za jednym razem 14 sztuk…..i chyba to byłem ja. Potem tymi kasztanami chłopcy rzucali w naszym kinie. Łatwo było dostać w łeb, więc trzeba było uważać. Ze wszystkich filmów najbardziej lubiłem oczywiście „Żandarmy” (z Saint Tropez) – tak nazywaliśmy tą serię. O tym pisałem już nie raz, ale nie mogłem się oprzeć po raz kolejny. Kończyły nam się wakacje, ale my się nie poddawaliśmy – cały wrzesień był nasz – pełen niezwykłych pomysłów. Cudne czasy…

Dzisiaj jest gorący, niedzielny wieczór. W Ustroniu mieliśmy przez większą część dnia wyścigi samochodowe. Główne ulice zamieniły się w tor wyścigowy. Impreza nabiera rozmachu i przyjeżdża mnóstwo miłośników tego sportu. Słychać ich w całym mieście. Z Ustronia zrobiło się nam małe „Monte Carlo”. W ogrodzie przed naszymi oknami jeszcze parę dni temu słychać było wnuki sąsiadów. Przyjeżdżają tak co 2-3 lata z USA. Kiedy byli mali – dziadek składał im wielki basen i pluskali się w nim radośnie. Podrośli w międzyczasie bardzo. Teraz przyjechało ich chyba z pięciu. Grali w piłkę pod naszymi oknami przez dobre 3 tygodnie. Było ich wszędzie pełno. Nie mówią po polsku, więc amerykański angielski towarzyszył nam tak często, że aż zaczęło mi go brakować, kiedy zrobiło się w ogrodzie ciszej. Ostatniego wieczoru wszyscy z ich rodziny zebrali się pod altaną i zrobili sobie wesołą kolację. Rozwiesili pełno kolorowych lampek. Do tego dźwięki zabawy, gdzieś z lokali nad brzegiem Wisły, cichy stukot pociągu biegnącego w Polskę, ……wesołe głosy dobiegające z biesiad przy grillu w innych ogrodach, wszędzie wokół……czas płynie dalej. Słychać świerszcze….jakie to miłe. Lekki wiatr chłodzi wnętrze pokoju, po upalnym dniu….Na stole, przy moim komputerze leży miska z czysto warzywnym Leczo. Dojrzałe papryki, soczyste i pełne słońca pomidory, aromatyczna cebula. To prosta, zdrowa i genialna potrawa. Jest jak to lato – pełne dobrego słońca. Całość wygląda bardzo apetycznie. Sos doprawiony jest różnymi przyprawami. Ta dojrzała soczystość miesza się ze sobą i kusi wzrok. Sam widok tej potrawy jest wręcz malarski. Lepiej już zakończyć to pisanie, bo mocno mnie to rozprasza ?

Słyszę Harley’e wyjeżdżające na trasę. Latem przyjeżdżają tu w nieprawdopodobnej ilości. Stąd mają fajne trasy dalej na południe – w górskie serpentyny. O tej godzinie wracają już ostatni z nich. Przejeżdżają szosą daleko na horyzoncie. Słychać ich cicho…..biegną do siebie.

Mógłbym tak pisać…. i pisać…..ale chciałem podzielić się czymś innym w gruncie rzeczy. W tym tygodniu wpadł mi w ręce audiobook książki, którą czytałem wielokrotnie. Jestem z tych, którzy czytają po ileś razy te same książki. To trochę tak jak z człowiekiem. Kiedy poznam kogoś, kogo naprawdę chcę poznać, to nigdy nie mam go dość…..czy nie lepiej bliżej poznać niewielką ilość ludzi, ale dobrze – dając im także siebie, swój czas, uwagę, troskę…..niż znać wielu, ale pobieżnie i ciągle gdzieś gonić……. ?

Tak więc, oto książka, która wywarła na mnie duży wpływ. Jest jedną z najlepszych, jakie w życiu czytałem. Potem chwyciłem za inne tego autora – także były dobre. Ta jednak jest kultowa. Wpadła mi w ręce, pewnego dnia w Rossmanie. Stwierdziłem, że skoro taki sklep sprzedaje taką książkę – to może być niezła. Przeczytałem parę fragmentów ….. i natychmiast mnie wciągnęła. Mój pierwszy egzemplarz cały popisałem różnymi uwagami i notatkami. Potem kupiłem kolejny. Polecałem tę książkę wielu osobom. Dziś polecę Tobie.

Mamy to szczęście, że w j.polskim jest naprawdę dobrze nagrana. Są nawet wstawki „aktorskie”. Można jej słuchać wszędzie…jadąc samochodem, sprzątając, zmywając naczynia….Przeczytałem ją ok. 5 razy. Jutro rano, jadąc do pracy – załączę ją znowu, bo jak napisał sam autor – Dale Carnegie – „choć sam ją napisałem, to muszę ją sobie od czasu do czasu przypomnieć, bo zapominam”…..

PS

Udało mi się przepisać dość sporo myśli – są w zakładce „Myśli – do wydruku”.

No i ciekawostka – dodałem zestawienie 2 zdjęć, na końcu – w zakłade „About me”…..

Miłego wieczoru…. j

 

malarz w Saint Tropez… ? Wspomnienie tegorocznego wyjazdu na Lazurowe Wybrzeże…

 

Zawsze byłem ciekawy, czy ta kawiarnia z czerwonymi markizami i czerwonymi krzesłami jeszcze istnieje (widać ją na początku filmiku po prawej stronie) …… i istnieje ? To Senequier.. Jak to fajnie, że są miejsca, do których zawsze można wracać.

 

Coś nie zawsze włącza się filmik, więc wrzucę jeszcze twista z Saint Tropez. Lubię tę wesołą pisenkę (zawsze poprawia mi humor) …. no i Genevieve Grad..

 

„Podświadomość…”
Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jakie programy – zapisane w nas – realizujemy w ciągu życia. Już kilka razy zdarzyło mi się, że zrobiłem coś – co było we mnie właśnie zapisane i nie zdawałem sobie nawet do końca sprawy z tego, że dążę do realizacji celu w sposób podświadomy.

Uświadomienie sobie tego w tamtym momencie było dla mnie dowodem na to, że tak naprawdę jest. Nasze wyobrażenia, marzenia, wizje, myśli….to wszystko prowadzi nas w jakimś kierunku. Czasem nawet nieuświadomionym. To jest właśnie potęga podświadomości……Jeżeli jest dobrze wykorzystana i uświadomimy sobie istnienie podświadomości – możemy przebudować swoje życie w kierunku bardziej świadomego i dobrego.

Zdanie sobie sprawy z tego zjawiska może nas prowadzić do realizacji celów wartościowych, nie zaś przypadkowych. Co mam na myśli….oto kilka przykładów:

Ktoś wyobraził sobie siebie, że podjedzie drogim autem na rynek i ludzie będą go za to podziwiać. …… i dąży do tego obrazu podświadomie. Widzi siebie zadowolonego i upojonego tą myślą ……Cel nie warty osiągnięcia. Być może go osiągnie i tak się kiedyś stanie, ale posiadanie czegokolwiek nie może być prawdziwym dążeniem…..

Ktoś wyobraził sobie siebie z drinkiem na tarasie swojego wielkiego domu. Ma przedmioty, których pragnął i tym się otoczył. W wyobraźni rysuje obraz siebie, człowieka bogatego, któremu wszyscy tego zazdroszczą………. Cel nie warty osiągnięcia. Być może zdobędzie pieniądze, ale one są tylko środkiem do realizacji rzeczy znacznie ważniejszych niż one same. Jeżeli tego nie zrozumie……wszystko na marne………Jeżeli chce mieć pieniądze, żeby zrobić z nimi coś dobrego i traktuje je jako środek a nie cel – to OK.

Ktoś wyobraził sobie siebie, jako szefa dużej grupy ludzi. Wszyscy go słuchają i podziwiają. I tego podziwu chciał….Cel nie warty osiągnięcia. Władza jest czymś, co powinno się powierzać ludziom wyjątkowo odpowiedzialnym za innych, nie tym którzy szukają jej dla karmienia własnej pychy…..Jeżeli to zrozumie i dobrze wykorzysta swoje cechy osobowości – to OK, ale nie władza jest celem.

…… i tak dalej, i tak dalej.

A co, gdyby postawić sobie naprawdę wartościowe cele – a może bardziej kierunki, bo ja tak patrzę na sprawy – dla mnie wybór właściwego kierunku już jest wyborem celu – to co wtedy ? ………..Poziom jego realizacji, jaki uda się nam osiągnąć to sprawa drugorzędna – ważne, że dajemy z siebie wszystko stawiając każdy pojedynczy krok. Wybór właściwej drogi i wytrwałe podążanie nią – to już samo w sobie osiągnięcie celu. To, ile dni będzie nam dane i ile uda się w tym czasie zrobić……to już nie zależy od nas…..

Ważny jest wybór własnych celów, w które naprawdę wierzymy. Celów, które są dobre, a nie próżne. Realizacja tego, co jest naturalnie w nas i jest dobre, co stanowi naszą istotę, a co wynika ze zrozumienia tego – po co jesteśmy. Żeby dojść do takiego punktu – zazwyczaj trzeba trochę pożyć na tym świecie i zajrzeć głęboko w siebie. Zobaczyć, co tam jest zaprogramowane przypadkowo i przeprogramować to na nowo ?

Na temat podświadomości wiele napisano i powiedziano. Ja słucham czasem wykładów Bruce Lipton’a. Ten poniżej dotyczy w większości tematu farmaceutyki, ale można go z łatwością przełożyć na cokolwiek.

Konformizm…
Jednym z największych niszczycieli naszych naturalnych talentów jest – KONFORMIZM….. W warunkach komfortu nigdy nie osiągamy szczytu naszych naturalnych możliwości. Za wygodę płacimy wysoką cenę – siebie.

Definicja konformizmu wg. Wikipedii:

„Zmiana zachowania na skutek rzeczywistego bądź wyobrażonego wpływu innych ludzi. Podporządkowanie się wartościom, poglądom, zasadom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. W tym rozumieniu jest to zmiana związana z faktem, że członek grupy miał początkowo inne zdanie czy inaczej się zachowywał niż grupa, a następnie je zmienił w kierunku zgodnym z oczekiwaniami grupy…”

Cała filozofia jednego z moich ulubionych myślicieli – Anthony De Mello, to filozofia kwestionowania konformizmu.

W sieci szukam nauki, inspiracji, refleksji….(www to nie tylko źródło zabawy :)…., to potężne źródło wiedzy, które polecam każdemu. Poniżej wrzucam jedną z najlepszych przemów motywacyjnych, jakie znalazłem. Mówi je człowiek, który osiągnął wiele na kilku polach (Arnold Schwarzenegger) – a to wszystko dzięki temu, że wiedział dokąd idzie (to zasadnicze pytanie), że ciężko pracował, że był zdeterminowany. I te słowa, jakie padły z ust Muhammada Aliego:

– Ile zrobisz przysiadów ? – pyta Arnold

– Nie wiem, nie liczę, dopóki nie zaczynam czuć bólu…..- odpowiada Ali

Uśmiecham się, bo znam to doskonale, z różnych swoich historii ?

Polecam poniższy film i zachęcam do szukania własnych, inspirujących materiałów. Oby każdy z nas wydobył z siebie to, co ma najlepszego i dzielił się tym z innymi. Szczerze tego wszystkim życzę. Wtedy świat wokół będzie lepszy…

 

Każdemu wolno kochać…
Zastanawiałem się, co dziś napisać….Może zamiast tego – wrzucę piosenkę, która od wczoraj za mną chodzi ? Chyba tak…

Piękny utwór, piękny teledysk (zwłaszcza końcówka), cudowny fortepian i świetny wykonawca. Czuję, że mógłbym się z nim nawet zaprzyjaźnić, gdybyśmy się kiedyś spotkali. Wydaje się, że fajny z niego gość….normalny, bez szpanu. Taki po prostu…człowiek. Oby więcej takich mężczyzn…

 

Poniżej wersja czysto fortepianowa (która to ciągle we mnie gra). Proponuję przejść od razu do 45 sekundy, bo na początku jest trochę wprowadzenia – a nie znalazłem innej wersji. I jeszcze jedno….piękny tekst tego utworu.

Miłego wieczoru….do zobaczenia za tydzień w niedzielę.

 

Bossa…
Jest taka muzyka, która zawsze przynosi mi wspomnienia wakacji 2002r… Gilberto & Getz.

Każdy z nas ma takie wspomnienia. Słucham właśnie teraz tych delikatnych melodii i czuję tamto słońce…tamten księżyc. Pamiętam tak dobrze gorące powietrze,……. wieczory z muzyką……. Zamykam oczy i czuję wiatr wpadający przez pootwierane okna i szyberdach czerwonego Forda Mondeo,…… biegnącego nocą, ……..nad morzem……w blasku księżyca, jaki odbijał się w wodzie, taki bliski….jak na wyciągnięcie ręki……………….jak czas leci………… ?

Bossa Nova, nazywana też brazylijskim jazzem. Czuć w niej także wpływy samby. Tworzono ją na przestrzeni lat 50′- 60′. Jest ponadczasowa,…… ciągle świeża i jakże nastrojowa……uspakajająca…….kołysząca. Poniżej płyta klasyków Joao Gilberto i Stan Getz’a – niezapomniana ………A najlepiej słuchać jej właśnie teraz, ze szklanką np. zimnej Caipirinha w dłoni (przepis na samym dole).

Joga…
Wstałem dziś wcześnie rano. W niedzielny poranek słońce wpadało delikatnie do pokoju. Czuję się dobrze,….. jestem wypoczęty. Póki rodzina jeszcze śpi, postanowiłem napisać parę zdań o jodze – tak, jak zapowiedziałem tydzień temu. Najpierw wykonałem jednak parę ulubionych ćwiczeń. To zawsze daje mi radość. Są jak odprężający masaż swojego własnego ciała. Jest to niezwykle przyjemne. Zaparzyłem w kafetierze kawę i zacząłem pisać…..

Z jogą zetknąłem się mając jakieś 14 lat. W Polsce, w latach komunizmu pojawiła się w księgarniach książka Sławomira Bubicza – właśnie o jodze, wg. szkoły B.K.S Iyengara – hinduskiego nauczyciela, dzielącego się wiedzą o tej sztuce ze światem.

Bubicz spędził trochę czasu w Indiach i poznał nie tylko jogę, ale zafascynował się także innym sposobem myślenia, innym podejściem do wartości w tamtym kraju. Ja byłem wtedy w okresie głębokich poszukiwań odpowiedzi na wiele pytań, które sobie stawiałem. Nigdy nie byłem człowiekiem, który przyjmował dogmaty – bez ich przemyślenia i zrozumienia. Jeżeli tak się nie działo – odrzucałem je. Stawiałem sobie samemu bardzo podstawowe pytania. Robiłem różne rysunki i grafy. Zbierałem książki, wycinki z gazet, przeglądałem encyklopedie. Szukałem związków między rzeczami i starałem się poznać odpowiedzi na najważniejsze ludzkie pytania. To jest chyba zupełnie naturalne i każdy z nas musi sobie na nie odpowiedzieć – odpowiedzieć na pytanie: „jakim chcę być człowiekiem ?”.

Uzupełniałem swoje informacje w różnych źródłach. Czym były różniejsze – tym miałem poczucie, że staję się w tym bardziej obiektywny. Poszukiwałem w książkach, które przetrwały wieki. Zawsze z szacunkiem odnosiłem się do takich prac. W każdej z nich można znaleźć mądrość pokoleń wielu ludzi. W każdej z nich jest coś wartościowego. Czytałem biblię – ale odpowiadał mi tylko nowy testament. Nawet, gdyby rozpatrywać go tylko w kategoriach dzieła sztuki – jest to w takim razie piękna i pełna mądrości książka. Takich dzieł na świecie jest więcej. Ja szukałem jednego wspólnego mianownika – a mianowicie tego, co jest w nich dobre, tzn. co jest takiego w nich, co sprawia że stajemy się lepszymi ludźmi. Szukałem w książkach o filozofii, czytałem różnych myślicieli…Arystotelesa, Platona, Konfucjusza….a także wielu, wielu innych ludzi zupełnie nie znanych a mających bardzo wartościowe przemyślenia.

Szukałem np. bardzo prostej odpowiedzi na pytanie „Dlaczego ludzie chcą być dobrzy. Dlaczego wybierają dobro i uznają je za największą wartość. Jego najwyższą formą jest przecież miłość”. To pytanie może wydać się banalne, ale takie nie jest. Cały dział filozofii o nazwie Etyka – w gruncie rzeczy do tego się sprowadza. To pytanie jest fundamentalne. Odpowiedź na to, czym jest dla nas dobro – jest odpowiedzią na to kim tak naprawdę jesteśmy. Każdy powinien zadać sobie to pytanie. A to ma związek bezpośredni z tym co robimy, co wybieramy w prostych i codziennych decyzjach (jakich są setki), dokąd zmierzamy w życiu…… Na studiach, na elektronice w Gliwicach toczyliśmy z kolegami różne rozmowy na ten temat. Najczęściej ja je prowokowałem. I tak np. jeden z kolegów stał na stanowisku, że dobro jest całkowicie względne.

– Czyli co – dobre jest to, co jest dobre dla ciebie – pytałem. A reszta ?

Inny z kolei twierdził, że dobro jest logiczne.

Jeszcze inny, że cała nasza miłość to po prostu chemia – i to wszystko.

Każdy z nich poszedł dalej przez życie raczej pozostając w swoich przekonaniach. Trudno jednak nie przyznać każdemu z nich częściowo prawdy. Lata życia nauczyły mnie także respektu do poglądów innych ludzi.

Dobro jest piękne – to prawda…..bezdyskusyjnie.
Dobro jest logiczne – to prawda…bo kto czyni źle, jest jak człowiek który tnie gałąź na której siedzi i wcześniej, czy później to wróci do niego i nie ma w tym żadnej magii ani karmy – to prosta logika następstw. Ludzie odpłacają tym samym, co dostają. Jeżeli ktoś tworzy sobie złe środowisko wokół siebie – to ono zareaguje także na niego samego.
Ale te odpowiedzi do końca jeszcze mnie nie zadawalały. Cały czas szukałem brakującego elementu. Trwało to wiele lat. Co jakiś czas wracałem do tego pytania i dopiero jakiś rok temu znalazłem odpowiedź. Brzmi ona:

„Źródłem dobra jest współczucie”.

Właśnie.

To nie znaczy, że trzeba odpowiedzieć sobie na to pytanie, żeby dobrze żyć. Oczywiście, że nie. Inaczej jedynie filozofowie byliby dobrymi ludźmi – a to przecież nie prawda. Prawdą jest natomiast, że jeżeli ktoś ma w sercu prawdziwe współczucie – będzie dobry. I to wystarczy. Nie trzeba czytać tych wszystkich książek, rozmyślać, medytować i kto wie co jeszcze. Można nim być od najmłodszych lat – do najpóźniejszych, bez względu na miejsce w którym ktoś jest.

Ten kto współczuje potrafi być dobry. Ze współczucia do wszystkiego co żyje – nie tylko do innych ludzi, ale i zwierząt a także natury (którą często niszczymy bezmyślnie) – rodzi się wszystko.

Niedawno temu, na lotnisku – zdarzyło mi się rozmawiać z hinduską rodziną. Dzieliliśmy się różnymi spostrzeżeniami. Rozmawialiśmy między innymi o Anthony De Mello (hinduskim myślicielu – człowieku, który wywarł na mnie bardzo duży wpływ). Jednak jedno słowo poruszyło momentalnie wszystkich. W lot zrozumieliśmy się wszyscy. To było słowo „współczucie”. Wszyscy bardzo żywo na nie zareagowali. Tak……taka jest prawdziwa odpowiedź o źródło dobra. Współczujemy całkowicie bezinteresownie. Wiemy czym jest ból, niedostatek, samotność, zagrożenie……Jeżeli nie chcemy tego także dla innych – to znaczy, że jesteśmy ludźmi. Te cechy ujawniają się już we wczesnym dzieciństwie. Kiedy rodzice swoim przykładem dają dziecku drogowskazy mające u podstaw współczucie dla drugiego – to jest dobrze.

Dobroć to prawdziwa mądrość. To nie wykształcenie czyni ludzi mądrymi, choć wykształcenie pozwala wiele rzeczy lepiej zrozumieć. To nie inteligencja świadczy o mądrości (gdyby tak było ilu znanych w historii tyranów byłoby uznanych przez innych za mądrych). Inteligencja to tylko narzędzie – jak nóż, który można użyć do różnych celów. Sama w sobie nie stanowi większej wartości. Może być jedynie narzędziem do przetrwania i ewentualnie próżnej dominacji nad innymi – i tu się inteligencja kończy. Sama w sobie – jest nic nie warta. Jest jak pieniądze – które mogą być środkiem, ale nigdy celem…

Dobrze żyć – to być po prostu dobrym. Myślę, że jeżeli ktoś taki był, to przeżył dobrze swoje życie – bez względu na to, czy coś innego mu się w życiu udało, czy nie. Ostatecznie, tylko to ma znaczenie. Tak myślę i tak to czuję. Pewnie wielu ludzi będzie miało inne zdanie, ale przecież każdy żyje i myśli po swojemu. To nie znaczy oczywiście, że sam o sobie myślę, że jestem dobry – o nie ? Chciałbym taki być ? To np. w biblii padają słowa „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry”.

Dobro to ideał, to droga….

No ale miałem napisać o mojej przygodzie z jogą. Tak naprawdę najbardziej w tej książce podobał mi się wstęp do niej. Czytałem go chyba z kilkanaście razy. Ma ponad 30 stron. Są tam takie zdania, które posłużyły mi za drogowskazy w moim rozwoju. Jako młody człowiek szukałem takich wzorców….wskazówek.

Są tam np. takie:

Jogin nikogo się nie boi i nikt nie musi bać się jogina.
Nie posiadaj więcej niż naprawdę potrzebujesz.
Te zdania i inne zdania kształtowały mnie od wewnątrz. Pomagały mi w rozwoju świadomości. Czytałem je rano przed szkołą. Uczyłem się asan. Co do pranayamy (ćwiczeń oddechowych), to miałem spory dystans. Uważałem zawsze, że oddech powinien być po prostu pełny i głęboki – dostosowany do fizjologicznych potrzeb. Asany zacząłem powoli okrajać do swoich ulubionych. Stawiałem na ćwiczenia symetryczne. Tak powoli powstawał mój wybór, który ćwiczę sobie od lat. To nie są ćwiczenia wymagające niezwykłej elastyczności. To nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek akrobatyką. Wykonywane jednak poprawnie pozwalają natychmiast odnieść bardzo duże korzyści dla samopoczucia i zdrowia. Z czasem zacząłem wymyślać różne modyfikacje i tak doszedłem do własnego systemu, który nazwałem „swing”. Chodzi o to, aby w najgłębszej pozycji, przy pełnym rozluźnieniu – wykonywać delikatne ruchy pogłębiające. Przypomina to kołysanie. Ćwiczenia hatha-jogi uzupełnione przeze mnie o ten element stają się jednocześnie dynamiczne – a nie jedynie statyczne. Statyczne są w moim zestawie jedynie przez kilka chwil – potem je dynamizuję. Zauważyłem u siebie znaczne korzyści ze stosowania właśnie takiej praktyki.

Polecam proste ćwiczenia jogi wszystkim. Sam Pilates tak naprawdę w dużej mierze wykorzystał elementy jogi w swoim systemie. Był kiedyś chorowitym człowiekiem. Doszedł do zdrowia i dzielił się tym z innymi. Stworzył system ćwiczeń, który zaczęła wykorzystywać nawet armia. Pilates jest niezwykle korzystny także w rehabilitacji. Przynosi bardzo szybkie postępy. Wiele ćwiczeń nie wymaga żadnego sprzętu (nawet maty) i takie lubię najbardziej. Można je ćwiczyć dosłownie wszędzie. Dzisiaj czerpię z różnych systemów ćwiczeń i to, co robię już nie mogłoby chyba być nazwane jogą. Szukam własnych dróg. Joga jednak pomogła mi zrozumieć ich istotę.

Polecam max 10 min. dziennie na proste ćwiczenia jogi – czy pilates, czy stretching, czy cokolwiek innego. Kiedy znajdujemy harmonię z własnym ciałem – znajdujemy harmonię ze swoim wnętrzem.

Jak zwykle piszę o wszystkim tak, jak ja to czuję – dlatego nie będę udzielał dalszych wskazówek. Miało być o jodze a zacząłem się rozpisywać o poszukiwaniach duchowych z dawnych lat. Moje dłonie piszą same….. nic na to nie poradzę ? Sorry. Musze nad nimi zapanować – może przez jogę ?

Każdy może szukać swojej drogi do harmonii ciała i umysłu. Wiele wskazówek jest choćby na youtube. Poniżej zamieszczam prosty materiał, który być może kogoś zachęci ?

PS.

Dodałem trochę zdjęć w zakładce „About me”. Uzupełniłem też wpisy „Myśli” o kilka nowych z tego tygodnia. Niestety coś mi się stało w oprogramowaniu (instalowałem nowe wtyczki) i cały zbiór zniknął przed chwilą. Straciłem też na dobrą godzinę wszystkie wpisy. Odzyskałem je jednak ? Tak to jest – całe szczęście nie jesteśmy tylko wirtualni. Inaczej zniknęłoby po nas wszystko w jednej małej chwili. Nie znam przyczyny technicznej i szukam/uczę się dalej. Co najwyżej będę to przepisywał od nowa ? – albo stworzę coś innego ? Który to już raz coś tracę.

Życzę pięknej niedzieli. W przyszłą niedzielę kolejny wpis. Nie będę jednak zapowiadał o czym. Lubię sam siebie zaskakiwać i nie wiedzieć, co wymyślę ?

Wczoraj mieliśmy 50-rocznicę lądowania ludzi na księżycu. Dla mnie ten dzień też był bardzo szczególny. Dlaczego – może napiszę o tym kiedyś, za parę lat ?

Hej,Tydzień temu napisałem, że moim wielkim marzeniem jest wydanie kiedyś swoich Myśli w postaci małej, kieszonkowej książeczki, którą można zabrać w każdą podróż – nawet wkładając ją do tylnej kieszeni dżinsów.

Z reguły tak te teksty powstawały (w drodze) i taki ich sposób czytania pewnie byłby najbardziej naturalny. W ciągu tego tygodnia zrozumiałem jednak, że to się już stało – bo tymi małymi książeczkami są przecież dzisiejsze smartfony Można je zabrać w każdą drogę, mają nieprawdopodobny zasięg i ja sam mogę mieć do nich dostęp tam, gdzie jestem. Dla mnie to spełnienie tego pragnienia….

Zaktualizowałem w menu teksty w zakładce „MYŚLI – tekst”. Będę to robił raz w tygodniu. Oprócz tego kontynuuję wpisy na Instagram. Zauważyłem, że to właśnie Instagram najbardziej odpowiada mojej koncepcji „kartek na wietrze”.

„Dezyderata..”
Dzisiaj….coś innego niż zwykle – nagranie dźwiękowe. Prosty tekst, który zawiera cenne drogowskazy życia. Natknąłem się na niego 30 lat temu.

Kiedyś przepisywałem takie rzeczy i wieszałem je sobie nad łóżkiem. Miałem tego wiele. Jeżeli coś mnie urzekło w sposób szczególny – uczyłem się tego na pamięć, żeby sobie przypominać o tym w różnych sytuacjach. Wielu było ludzi, którzy mieli na mnie duży wpływ tym – co robili, jak myśleli. Dezyderata, to jeden z takich utworów. Jest na niecałą kartkę A4, a zawiera tyle treści.

Czasem,…. po południu – zakładam sobie okulary….. i czytam – np. to poniżej. A tak przy okazji, to w weekendy nie lubię się golić.

 

Pod nagraniem – link do historii tekstu oraz pełny tekst (jeżeli ktoś woli sobie poczytać, zamiast słuchać mnie.

„What are you waiting for…”
– I na Ingrid właśnie zakończę nasze dzisiejsze spotkanie z tangiem, proszę Państwa. Teraz mamy wyjątkową okazję zobaczyć kino w kinie. Dziękuję bardzo za ten piękny wieczór. Mam nadzieję, że zabierzecie Państwo ze sobą dzisiejsze inspiracje. Kluby tanga są w całej Polsce i łatwo je znaleźć. Może jeszcze kiedyś się spotkamy – powiedziałem …… i po chwili wyłączyłem mikrofon.

Na sali panował ten miły półmrok, jaki tak lubię. Opuszczone rolety pozwalały na bardziej kontrastowy obraz z rzutnika. Na wielkim ekranie – Ingrid maluje czerwoną szminką usta. Zachodzące słońce …..pulsowało. Pełnia lata, a lato ubiegłego roku miało wiele pięknych dni. W trakcie spotkania powoli zachodziło. W tamtym momencie rzucało jeszcze ostatnie promienie.

Goście wpatrują się w obraz na ekranie. Przyglądam się zawsze ich reakcjom. Mają w oczach coś z rozmarzenia, z błysku, z ekscytacji…..to dobrze. Właśnie to chciałem w nich obudzić.

Potem się żegnamy, wymieniamy jakieś spostrzeżenia. To zawsze były miłe rozmowy. Seans się kończy……. Na sali VIP hotelu Belweder zostaję sam……

Zdejmuję swoją ulubioną, czarną marynarkę i wieszam na krześle. Jest bardzo ciepło. Mam ochotę przejść się po drewnianym parkiecie. Każdy, kto kocha taniec…zwraca dużą uwagę na parkiet. Ten tutaj jest idealny. Ma swój niepowtarzalny charakter.

Rozglądam się wkoło…..piękne miejsce – wyjątkowe. Ktoś zaprojektował je w stylu angielskiego klubu z lat przedwojennych. Ściany w orzechowym drewnie. Sofa i fotele, jak z lat 20-tych. Wielka komoda, na której wykładane były zawsze małe kanapeczki (vol-au-vent) i stały srebrne cooler’y z lodem. W nich świetne wino…..ja zawsze oprócz białego wstawiałem tam też czerwone. Tak lubię. Ale największą atrakcją były ogromne lustra, na centralnej ścianie i tej na przeciw, przy której paliły się świece. Wielkich świec na ten wieczór było więcej. Lustra dododawały temu wnętrzu niesłychanej przestrzeni, chociaż wcale nie jest takie wielkie. Mogło pomieścić jakieś 15 osób. Po bokach były też niewielkie lampki, dające urokliwy nastrój świetlnej miękkości. Na środku tych luster stał mały, ciemnobrązowy stolik a na nim wielki wazon z nieprawdopodobną ilością czerwonych róż. Po ich bokach także dwa świeczniki. Róże zamówiono specjalnie na tę okazję. Hotel miał gest…

Pokochałem to miejsce od pierwszego wejrzenia. Natychmiast skojarzyłem je z tangiem. To się musiało tak skończyć.

Wszystko razem dawało klimat, jaki znajdywałem w kinie, na filmach o tamtych latach. Zaprojektowano je na potrzeby spotkań biznesowych – w niewielkim gronie. Tymczasem wyobraźnia podsuwała mi różne pomysły. Przenosiłem się więc momentami w czasie. A przecież był rok 2018 – lipiec.

Zbliżyłem się do okna. Słońce już zaszło. Pod oknami, na dole było na trawie pełno pustych leżaków. W ciągu dnia goście hotelowi kąpali się na nich w słońcu, a potem wskakiwali do basenu obok – albo na przemian. A basen jest tam rzeczywiście wyjątkowy….i do tego całoroczny.

Teraz jednak nie było już nikogo. Świerszcze powoli wypełniały ciszę wieczoru. Widok ustrońskich gór z tego miejsca jest przepiękny. Gdzieś w dole – miasto….sobotni wieczór. Wszyscy chcą się bawić….żyć….kochać.

Stojąc tak w oknie, zacząłem wyciągać spinki z koszuli. Podwinąłem rękawy,…..zdjąłem czarny krawat. Pozostały jedynie szelki ze srebrnymi zatrzaskami. Czerń i biel…..to kolory, które z tangiem są mocno związane. To taniec skrajnych emocji. Do tego dochodzi jeszcze czerwień……jak te róże, przy lustrze i płomień….jak te świece.

Wciągam świeże powietrze w płuca.

Piękny ten wieczór – myślę – ale trzeba powoli iść.

Stanąłem na środku sali i popatrzyłem w lustro…….

Pomysł przyszedł sam. Wypiłem już razem z gośćmi trochę argentyńskiego wina i moja własna fantazja przejmowała nade mną kontrolę. Była zresztą jeszcze połowa butelki w coolerze i zostało trochę vol-au-vent.

Stałem na wprost, układając ręce jak do objęcia. Dokładnie tak, jak uczyłem tutaj swoich gości, kiedy tańczyli w parach. Wykonałem pierwsze kroki „paso básico„…obrót, colgada……..powrót do pozycji początkowej.

– Odstawiasz tu Dirty Dancing, Jarosławie…. – pomyślałem i od razu się uśmiechnąłem. Nie jesteś do końca normalnym, prawie 47- latkiem…..

Ok,…to jeszcze raz – tym razem, po kilka razy „Lapiz” i „Paso cruzado”….. Znowu się zatrzymałem. To, co najbardziej lubię w tangu – to jego figury. Adaptuje je do współczesnej muzyki. To daje nieograniczone wprost możliwości. A nade wszystko te figury można składać w sposób improwizowany, co daje ogromne możliwości ekspresji, wzajemnych kombinacji, zmiany akcentów….

Po chwili przypomniałem sobie o czymś, co miałem na dysku… Tango, które kocham – powinno się tańczyć do tego – myślę głośno – właśnie tak. Dokonać w nim rewolucji.

W końcu podszedłem do komputera. W wielkich głośnikach Yamahy usłyszałem pierwsze dźwięki. Były takie czyste, że podkręciłem jeszcze bardziej regulator. Pomieszczenie wypełniało się tym, co wylewało się z głośników. Na ekranie – dziewczyna wchodzi do tajemniczego pomieszczenia, w lekkim półmroku….zupełnie jak tutaj. Rozgląda się.

Dałem się temu ponieść i zacząłem tańczyć….

Słyszę Ellie…

You’re the light, you’re the night
You’re the colour of my blood…

 

„Słońce Toskanii…”
Miałem dzisiaj napisać o czymś zupełnie innym. Od wczoraj o tym myślałem. Tekst miał być o kolejnym z moich ulubionych artystów – nazywa się David Downton. Widziałem tysiące różnych portretów – ale jego po prostu mnie urzekły. Dla mnie to król „Fashion Drawing”, który tę dziedzinę podniósł do rangi sztuki. Znalazłem go jakieś trzy lata temu. Niezwykła prostota wyrazu, połączona z ogromną wrażliwością i minimalizmem. Jego portrety po prostu żyją. To wyjątkowy człowiek.
Brałem jednak przed chwilą kolejny prysznic (w takie gorące dni to jest prawdziwe domowe SPA) i już podczas kąpieli zacząłem zmieniać tematykę tego, o czym napiszę……..zwrot akcji – dla mnie norma.

Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich może zainteresować malarstwo a temat przyszedł sam. Zaraz po kąpieli skojarzenia pojawiły się samoistnie. W salonie, złote żaluzje pospuszczane w dół. Nawet wielkie, drewniane okiennice z poziomymi łopatkami przepuszczają tak silne, późnoczerwcowe słońce. Jest dokładnie na wprost szklanych ścian – wślizguje się do środka każdą szczeliną. Przez otwarte okno wpada całe szczęście lekki powiew i raz wpycha a raz wciąga cienką, białą firanę. Czerwone, lniane zasłony ledwie zasłaniają widok na zewnątrz – zieleń gór malowana silnym słońcem. Te czerwone zasłony wnoszą południowe zabarwienie przestrzeni w środku. Powietrze staje się wręcz lekko czerwono-pomarańczowe.

Siedzę tak przy wielkim i ciężkim, drewnianym stole – z Rosji, co ciekawe (made in Ikea). Uwielbiam ten stół. Dla mnie porządny stół, to podstawa domu. Centralne miejsce życia. Miejsce, przy którym wiele się dzieje, przy którym koncentruje się rodzinne życie.

Na wprost ustawiłem mocny wentylator. Mamy taki – chromowany, wzorowany na lata 40-te. Cały jestem taki „Old fashioned” – więc spodobał mi się kiedyś od razu. Teraz po kąpieli owiewa moje jeszcze wilgotne ciało. Czuję przyjemny chłód. Zrobiłem sobie „caffe shakerato” – z podwójnego i mocnego espresso (przepis podaję na dole tekstu). 20 lat temu pierwszą taką kawę robiłem w litrowym słoiku, bo nie miałem shaker’a Widziałem, jak robi to barista. Pamiętam go w „Del Fioro”. W białej koszuli i muszce, białym garniturze. Tak się tam chodzi. Z uśmiechem shake’ował ten napój. Ja też tak chciałem. Piję je teraz z wielkiego kieliszka. Kawa w każdej postaci – także tej na zimno, kiedy jest dobrze zrobiona – dla mnie to coś, co daje mi radość. Zostało też jeszcze trochę „cantuccini” (ciasteczka z migdałami) i parę czekoladowych ciastek z cytrynowym nadzieniem………. W czasie pisania będę więc sobie przypominał różne smaki

Mhmmmmm…..chyba nie mógłbym w tym momencie napisać o niczym innym – właśnie.

Podobnie jak z południem Francji – jest dla mnie z Toskanią. Kiedy nie ma mnie tam jakiś czas – myślę o niej. To magiczne miejsce, gdzie historia jakby się zatrzymała. Gdzie stare, średniowieczne miasteczka, ze swoimi klasztorami i kościołami – od wieków stoją sobie na małych wzgórzach. Wokół winnice i gaje oliwne. Wiosną żółte kwiaty….wszędzie wokół. Potem słoneczniki, w ilościach nieprawdopodobnych. A nocą….ptaki, cykady, świerszcze i co tylko – śpiewa, jak nigdzie indziej. Wino ma tam swój smak. Kupuje się je w baniakach 5 litrowych z takich dystrybutorów wina. Kosztuje grosze i jest wspaniałe – zwłaszcza schłodzone. Ja najbardziej lubię czerwone, schłodzone mocno wino. Mało kto tak robi – …… ale ja nie lubię robić tak jak wszyscy – lubię szukać tego, co mnie akurat odpowiada. Odkrywam przy tym rzeczy nowe. Tak lubię. Zawsze szukałem własnych zmian, ulepszeń – a czasem wywrócenia wszystkiego do góry nogami.

Pomieszam dziś trochę tematów – jak to ja. Trochę o Wiśle….trochę o przemyśle. Potem okraszę to wszystko trochę po swojemu (mam takie woreczki z własnymi ziołami i przyprawami). Lekko zamieszam – i gotowe.

Dzisiejszy tekst będzie trochę jak włoska kuchnia. Zwłaszcza ta toskańska – niezwykle prosta w składnikach i prosta w przygotowaniu, ale jaka genialna ! Chłopska, zwyczajna. Sycąca i dająca życie. Te dania może przygotować każdy. Mają zazwyczaj mało składników – nawet czasem tylko 3. Warzywa kroi się grubo. Wszystko przygotowuje szybko. To odpowiada mojemu stylowi myślenia. Danie daje mi energię życia. Nie musi być skomplikowane. Kiedy jest sycące i smaczne – jest w nim wszystko. Zresztą, gdyby się przyjrzeć temu bliżej, to większość dań, jakie znamy ze świata – to dania wymyślone przez ludzi prostych – dania chłopskie i robotnicze. Dające siłę i radość. Tam jest sekret. Potem takie pomysły przenosi się z niewielkimi zmianami do wielkich restauracji i kasuje grubo klientelę. Tymczasem prawda jest bardzo prosta. Czy można chcieć więcej ? W prostocie i zwyczajności jest klucz. Szczęście jest generalnie w rzeczach prostych. To właśnie proste szczęście możemy też wyczarować sami…….gdziekolwiek jesteśmy. Wystarczy odrobina pomysłowości i wyobraźni. Nie trzeba wcale jechać aż do Toskanii. Gdyby ktoś jednak chciał, to mamy teraz tanie połączenia lotnicze do Rzymu. Stamtąd najlepiej wynająć samochód. Jeżeli ktoś zamierza być tam tylko kilka dni – to najlepszy pomysł. Potem poniżej 2 godzin jazdy i można się znaleźć w samym środku Toskanii. Jest też piękne morze, bo Toskania to nie tylko część śródlądowa – to także wybrzeże. Jest tam wiele miast i miasteczek wartych obejrzenia. Wśród nich te parę dla mnie szczególnych, jak np. Viareggio. Teraz jednak chciałbym, żeby ktoś kto mnie teraz czyta, mógł przenieść się w wyobraźni w inne miejsce. Nazywa się Cortona. To jedno z wielu podobnych miasteczek o starej historii. Dla mnie wyróżnia je jedno – a mianowicie, to że w Cortonie kręcono film „Pod Słońcem Toskanii”. Ciepłą, romantyczną komedię, którą widziałęm już chyba z 6 razy. Jest to jeden z tych filmów, które można oglądać w nieskończoność. Ma w sobie słońce, spokój i ponadczasowość tamtych miejsc. Jeżeli ktoś nigdy nie był w Toskanii – niech obejrzy ten film…….i ją poczuje. Może tak zacznie się właśnie jego przygoda z tym magicznym miejscem. Kiedy po obejrzeniu filmu po raz pierwszy przyjechaliśmy na tamten rynek i usiadłem dokładnie w miejscu, w którym siedziała główna bohaterka, (wypisując pocztówkę dla kogoś – pisała o tym, co widzi i czuje w tamtym momencie) – to okazało się, że ja czuję dokładnie to samo. Taki sam piękny i słoneczny dzień. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem, oglądając film…….Nie zapomnę tego. Trzeba zobaczyć cały film, żeby wyłapać ten fragment. Na fragmentach filmu tego nie ma.

Cortona – rynek. To z tego miejsca bohaterka pisała pocztówkę.

 

Widok z miasteczka – na okolicę

 

Są miejsca, które nie wiadomo dlaczego – zapamiętujemy na całe życie, choć wydają się takie zwyczajne. Dla mnie jest to np. ta kamienna ławeczka – z bezkresnym widokiem ze wzgórza. Jest w tym widoku coś świętego….

 

Film, to historia pewnej kobiety, która po rozwodzie z mężem nie bardzo potrafi się w życiu odnaleźć. Mieszka w Stanach – po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ktoś przypadkiem namawia ją na podróż do Europy.

– Nie chcę nikogo spotkać – mówi bohaterka. Nie jestem na to gotowa.

Ostatecznie, daje się jednak przekonać……. Nic ją nie trzyma w starym życiu……. i postanawia (lecz bez specjalnego przekonania) – wyruszyć w tą podróż. I tak nie ma nic do stracenia.

W miejscu – zwanym Toskanią, jest stary dom do remontu, który można kupić i odnaleźć tam spokój życia. Decyzję podejmuje natychmiast – wiedziona instynktem.

Starsza właścicielka może go sprzedać za wysoką cenę komuś innemu, jednak decyduje się sprzedać go właśnie jej – czując przeznaczenie.

Początki są trudne. Amerykanka nie zna miejscowych obyczajów. Sama nie poradzi sobie też z remontem domu. Tutaj wynajmuje trzech „robotników” z Polski. W rzeczywistości są to jednak ludzie z przypadku. Jeden z nich jest profesorem literatury i czyta pokątnie Miłosza. Drugi jest ciepłym i wrażliwym człowiekiem, który sam potrzebuje pomocy. Trzeci, to młody chłopak – pełen życia i ciekawości świata. Poznaje piękną Włoszkę i w jej domu znajduje dla nich schronienie.

Robotnicy odwalali różne numery, jak np. podłączenie gorącej wody do spłuczki sedesowej – można było zaparzać herbatę. Przedstawiciel biura nieruchomości to kolejna postać, jaka uzupełnia ten krajobraz. Ci przypadkowo (albo i nie) spotkani ludzie powoli stają się jej najbliższymi istotami na ziemi.

Po początkowych, wielkich problemach – jakie wspólnie przeżywają, sprawy zaczynają się układać coraz lepiej. Pusty dom, w którym brakowało kobiety – zaczął powoli odżywać. Tak……kobieta jest domem. Mastroiani w „La Dolce Vita” miał rację. Kiedy przy fontannie „Di Trevi” w Rzymie, mówi Sylvii – w serii, jeden za drugim – różne komplementy – na końcu wypowiada jeden „Jesteś domem…..tak, jesteś domem”. Te słowa długo grały mi w uszach. Tamten film widziałem wiele lat temu, ale te słowa pamiętałem. Mężczyzna mówi do kobiety – „jesteś domem”. Zrozumiałem to……..

Tak więc Diane Lane (grająca główną rolę) stała się domem. To ona wypełniła starą, kamienną budowlę – swoim sercem, tak jak „dusza” wypełniała stare, przedwojenne żelazka – dając im ciepło.

Dalszej historii nie opowiem. Zachęcam do oglądania

Mamy teraz w Polsce upały, które dla nas są czymś wyjątkowym. Tam, na południu – to jest zupełnie normalne. Pamiętam, że bywały dni, kiedy musiałem trzy – cztery razy zmieniać w ciągu dnia koszulę, bo wystarczyło z klimatyzowanego pomieszczenia przejść przez jezdnię – żeby być całym mokrym No a do pracy Włosi chodzą bardzo elegancko ubrani i natychmiast obrzucą wzrokiem kogoś, kto nie „trzyma fasonu” Wyjście w porze lunchu na zewnątrz to kontakt z prawdziwym słońcem.

Gdyby się dobrze przyjrzeć, to w filmie jest więcej różnych i bardzo ciekawych wątków. Nie tylko ten główny – o kobiecie szukającej swojego miejsca na ziemi. Trailer’y nie zawsze wychwytują to zręcznie. Film jest zdecydowanie lepszy niż poniższy trailer, dlatego trzeba go po prostu zobaczyć w całości.

Tak więc poniżej link – mały skok w tamte strony Klik i jesteśmy…

„Pod słońcem Toskanii – trailer”

Te kolory…….to ciepło……prawda ?

Pamiętam, że po tym filmie – wiele lat temu – kupiłem lniany, jasnobeżowy garnitur letni. Do tego nosiłem białą koszulę, jak ten młody mężczyzna – w którym zakochała się „Dian Lane”. Swoją drogą, jak takie obrazy na nas wpływają – programują nas na całe lata i nawet podświadomie je odtwarzamy. Teraz garnitur wisi od dawna w szafie. Dalej w idealnym stanie. Nie byłem w nim chyba z 10 lat. Nie jest jedyny zresztą. W pokrowcach wiszą inne – lniany, ale czarny, albo szary wieczorowy, albo trzy-częściowy kremowy, itd…… To dawny ja….. krawaty, garnitury…..dziesiątki dopasowywanych koszul, butów….itp., itd. Mój Boże – …… byłem jak zupełnie inny człowiek. Nawet chyba z trzy razy kupowałem ten sam model kabrioleta, jaki jest na filmie. Jechałem po niego do Warszawy, potem Gdańska i Gliwic… Jak silne może być takie zaprogramowanie siebie…..zabawne. Pewnego dnia Artur zapytał:

– Tato, a gdzie ja będę siedzieć ?

W lot zrozumiałem, że takie kolejne auto jest nie na miejscu. Niby proste, ale ja tego nie rozumiałem. Cóż z tego, kiedy będzie drugie – kiedy w tym nigdy nie pojedziemy razem. …Wypożyczyć jednak taki samochód – chciałbym znowu. Wrażenia z jazdy takim mocnym roadster’em są niesamowite. Do tego polne, kręte drogi….wzgórza, brzeg morza. Tęsknię za tym. No cóż…..romantyzm to coś, co po prostu nie przemija. Nie muszę czegoś mieć na własność, żeby się tym cieszyć. To też jeden z wniosków, jakie przyszły w ciągu lat życia.

……….No i jak to ja – zastanawiam się teraz, co ja tak właściwie napisałem ? Poleciałem myślami daleko. Zmieszałem groch z kapustą……..i właściwie dlaczego ? Co mną kierowało ? Często coś robię instynktownie i dopiero potem zastanawiam się dlaczego robię coś tak, a nie inaczej. I teraz też się zastanawiam. Co więc łączy David’a Downtona, Toskanię, włoskie dania, caffe Shakerato i zwykły dębowy stół w naszym salonie……. ?

Prostota. Genialne piękno prostoty.

W niej jest odpowiedź. Czasem ktoś inny musi nam pokazać to, na co patrzymy codziennie i tego nie widzimy. Patrzymy i nie widzimy. Kafka miał rację, kiedy powiedział „Szczęście jest jak lina, zawieszona nisko nad ziemią. Ludzie prędzej się o nią potkną, …..niż je zauważą”.

Potem, kiedy inni to docenią – nagle wszyscy to doceniają i tak zaczyna się legenda. Czy my jednak, w naszej prostocie i codziennym życiu – nie mamy rzeczy równie pięknych ?

A śląski żur

A barszcz (prosta zupa z buraków) :

A zwykłe polskie ziemniaki – najlepsze, jakie znam

Po powrocie do Polski długo jeszcze szukałem tej prostoty wszędzie. I znajdywałem ją. Widziałem jej piękno lepiej niż kiedykolwiek. I doceniłem znaczenie stołu w rodzinie. We Włoszech to podstawa. Tam kolacja jest codziennym świętem. To święto życia. Prosty posiłek i kochający ludzie wokół stołu. Takie kolacjowanie („Cenare”) trwa nawet parę godzin. To piękny zwyczaj, łączący ludzi po pracy. I nie trzeba mieć do tego pieniędzy. Wystarczy chęć wspólnego bycia. Posiłek jest tu uzupełnieniem a nie głównym celem. Oni to rozumieją. To jedna z rzeczy, które od razu rzuciły mi się w oczy, kiedy rozpoczęliśmy swoje życie w tym kraju. To wielka mądrość, której warto się od Włochów nauczyć.

Piękno prostoty trzeba po prostu umieć zauważyć. W ogródku działkowym moich dziadków, gdzie spędzałem zawsze większą część wakacji – znajdowałem ten sam nastrój i słońce, które znalazłem tam, we Włoszech. I z pomidorami – pełnymi słońca, które uprawiał na ogródku dziadek – mogły się równać jedynie te toskańskie

A teraz wrzucę parę linków dot. włoskich tradycji. Poniżej przepis na caffe shakerato. Jest po włosku, ale tu słowa są niepotrzebne.

 

Jedno z klasycznych włoskich dań……jakie proste. Świadczy o tym choćby długość tego filmu i składniki, jakie dziewczyna prezentuje na początku. Można bez wahania powiedzieć, że te przepisy z pewnością Włochom dał sam Bóg Ich dania są tak proste i genialne, a jednocześnie tak pyszne…

 

Jeden z klasycznych włoskich likierów – ten akurat pochodzi z Sycylii. To „Limoncello”. Nie mylić z polską „Cytrynówką”. To dwie zupełnie różne rzeczy. Włosi często robią ją sobie samodzielnie. Przy podaniu smakuje znakomicie mocno schłodzona

 

No i chyba na koniec linii do David’a Downtona – bo tak miało dzisiaj być

David Downton

i jego oficjalna strona

David Downton – official web

David pracuje instynktownie, szybko – wykonuje parę pociągnięć pędzlem i gotowe. Jak we włoskiej kuchni. Ale to pozory – ta prostota wymaga wielu lat praktyki. Kiedyś zainspirowany jego pracami – malowałem na szybko czarnym tuszem, na wielkich pudełkach po pizzy (znowu te Włochy). Z reguły za chwilę musiałem gdzieś lecieć (taki okres) i to potęgowało konieczność streszczania się. Oto jedna z prób namalowania Juliett Binoche – jedyne pudełko, jakie mi zostało. Resztę zdjęć ostatnio straciłem, a pudełka wyrzuciłem. Szkoda – takie życie

 

I inna, dawna moja proba w jego stylu…temat był wlasny..

 

Teraz tworzę we własnym stylu. Ponieważ jest gorąco – wymyśliłem coś takiego…brak tylko wentylatora na tym obrazie….jest gdzieś z lewej strony ?

 

Tak więc widzę, że napisałem groch z kapustą. Ale czy to proste, ludowe danie z naszych stron też nie zasługuje na wyżyny ?

 

Jack Vetriano a Szkoty/Ślonzoki (jedyn pieron…hajery)…
Jack’a Vetriano (wł. Jack Hoggan) – szkocki malarz. Lubię jego styl, dobór tematu, wrażliwość na kolory, jego nastrój i jednocześnie ponadczasowy spokój, który jest w tych obrazach.

To jeden z moich ulubionych malarzy. Jest całkowitym samoukiem – to fantastyczne. Z jego sztuką zetknąłem się wiele lat temu – przypadkiem..

To ten szkocki górnik, o którym wspomniałem wcześniej. W którymś momencie życia zajął się malarstwem. Zna smak węgla w ustach i pot na plecach, od prawdziwej, ciężkiej pracy na dole. Zna szarość górniczych miasteczek i pył zawieszony w powietrzu. Gdzieś tam w dalekiej Szkocji mieli bardzo podobne klimaty – jak my na Śląsku. Widać to też na filmie, którego link zamieszczam pod obrazem. Między innymi dlatego Vetriano jest mi tak bliski. Może dlatego, tak dobrze rozumiem jego sposób tworzenia. Trzyma się też z daleka od snobistycznej elity (co go wyróżnia i co mi bardzo imponuje). Robi to, co czuje że powinien robić – bez względu na modę i trendy. Przez długi czas nie pokazywał swoich prac. Robił to z wewnętrznej potrzeby. Przez wielu krytyków nie jest uważany za artystę i jest odrzucany w pewnych środowiskach artystycznych. Jego prace jednak mówią same za siebie. Są po prostu piękne.

Zamieszczam też ciekawy film o nim, zrealizowany przez BBC. W 5 minucie filmu opowiada o swojej historii. Wspomina miasteczko, z którego pochodzi i mówi:

…..and my father was a coal miner and my grandfather was a coal miner (…… skąd ja to znam – zupełnie jak u mnie ).

Bardzo też lubię jego szkocki akcent – jest inny. Gwara śląska też jest inna. To język górników. Język, którego nie powinno się było używać w szkole – bo to nie podobało się nauczycielom i można za to było mieć wizytę rodzica. Uważano górników za ludzi niższej „kasty”. Uważali ich za takich ci, którzy przyjeżdżali z zewnątrz. Gdyby się trochę nad tym zastanowić, to trudno się dziwić temu, że Ślązacy są tacy „hermetyczni” w relacjach. To ma gdzieś swoje podłoże. Wszyscy, którzy tu przyjeżdżali – przyjeżdżali zarobić na węglu a górnik był jedynie środkiem do osiągnięcia tego celu.

Komin na kominie, szyb górniczy na szybie…. – krajobraz moich stron. Zimą powietrze po prostu lekko białe. Oprócz kominów z hut i zakładów – dym z domów, z piecy węglowych. Białe koszule zakładano tylko w niedzielę. Na kołnieżyku najlepiej widać było jakość powietrza. Powietrze zawsze miało swój zapach…zwłaszcza zimą.

Dzisiaj rano przeglądałem stare fotografie. Znalazłem parę fajnych z Siemianowic (ze Śmianowic – jak mówi ktoś, kto jest naprawdę stamtąd). Sam też zbieram tego typu fotografie. Siemianowice były ostatnim niemieckim miastem na wschodzie, w czasie zaborów. Stąd aż do Japonii – była Rosja i stąd aż do Francji – Niemcy. Kawałek dalej (od Mysłowic – Trójkąta Trzech Cesarzy), dodatkowo wbijało się trzecie mocarstwo – i stąd aż do Morza Śródziemnego – Austro Węgry. Śląsk jednak był tu cały czas…..nigdzie się nie ruszał. To do niego przyjeżdżano – po „czarne złoto”…. prawie jak na Alasce

 

Teraz Śląsk już się zmienia, ale jeszcze do mojej młodości „Cowiek widzioł cym dycho” (człowiek widział, czym oddycha). A to mówi samo za siebie. Oto fotka z lat, kiedy na świecie budował się Nowy Jork. W Paryżu pamiętano jeszcze echa słynnej wystawy światowej. Do USA i Argentyny zmierzała statkami wielka włoska emigracja.

A u nas w tym czasie było tak… (my, w swoim czasie mieszkaliśmy na końcu tej drogi i kawałek w lewo. Były tam kolejne kominy )

 

Poniżej foto obecnej ulicy Fitznera – widać po lewej, na samej górze nasz budynek z 1895r. Na przeciw, po prawej – prawie niewidoczna willa Fitznera.

 

Na poniższym zdjęciu oznaczyłem balkon, który po 100latach mieliśmy zająć my – rodzina Makosz Na przeciw willa Fitznera, z jej wieżą w stylu północno-afrykańskim.

 

Dla porównania – poniżej jedno ze szkockich, górniczych miasteczek – z tego okresu. Z mojej rodziny w swoim czasie – zaraz po wojnie – też ktoś wyjechał do Szkocji.

 

Aż chciałoby się powiedzieć „Szkocja/Ślonsk – jedyn pieron…….” (wszystko jedno). Swoją drogą – piękne jest światło słoneczne na tych starych fotografiach. Wybierano właśnie takie momenty. Inaczej zdjęcia by nie wyszły.

Poniżej Nowy Jork w tym samym czasie..

 

 

 

Jakże świeżo prezentują się na tym tle te dwie panie poniżej, na obrazie Vetriano……wow. Jak on bardzo szuka soczystości kolorów – wręcz łaknie tego. Robi to pewnie instynktownie. Brakowało mu tego. Kliknijcie sobie na ten obraz a otworzy się link do innych jego prac.

 

A oto film o jego pracy i historii – część 1/2.

Ja, podczas swoich prac robię nie mniejszy bajzel niż Vetriano. Maluję sproszkowanym grafitem i węglem. Używam do tego pędzli, palców, wiszerów. Tworzy się pobojowisko. Brudzę przy tym nieziemsko. Tak więc z węglem chyba całe życie będę mieć kontakt. Jak nie tak – to inaczej

 

Teraz wiecie już kto to jest Vetriano.

I na koniec ciekawostka. McDonalds postanowił w niektórych ze swoich placówek umieścić jego obrazy na ścianach – w formie fototapety. Teraz kojarzycie te łodzie, albo parę tańczącą pod parasolem na plaży ?….. właśnie To on……

 

Aha – a hajer to górnik – grubiorz – chop, kiery robi na grubie (kopalni)

Poniżej górnicy z Kopalni Siemianowice – pierwszy z lewej to mój ojciec.

 

„Echa Śląska”
Kiedy tydzień temu zapowiedziałem, że napiszę tekst „Echa Śląska” – nie spodziewałem się, że będę go pisał w okolicznościach tak różnych. Zamierzałem zrobić to tam, na miejscu – w Siemianowicach Śl. Ja jednak sam nigdy nie wiem, co zrobię za chwilę a co dopiero za tydzień….no i tak to już ze mną jest……

Piszę więc z miejsca, gdzie chciałem być dawniej, w swoich marzeniach. Piszę stąd natomiast o tych miejscach, w których byłem wtedy. Tak więc, daje mi to możliwość spojrzenia z innej perspektywy na siebie samego, na swoje pragnienia, marzenia…..fantazje….
Postanowiłem opowiedzieć o moim spojrzeniu na Śląsk – miejsce, w którym się urodziłem, wychowałem i spędziłem większą część życia. Temat jest obszerny, więc na pewno nie chciałbym go zakończyć na tym wpisie. Dotknę natomiast jednego elementu – obrazu…..

Od dzieciństwa starałem się szukać piękna gdziekolwiek. Szukałem go nawet tam, gdzie pewnie nikt nie zatrzymałby się nawet na chwilę. Jako, że do ukończenia szóstego roku życia wychowywałem się w bardzo ograniczonym świecie i niewiele wiedziałem o tym, co jest na zewnątrz (niewiele też wiedziałem o ludziach – oprócz tych mi najbliższych) – bardzo dużo sobie dopowiadałem, „dowyobrażałem”. Świat rysowałem po swojemu. Wyłapywałem światło, dźwięki, zapachy. Wszystko niosło jakąś treść. Do dziś np. pewne dźwięki poruszają we mnie struny dawno zapomniane. Otwiera się wtedy jakby dawny wszechświat. Nie podejrzewałem nawet, że on ciągle we mnie istnieje. Jestem w wieku, w którym coraz więcej przypominam sobie rzeczy dawniejszych i odkrywam, jak wielkie mają one znaczenie w dalszym życiu człowieka. Jak często determinują nas podświadomie.

Teraz jednak opowiem o świetle, które jest podstawą obrazu. Kocham zwłaszcza ciepłe, popołudniowe światło słońca. Jest dobre,….. spokojne. Wydobywa nieprawdopodobną plastyczność ze wszystkiego, na co się położy. Cienie są długie,… bo słońce jest niżej. Tego typu efekt jest zwłaszcza wiosną, wczesną jesienią i w letnie, gorące popołudnia.

Z naszego domu, z ogrodem obserwowałem wtedy często wysoką, ceglaną ścianę. Cegły były niby czerwone. Jednak słońce robiło z nimi cuda. Raz były głęboko i soczyście czerwone, raz wesoło-marchewkowe, a kiedy indziej wręcz świeżo-pomarańczowe. Ponad tą ścianą było zaś piękne, błękitne i bardzo głębokie niebo. To zestawienie ściany z niebem i mocnym słońcem – to były trzy elementy, które budowały moją pierwszą kompozycję. Nie potrafię tego chyba lepiej opisać, ale uczucia których doznawałem były niezwykłe. To był spokój, połączony z pewnością, że czeka mnie za chwilę coś dobrego…..

Jak można zachwycać się zwykłą, ceglaną ścianą ?…….. Ja mogłem. Na tym zdjęciu, pomimo, że jest czarno – białe jest podobny klimat, jak z moich wspomnień.

 

Nawet dziś, kiedy widzę podobne ściany – zatrzymuję się i patrzę w niebo… Robię czasem takie oto fotografie…

 

Śląskie cegły są niezwykle plastyczne i ciepłe…. Może to śmieszne, co piszę, ale tak jest. Ja to wiem. W niepogodę są szare i zakurzone od węgla. W piękny dzień oddają z siebie wszystko… Ta ściana też mnie zaciekawiła i zrobiłem zdjęcie.

 

Jeden z pierwszych pięknych obrazów, jakie widziałem to zachód słońca na horyzoncie, z szybem górniczym w tle. Dziadek zabrał mnie na wielkie pole zboża. Na pierwszym planie miałem jego kłosy….a w oddali szyb i kościół. Słońce było wręcz czerwone. Słyszałem ciche stukanie pociągu z węglem. Cykały świerszcze. Dziadek miał na sobie bardzo białą koszulę i kapelusz. Patrzyliśmy w to słońce w milczeniu. Niestety nie znalazłem bardzo podobnego zdjęcia, bo na poniższym brakuje zboża i kościoła. Kolor nieba jest jednak podobny. W tym zdjęciu jest ta sama święta cisza….

 

Od zawsze byłem ciekawy tego co jest dalej – za horyzontem. Kiedyś wymyśliłem sobie, że wskoczę do towarowego pociągu i pojadę w świat Nie mogłem jednak zrobić więcej niż wskakiwać na gapę do różnych autobusów i jeździć do końcowych przystanków – tam i z powrotem. To był najtańszy sposób na poznanie „świata”. Wbrew pozorom – bardzo dużo wtedy zobaczyłem ciekawych rzeczy.

Poniżej rampa kolejowa przy Hucie Jedność, gdzie planowałem wskoczyć kiedyś nad ranem do pociągu

 

Musiałem jednak trochę poczekać, aż dorosnę. Ledwie dali mi pierwszy paszport w znowu wolnej Polsce (w 90r) – pojechałem od razu…..do Paryża. Marzyłem o tym. Do Francji mam wielki sentyment. Spotykały mnie tam zawsze dobre rzeczy.

Tam jest lekkość, przestrzeń, pogoda życia, beztroska….życzliwi ludzie. Zapach miłości jest wszędzie. Tacy oni są. Mam z nimi dużo wspólnego.

Kiedyś często jeździliśmy na Lazurowe Wybrzerze. Prawie każdy wolny weekend spędzaliśmy nad morzem. Z Turynu mieliśmy blisko. Potem już tylko co 2-3 lata. Zawsze brakuje mi tego miejsca…..kiedy dłużej mnie tu nie ma.

Nigdzie indziej chyba, jak tylko tutaj – można spotkać tak wielu mężczyzn w błękitnych koszulach Są z tej samej bajki co ja Kiedy tu przyjadę – zauważam to od razu.

Uwielbiam tutejsze słońce. Jest dokładnie takie, jak sobie wyobrażałem kiedyś, oglądając jako dziecko filmy z żandarmem z Saint Tropez, w naszym Siemianowickim, małym kinie. Wiedziałem to wtedy i wiem to też dzisiaj. Sprawdziłem to doświadczalnie

Poniższe zdjęcia zrobiłem przedwczoraj. Udało mi się na nich uchwycić błękit tutejszego nieba i moc słońca na ścianie budynków. Jest bardzo ciepło.

 

Idąc promenadą zauważyliśmy puste niebieskie krzesło. Jakże charakterystyczny obraz dla tego miejsca (jest ich tu wiele na promenadzie – najczęściej przy dużym słońcu – ludzie zabierają je pod palmy, które mamy za plecami)….zrobiłem z zachwytu foto tej biało-błękitności.

 

Tak na marginesie – to jestem też miłośnikiem posterów z tamtych stron. Tak tych starych – z lat 20-tych i 30-tych, jak i nowych. Kolory, jakich się do nich używa i gra światłem są absolutnie unikalne.

 

Jak widać jestem chłonny kolorów. Mimo tego, że sam maluję na sucho grafitem w czerni i bieli. Rozmazuję go palcami i pędzlami – dotykam papieru i wyobrażam sobie światło….kolory. Pozostawiam też ich doobrażenie sobie odbiorcy. Każdy z nas ma swoją wyobraźnię i dopisuje sobie dokładnie to, co jest w nim samym. Mnie, w moich pracach – zawsze chodziło o powiedzenie jak najmniej i jak najprostszymi środkami, tak aby to odbiorca dopisał resztę…

Tę samą błękitność co na francuskiej riwierze znalazłem kiedyś w obrazie Jacka Vettriano – „Bluebird at Bonneville”. Podziwiałem ten obraz. Widać w tej pracy jego „złaknienie świeżości koloru”. Co ciekawe, Vetriano był szkockim górnikiem. Oglądałem filmy o nim i ich szkockie dzielnice miały dużo wspólnego z naszymi – śląskimi. W dni niepogodne – szarość i węglowość. W dni słoneczne pewnie wszyscy patrzyli do góry – w błękit i szukali światła. Tęsknota za światłem i kolorem była widać także u niego – przeogromna.

 

Kolory są cudowne ! To dlatego ja, dziecko ze śląskiego krajobrazu – tak bardzo za nimi tęskniłem i szukałem tego wszędzie. W tych obrazach to znajduję. To tak, jakbym spragniony w upalny dzień napił się chłodnego, pomarańczowego i świeżo wyciskanego soku…..cudowne uczucie.

 

Saint Tropez jest tak blisko – ledwie 1,5 godziny jazdy. Jednak teraz znowu do niego nie dojadę. Byliśmy tam tylko raz – w nocy i powiedziałem wtedy, że przyjedziemy w dzień, bo tak będzie najpiękniej. Uległem wczoraj wypadkowi w wodzie i skończyłem na pogotowiu. Szyli mi nogę. Odpłynąłem trochę za daleko od brzegu i przy dużej fali rzuciło mnie na wystające skały. Jednak dopłynąłem szczęśliwie z powrotem i teraz muszę siedzieć na miejscu w naszej willi – z nogą wysoko.

Siedzimy więc w Cannes, czytamy i jemy śródziemnomorskie sałatki. Do tego zagryzamy soczyste, chłodne melony i jak zawsze tutaj bagietki (taki tu jest zwyczaj). W gorące dni smakują świetnie. Pijemy zimne Rose i słuchamy szumu fal.

Willa ma wyjście wprost na morze. Cicho tu i dobrze.

 

Panuje tu klimat jak z filmu „Dobry Rok” Ridley’a Scott’a.

 

Właścicielka uwielbia, kiedy porównuje się to miejsce z tym filmem, ale naprawdę tak jest. To budynek z połowy 19 wieku, budowany w kolonialnym – trochę marokańskim stylu. Wyłożony kolorowymi mozaikami……Jest taki wewnątrz jak i na zewnątrz. Czuje się tu historię.

 

Przyjeżdżał tu kiedyś Jacques Cousteau (legendarny badacz mórz i oceanów) – jako, że jest tutaj szkoła płetwonurków od bardzo wielu lat. Siedzimy z nimi na tarasie wieczorem. Po swoich wieloletnich doświadczeniach pod wodą mówią np. takie rzeczy:

„wszystko jest nam dane tylko na czas życia – nic nie jest nam dane na zawsze”.
” powinniśmy szanować to, co dała nam matka natura. Nie jesteśmy jej wdzięczni”.
„dopiero pod wodą czuć prawdziwą potęgę natury. Tu, na lądzie mamy dopiero jej część”
Jacques Cousteau

 

Fajnie jest tego słuchać. Nigdy nie robiłem tego co oni i pewnie nigdy nie będę.

Znam natomiast dobrze „błękitną płytę” JMJ (Jean’a Michele Jarre) o tytule „Waiting for Cousteau”. Kiedy przyjechaliśmy do katowickiego Spodka, przed koncertem cały budynek wypełniony był dźwiękami tego cichego fortepianu, jakby zatopionego w bezkresnym oceanie. Płyta magiczna……

———————————————-

Tymczasem wysokie upały są tak w Polsce, jak i tu. Tyle, dzięki bliskości morza – inaczej się to odczuwa.

Rozleniwienie więc błogie………beztroskie……i można słuchać np. muzyki z filmu „Good Year”

Ostrzegam – jeżeli ktoś już widział ten film, to ta niepozorna melodyjka wpada tak w ucho, że będzie was kołysać delikatnie całe popołudnie

 

I kolejny szlagier z tego filmu – w sam raz na olewanie wszystkiego w ten gorący dzień….. Jeżeli ktoś zna film – wie, w jakim momencie był ten podkład – niezapomniane

 

Kiedyś podjechaliśmy do kina na ostatnie 15min filmu.

Poprosiłem o dwa bilety. Bileterka mówi:

– Przecież film się kończy. Wie Pan o tym ? – pyta mocno zadziwiona.

– Ależ oczywiście, że wiem – odpowiadam z uśmiechem, kłaniając się wprost do okienka – zdążyliśmy jeszcze przynajmniej na tę scenę – dorzucam – znam ją i wiem, że warto.

Tik Tak Tik Tik – piękna, wieczorna scena „kina w kinie”….open air

 

Jest dostępny też i trailer – ale nie oddaje on idealnie nastroju filmu, dlatego go nie zamieszczam. Trzeba zobaczyć koniecznie cały film.

Tak więc z poziomu tarasu obserwujemy sobie teraz ogród, basen, mnóstwo egzotycznych roślin. Nocą te rośliny pachną nieprawdopodobnie. Nocą też para młodych Francuzów wchodzi do basenu. Ona i on…w świetle księżyca. Dobrze wiedzą, że tu siedzimy i pijemy wino a jednak to robią……Życzę im szczęścia – z całego serca.

Dziś już wiem, że to miłość sprawia, że każde miejsce jest piękne. Bez niej życie nie miałoby dla mnie sensu….

Cannes/czerwiec 2019

„Gitara..”
Już tyle lat jestem zakochany w tych kolorowych kulkach………I gram to po nocach.

Z tego powodu kupiłem swoją Ibanez.

Gitara Gonzalez’a -……….Heartbeats (bicia serc)…

Czy jeżeli się kocha….można przestać – ……… ???

Nie…….

 

„Imagine it and you’ll hear it…”
Nie bez powodu dwa dni temu zamieściłem na swoim blogu jmakosz.com, na Facebooku – fotografię tramwaju skręcającego w wąskiej uliczce. Skręcał w stronę światła – to była Lizbona.

Napisałem „Zawsze chciałem wiedzieć, co jest za zakrętem. Dlatego ciągle jestem ciekawy świata…”. Już jako małe dziecko wsiadałem sam do różnych autobusów i jechałem aż do ostatniego przystanku, a potem w drugą stronę i znowu z powrotem. Tak próbowałem wszystkich możliwych linii. Oczywiście na gapę, bo kto by tam ukarał dziecko. Patrzyłem za okno z otwartymi ustami i tak poznawałem świat. Nikt tego nie wiedział – aż do dzisiaj .

Nigdy nie byłem w Lizbonie, ale wyobrażam ją sobie jako piękne miejsce – tak jak wyobrażali sobie bardzo wiele różnych rzeczy – bohaterowie pewnego filmu…..

Może kiedyś pojadę do Lizbony (przecież mam dopiero 47 lat ) i jestem przekonany, że będzie tam dokładnie tak – jak to sobie wyobrażam. Mogę też sobie wyobrazić (jak w filmie) potężny statek w porcie , choć wszyscy – nawet miejscowi mówią, że niczego takiego tam nigdy nie było.

Ian – postać w filmie i ja mamy z sobą wiele wspólnego. I to nie tylko z powodu zamiłowania do okularów typu Aviator. Obaj mamy w sobie w równym stopniu tak wielką wrażliwość – jak i siłę. Bo żeby pozwolić sobie na szczególną wrażliwość – trzeba być najpierw szczególnie silnym.

Rzadko zdarza mi się trafiać na postacie tak podobne do mnie – on jest….zabawne. Obaj też chodzimy własnymi drogami i szukamy rozwiązań tam -gdzie wszyscy mówią, że już ich po prostu nie ma i trzeba się z tym pogodzić.

Gdybym jeszcze raz miał zdecydować w życiu, czym się zająć – to zająłbym się robieniem filmów – takich jak „Imagine”. Takie filmy zmieniają ludzi……na lepsze. I o to mi chodzi

Chciałbym cofnąć czas, do momentu kiedy widziałem go po raz pierwszy. Opowiem Wam bardzo krótko, o czym jest. Zacznę od tego, że prawie nikt go nie zna. Takie rzeczy przemijają niezauważone . Kiedy się je jednak zobaczy, to się wie, że coś się wewnątrz nas zmienia. Jest to jeden z ważniejszych dla mnie filmów. To dlatego, że opowiada o rzeczach najistotniejszych – w sposób najprostszy.

Tak więc pewien niewidomy Ian, na przekór wszystkiemu – postanawia uczyć niewidome dzieci wyobraźni otoczenia. Robi to przy użyciu dźwięku. Wydobywa ustami dźwięki (mouth clicking – jak je nazywa „kląskanie”), które pozwalają mu zorientować się w tym, co go otacza. Wyobraża sobie w ten sposób – jak daleko jest ściana, krzesło, szafa, czy jakiś inny przedmiot. Podobnie zresztą robią niektóre zwierzęta. Dzisiaj nauka wie to na pewno. Wydają dźwięki i nasłuchują dźwięku odbitego. Ustalają w ten sposób odległość, wielkość, typ przeszkody. Spróbujcie sami Ja często słucham muzyki w całkowitych ciemnościach, albo gram na gitarze. To zupełnie inny odbiór zmysłowy. Zwierzęta wydają czasem ultradźwięki. (wykorzystano ten efekt np. w sonarach wojskowych). Ian wpada na to instynktownie. Nie poddaje się ułomności – próbuje, szuka rozwiązań. Takiego człowieka jak on nie można zniechęcić. Upada po porażkach i znowu wstaje. Idzie w tym jeszcze dalej i wyobraża sobie całe otoczenie na podstawie dźwięków. Mówi innym, że to możliwe, ale nikt mu nie chce uwierzyć. Próbuje tego uczyć niewidomych. Jedni mu wierzą, inni są sceptyczni, jeszcze inni uznają go za oszusta. Po raz kolejny powtórzę, że Einstein miał rację „Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza”.

Ian to człowiek niepokorny, który robi to czego nie powinien robić według niektórych – daje niebezpieczną nadzieję. Mówią mu, że się nie da – że to nie jest właściwa droga. Większość się podda, ale on dalej robi to, w co wierzy. Pewnego dnia, chcąc dowieść lekarzowi, że ma rację – porywa się na rzecz karkołomną. Chce udowodnić, że znajdzie właściwą drogę nawet na wielkim i otwartym placu pełnym hałasów. Nie udaje mu się jednak i wpada do dziury przez otwartą klapę. Pozornie ponosi klęskę, ale tylko pozornie, bo jednak doszedł do celu. Nikt tego jednak nie zauważył. Otwarta klapa, do której wpada była tylko nieszczęśliwym przypadkiem, nieznaczącym epizodem. To nie on znaczył o jego racji. To jednak wystarczyło, żeby go ostatecznie wydalić z ośrodka.

– Jest Pan niebezpieczny dla siebie i innych – mówi lekarz.

Ian odchodzi.

…………………………………..

W filmie jest przede wszystkim bardzo silny wątek miłosny. To uczucie, które rodzi się pomiędzy nim a inną niewidomą młodą kobietą z ośrodka. Tu nie będę zdradzał więcej……..

Jest wiele pięknych scen z Lizbony. Są uliczki zalane słońcem i spokój tamtego miejsca ……świadomość Atlantyku, który jest tuż obok. Ciepłego wiatru znad niego. Są staruszkowie grający spokojnie w szachy lub warcaby. Malutkie kawiarenki, ludzie pijący wino albo porto (ja też piję właśnie teraz wino. Miało być z Argentyny- a czytam z etykiety …. że z Portugalii -…….przypadek ?????).

Dla mnie najpiękniejszą sceną jest jednak ta, w której Ian odchodzi powoli przez ulicę Lizbony, w sobie tylko wiadomym kierunku. Dziewczyna, którą pokochał – pozostaje w ośrodku. Jako niewidoma – nie może iść do miasta. Nie rozumie tego, co się dzieje. Musi zdecydować, czy złamać zasady i iść szybko za nim – …… czy zostać. Świat na zewnątrz ją przeraża. Następuje moment ogromnego napięcia. Ona bije się z sobą…. boi się. Na mieście są tramwaje, samochody, ludzie – pełno niebezpieczeństw. W końcu zakłada okulary słoneczne, by nie zwracać na siebie uwagi i decyduje się to zrobić.

Idzie przez ulice, potykając się co chwilę, uderzając w różne przedmioty, potykając się o ludzi. Szuka go rozpaczliwie, krążąc po ulicach Lizbony. Zdaje sobie wreszcie sprawę z tego, że to on jest mężczyzną jej życia i jeżeli odejdzie – nie wróci już nigdy. Zrozumiała, że go straci…..

Czy go znajdzie ? Jak skończy się ta historia ? Zobaczcie sami. Zachęcam do obejrzenia filmu „Imagine”. Poniżej trailer i mój wpis na Fanpage. Miłego oglądania.

To tyle.

Ja ze swojej strony postanowiłem przerwać na jakiś czas moje wpisy na blogu. Pewnej pięknej niedzieli opublikuję znowu kolejny wpis. To będzie punktualnie o godz. 21.00. Jednak teraz chcę przerwać – …. zamilknę na jakiś czas. Tak mówi mi mój instynkt, a ja ze swoją naturą nie kłócę się nigdy. Ona zawsze ma rację

 

 

„Zawsze chciałem wiedzieć, co jest za zakrętem. Dlatego ciągle jestem ciekawy świata…jmakosz”.

 

„Imagine it and you’ll hear it…………………………………..”

Will you still love me… when I’m no longer young and beautiful….. ?
Dziś wyjątkowo w sobotę – jutro Wielkanoc.

Niedawno odwiedziłem ważne miejsca.

Był środek kwietniowej nocy – coraz cieplej.

Księżyc świecił mocno i magicznie. Oświetlał moje miasto. Znam tu wszystko…….przecież jestem właśnie stąd. Tu jest jak w latach 20-tych. Są takie miejsca, gdzie nic się nie zmienia.

Kwiaty pachniały – jak wtedy, kiedy czułem w sobie tamten spokój i pewność, że idę dobrą drogą…..

Wiosenne, nocne powietrze wdzierało się do samochodu przez otwarte okna.

Widząc wielkie, pionowe neony, wysoko na krawędzi budynku – wykonałem gwałtowny skręt Cruiserem w lewo. Księżyc odbił się na ułamek sekundy w jego srebrnym body.

Wybrałem na klawiaturze sterownika znany mi kod……potężna brama drgnęła i po chwili zaczęła się bardzo powoli przesuwać…….

Wjeżdżaliśmy do innego świata……do świata, który nie przeminął……

W radiu śpiewała Lana Del Rey….Young and Beautiful. Tak czysto, tak kobieco, tak wdzierając mi się w serce……………….Przypadek….. ?

„Will you still love me when
I’m no longer young and beautiful?
Will you still love me when
I got nothing but my aching soul?

I know you will, I know you will
I know that you will………………………”

 

PS.

Wielki Gatsby z Leo Di Caprio – to jeden z moich ulubionych filmów.

To opowieść o mężczyźnie, gotowym zrobić dla kobiety tak wiele – gotowym zyskać i stracić wszystko. Jego niezachwiana wiara w miłość – ciągle mnie porusza….

Powieść Fitzgerald’a. Doczekała się 5 ekranizacji. Pierwsza z 1926r, a ostatnia z 2013r (właśnie ta).

W miejscu, o którym piszę – było kiedyś kino „Jedność”. Stare, przedwojenne kino. Wielkie, z rozmachem tamtych lat. To tu widziałem wielki ekran po raz pierwszy. Spłonęło w roku 2001 i zostało później rozebrane. Jest tam teraz wielki plac, a na nim parking hotelu – który jest zaraz obok. Parking ma automatyczną bramę, ze sterownikiem numerycznym. Wjeżdżających obserwują kamery. Wjazd w to miejsce był symboliczny……choć naprawdę czułem się tak, jakbym przekraczał bramę tajemnicy i innego świata – to jest właśnie siła wyobraźni. Do teraz czuję atmosferę tej chwili w sobie, kiedy tylko o tym pomyślę. Samo pisanie o tym znowu mnie tam przenosi….

Kiedy już zostanę milionerem – zorganizuję tam kino dla samochodów (jak w USA) – …….. one day

Na starej fotografii, poniżej – pierwszy budynek po prawej, to właśnie ten, z którego rozbudowano później duże kino. Najpierw był tam hotel, mniejszy kinoteatr i restauracja. Ja już od dziecka uwielbiałem to miejsce. I to słońce, które w południe biło w ścianę budynku, dodając mu jeszcze większego majestatu. Na wprost kina są zakłady wojskowe (kiedyś fabryka kotłów Fitzner’a) – inne ważne miejsce. Nic się nie zmienia na tamtych ulicach. Miasto rozbudowało się dynamicznie na początku XX wieku. Budynki powstawały jeden po drugim, stąd ich stylistyczna jednolitość. Dokładnie w tym samym czasie rozbudowywał się daleko stąd Nowy Jork……tło epoki jazz’u – i powieści „Big Gatsby”.

 

A poniżej widok na starej fotografii, jadąc od drugiej strony. Zaraz za budynkiem byłej dyrekcji fabryki Fitznera – po lewej – trzeba ostro skręcić, aby „wjechać do kina Jedność” – wystarczy tylko odrobina wyobraźni. Na budynku w głębi jest dziś wielki neon hotelu. Dokładnie taki, jak te w filmie. Ciekawostką jest fakt, że tuż obok otwarto w 1928r wytwórnię filmową, nazywaną śląskim Holywood’em. Nazywała się „Espe-film”. To miasto jest pełne ciekawych historii, które często sam powoli odkrywam. Choć mieszkam teraz zupełnie gdzie indziej – to z ogromnym sentymentem wracam w te wszystkie miejsca. Każdego z nas coś tworzyło. Ja wychowałem się tam.

Jestem gościem, który powinien się chyba urodzić na początku XX wieku. Te moje Panamy, które kupuję (białe kapelusze z czarnym paskiem), stylowe szelki, muzyka której słucham, tango, itp. itd. Jak miałem 13 lat, kupiłem sobie spodnie w stylu Humphrey’a Bogarta – w sklepie dokładnie pod hotelem. ( Długo takich szukałem. Miały zakładki u dołu i lały się dokładnie jak jego. Tu też kupiłem swoją pierwszą marynarkę. Chodziłem z małym słownikiem angielskiego i uczyłem się z niego, gdzie popadnie. Wymowy uczyłem się najpierw z transkrypcji fonetycznej – przekręcając wyrazy. Chciałem rozumieć w oryginale słowa aktorów – to było ważne. Przypomniałem sobie o tym, kiedy siedzieliśmy w hotelowej restauracji na parterze. To przecież dokładnie tu był ten odzieżowy sklep. Chodząc ulicami podrabiałem ruchy Franka Sinatry, czy Freda Astaire (serio :). Luz, eneria z jaką się poruszali. Czasy musicali, jakie oglądałem w niedzielę w telewizji. Kiedy sobie o tym przypominam – śmieję się do siebie. Byłem chyba dość nietypowym chłopakiem ……. co ja robię w XXI wieku ?

Zaraz na przeciw hotelu była nasza pierwsza wspólna dyskoteka „Quattro”. Niektórzy jeszcze ją pamiętają. To była świątynia muzyki. Dla mnie jak „Ministry of the sound” w Londynie. Świetne nagłośnienie, klimatyczny parkiet, małe loże. Po raz pierwszy też widziałem tam różnych szemranych gości. Takich w tamtych stronach ciągle nie brakuje. Przychodzili też młodzi cyganie, którzy mieszkali zaraz za torami – w dzielnicy Hugo. Zawsze bardzo eleganccy, z ubraniami szytymi na miarę, z wyżelowanymi włosami i flakonami wody kolońskiej wylanymi na siebie. Taksówkami podjeżdżały prostytutki. Inny świat. Oglądałem to wszystko i czułem, że kiedyś o tym napiszę…..no i piszę….

Kiedy odwiedzam Siemianowice, czasem stanę przed wejściem na wysokie schody byłej „Quattro” . Lampa u góry oświetla je majestatycznie – jak kiedyś. Myślę, że pewnego dnia opowiem o naszym życiu w dyskotekach – o tych wszystkich sobotach na parkiecie. To moje oblicze, którego większość moich znajomych nie zna i pewnie będzie mocno zaskoczona. Na teledysku poniżej Lany – przedsmak tego, co zawsze kochałem….szaleństwo i pójście na całość. Choć w innych latach, to klimat jest identyczny. Zastanawiałem się, czy to wrzucić, bo koliduje to trochę z pierwszą częścią mojego tekstu – no ale, czy nie takie jest życie ? Pełne wszystkich kolorów….

A ci, którzy byli kiedyś w kinie „Jedność” i przeżyli w nim piękne chwile – doskonale wiedzą, o czym mówię…..

 

Klimat prawie jak z Quattro

 

Spojrzenie znad książki
Oglądam ostatnio sporo starych, polskich filmów. I tak na przykład, niedawno widziałem „Pociąg”, z 1959r. Zawsze wiedziałem, że chcę zobaczyć ten film, ale nie wiedziałem dlaczego. Widziałem jedynie jakieś fragmenty w telewizji. Czułem, że jest w nim klimat – którego chcę dotknąć. Jest nim coś – co jakbym znał, ale nie potrafię powiedzieć co to jest.

Podobnie nie wiem dlaczego, ale właśnie dziś rano przypomniałem sobie duże, czarno-białe zdjęcie – oprawione w ramę przez mojego dziadka, jakie wisiało w jego altanie. Przedstawiało dwie postacie nad morzem. Było stare, może jeszcze z lat 50, ale pięknie doświetlone. Nie wiem, czy dziadek sam je zrobił – przecież zajmował się hobbystycznie fotografią? Miał swoją ciemnię fotograficzną i spędzał tam setki godzin. A może to była jakaś reprodukcja, która mu się wyjątkowo spodobała i ją oprawił ? Przyglądałem się temu zdjęciu – za każdym razem, kiedy tam byłem. Cisza……szum morza…i delikatne słońce. Postacie oświetlone były z tyłu, więc nie widziałem dokładnych szczegółów. Ta fotografia miała w sobie nieprawdopodobny spokój. Jej oglądanie przynosiło mi za każdym razem dużą satysfakcję. Patrzyłem i doznawałem tych wszystkich przyjemnych uczuć, tak bardzo namacalnie. W którymś momencie nawet chciałem ją zabrać do domu, ale nawet nie wiem kiedy – fotografia zniknęła. Był taki czas, że dłużej nie było mnie w tamtych stronach…. i w międzyczasie wszystko się pozmieniało. Cała tamta epoka gdzieś przeminęła. A tę fotografię kojarzyłem z tą epoką. Czasem lat 50 tych – 60 tych. Jedynie altana pozostała. Choć to nie była moja epoka bardzo dobrze ją rozumiałem…… Bardzo dużo się od niej uczyłem.

Upłynęło wiele lat, zanim do tego filmu sięgnąłem. Tak więc zobaczyłem go ot tak, po prostu. Przypomniałem sobie o nim i włączyłem:

Wpiszcie sobie w you tube – to jest trailer, kilkuminutowy. Nie chce mi się zaciągnąć automatycznie niestety. Cały film jest na cda.pl

Pociąg”/”Night Train

https://www.youtube.com/watch?v=i8z95IncWx0

Siedzę teraz sobie na ławce, w parku Ustrońskim. Dokładnie na tej samej ławce, na której Artur lubi uczyć się do egzaminów. Po lewej mam Parkową 10. Jest piękne, słoneczne południe. Przetwarzam to, co niedawno zobaczyłem….jeszcze mój umysł to porządkuje i nadaje temu jakieś podsumowanie.

W tym filmie jest klimat, który dobrze znam. Środek lata, ludzie jadący nad morze. Chcą jechać tak daleko, jak tylko się da. Dalej jest już tylko piaszczysta plaża i bezkresna woda. Wiele różnych osobowości jedzie w tym pociągu. To taka trochę metafora życia. Podróżujemy razem przez życie, często przypadkowo napotkani. Jedni przesypiają podróż, zamknięci w swoich wagonach. Drudzy czytają, inni rozglądają się przez okno. Jeszcze inni opowiadają swoje historie. Ktoś tam ciągle się denerwuje, czymś co zupełnie nie jest tego warte. Ktoś tam sieje intrygi, ktoś chce w tej podróży być ważniejszy niż inni…….. i tak dalej i tak dalej.

W tym wszystkim, w jednym przedziale spotyka się przypadkowo dwoje ludzi – Ona i On. Lucyna Winnicka i Leon Niemczyk. Na początku jest awantura o to, kto powinien siedzieć w tym jednym przedziale sypialnym. Leon chcę być sam. Jest gotów nawet za to zapłacić dodatkowo konduktorce. Lucyna jednak stwierdza, że to jest jej miejsce i nie zamierza ustąpić. W końcu Leon się poddaje i jadą dalej…

Do tego ta przedziwna muzyka….i dworzec kolejowy Łódź Kaliska, który znam bardzo dobrze. Stamtąd odjeżdżało się do Katowic. W Łodzi mam rodzinę – to dlatego. Także w takie letnie dni, jak ten na filmie zdarzało nam się odjeżdżać.

Nie będę opowiadać filmu, bo nie o to chodzi, ale wiem już dlaczego powinienem był go poznać. Myślałem, że z zupełnie innych powodów. Tymczasem, kiedy zobaczyłem pewną scenę – coś mnie mocno poruszyło.
To scena, w której Lucyna patrzy znad książki na Leona. Trwa to zaledwie parę sekund, ale tego nie da się nie zauważyć – ani zapomnieć. Cały film zamknąłbym w tym jednym spojrzeniu. To patrzyła Lucyna… nie bohaterka jaką grała.

Otwarłem Wikipedię i prześledziłem dalsze losy Lucyny. I tak, okazało się że grała w paru filmach, jednak to „Pociąg” był najbardziej znany. Zagrała nawet w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie. Wikipedia podaje na jej temat dość skromne informacje – oto one:

Przed wojną uczennica szkoły im. Cecylii Plater-Zyberkówny w Warszawie, przy ul. Pięknej 24. Absolwentka VI Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Reytana w Warszawie. W 1950 ukończyła studia na Wydziale Prawa UW. W 1953 ukończyła studia na PWST w Warszawie. Do 1974 r. występowała na scenach Szczecina i Warszawy. W drugiej połowie lat 70. zakończyła karierę aktorską. Założyła Akademię Życia i prowadziła ją przez ponad 10 lat, ucząc medycyny niekonwencjonalnej, filozofii i medycyny Dalekiego Wschodu. Dziennikarka i publicystka, m.in. „Przekroju” i „Literatury”. Była jedną z założycielek Transparency International Polska, organizacji do walki z korupcją. Przez ostatnie lata żyła w domu spokojnej starości w Palmirach[2].

Wydała książki Podróż dookoła świętej krowy oraz W poczekalni nieba.

Nigdy nie wiemy, co będzie potem. Dopiero ci po nas mogą to podsumować.

Robiono w dawnych latach wiele ciekawych filmów. Grano światłem i cieniem. Taśma była czarno-biała a środki skromne, więc skupiano się na wartościach istotnych. W tej prostocie zachowywano jednak wszystko, co istotne.

Pomijając jednak film – zainteresowała mnie sama postać Lucyny Winnickiej. To z pewnością była ciepła i dobra kobieta. Musiała być bardzo interesującą osobowością. Oglądałem z nią wywiady, z późniejszych lat. Przyglądałem się temu, jak zmieniała się na przestrzeni czasu. Jak pięknie się starzała. I to jest myśl dla wszystkich. Jak człowiek może iść przez życie, nie obawiając się zmarszczek. Jeśli jakaś kobieta martwi się o to, jak będzie na starość wyglądać – to nie powinna się martwić, bo piękno pozostanie. Ono ma związek ze światłem, które bije z człowieka, z jego wnętrza. A czym dalej człowiek posuwa się w latach – tym to wewnętrzne piękno coraz większe ma znaczenie i wtedy wychodzi na naszych twarzach wszystko to, czym żyliśmy. Czy byliśmy zgryźliwi, złośliwi, skwaszeni, zazdrośni, nerwowi czy wręcz odwrotnie – zupełnie inni….

W końcowej scenie pociąg dojeżdża nad morze. Jest słoneczny poranek. Wszyscy wysiadają i idą na plażę. Ciepły wiatr powiewa firankami wagonów przez pootwierane na oścież okna. Jest przyjemnie, beztrosko……

Oto Lucyna Winnicka

 

W scenie poniżej Leon Niemczyk czytał swoją kwestię z kartki na suficie – sam się przyznał.

 

Lata nie zabierały jej urody – wręcz przeciwnie.

 

PS

Nakręcono też ciekawy materiał – Pociąg, 40 lat później…..warto go zobaczyć. Polecam.

Ruhe
Dziś nie mam ochoty na pisanie dłuższych tekstów, ale podzielę się z Wami jedną z wielu muzycznych fascynacji. To będzie nie tak znany muzyk elektroniczny z Niemiec – Schiller. Jego współpraca z Heppner’em (wokalistą) przyniosła coś, co bardzo mnie urzekło. Żeby dostrzec w pełni piękno tych utworów – warto słuchać ich przez dobre słuchawki.

Na początek – zgodnie z moim dzisiejszym nastrojem – proponuję posłuchać „Dream of you”.

 

A teraz „Ruhe”….. (spokój/cisza). Zwróćcie uwagę na to, jak ten utwór wycisza, jak czyste pojawiają się tutaj dźwięki – jak te krople wody, na początku teledysku. Wsłuchajcie się uważnie w każdy szczegół dźwiękowy. W każdy najmniejszy szmer, odbicie dźwięku, echo…….każdy najdrobniejszy dźwięk.

Ten utwór przechodzi od ciszy….do energii. Niezmiennie lubię go od lat. Bo czy można coś mniej lubić, tylko dlatego że upłynęły lata ?

 

I kolejny – można się zatapiać w tej krainie dźwięków…. Ein shoener Tag.

W teledyskach Schillera często pojawia się motyw mnicha. Lubię to, ponieważ jak kiedyś sam odkryłem – chyba jestem kimś w rodzaju takiego wędrownego mnicha. Mam w sobie takie cechy. To odkrycie było dla mnie zaskakujące. Pamiętam dzień, kiedy wychodząc z samochodu spojrzałem w słońce. Zrozumiałem to w jednej chwili. Potem wziąłem swój marynarski worek i uśmiechnąłem się do siebie – pięknego dnia !

 

Moja przygoda z muzyką Schillera rozpoczęła się od „I feel you”.

Kiedyś, jako młody człowiek – jeździłem na takim starym, może jeszcze przedwojennym rowerze – jak Heppner w teledysku. To było nad morzem w Szwecji. Klimat tego teledysku coś mi przypomina. Może także dlatego tak lubię ten utwór. I jego tekst – bardzo przejmujący…

Błękitna koszula
Zawsze kiedy jestem w sklepie i chcę kupić nową koszulę – to przeglądam trzy kolory….. białe, czarne i nade wszystko……błękitne.

Wracamy ze Zbyszkiem z delegacji – samochodem. Przyjeżdżamy Słowację. Jest piękna pogoda. Mam na sobie właśnie błękitną koszulę. Jedną z moich wielu, ale zauważam to dopiero kątem oka, kiedy patrzę w tylne lusterko i widzę w nim mężczyznę – prawie 50 letniego, który mruży oczy od słońca – ……….to ja.

Od kiedy pamiętam….. w moich szafach najwięcej było koszul błękitnych. Kupowałem je od młodości. Błękit – kolor, który pasuje idealnie do mojego stanu umysłu, który nie zmienia się od lat. To ten właśnie kolor najbardziej oddaje to, jaki jestem naprawdę.

To kolor marzeń. Lekkości i nadziei. Nieba nad plażą. Świeżości i soczystości życia…..jego ulotnego piękna, które ciągle odradza się na nowo.

Choć nie miałem wielkich planów na swoje życie i zawsze żyłem chwilą, to była we mnie ekscytacja tym, co wydarzy się za niedługo. A nie miałem wątpliwości, że to będzie dobre – no bo przecież będąc w takiej koszuli…nie może być inaczej. Sam fakt noszenia jej na sobie już wprawiał mnie w dobry nastrój. A to przyciągało dobre zdarzenia. Dziwne, ale prawdziwe. Do takiego lekkoducha jak ja, co innego mogłoby pasować bardziej ?

Co jakiś czas zerkam w to lusterko. Mężczyzna z siwiejącą brodą jeszcze bardziej się uśmiechnął. Śmieją mu się kąciki oczu – jak kiedyś. Dokładnie tak samo.

Dobrze się jedzie. Jest spokojny, niedzielny poranek. Auto biegnie samo.

Tyle się zmienia w życiu człowieka a to co lubimy pozostaje przez lata prawie niezmienione. Takie banalne rzeczy jak ulubiony kolor jeansów, rodzaj butów…… kolor koszuli. Zmieniałem te rzeczy wielokrotnie, ale różnice między nimi były niewielkie. Człowiek ma swoje preferencje i wraca do nich – podświadomie.

Minęło trochę czasu. Nie czuję tych lat, które upłynęły. Nasza pamięć zresztą jest dość wybiórcza i pamiętamy raczej pewne fragmenty historii – małe kawałki, które gdzieś potem sklejamy ze sobą po latach. Czasem nawet nie jestem w stanie powiedzieć, który był najpierw, a który potem – choć kiedyś mogło się to wydawać nieprawdopodobne. Czas weryfikuje wszystko sam na to – co jest ważne i to, co mniej ważne.

Zerknąłem znowu na starszego pana w lusterku.

Przypomniałem sobie niespodziewanie, jak idę przez główną ulicę naszego miasta.

Jest bardzo słoneczny poranek – taki, jak dziś. Niebo cudnie błękitne…no i ta koszula – wypuszczona na spodnie. Mam podwinięte rękawy. Ręce wkładam nonszalancko do obu kieszeni. Od razu widać, że ktoś taki to ma w głowie błękit…….

Jest ciepły, letni wiatr. Wpada mi pod mocno rozpiętą koszulę i opływa nagie ciało. Rozwiewa mi włosy – kiedyś prawie czarne. Ludzie, których mijam – uśmiechają się do mnie. Cieszę się…… sam nie wiem z czego. Tak to jest, kiedy ma się 16 lat. To jest prawdziwa radość życia. Cieszymy się, ale nie wiemy do końca dlaczego. Tak po prostu. Z tego, że żyjemy, z tego co widzimy, z tego co słyszymy. Uśmiechamy się do swoich marzeń. Idę i czuję ekscytację, bo nie wiem co zdarzy się jutro ……..i to jest piękne. Mijam swoje ulubione kino. Trochę dalej, po lewej – dziewczyna ze sklepu odzieżowego wyszła na schodki przed wejściem. Ma długie, czarne i lśniące włosy. Uśmiecha się do mnie. Tak,…… do mnie – wiem to na pewno. Zarzuca przy tym włosy lekko do tyłu. Zapamiętuję ten ruch – jak fotografię.

Na tej fotografii pamięciowej z tamtej ulicy mam 16 lat. Teraz mam 47. Podnoszę oczy do tylnego lusterka i w swoich oczach widzę przeszłość i teraźniejszość. I widzę w nich tą samą ciekawość jutra, co dawniej. Widzę tą samą beztroskę i lekceważenie zasad, jakie towarzyszyło mi od zawsze.

– Niewiele się zmieniłeś w środku……- mówię do siebie w myślach – nigdy już nie zmądrzejesz,……… ale chyba dobrze mi z tym. Każdy jest z innego tworzywa, czego innego pragnie. Każdy ma swój wewnętrzny kompas i idzie przez życie nim właśnie kierowany. Człowiek nie zrozumie drugiego człowieka do końca, bo każdy ma w sobie swój własny kod. Ktoś nad nami jednak prowadzi nas we właściwą stronę. Czym dłużej żyję – tym bardziej to rozumiem i tym bardziej jestem spokojny. Nie szarpię się już z życiem. Nie mam do siebie pretensji o niepowodzenia, czy stracone okazje. To moje życie. Jest jak film, w którym gram swoją rolę. Improwizuję z chwili na chwilę. Lubię zaskoczyć siebie samego. Bo moja własna nieprzewidywalność jest cechą, która mnie bawi i ciekawi.

Jakoś nigdy nie chciałem wielkich rzeczy. Nie chciałem otaczać się przedmiotami. Byłem zawsze minimalistą. Miałem raczej problem z tym, że miałem za dużo – jak na takiego jak ja człowieka. Rozdawałem więc swoje rzeczy przy różnych okazjach, starając się przekazać je w dobre ręce. Robiłem to wielokrotnie – zwłaszcza przy zmianach mieszkań. Były to wszystkie przedmioty, jakie może zgromadzić człowiek – z całymi zestawami mebli włącznie. Sam bym się chyba nie doliczył wszystkich. Lubiłem namiętnie kupować ubrania – rozdawałem ich potem całe mnóstwo. I tak cyklicznie, i falowo. Kupowałem i rozdawałem.

Jednak, już jako młody chłopak wymyśliłem sobie, że jako cały mój stan posiadania – chcę mieć jeden marynarski worek, do którego wrzucę parę najniezbędniejszych rzeczy – żeby zawsze być gotowym do drogi, żeby nie mieć nic, co może mi w życiu przeszkadzać. Worek miał czekać – zawsze gotów. Do tego koniecznie notes i ołówek – żebym mógł pisać i rysować.

Nigdy nie myślałam o tym, że gdzieś tam chcę wybudować dom, mieć samochody, baseny, stałą i niezmienną pracę, zorganizować grilla dla gości w sobotę i pokazywać im to wszystko co rzekomo zdobyłem. Nie,………. to nie byłem ja. Nigdy nie chciałem budować takich zamków na piasku….. To, co naprawdę jest trwałe – jest w nas. Tam jest wszystko, co mamy. Kiedyś w hotelu stanąłem nagi pod prysznicem i zrozumiałem, że wszystko co mam – właśnie jest pod tym prysznicem – to po prostu ja. Wszystko, co zawsze miałem – ciągle mam. Musiałem trochę pożyć, żeby to zrozumieć.

Ja chciałem wyjść naprzeciw życiu. Z jego wszystkimi kolorami. Szczęściem i bólem. Bo to znaczy żyć. Iść tam, gdzie nikt nie chce iść i przyjąć od życia nieoczekiwane szczęście. Brać, jak leci. Wygrywać i tracić i znowu wygrywać – wszystko. Va Banque..

Wydaje mi się, że wszyscy rodzimy się z jakimś kodem, że wiemy intuicyjnie dokąd iść. Ja od zawsze wiedziałem, że cały mój życiowy dorobek, jaki chcę osiągnąć – będzie niematerialny. Miał być zawarty w moim doświadczeniu. Chciałem zbierać piękne chwile – nie przedmioty. Zawsze ceniłem w ludziach prostotę, szczerość, gotowość na stracenie wszystkiego w imię prawdziwych wartości. Takich ludzi lubiłem najbardziej – byli mi najbliżsi.

W głośnikach słyszę „Time” Hansa Zimmera…. Jak to się wszystko z sobą spaja samoistnie.

Pamiętam też inną chwilę w błękitnej koszuli. Siedzimy na plaży z Iwoną i Arturem w małej zatoczce blisko Saint Tropez. Jest ciepłe popołudnie i znowu ten przyjemny, ciepły wiatr. Niedaleko od nas, trójka młodych ludzi pije szampana. Dziewczyna co jakiś czas uśmiecha się do nas. Arturek kopie dziury w piasku. Czuję jak piasek jest mocno rozgrzany…..przyjemny. Iwona ma piękną, kolorową spódnicę w kwiaty. Kładzie policzki na swoich kolanach i przygląda mi się ciekawie. Fotografuję w pamięci tę chwilę.

Niektórzy ludzie już w młodości postanawiają, co chcą mieć w szczegółach.Wiedzą nawet ile chcą mieć dzieci i wykonują swój plan. A ja zawsze chciałem niewiadomej. Chciałem wyjść na wiatr – prosto w twarz. Nie chciałem posiadać – chciałem prawdziwości.

Kiedy zobaczyłem pewnego dnia postać z Titanica – Jacka Dawson’a, którego gra Leonardo DiCaprio – widziałem człowieka, który jest tak bardzo podobny do mnie. Łapał chwile. Nie miało dla niego znaczenia, czy jest na górnym, czy dolnym pokładzie. Trzymał swoje życie w swoich rękach. I podobnie jak ja – rysował. Niewiele mu trzeba było. Był prawdziwy i gotowy na ryzyko. Gotowy na wszystko. To dlatego tak lubię ten film. Co ciekawe, na jednej ze scen biegnie dokładnie z takim workiem, jaki mam ja…….

Mijały lata, ale nie zmieniłem się pod względem swojej chłopięcej prostoty. Wciąż ekscytuję się tym, co przyniesie życie. Nie boję się przewrócić i stracić wszystkiego, bo za chwilę mogę wszystko wygrać. Potem stracić i znowu wygrać. Takie jest życie – zaskakujące i piękne. Kiedy wydaje nam się czasem, że wszystko się wali – właśnie wtedy dzieje się coś, co to wszystko odwraca. Moneta znienacka obraca się na drugą stronę. Ale nade wszystko, w każdej sytuacji trzeba być człowiekiem. O to w tym chodzi. Nadejdzie wiatr, który zadmie znienacka w żagle jachtu, który stał w marinie. Choć tego wiatru nikt się nie spodziewał. Trzeba być zawsze gotowym na dobro, które właśnie nadchodzi – zawsze gotowym do rejsu. A rejsem wcale nie musi być daleka podróż – to raczej metafora. Rejsem jest życie….

Mam czasem wrażenie, że ktoś mnie w tym moim podejściu próbuje. Życie składa się z pojedynczych dni, przeżywanych w niepowtarzalny sposób. Niesamowite jest to – jak dzień do dnia jest niepodobny. Przynajmniej moje dni …………

Dzwonię do Iwony, umawiamy się na spacer – zaraz po moim przyjeździe. Jedziemy od razu….

Ten dzień jest niezwykły. Jest jak zawieszenie w czasie.

Pojechaliśmy do kina w Skoczowie – lubimy bardzo to miejsce. Potem do Wisły Wielkiej, nad jezioro. Jest piękna pogoda i spacerujemy po malutkim molo, przy marinie. Jest cicho, słonecznie i pięknie. Kiedy stoimy na molo, jakaś dziewczyna robi nam fotografię. Zauważyłem to. Coś jej się chyba w nas spodobało….. Kolejna fotografia…..

……………Minął już tydzień od tego przyjazdu, a ja ciągle czuję szczególną atmosferę tamtej niedzieli. Nie wiem, jak nazwać to uczucie….jak je określić. Jeszcze tego nie przetworzył mój umysł. Wiem, że było to ważne…………………

Ustroń, 24.03.19

Jack pokazuje Rose swoje rysunki.

 

Scena, w której zaczyna się rozumieć wiele

 

Moja błękitna koszula.

Mrówka – moje nagranie głosowe

Postanowiłem przeczytać moją refleksję pt. „Mrówka”.

Będę nagrywał swoje teksty także w tej postaci – wtedy można sobie będzie tego posłuchać gdziekolwiek – np. jadąc samochodem, w wannie, leżąc w łóżku

Mnie sprawia to nagrywanie wiele radości. Mam nadzieję, że taki sam będzie Wasz odbiór.

„Muzyka mojego dzieciństwa”
Mike Oldfield „Five Miles Out” – od tego utworu zaczęła się moja wielka przygoda z Hi-Fi.

Ojciec kupił za duże pieniądze pierwszą wieżę, do tego Magnetofon 4 ścieżkowy z przesuwem 19,5cm/s – jakość wręcz studyjna. No i potężne kolumny Altus 75 – marzenie. Załączył mi to………….i powiedział:

– To jest Mike Oldfield, muzyk elektroniczny z Anglii…. – wystarczyło.

Słuchaliśmy jak zaczarowani.

I ten głos Maggie Railly – tak wyobrażałem sobie głos anioła…….

Potem słuchałem tego setki razy przez słuchawki i nie mogłem się oderwać…

Odtwarzacz video

00:00
04:14

Kolejny legendarny utwór, którego słuchało się obłędnie w moim domu to „Blue Monday” – grupy New Order. Wypełniał całe mieszkanie……Tak powoli rozkochiwałem się w muzyce elektronicznej. Chyba trudno się dziwić

Byłem złakniony wszystkiego, co elektroniczne…..to było wtedy tak niezwykłe.

Bawiliśmy się z ojcem kanałami, balansem, korektorem…….jazda……..

 

Mój brat ma to samo. Najważniejsze wyposażenie każdego z jego mieszkań to zawsze był sprzęt Hi-Fi. W domu miał kolumny koncertowe Potężne, estradowe.

Robiliśmy z nim kiedyś super performance. Przewieźliśmy cały jego sprzęt furgonetką do pustej hali produkcyjnej i do nocy graliśmy to (mój ukochany Kraftwerk) – z pełną mocą. Nigdy tego nie zapomnę.

 

PS

Kiedy piszę – często słucham tego utworu:

 

Postawa tego mnicha wyraża w jednym obrazie całą moją filozofię życia

 

„Szachy”
Pewnego wieczoru ojciec przyniósł do salonu małe, drewniane szachy. Powiedział z uśmiechem:

– Nauczę cię grać.

Miałem wtedy 6 lat. Poznałem pierwsze posunięcia i dobrze pamiętam tamten wieczór. Nie sądziłem wtedy jeszcze, że szachy odegrają w moim życiu tak ważną rolę. Tak więc graliśmy z ojcem i graliśmy…….

Dużo ćwiczyliśmy. Pokazywał mi różne rozegrania, warianty, debiuty, gambity….. Ćwiczył mnie w grze środkowej i końcówkach. Poznawałam co to jest partia włoska, hiszpańska, rosyjska, obrona sycylijsca i wiele, wiele innych. Poznawałem nazwiska wielkich szachistów. Wśród nich jego ulubieńcy: Tal, Spasski, Smysłow, Karpow, Kasparow. Ojciec kupował mi książki przeznaczone dla młodych adeptów tej gry. Poprzez zabawę chciał mnie tym zainteresować. On sam kupował dużo rosyjskich czasopism i książek, ponieważ to właśnie Związek Radziecki był niekwestionowanym królestwem szachów a tak naprawdę Gruzja, która wtedy jeszcze była częścią tego kraju. Ojciec grał przy każdej sposobności. Miał kolegów – szachistów. Grywał też sam ze sobą w domu, albo w oparciu o swoje książki. Rozwiązywał zagadki szachowe. Grał nawet w wannie. Pamiętam jak nieraz czytał i grał do późna w nocy, zanurzony po szyję w wodzie. W jednej ręce książka, w drugiej magnetyczne, małe szachy. Można je było trzymać w każdej pozycji. No i tak czasami zasypiał. Kiedyś mama znalazła go o może pierwszej nad ranem – z książką pływającą w wodzie i szachami. To było jego ulubiona książka. Na szczęście zszywana, więc można ją było dalej używać dalej – wystarczyło ją wysuszyć suszarką, co zresztą zrobił. Była potem dwa razy grubsza.

Odwiedzali nas jego koledzy, z którymi też często grywałem. Prezentowali dużo lepszy poziom ode mnie, więc wszystko to było pół żartem. Zawsze byli to jednak ludzie bardzo mi życzliwi. Czasem graliśmy u naszego sąsiada, człowieka który kochał szachy. Chodziliśmy więc piętro niżej i graliśmy do późna w nocy, a potem jak już byłem starszy i zbliżały się np. zawody to potrafiliśmy grać do rana. Potem oni zbierali się do pracy na 5:00, żeby zdąrzyć na ostatni zjazd w kopalni, pół kilometra pod ziemię – a wieczorem znowu graliśmy. Ojciec zawsze wspierał mnie w pracy nad sobą. Pamiętam, że chciał żebym zajął się kulturystyką – nie udało mu się. Potem chciał żebym został hokeistą – odwiedził nas nawet zawodnik z klubu sportowego Beldon w Katowicach – jego kolega. Przywiózł eleganckie łyżwy – prawdziwe, zawodnicze. Ojciec zabrał mnie na lodowisko, nauczył jeździć w jeden dzień. I nawet było to całkiem zabawne. Szybko się uczyłem jazdy, ale nie wyobrażałem sobie ćwiczyć w tym klamorstwie na sobie – latem i wiosną, o każdej porze. O nie ! To pewnie rozczarowało tatę, bo hokej to była jego chyba największa pasja.

Ale udało mu się zainteresować mnie szachami. Pewnie dlatego, że w tej grze było coś więcej – była jakaś magia. Była w niej dla mnie jakaś droga intelektualnego i duchowego rozwoju. Czegoś, co przeczuwałem, choć jeszcze nie rozumiałem. Intuicja podpowiadała mi, żebym się tym zajął.

Od samego początku dobrze zrozumiałem to, o czym mówił tata – nie chodziło o wygranie z drugim człowiekiem. Szachy, to spotkanie z nim. Z jego umysłem, z jego charakterem, osobowością, mądrością. Ponadto rozumiałem, że tak naprawdę ojciec uczy mnie siły charakteru – a szachy to jest jedynie droga i nigdy nie chodziło o to że bym zwyciężał, żebym był nastawiony rywalizacyjnie. Taka postawa jest niegodna prawdziwego szachisty. Chodzi o samorozwój i dyscyplinę. Tak mi to tłumaczył.

W swojej historii z szachami w tle widziałem bardzo różnych ludzi. Oczywiście ci, którzy grali dłużej musieli mieć pewne cechy osobowości. Ci ludzie mi imponowali. Natomiast ludzie, którzy mieli z szachami styczność powierzchowną – z reguły nie mieli dostatecznej wypracowanej siły charakteru. Bywały sytuacje, w których tracili kontrolę nad sobą, wstydzili się strasznie przegranej, albo byli źli na przeciwnika. Szachy odsłaniały wszystkie niedostatki. Wiele osób przegrywając w tej intelektualnej potyczce – czuje się jakby ktoś udowadniał im ich niższość – a to wyzwala różne reakcje u słabszych.

Zdarzyło mi się nawet grać z ludźmi, którzy mieli na pieńku z prawem. Otoczony przez całą ekipę – jako młody chłopak grałem z dużo starszym od siebie przeciwnikiem. Ktoś powiedział mu, że ja gram w szachy i że warto tego ze mną spróbować. Jako, że on uważał się za znakomitego gracza – znaleźli mnie, rozłożyli szachownicę i otoczyli nas dookoła.

Rozpoczęliśmy grę. W trakcie partii widziałem wyraźnie, że mój przeciwnik się denerwuje. A koledzy przecież na niego patrzyli. Miałem może z 10 lat. Przegrana z kimś takim musiałaby bardzo boleć – i to przy kolegach. W trakcie gry zacząłem zmieniać strategię. Prowadziłem grę w taki sposób żeby on nie miał nawet świadomości tego, że pozwalam mu rozegrać partię na swoich zasadach. Korzystnie dla niego robiłem to powoli i umiejętnie. Wyciskałem przy tym z niego maksimum jego możliwości. Na koniec, kiedy ostatecznie wygrał ze mną – przeszczęśliwy ściskał mi rękę, potrząsając nią mocno. O mało nie padł mi w ramiona. Koledzy byli z niego dumni – klepali go po plecach. Każdy też podszedł do mnie i gratulował mi dobrej gry.

Tak na marginesie historia niektórych z tych ludzi, którzy wtedy obserwowali nas przy szachownicy potoczyła się bardzo dramatycznie – ale o tym nie będę wspominać.

Lekcja, którą wyniosłem z tamtej partii – to była lekcja dyplomacji. Pozwoliłem mu wyjść z twarzą. Dla mnie była to po prostu kolejna partia i kolejna analiza sytuacji na planszy.

Co sobotę chodziłem do kółka szachowego – w klubie Henryka Jordana w Siemianowicach Śląskich. Tam Pan Zogata prowadził zajęcia dla kilku młodych chłopaków, wśród których byłem i ja. Zakładałem robione na drutach przez babcię kapcie (były bardzo modne w tamtych latach – dawało się je schować nawet do kieszeni) i graliśmy.

Pan Zogata miał taki zwyczaj, że zabierał sobie damę i odkładał na bok. W ten sposób próbował wyrównać siły z nami, jako że dama jest najsilniejszą figurą. Jednak i tak z nami wygrywał. Był dla mnie za silnym przeciwnikiem. Na jednym z zawodów pokonał go mój ojciec, ale ojciec nigdy nie odkładał damy, grając ze mną – chociaż był ode mnie nieporównywalnie lepszym graczem. Nigdy nie pokazywał mi swojej siły i to sobie ceniłem. Wręcz odwrotnie – grał tak, żeby miał cały czas wrażenie, że prawie prawie z nim wygrywam. Czasami dawał mi wygrać – wiem to, ale w większości przypadków przegrywałem w ciężkim boju. Moja głowa parowała z wysiłku.

Graliśmy z ojcem ogromną ilość partii. Godziny, które spędziłem na tej grze idą w tysiące.

Grałem z nim tak dużo, że nauczyłem się wręcz jego sposobu myślenia. Byliśmy w stanie nawzajem przewidzieć to, co zrobimy za chwilę, albo w następnym ruchu, albo w trzech następnych. Znałem jego styl, niekonwencjonalne rozwiązania.

Tata zabierał mnie na zawody szachowe. Klub górniczy organizował co jakiś czas turnieje. Byłem tam pewnego rodzaju maskotką. Dziecko grające ze starszymi mężczyznami. Niemniej jednak zawsze było to święto i chwila podniosła. Od samego początku ojciec uczył mnie pewnej postawy szachisty. Szachista to człowiek opanowany, to człowiek silny psychicznie, kulturalny, szanujący innych ludzi. To ktoś, kto nie uprawia hazardu. Pieniądze i alkohol nie idą w parze z szachami. Takie zasady mi wpajał.

Z czasem spotykałem coraz więcej takich ludzi. Tych, którzy szachy traktowali znacznie poważniej. Przychodziłem do klubu hutniczego HKS, w naszych Siemianowicach Śląskich. Był w budynku starej, przedwojennej pływalni koło wiaduktu, na pierwszym piętrze. Odbywały się spotkania, na które przychodzili w większości starsi mężczyźni. Wchodząc po schodach mijałem zawsze małą figurkę pływaka z brązu. To tutaj właśnie ćwiczyli polscy olimpijczycy w pływaniu, przed olimpiadą w Amsterdamie, w 1928r. To miejsce budziło mój szacunek.

Starsi ode mnie o 30 lat i więcej panowie. Grało się prawie w ciszy, przez wiele godzin i to było niezwykle przyjemne – ta cisza, tykanie szachowych zegarów, słońce wpadające do środka i oświetlające szachownice, ustawione jedna obok drugiej. Pamiętam to jak wczoraj. Widok tych mężczyzn, którzy się nawzajem szanują i respektują, to dla mnie obraz prawdziwego szachisty. Nie wiem, co w tym było ale oni bardzo lubili chodzić w koszulkach polo i w garniturach, albo co najmniej samych marynarkach – trochę już przygniecionych, bo chodzili w nich za często. Ciągle skupieni na czymś, małomówni ale nieprzeciętnie inteligentni.

Pamiętam jak wiele razy dzieli się jakimiś spostrzeżeniami na temat rozgrywek albo śmiali się z tego ile czasu komuś zajęło rozwiązanie zagadki szachowej, bo w czasopismach dla miłośników tej gry zawsze było takich zagadek dużo. Mat w dwóch posunięciach, trzech posunięciach, w czterech posunięciach. Czasami były to bardzo wymyślne zagadki, które rozśmieszały swoją konstrukcją.

Cieszę się, że miałem okazję spotkać takich ludzi.

Grałem też w turniejach międzyszkolnych. Najfajniej wspominam te zespołowe. Sławek, Olek, Kasia i ja. Zawsze w zespole była dziewczyna. Kasia imponowała mi zawsze swoim spokojem i inteligencją. Mieliśmy zespół …o tak. Do końca nigdy nie wiedzieliśmy jedynie, czy Sławek zdąży na czas. Ze wszystkich ludzi, których znam – jedynie Sławek mógł spóźnić się na coś jeszcze bardziej niż ja. Między innymi za to tak go lubiłem. Obaj czas mieliśmy dokładnie gdzieś.

Rodziców oczywiście cieszyły niewielkie sukcesy na miejskim szczeblu. Czasami zdarzało się, że wyjeżdżałem z młodzieżą do innego miasta, ale o tym nie będę już opowiadać. Opowiem natomiast o czymś, co bardzo zmieniło moje podejście nie tylko do szachów ale o wiele, wiele bardziej do innych rzeczy.

Była to jedna z tych nocy, w które graliśmy u naszego sąsiada poniżej. Było kilku kolegów ojca. Sąsiad wyjął swoje olimpijskie szachy. Duże, turniejowe, drewniane figury trzymał zawsze w woreczku. Do dzisiaj pamiętam dźwięk wysypywanych z niego figur. Na prawdziwej, dużej, olimpijskiej planszy rozgrywaliśmy partie. Mieliśmy dwa takie zestawy. Ojciec chciał mnie wtedy przygotować do jakiś zawodów, które były za parę dni. Było już bardzo późno. Może druga nad ranem. Grałem z jednym z kolegów taty.

W którymś momencie gry uzyskałem niespodziewanie bardzo silną pozycję. Mój przeciwnik zastygł, mocno się zastanowił. Pozostali skończyli w międzyczasie swoją grę i przyglądali się temu co się dzieje. Uśmiechali się i kiwali głowami do siebie. Nie było wątpliwości – moja pozycja była zwycięska. Ja sam nie miałem już co do tego wątpliwości, ale zgodnie z tym czego uczył mnie ojciec – nigdy nie okazywałem lekceważenia, ani zadowolenia. Z miną pokerzysty patrzyłem w dół na szachownicę. Opierając łokcie o stół, dłońmi przysłaniałem sobie jednak usta, żeby zasłonić delikatny uśmiech, który mimowolnie cały czas mi się wymykał. Nie podnosiłem wzroku na swojego zawodnika. Siedział nieruchomo. Słyszałem jego powolny, głęboki oddech. W którymś momencie ktoś z mężczyzn powiedział do niego:

– I co Andrzyj, unfall ? (i co Andrzej, wypadek)

Siedzieliśmy tak….cisza. Minęło pierwsze pół godziny. Mój przeciwnik przeprosił, wstał i wyszedł na balkon. To było lato. Ciepła noc. Poszedł zapalić. W pokoju, w którym byliśmy mógł palić spokojnie – bo palili wszyscy. Na popielniczce było tyle papierosów, że w trakcie gry nikt już nie pamiętał czyj był czyj a sam pokój tonął we mgle. Wrócił……… Siedzieliśmy kolejne może 20 minut. Znowu zrobił przerwę na papierosa. Siedzieliśmy kolejne pół godziny. Tamten mężczyzna rozumiał piękno szachów. Rozumiał, że przegrana nie oznacza pokonania człowieka. Trzeba przede wszystkim umieć przegrać. To po sposobie w jaki przegrywasz poznać to – jakim jesteś zawodnikiem, …….jakim jesteś człowiekiem. On to niewątpliwie wiedział. Po raz kolejny wyszedł na balkon, na papierosa. Patrzyłem na niego i starałem się odgadnąć o czym myśli. Patrzył przed siebie – w noc. Wiedziałem to, co wiedzieli wszyscy obecni w tamtym pokoju……., że teraz wróci i poda mi rękę. Patrząc mi w oczy, z uśmiechem – jak wszyscy szachiści z którymi grał mój ojciec mieli w zwyczaju powie:

– Winszuja…(gratuluję)

Wrócił. Usiadł i wykonał spokojnie ruch.

To był szok……….

Co on zrobił ? Byłem całkowicie zdezorientowany. Tego rozwiązania nigdy bym się nie spodziewał. Ono nie istniało, to niemożliwe……a jednak.

Zaczęło docierać do mnie, w którym kierunku chce iść mój przeciwnik. Decyduje się iść na ogromne straty, niemniej jednak rozwiązanie, które wybrał pozwala mu wyjść z tej sytuacji. To wyjście nie istniało, ale w momencie zrozumiałem że mój przeciwnik właśnie wymyka mi się z rąk. Wszyscy znowu kiwali głowami. Jak on to zrobił ?

Przez cały ten czas, kiedy odchodził – miał z pewnością przed sobą obraz szachownicy.

Mój tata rozgrywał ze mną partie w pamięci. Wyobrażaliśmy sobie układ szachownicy i mówiliśmy nawzajem np. Laufer G8-E6. Wieża B7-B6. Uwielbiał takie zabawy. Tamten człowiek jednak prawie nie patrzył na planszę. Myślę, że po prostu za bardzo sobie zluzował grę ze mną na początku, ale potem sytuacja zaczęła go zastanawiać, zwłaszcza że wszyscy już mnie klepali po plecach. To go zmobilizowało i postanowił ze mną wygrać.

Nie było w tym z pewnością zażenowania, że przegra z dzieckiem, ale w pewnym momencie wyzwaniem stało się dla niego to, że wszyscy uważali, że z tej sytuacji nie ma wyjścia. A on zamierzał je znaleźć – tak po prostu, ale nie żeby mnie pokonać. Bo tacy są właśnie prawdziwi szachiści. I nie chodzi o wyniki, nie chodzi o zwycięstwo, nie chodzi o pokonanie drugiego człowieka. Tu chodzi o rozwój własnych umiejętności.

Zapamiętałem tamtą, może trochę bolesną dla mnie lekcję, że z każdej sytuacji można znaleźć rozwiązanie jest to tylko kwestią dostatecznie długiego myślenia. Nigdy nie powiedziałbym „nie da się”. Nie lubię też, kiedy ktoś tak mówi. Wiele lat później spotkałem koreańczyków – oni pytali wtedy kogoś, kto tak twierdził „A czy próbowałeś chociaż ?”. W tym jednym doskonale ich rozumiałem.

Tu zakończę swoją opowieść o szachach. To była najlepsza lekcja jaką otrzymałem z tych wszystkich lat gry. Co ciekawe i ja cieszyłem się z tego, że on ostatecznie ze mną wygrał. Szczerze mu tego gratulowałem. Popatrzył wtedy na mnie i uśmiechnął się zagadkowo. Wiedział, że zrozumiałem już o co w tym wszystkim chodzi.

A tak w ogóle, to zapamiętałem też wiele cichych popołudni, gdy z ojcem graliśmy w salonie. Mama sprzątała mieszkanie, piekła w soboty ciasto. Czułem jego zapach. Siedzieliśmy w cichym tykaniu szachowego zegara i graliśmy….graliśmy.

Kiedy miałem 17 lat przestałem grać w szachy. To stało się tak po prostu – z dnia na dzień. Doszedłem do wniosku, że już wystarczy. Nie uważałem siebie za dość dobrego zawodnika.

Zdarzało mi się jeszcze sporadycznie grywać z kolegą, który przyjeżdżał z wojska na przepustkę. Z tym Sławkiem, z którym graliśmy kiedyś w jednej drużynie. Był jakoś niesamowicie silny wtedy. Ogrywał mnie raz za razem a ja mu tylko mogłem gratulować.

Poza tym, to zajmowało ogromne ilości czasu a ja chciałem robić coś innego. Ojciec może czuł się trochę zawiedziony, ale nigdy mi tego nie powiedział. On zresztą grał dalej. Szachiści mają to do siebie, że grają w szachy. Ja jedynie się w to bawiłem, ale ta gra nauczyła mnie bardzo wiele, zwłaszcza rzeczy pozaszachowych.

Po wielu latach, kiedy nasz syn Artur miał może jakieś 9 lat – przyniósł mi mały przedmiot. Drewniane szachy, ze sklepu „Wszystkko za 2 zł”. Uwielbiał robić takie żartobliwie tanie zakupy. Bardzo go to rozśmieszało.

– Patrz tato – szachy za 2zł. Nauczysz mnie grać ? – dodał.

Śmiał się przy tym szeroko.

– Historia toczy koło – pomyślałem.

Teraz czasem zagram z synem. Jest to forma spędzenia razem czasu. Posiedzenia obok siebie. Pomilczenia wspólnie, przy jednym stole.

Kto wie, może kiedyś zagram jeszcze z ojcem. Na jego ogródku działkowym jest taki fajny tarasik. Nad nimi pną się dziko winorośla, z których robi wino. Słońce przebłyskuje przez listki. Moglibyśmy pić kawę i pograć. A może tak….. z czystej ludzkiej przyzwoitości – powinienem kiedyś kupić bilet na last minute do Gruzji – ojczyzny szachistów ? Tam gra się wszędzie – w parkach, kawiarniach, herbaciarniach. A może to ojcu powinienem kupić bilet ? Niech leci. W końcu to będzie w podzięce za to, że poznałem kiedyś tą piękną grę….

Jarek

Dziadek i tata..grający w szachy (lata 70-te).

 

Z każdej sytuacji można znaleźć wyjście, jeżeli dostatecznie długo się nad nią myśli….

———–

„Całe to moje rysowanie”
Zacząłem, kiedy byłem dzieckiem.

Kiedy trafiało mnie jakieś przeziębienie – siedziałem z reguły u moich dziadków. Zawsze była pod ręką jakaś kartka papieru i ołówek. Oczywiście, w tamtych czasach rysowałem wszystko, ale od samego początku zauważyłem, że pewien rodzaj kreski bardziej mi się podoba, że lubię uproszczenie, szybkie rysowanie – oddające uczucia, emocje, charakter osoby która tworzy. Były w tamtym czasie takie programy w telewizji – rano w niedzielę. Może niektórzy jeszcze to pamiętają ? To były spotkania z Szymonem Kobylińskim. Facet z długą brodą brał kawałek węgla i błyskawicznie wyczarowywał różne postacie. Opowiadał przy tym ciekawe historie. Dla mnie niesamowite było to, jak z tych pozornie chaotycznych kresek powstawał bez poprawek temat. To wszystko powstawało na oczach widza. Po prostu zaczynało żyć na moich oczach. A to wszystko przy pomocy tak prostych narzędzi. Był dla mnie jak czarodziej. Do dzisiaj ten typ rysunku lubię najbardziej – szybki, mocny, bezpośredni, bez zastanowienia. Nie musi być technicznie doskonały, ale najważniejsze jest to, żeby były w nim uczucia – moje uczucia, uczucia osoby którą przedstawiam i uczucia osoby, która odbiera to co stworzyłem.

Potem było tak, że dostałem kiedyś w prezencie kalendarz z reprodukcjami obrazów Jana Matejki. Były tam między innymi takie obrazy jak Hołd Pruski, Bitwa pod Racławicami, Rejtan, no i oczywiście bitwa pod Grunwaldem. Bawiłem się w rysowanie tych obrazów na większym formacie. Rysowanie jednego zajmowało mi nawet 3 popołudnia, ale byłem bardzo wytrwały i wiedziałem, że żeby stworzyć coś co przyniesie mi satysfakcję – muszę temu poświęcić dużo wysiłku. Pokonywałem więc niepowodzenia, niecierpliwość, frustracje. Nie dokończyłem jedynie Bitwy pod Wiedniem, bo kalendarz gdzieś zniknął.

W tamtym czasie nauczycielka plastyki zaprosiła mnie do udziału w kółku plastycznym w naszym domu kultury, w zameczku. Mieliśmy na ostatnim piętrze piękną pracownię. Było też kilkoro innych dzieci a nauczycielka – fantastyczna osoba, Basia Piszczan – pokazywała nam bardzo różne techniki, podejście do perspektywy, cienia, itp. I to mnie fascynowało. Ona także potrafiła cudownie o wszystkim opowiadać – z takim zaangażowaniem, całą sobą – że wiedziałem, że to jest prawdziwa artystka. Gdzieś tam podskórnie czułem, że to jest kierunek który chciałbym zgłębić. Czasem, kiedy oglądała moje prace – mówiła z uśmiechem:

– I co, Makosz ? Osiadłeś na laurach ? Przecież stać Cię na więcej. Popracuj jeszcze nad tym.

Wiedziałem, że we mnie wierzy i wracałem do pracy. A ona żegnała mnie tym zagadkowym półuśmieszkiem, z założonymi rękami – jak miała w zwyczaju. Na szyi nosiła często korale. Korale do jasnych golfów i bardzo długie jakby bezrękawniki z dzianiny. Tak…….tak je nosiła.

Pewnego dnia zabrała nas do telewizji Katowice. Mieliśmy z kolegą namalować plansze do programu o Śląsku. Będąc kiedyś w Planetarium Śląskim widziałem, że horyzont zbudowany jest symbolicznie z różnych budynków kościołów, kominów, szybów górniczych. Te wszystkie elementy na samym dole potężnej kopuły planetarium były namalowane konturowo, jakby pozostawały w cieniu. W tle była projekcja wschodzącego, albo zachodzącego słońca. My tworzyliśmy coś bardzo podobnego. Praca była bardzo szeroka. Czuliśmy na sobie wielką odpowiedzialność – no i w którymś momencie, bliżej końca – wydarzył się mały dramat, a mianowicie niechcący otarłem pędzel o krawędź słoika z wodą w taki sposób, że farba prysnęła na całą plansze. Kolega był wściekły a ja nie pozwoliłem mu na siebie naskakiwać. Przeprosiny niewiele tu poprawiły. Zaczęła się poważna kłótnia. Mieliśmy może po 12 lat, ale było dość ostro. Zainterweniowała nauczycielka. Wkurzyłem się i wyszedłem. Nie wiem, kto za mnie dokończył tą pracę. W każdym bądź razie wypisałem się z kółka plastycznego i przestałem chodzić na zajęcia. Zapomniałem o rysunkach i malowaniu.

Przypominam sobie teraz, że dużo wcześniej – a mianowicie w wieku może 9 lat rysowałem dużo, ale w zupełnie innym kontekście. Rysowałem mianowicie na różnych kartkach i w zeszytach akty kobiece. Nie przeszkadzało mi słuchanie jednocześnie tego co mówi nauczycielka na zajęciach typu fizyka, która była moim ulubionym przedmiotem i jednoczesne rysowanie czegoś zupełnie odmiennego

Pamiętam, jak zdarzyło się ze trzy razy kiedy jedna bądź druga nauczycielka zauważyły kątem oka – co rysuję. Pamiętam ich purpurę na twarzy i szybkie wycofanie się w zawstydzeniu. Ja zamykałem pospiesznie zeszyt i sprawy wracały do porządku dziennego. Lubiłem się uczyć, więc temat nigdy nie był poruszany. Były to czyste akty kobiece, jednak rysowane w taki sposób, że nawet dziś zastanawiam się nad tym – jak jako dziecko mogłem mieć taką fantazje i skąd przychodziło mi to wszystko do głowy ? Wielu z tych tematów nawet dzisiaj bym nie narysował.

Mijały lata. Rysunek mógł mi służyć co najwyżej do tego żeby lepiej wyjaśnić to o czym myślę, ponieważ coraz bardziej stawałem się istotą techniczną i coraz bardziej ciągnęło mnie do inżynierii.

I tak nadeszły studia na wydziale elektroniki. Kiedy jednego roku wyjechałem z akademika na wakacje – do naszego dwuosobowego pokoju wprowadziła się pewna Rosjanka. Nigdy osobiście jej nie poznałem, ale kiedy wróciłem z wakacji – nie poznałem swojego pokoju. Był cały w malunkach. Na suficie i ścianach były postacie jak z Kaplicy Sykstyńskiej – Michała Anioła. Postacie aniołów, rycerzy, bohaterowie jakiś nieznanych mi baśni. To było niesamowite. Kolega powiedział, że ta dziewczyna studiuje na Akademii Sztuk Pięknych. Nasz pokój widział już różne rzeczy, ale to było naprawdę coś. Pomijam fakt, że wszystkie meble i ściany mieliśmy wcześniej popisane cytatami naukowców , artystów i myślicieli. Nad moją głową ktoś rozpisał myśli Einsteina. Na drzwiach szafy – ktoś inny przepisywał poezję. Jednak elektronicy, to wrażliwe dusze. I kto by pomyślał ? To wszystko pozostawało po poprzednich rocznikach, które mieszkały w tym pokoju. Ale rysunków jeszcze nie mieliśmy. Czegoś takiego nie spodziewałbym się nigdy.

Wkrótce potem zacząłem bawić się ołówkiem i rozpoczął się kilkumiesięczny epizod powrotu do rysowania. Dostałem od Iwony dwa albumy ze sztuką. Patrzyłem na to, co robił Renoir i próbowałem to odtwarzać. Tamtego roku wyjechaliśmy też zimą do Zakopanego. W naszym ciepłym i miłym pokoju w willi Renesans – chwytaliśmy często za ołówki i rysowaliśmy dla zabawy. Cały czas przez te wszystkie lata dużo pisałem – tego nie przerwałem nigdy. Czułem się blisko sztuki, czegoś co zawsze mnie pociągało. Sprawiało mi to dużo przyjemności.

Niemniej jednak w którymś momencie postanowiłem przerwać, dlatego że uznałem, że jest to droga w której będę coraz głębiej wchodzić w siebie i zatracać się w tym. Obawiałem się, że zanurzę się coraz głębiej w siebie a w tamtym okresie nie byłem gotowy na to, żeby z taką łatwością wychodzić z powrotem. Instynkt nakazał mi przerwać.

Odłożyłem więc ołówek i tak minęło kolejne 25 lat – ćwierć wieku.

Aż tu pewnego niedzielnego poranka, przy kawie w Ustroniu na naszym Zeta Park…… coś się stało.

Na stole leżało jedno z kolorowych czasopism typu Elle. Bardzo spodobała mi się fotografia dziewczyny, która była na okładce. Tak się złożyło, że pod ręką była i kartka i ołówek. Zacząłem zupełnie dla zabawy ją rysować……………..
Wykonywałem szybkie ruchy. Kreska błądziła sama, szukając jej postaci, którą wyczuwałem. Rysowałem mniej pewnie, niż kiedyś – ale nie zapomniałem tego. Po jakiś 5 minutach szybki rysunek był gotowy. Zatrzymałem się i popatrzyłem na to, co zrobiłem …….zastanowiło mnie to mocno. Ten rysunek sprawił, że zrozumiałem, iż za pomocą tak prostych środków – można przekazać tak wiele uczuć. Od tego czasu zacząłem rysować około godziny w każdą sobotę i niedzielę. Uczyłem się całkowicie samodzielnie, wyciągając wnioski z tego co zrobiłem. W internecie oglądałem rysunki, które mnie inspirowały. Rysowałem dużo i szybko. Brałem jedną kartkę za drugą i następną, i następną. W niedługim czasie uzbierało się ze 100 takich kartek.

Pewnego dnia poukładałem wybrane przeze mnie rysunki w koło, Siedząc na kanapie obserwowałem to wszystko. Rysunki były niedoskonałe, miały swoje poważne defekty techniczne, ale nie to było dla mnie istotne. Postacie, które tworzyłem – patrzyły na mnie. Jakby chciały mi coś powiedzieć ………i to było niesamowite.

Kiedy patrzyłem na nie wieczorem – ona dalej mi się przyglądały.

Dałem im życie………

Potem, po około roku przyszedł moment kryzysu. Nie potrafiłem przekroczyć pewnego poziomu, zrozumieć pewnych zależności, które rządzą światłem i cieniem. Zrozumieć tego – po co mi kreska i po co mi plama. Byłem całkowitym samoukiem i nikt mi niczego nie podpowiadał. Zupełnie jak z gitarą.

Najbardziej zastanawiające było to, że kiedy rysowałem – rozmyślałem ……zapisywałem różne notatki dotyczące tego co robię a wnioski, do których dochodziłem wykraczały znacznie poza rysowanie.

To ciekawe, jak podczas tworzenia tych prac zdołałem się mocno wyciszyć, skoncentrować, zejść bardzo głęboko w siebie i wydobywać stamtąd wspomnienia, uczucia, myśli…. gdzieś zapomniane, przerwane. Jak zaczynałem rozumieć wiele rzeczy, zupełnie nie związanych z rysunkiem.

Odnajdywałem porozumienie z sobą, harmonię.

Wykonywałem mnóstwo rysunków. Sprawiało mi to przyjemność. W ciągu na przykład pół godziny byłem w stanie wykonać nawet 5 rysunków. O ile wcześniej miałem poczucie tego, że wszystko co robię zajmuje mi mnóstwo czasu i przepada bezpowrotnie, to od kiedy zacząłem rysować – zrozumiałem, że coś po sobie zostawiam – uczucia, nastroje, myśli, część siebie.

Wiele z tych rysunków wyrzucałem, bo nie byłem z nich zadowolony, ale zawsze kiedy wrzucałem je do kosza z papierem – patrzyłem na nie raz jeszcze jakbym się z nimi żegnał – wiedząc, że one też czemuś służyły. Temu, żeby kolejny był lepszy.

Rysowałem tak dużo, że dochodziło do sytuacji absurdalnych – to znaczy brakowało mi papieru i nie miałem już na czym rysować. Musiałem kupować kolejną ryzę A4 – do ćwiczeń. A jak to w niedzielę rano – nie chce się jechać do sklepu, no więc szukałem czegokolwiek, na czym mógłbym rysować, nie dlatego że to była obsesja, ale dlatego – że to była potrzeba i przyjemność. Są takie tematy, które rysowałem po kilkanaście i więcej razy. Za każdym razem zastanawiam się czy ta postać, którą próbuję narysować jest lepsza w tym rysunku niż we wcześniejszym. Zostawiałem więc starą wersję i tworzyłem kolejne. Potem je zestawiałem ze sobą i i tworzyłem następne, a potem 20 następnych. Wszystkie podobne – jak siostry.

Nastąpiła sytuacja, w której byłem w stanie rysować non stop przez 20 godzin, pijąc jedną kawę za drugą – a kiedy robiło mi się słabo bo nie jadłem – przegryzałem parę paluszków albo brałem łyżkę musu orzechowego i dalej byłem całkowicie zatopiony w tym co robię. I to było właśnie to, czego obawiałem się przed laty – wszedłem bardzo głęboko w siebie. To sprawiało mi oczywiście dużą przyjemność, ale wyobcowywałem się z otoczenia. Wreszcie zrozumiałem……że przesadziłem.

To samo zresztą było z gitarą. Gitara wciąga mnie jak narkotyk. Kiedyś (a gram na od 14 roku życia) była to rozkosz połączona z uzależnieniem. Kiedy grałem – znajdowałem się w innym świecie.

Muzyka generalnie – działa na mnie bardzo mocno. To jest jednak inna historia……

Jestem na tyle odporny psychicznie, że zrozumiałem w jakim kierunku idę. Zatrzymałem się. Dokonałem korekty swoich zachowań. Wiem dokładnie co, jak i kiedy chcę zrobić i nie czuję potrzeby posuwania się dalej. Człowiek jest jednak maszyną samo uczącą się. Całe szczęście.

Był jednak moment kolejnego wielkiego kryzysu, kiedy powiedziałem sobie, że rysunek który teraz tworzę jest ostatnim -jaki wykonam. Nie byłem zadowolony z tego, co osiągnąłem do tamtego momentu.

Tak więc usiadłem do tego rysunku i niemalże ze wściekłością zacząłem rysować portret mojego dziadka, który który w robotniczych łachmanach stoi na wprost mnie i patrzy swoimi głębokimi oczyma. Jakoś to akurat trafiło mi w ręce – jego stara fotografia.To co narysowałem na formacie A3 zajęło mi dosłownie parę minut. Jak wspomniałem rysowałem ze złością, prawie ostatkiem sił.

Skończyłem. Rzuciłem na stół ołówek i wyszedłem do łazienki, umyć ręce. Po chwili wróciłem i popatrzyłem mimowolnie na rysunek, który ustawiłem na desce, na krześle.

I to był szok…….

Dziadek patrzył na mnie z tego rysunku. Patrzył na mnie dokładnie tymi otrzyma jakie zapamiętałem. On z tego rysunku mnie pytał…. I co chcesz się teraz poddać, naprawdę chcesz się poddać ?

I do tego wszystkiego, jakby lekko się uśmiechał.

Rysunek wykonany był najzwyklejszym w świecie ołówkiem HB. Wiele detali nie było widocznych z odległości, w której stałem – ale niesamowite było to, że on był żywy.

Kiedy podchodziłem do rysunku i zacząłem analizować szczegóły, widziałem Ile błędów popełniłem, widziałem różnice w wielkości oczu, przesunięcie między uszami a nosem, w kształcie podbródka, chaotycznych kreskach – czy też jego czapce, ale kiedy znowu odchodziłem parę kroków – on znowu tak samo na mnie patrzył i tak samo zagadkowo się uśmiechał.

Kiedy tego dnia nadszedł wieczór a w pokoju było prawie ciemno – patrzyłem na ten rysunek. I dziadek dalej patrzył na mnie… Tak samo jak wcześniej. W tych prawie ciemnościach jego oczy ciągle szukały we mnie samym odpowiedzi. Pamiętam moment, w którym siedząc na krześle popatrzyłem na swoje własne ręce. Nie mogłem uwierzyć, że sam to narysowałem.

Od tamtego momentu czułem, że robię postępy na drodze którą chciałem iść w rysunku. Zacząłem rozumieć, że nie istnieje kreska, że jest iluzją. Jest tylko spotkaniem światła i cienia, w zależności od oświetlenia. Widzimy tyle, ile możemy zobaczyć – resztę nasz umysł dopisuje, w zależności od wrażliwości odbiorcy. To, co odbiorca zobaczy w rysunku, który ja tworzę jest tym co jest w nim, bo on dopiszę sobie szczegóły, których nie widać – tak jak ja dopisywałem sobie szczegóły twarzy dziadka, których na rysunku ewidentnie nie ma.

Zacząłem rozumieć, że linia w przyrodzie nie istnieje. Jest tylko spotkaniem światła i cienia. Jeżeli przyciemni się światło – zobaczę tylko część tego obiektu. Zobaczę tylko tyle, ile pozwoli mi zobaczyć światło które na niego pada.

Takie i wiele innych obserwacji poczyniłem później. Zapisywałem wszystkie te myśli i wyciągałem wnioski z tego co robię.

I tak poszukiwałem swojego własnego stylu – nie dlatego, że chciałem być oryginalny, ale dlatego że chodziło mi o przekazywanie uczuć moich jak i wywołanie tych samych uczuć u odbiorcy. Rysunek pozwala w mgnieniu oka przekazać znacznie więcej niż często ogromna ilość tekstu. Jego siła przekazu jest olbrzymia.

I tak minęło trochę czasu. Niektóre rysunki zacząłem wrzucać na Facebooka od momentu, kiedy go założyłem – czyli od 25 września 2018.

Będę to robił dalej, bo czuję taką potrzebę. Technika, którą się posługuję – przypomina malowanie na sucho. Używam palców dłoni, dotykam nimi swoich postaci. To bardzo zmysłowe doznanie. Uwielbiam to robić, ale też dziś wiem kiedy przestać…… Zobaczymy jakie będą kolejne rysunki. Ja sam nawet nie znam odpowiedzi, bo wszystko co robię powstaje z potrzeby chwili. Taki już jestem – nie mam ani wielkich marzeń, ani wielkich planów. Co najwyżej mogę myśleć o tym jaką koszulę wyprasować na jutro rano do pracy ….a resztę odpowiedzi zna czas i wiem, że będzie dobrze – bo wiem, że nie jestem sam…. Bo wszystko co robimy ma jakiś głębszy sens i niekoniecznie my sami musimy znać na to odpowiedź. Ktoś dobry prowadzi nas w życiu i z biegiem lat coraz lepiej zaczynam to rozumieć. Nie martwię się już o nic , bo wiem że jest dokładnie tak jak powinno być….

Jarek

Rysunek dziadka, kiedy byłem w momencie krytycznym na drodze w rysunku….:)

Szkic z Zakopanego, jakie ocalały..

Inne szkice z Zakopanego ’95.

 

Zakopane ’95

 

Było ich dużo, ale potem już nigdy więcej nie rysowałem karykatur. Bardziej chodziło mi w tym o uchwycenie cech specyficznych danej osoby.

Zdarzało się, że rysowałem na tym co było – tam gdzie byłem. Tu np. Szwecja. Zazwyczaj czekając na coś, albo rozmyślając…

Uwielbiałem rysować bardzo szybko, namiętnie – bez zastanowienia…….. Czasem lekko, a czasem mocno naciskając ołówek…….

Takich mega-szybkich prac wykonałem całe setki. Niektóre z nich są gdzieś jeszcze w teczkach…Nie zaglądałem do nich od dawna. Teraz przyszła chwila.

Jeszcze jedna z karykatur, które znalazłem….

Zdarzył się jednak mały epizod – teraz to znalazłem – z czasów mojej pracy jako konstruktor w ABB Daimler Benz…. Tak więc kreska służyła mi nie tylko do rysowania schematów elektronicznych

Tutaj wróciłem po latach…..2017

Po latach zacząłem powoli rozumieć o co chodzi w rozkładzie światła i cienia…..

Zacząłęm upraszczać ……….

I nastąpił przełom. W tym rysunku „Tango in the club” zrozumiałem, jaką drogą chcę iść…tworząc swoje prace. Zacząłem od niechcenia, jedną ręką trzymając kromkę chleba a drugą rysując na niewielkiej, obtarganej kartce…..i nagle zrozumiałem.

„O Miłości”
To był piękny dzień. Usiadłem na ławce nad stawem kajakowym w Ustroniu. Łapię ostatnie promienie zachodzącego słońca, które oświetla mi twarz…… i piszę o miłości…. Czy może być piękniejszy temat ?

Po czym poznać miłość ?

Ma dwie cechy – jest stała i wieczna.

A jej miarą jest troska o drugą osobę – bezinteresowna.

To pomaganie kochanej osobie, by była szczęśliwa, spełniona i wolna. By się rozwijała w kierunku, w jakim pragnie iść.

Miłość nie wymaga poświęceń. Jeżeli tak jest – to nie jest to miłość.

Miłość to wysiłek, jaki podejmujemy na rzecz drugiej osoby. Ile potu jesteśmy w stanie wylać, by na końcu wspólnie się roześmiać ?

Miłość to nie tylko słowa, ale także czyny.

Ten kto kocha – jest w stanie w każdej chwili stracić wszystko, bo nie dobra materialne są w życiu tym co jest naprawdę ważne i możemy z uśmiechem na ustach stracić wszystko co mamy – bo stracimy to razem…..

Miłość nie chce aby oddawać siebie drugiej osobie – przeciwnie, szczodrze daje obopólnie.

Dzięki niej stajemy się lepszymi ludźmi – to jej wielka, charakterystyczna cecha.

Jeszcze raz powtórzę – Miłość jest stała. Nie ma wzlotów i upadków. Zawsze Cię przyjmie z powrotem…..nawet po latach…zawsze.

Jeszcze raz powtórzę – Miłość jest wieczna. Nigdy się nie kończy. Nic nie jest w stanie jej zniszczyć.

Miłość to dobro. Zastanów się chwilę nad tym prostym zdaniem……proszę.

W gąszczu określeń jak „kochać się” , czy „make love” bywa zupełnie opacznie rozumiana, ale ona ciągle jest najwyżej………od zawsze.

Kto kocha – nie mówi: „Nie mogę bez ciebie żyć”, ale: „tak, mogę…. jeśli beze mnie będziesz szczęśliwsza”.

Miłość to nie pożądanie , bo ono dąży do posiadania drugiej osoby.

Miłość nie zabrania niczego,…… pozwala decydować. Nie traktuje drugiej osoby jak własność. Nie chce jej posiąść.

Przez miłość się nie cierpi – nigdy……To też nie wieczna tęsknota…jak napisał ktoś inny.

Miłości nie trzeba pielęgnować. To twierdzenie (które wszyscy powtarzają jeden po drugim), to jedna z największych bzdur, jakie w życiu słyszałem. Jeżeli ktoś boi się, że jego miłość zgaśnie, bo jej nie podlewa…..to tak się stanie pewnego dnia….wystarczy że przestanie ją „podlewać” – proste. To jednak także nie jest prawdziwa miłość a jedynie marny jej substytut.

Jak wspomniałem, miłość prawdziwa jest stała i wieczna i nie trzeba się o nią martwić – bo ona po prostu jest.

Miłość jest cierpliwa – tak,…. gość miał rację.

Miłość wszystko przetrzyma…. tu też miał rację.

I jeszcze jedno……….

Sex bez miłości nie przetrwa…….

Miłość bez seksu – tak..

To tyle…..

PS

Słońce już zaszło za górami. Chłodniej się zrobiło nad stawem. Będę wracał. Za godzinę to opublikuję.

Jedyne, czego mogę żałować to tego – że nie udało mi się dać jej jeszcze więcej, że zabrakło mi nieraz czasu…chociaż, kto wie – co przyniesie jutro.

„Moje Myśli”
I tak oto dzisiaj dochodzimy do sedna tego, po co jestem w mediach……

Wszystko, co robiłem do tej pory – było jedynie wstępem do tego, co naprawdę zamierzałem zrobić. Chciałem publikować swoje myśli. To je uważam za istotę mojej pracy. Wszystkie rysunki, opowiadania, fantazje……to był tylko początek. Rodzaj zabawy.

Mój pierwszy wpis na Facebook, w dniu moich urodzin 25.09.2018 mówił o tym, że podobnie jak pewien niewidomy Irlandzki poeta rozrzucał na wiatr kartki ze swoimi pracami, licząc na to że ktoś je przeczyta – choć większość z nich kończyła w błocie …. blisko niego samego – tak i ja zrobię to samo. Tymi kartkami są moje myśli. Spisywane w innej, elektronicznej formie – ale sens jest ten sam. Zasięg jednak zupełnie inny. To czy ktoś odbierze jednak mój przekaz, zależy w dużej mierze od niego (a dokładnie w połowie).

Pomiędzy nadawcą a odbiorcą musi wytworzyć się porozumienie, inaczej nie ma transmisji.

Kiedyś, kiedy pisałem te wszystkie myśli – na luźnych kartkach, paragonach, serwetkach w niezliczonych kawiarniach, (a robię to już od ponad 25 lat) – wiedziałem, że przyjdzie taki dzień, w którym udostępnię to innym. Kiedy zaczynałem, nikt nie myślał nawet o czymś takim jak internet. Chciałem to wszystko kiedyś przepisać, a potem wydrukować. Taki pełen segregator zamierzałem zanieść do Banku Śląskiego, zaraz na Złotym Rogu w Siemianowicach. Na pytanie pani w okienku:

– Co Pan chce zdeponować ?

Odpowiedziałbym

– Siebie. Może ktoś to kiedyś przeczyta i mnie zrozumie…….

Życie bywa zaskakujące i mamy takie możliwości jak publikacja bez ograniczeń. Nie jesteśmy od nikogo zależni. Sztuka i myśl są wolne……chwała Internetowi. Dla mnie jednemu z największych osiągnięć cywilizacji.

Wiele z myśli przepisałem kiedyś a potem utraciłem bezpowrotnie wersje elektroniczne – szkoda….nie drukowałem ich.

Moje szuflady, notatniki …. są ciągle pełne tych do przepisania, tych które jednak przetrwały. Niektóre kartki powkładane gdzieś w stosy do reklamówek. Jedną z takich reklamówek zgubiłem podczas którejś przeprowadzki

Teraz mam jeden pewny adres jmakosz.com i tu mogę zapisywać wszystko to, co przetrwało, jak i rzeczy najnowsze.

Tak więc to na Myślach będę teraz koncentrował swoją działalność. Oko, które wybrałem na swój symbol jest czujne i wrażliwe. Obserwuje, interpretuje i reaguje….

Uwaga techniczna. W wersji na smartphone mój blog na Facebook wyświetla się w takiej postaci, że strzałkami łatwo jest przewijać w prawo i w lewo poszczególne wpisy. Miłej lektury.

Zapraszam też do polubienia moich muzycznych propozycji – z menu trzeba wybrać „Moja muzyka – 3 propozycje muzyczne na ten tydzień”. Tym razem Depeche Mode – zawsze byłem ich fanem. Do teledysków zawsze dodaję jakieś swoje osobiste komentarze – odniesienia do mojego życia, wspomnień, miłości….

Podsumowując – na Instagramie będą moje prace plastyczne, na blogu osobistym Facebook – Myśli, a tutaj na blogu www.jmakosz.com jest mój wirtualny dom, gdzie prywatnie zapraszam na odwiedziny. To mój kolejny, nowy adres zamieszkania.

„Dać z siebie wszystko…..” (Give everything from me …)
Każdy rysunek wykonuję tak, jakby miał być moim ostatnim..

I każdy tekst piszę tak, jakby miał być moim ostatnim….

Całym sobą….daję z siebie wszystko….

Co nie znaczy, że czekam aż coś się skończy,

Wręcz przeciwnie……

VIVE LA VIE !!!!

Mój świat jest na teledysku poniżej – Not Giving Up On Love !!!!!!!!

Jarek/ Ustroń 2.02.19

—————————————————————

I make every drawing as if it were to be my last ..

And I write every text as if it were my last ….

With all myself … I give everything ….

Which does not mean that I’m waiting for something to end,

On the contrary……

VIVE LA VIE !!!!

My world is on the music video below – Not Giving Up On Love !!!

„My English Patient”
Opowiem o moim ulubionym filmie – „Angielski Pacjent”. O tym dlaczego to właśnie ten film jest dla mnie tak wyjątkowy. A stało się to zupełnie przypadkiem, …. jak większość ważnych dla nas rzeczy.

Pewnego letniego dnia wybraliśmy się z Iwoną do kina. Kupiłem dwie pizze – zaraz obok wejścia, w „Avanti” – no i weszliśmy… jak zwykle mocno spóźnieni, na górne piętro. Szukając po omacku swojego rzędu – usiedliśmy wreszcie. Film leciał już od dawna. Otwarłem pomału pudełka z pizzą. Zapachniało Włochami. Ktoś się odwrócił zdziwiony. W kinie było niewielu ludzi – czas urlopów. Na ekranie jakiś żołnierz w turbanie, chyba Hindus – kołysze na lewo i prawo wykrywaczem metalu. Cisza….słychać tylko jego kroki na małych, drobnych kamyczkach drogi. Na ekranie jest popołudnie,…. tak jak u nas wtedy. Pogoda też identyczna z tą, jaką zostawiliśmy na zewnątrz. Jem trójkąt pizzy, włoskim sposobem, zwijając go po bokach – Quattro Stagioni smakuje wyśmienicie. Spoglądam na Iwonę – robi to samo. Widzę jak walczy z ciągnącą się mozzarellą. Uśmiecha się do mnie. Hindus na ekranie zdejmuje zegarek, oddaje go jakiejś dziewczynie….. poznaję ją – to Juliette Binoche….

Do kina wybraliśmy się z przypadku. Wojtek w pracy tego samego dnia rano powiedział mi coś o jakimś nudnym filmie.-

– Tak, A co to było ? – zapytałem od niechcenia.

– „Angielski Pacjent”. Coś pomiędzy Casablanką a Pożegnaniem z Afryką. Dłużyzna panie.

Chyba nie mógł bardziej mnie zachęcić, bo oba filmy bardzo lubię i postanowiłem jeszcze tego samego dnia sprawdzić gdzie leci. No i był – i to w naszych Siemianowicach Śląskich.

Film grał dalej a my coraz bardziej się w nim zatracaliśmy… bez reszty…..

Gdy się skończył – nie miałem najmniejszych wątpliwości, że zobaczyłem arcydzieło. Wyszliśmy, a ja ciągle jeszcze byłem gdzieś daleko stąd – w Afryce, Toskanii,….Egipcie. Przeszliśmy tamtego wieczoru ulicą Świerczewskiego, aż do Złotego Rogu. Na prawo – wieża Willi Fitznera do złudzenia przypominała mi wieżę tego klasztoru z filmu. To był bez wątpienia magiczny wieczór. Na czystym, letnim niebie świecił pełny księżyc. Byłem nieobecny jeszcze bardzo długo tej nocy. Moje myśli gdzieś wędrowały………

Do biura wszedł uśmiechnięty Andrea:

– Jarek, la sorpresa (niespodzianka) – mówi podekscytowany.

– A to ciekawe ? – odparłem.

Kładzie przede mną wydruk mapy,…. jakieś opisy.

– Zainteresuje cię to miejsce. To tam kręcili Paziente Inglese, o którym mi kiedyś wspominałeś. Jest koło Pienzy, w Toskanii. Nazywa się z Santa Anna di Camprena – dorzucił, rozpromieniony.

Andrea zawsze wprawiał mnie w dobry nastrój. To człowiek złoto.

Wziąłem od niego kartki. Wszystko mi przygotował. Cały dojazd z Turynu obliczył na niecałe 6 godzin.

– Jesteś niemożliwy. Dzięki ! – prawie wykrzyknąłem.

To był piątek. Zerwałem się wcześniej z biura. Decyzja mogła być tylko jedna – jedziemy natychmiast !

Mknęliśmy na południe a wieczór jakoś się nie zaczynał. Wszędzie tyle słońca. W końcu jechaliśmy w jego stronę, na południe. Po drodze, na stacji benzynowej kupiłem Vin Santo (Święte Wino), w opakowaniu razem z Cantuccini – małymi, twardymi pierniczkami, które mają w środku kawałki migdałów. To Toskański przysmak. Nie wiem skąd mi przyszło do głowy żeby je kupić, ale czułem że tak mam zrobić.

Dojechaliśmy do Pienzy wieczorem. Stare, średniowieczne miasteczko na wzgórzu – wokół pola w kwiatach, cyprysy, samo piękno w czystej postaci. Ktoś poradził mi jak jechać dalej, w kierunku klasztoru. Polnymi dróżkami jechaliśmy przed siebie a ja czułem jak z minuty na minutę rośnie moja ekscytacja. Zaraz miałem zobaczyć to miejsce. To jakby jechać w samo serce swoich marzeń. Wydaje mi się, że słyszę Szerelem, Szerelem – węgierską kołysankę z początku filmu. Cichy szum silnika dopełniały dźwięki cykad i świerszczy. Toskania to niezwykłe miejsce. Przyroda tutaj daje znać o sobie zwłaszcza w nocy. Słychać tu śpiew ptaków, jakich nigdy nie słyszałem. Ja, człowiek z Siemianowice Śląskich, daleko stąd. Wieczór był letni, ciepły – jak wtedy, gdy wyszliśmy z kina. Powiedziałbym…. identyczny.

Załączam CD z muzyką filmu od Roberto, który już jakiś czas temu mi ją podarował, bo wiedział że jestem fanem tego filmu – jak zresztą wszyscy, którzy mnie znali.

Jechaliśmy w górę i w dół, w lewo i w prawo. Wśród strzelistych cyprysów dojeżdżaliśmy coraz bliżej. Ella Fitzgerald śpiewała „Cheek to Cheek”. Szyberdach PT Cruisera – był otwarty na całość. Wszystkie szyby także. Ciepło wieczoru wlewało się do środka. Jedną rękę wyciągnąłem w górę ponad szyberdach, bawiąc się powietrzem. Śpiewamy „I’m in heaven” Freda Astair’a. Ustami udaję trąbkę. To taki mój pomysł na wytwarzanie dźwięków, kiedy nie mam przy sobie żadnego instrumentu.

Do klasztoru podjechaliśmy dokładnie tak samo, jak w filmie Juliette Binoche – od strony cyprysów. Ona stanęła wtedy i spojrzała w górę. Zastałem to miejsce w tej magicznej ciszy – tak, jak ona…….

Podniosłem do góry głowę i poczułem wielki szacunek do tego, co widzę. A więc jesteśmy tu….

Podeszliśmy na chwilę do małej furtki od ogrodu. Wśród zieleni, nad niewielkim oczkiem wodnym pochylała się młoda dziewczyna. Słysząc kroki nadchodzących – odwróciła się. Uśmiechnęła się szeroko:

– Ciao ! Sono Ornella. Piacere.

– Ciao ! Jarek. Sono molto contento di incontrarti – finalmente.

To „finalmente” (wreszcie) brzmiało jakoś inaczej. Słyszałem ją przecież po raz pierwszy jakieś 7 godzin wcześniej a była mi taka bliska.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie z radością i z ciekawością zarazem.

– Teraz to ty jesteś dobrym duchem tego klasztoru ? – zapytałem.

– Tak. Teraz to moja kolej – odparła, trochę jakby zawstydzona. Miała na sobie sukienkę w kwiaty. Robiła coś w ziemi i lekko ubrudziła sobie nos. Wyglądała zabawnie.

– Przyjeżdżali tu kiedyś ludzie z całego świata, z powodu filmu – opowiadała – Około 1999 roku mieliśmy tu całe pielgrzymki. Ludzie rozbijali wkoło namioty. Minęły te 3 lata i się uspokoiło.

– Napijecie się soku ? – zaproponowała po chwili.

Po podróży chętnie się zgodziliśmy. Kiedy poszła do kuchni stałem przy małym oczku wodnym, chwyciłem się obiema rękami balustrady, która okalała je dookoła. Spojrzałem w dół. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to samo zrobiła także Juliette, kiedy tu przyjechała. To była pierwsza rzecz jaką zrobiłem. Właśnie to. Może każdy tak robi, kiedy tu przyjedzie ? Nie wiem…..

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w „Agriturismo Colombaiolo – Pienza”. Było troszeczkę w dół, parę minut jazdy od klasztoru.

Gospodarze przywitali nas serdecznie. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Co ciekawe prowadziłem z nimi rozmowy o uprawie wina i oliwek (jakbym się na tym znał). Oni zresztą byli o tym chyba przekonani, bo opowiadali mi o wszystkim z taką pasją. Zaproponowano nam kolację, a potem postanowiliśmy się wykąpać w wielkim basenie – przed domem. Woda była bardzo ciepła a noc księżycowa. Doznania niesamowite. Nie spodziewałem się tego zupełnie. Klasztor widziałem na wzniesieniu, niedaleko od nas. Był oświetlony silnymi lampami.

Pierwszy raz kąpałem się w środku nocy, wśród pól winnych i gajów oliwnych, pod pełnym księżycem, jaki świecił teraz nad klasztorem. Jesteśmy tu…w sercu Toskanii i zanurzamy się w niej, jak w wodzie. Cisza tej nocy kołysała nas rozkosznie.

Nasz pokój, jeden z dwóch (Luna i Sole) miał okno także na wprost klasztoru. Siedząc na łóżku, piliśmy w ciemnościach Vin Santo. Moczyliśmy w nim ciasteczka z migdałami. To był słodki smak Toskanii. Słuchałem tych wszystkich dźwięków nocy. Rozkoszowałem się nimi. Wydało mi się, że słyszę Bacha…..

Następnego dnia rano wybraliśmy się na zwiedzanie Santa Anna. Idąc pieszo, wszystko jest inne niż kiedy się przemyka samochodem. Dróżka była bardzo malownicza a sobotni poranek ciepły i słoneczny. Tym razem wyszliśmy od strony kościoła. Zaraz przy wejściu do części klasztornej, po prawej stronie było biuro. Ledwie przekroczyliśmy jego próg – Ornella wyjrzała zza rogu.

– Jesteście. Cudownie ! Pokażę wam coś ciekawego – Moje zainteresowanie Jeszcze bardziej wzrosło.

Pokazała nam oprawiony w dużą ramę arkusz papieru. Na nim pełno podpisów, anglojęzyczne nazwiska wszystkich filmowców a wśród nich ten jeden szczególny – Anthony Minghella. To dzięki niemu wszystko to powstało. Michael Ondaatje zainspirował Minghell’ę, ale to jego scenariusz zrobił z tego filmu arcydzieło, które zdobyło tyle Oskarów. Film obejrzałem już wtedy około 7 razy. Książka była bardzo różna od filmu. Zaledwie nakreśla to, o czym mówił film.

No dobrze, ale co takiego ja w tym filmie widziałem, bo przecież o coś mi chodziło w tym wszystkim ?

Film jest dramatem. Jest ciężki. To nie jest łatwe kino. Dla mnie jest wielki dlatego, …….że mówi o miłości totalnej. Miłości, jakiej dwoje ludzi jest przeznaczonych. Jest w nim jeszcze jedno – MAGIA….

Ona i On wiedzieli o nieuchronności ich uczuć od samego początku, od pierwszego spojrzenia i wiedzieli że nie unikną tej miłości, że jest silniejsza niż oni, ich życie, silniejsza nawet niż czas.

Na początku on próbuje jej unikać. Wiedział, co im grozi. Próbował się przed nią bronić. To ona – Katharine, wykonała pierwszy krok. Scena w samochodzie, w czasie nocnej burzy piaskowej, kiedy opowiada jej baśnie o afrykańskich wiatrach. Wtedy po raz pierwszy jej dotyka i od tego momentu nie ma już odwrotu. Potem zaczyna się miłosne szaleństwo. Wreszcie moja ulubiona scena – akt miłosny w hotelu, w Kairze. Wtedy ona przychodzi do niego w białej, eleganckiej sukni, z torebką w ręku, w naszyjniku, z białą kokardą we włoskach. On rozrywa tę suknię na niej i ogarnięci pożądaniem pochłaniają się wręcz wzajemnie – w miłosnym amoku. Ich pragnienie znajduje wreszcie upust. W oddali słychać śpiew muezina z meczetu….

Potem leżą obok siebie, w białej pościeli, w promieniach zachodzącego słońca. Wszystko wydaje się takie jakby lekko pomarańczowe. Światło w tej scenie jest niezwykłe. Almasy gładzi jej włosy, dotyka ją delikatnie dłońmi, wreszcie palcem znajduje to zagłębienie w okolicach obojczyka, które tak kochał. Potem biorą kąpiel w wielkiej wannie – razem. Ona myję mu włosy. On pyta:

– Kiedy byłaś najbardziej szczęśliwa ?

– Teraz – odpowiada Katharine.

– A kiedy byłaś najbardziej nieszczęśliwa ?

Po chwili zastanowienia odpowiada – ……….teraz.

Taka była ich miłość. Trudna, pełna sprzeczności, bo taki trudny był ich los. Spotykali się ukradkiem, w poczuciu winy i wstydu. Jednak nie mogli bez siebie żyć.

Tak, to namiętność ukazana w tym filmie była dla mnie najsilniejszym argumentem przemawiającym za tym, że uznałem ten film za wielki. Do tego obsada, muzyka, sceneria. Wreszcie przeniesienia w czasie jakich doznawał poparzony Almasy (Ralph Fiennes) – w swoim cierpieniu, leżąc w klasztorze odwiedzał w wyobraźni miejsca, które znał. Podróżował w czasie i przestrzeni.

Pamiętam, jak kiedyś w Siemianowicach przywieziono na oddział pewnego młodego mężczyznę. Miał może z 28 lat. Próbował ratować swoje dzieci z płonącego, drewnianego domku kempingowego. Uratował je. Sam jednak doznał śmiertelnych oparzeń. Jego ciało wyglądało strasznie. Ból, którego doznawał – nieopisany…

Kiedy wezwano nas do niego w czasie weekendowego dyżuru – poprosił mnie, żebym zdjął ze ściany krzesło. Potem opowiadał różne historie z innej rzeczywistości. Mieszał ze sobą różne wątki – zupełnie jak Alamasy. Skądś to już znałem. Tamtego dnia byłem na dyżurze z Helą – jedną z tych cudownych i jednocześnie najtwardszych pielęgniarek, jakie u nas pracowały. Podłączyliśmy go do dializatora i czekaliśmy. Wiedzieliśmy jednak, że jego szanse są praktycznie żadne. Zmarł 2 dni później.

To był dla mnie wielki człowiek. Podziwiam go. Może chociaż w ten sposób go upamiętnię. Ja go zapamiętałem. Hela też (Helu, jeśli to kiedyś jakimś cudem przeczytasz – całuję Cię ! Pamiętasz, jak ścigaliśmy się po oddziale w drewnianych chodakach ?).

Katharine w Angielskim Pacjencie gra Kristin Scott Thomas. Gra ją pięknie, zmysłowo, kobieco. Zachwyca. Pojawia się też Willem Dafoe, w roli kanadyjskiego agenta z czasów wojny w Libii, który przychodzi do klasztoru po to, żeby przypomnieć Almasy o tym kim jest i zemścić się na nim. Jest i Colin Firth, w roli męża Katharine – ogarnięty zazdrością o żonę…

Almasy co jakiś czas wędruje myślami daleko, w świat pustyni, jaskiń, wojny. Każdy dźwięk, szmer – wszystko to budzi w nim jakieś wspomnienia i to jest również wyjątkowe w tym filmie – wędrówki w czasie. Dodatkowo to wyczuwalne, bardzo pacyfistyczne i kosmopolityczne przesłanie filmu, które wyczuwa się bardzo wyraźnie. Wojna zastaje archeologów różnych nacji na pustyni. Są przyjaciółmi – Włoch, Anglik, Węgier, Żyd, Niemiec. Ich kraje wchodzą w spór – oni nie. Mądrość zwycięża.

————————————————————————

W Santa Anna byliśmy łącznie 4 razy. Za trzecim razem przywiozłem z sobą magnetowid. W kuchni naszych gospodarzy zorganizowaliśmy projekcję filmową, przy zasłoniętych okiennicach – Cinema Club Colombaiolo. Oni oczywiście wiedzieli że tam były realizowany film Angielski Pacjent, ale nigdy go nie widzieli. To było tym bardziej ciekawe przeżycie – widzieć ich podekscytowanie, kiedy rozpoznawali wszystkie te miejsca, znane im tak dobrze. Dowiedzieli się też, po co był potrzebny rower mamy naszej gospodyni – ….. dla Juliette Binoche – teraz to było oczywiste. Filmowcy pożyczyli go od nich na chwilę. Jedzie na nim w jednej ze scen.

Piliśmy tamtego wieczoru Vin Santo – tym razem zrobione przez samego gospodarza. Siedzieliśmy długo i rozmawialiśmy w noc.

———————————————————————-

Kiedy przyjechaliśmy do Santa Anna ostatni raz w 2006 roku miała miejsce rzecz wyjątkowa. Wtedy też po raz pierwszy mieszkaliśmy w samym klasztorze, zaraz przy wejściu – od strony ogrodu.

Przy tym wejściu do małego ogródka – Hindus Kip w filmie rozbił wtedy namiot.

Zachodziło toskańskie słońce. Przez otwarte drzwi i szyberdach PT Cruisera wylewały się wszystkie dźwięki ze ścieżki filmowej.

W klasztorze byliśmy zupełnie sami. Zjedliśmy kolację, złożoną z miejscowego pieczywa, sera pecorino, pysznych pomidorów, rukoli, salami, oliwek i tuńczyka. Popijaliśmy wszystko Chianti. Tamtejsze powietrze to dodatkowa przyprawa. Tam wszystko smakuje inaczej….

Niepostrzeżenie nastała gwiezdna noc. Te wszystkie boskie stworzenia – ptaki, świerszcze i owady – rozpoczęły już swój koncert, który w magiczny sposób komponował się z naszą muzyką z samochodu…

Wstałem od stołu i wszedłem przez małą bramkę do przedsionka ogrodu. W tym momencie poczułem coś dziwnego. Trudno to wytłumaczyć, ale było to jakby spotkanie mostu w czasie…………..

Osłupiały pochyliłem się do ziemi i dotknąłem płyty chodnikowej. Była lekko chłodna. Przypomniałem sobie w tym momencie, jak podczas pierwszego seansu poczułem dokładnie to samo w kinie. Tak – Juliette skakała po tych płytach grając w klasy. Czułem temperaturę tych płytek i gorąco tamtej nocy. Byłem w tamtej chwili jak po drugiej stronie ekranu kina. Doznawałem identycznych uczuć jak wtedy, kiedy siedziałem w kinie. Przypomniałem sobie słowa, które ktoś kiedyś powiedział „Wyobrazić coś sobie coś, to dokładnie tak, jak to przeżyć „. Wtedy zrozumiałem, że to prawda. Mój stan psychiczny był identyczny z tym, jaki już znałem. Przeniosłem się w czasie…naprawdę.

Poczułem jak wszystkie włosy na moim ciele stają mi dęba i nie była to sprawa wina – bo przecież połowa butelki ciągle jeszcze stała na stole.

Obróciłem się. Za mną stała Iwona.

– Czujesz to ? – zapytałem – Czujesz tę ciszę ?

– Czuję – odparła cicho…….

Nocą ten klasztor mówi własnym językiem. To teren chroniony przez UNESCO i nie wolno tam niczego ani budować ani przeszkadzać – to teren święty. I taki jest rzeczywiście. Minghella szukał tego miejsca bardzo długo, wśród wielu innych klasztorów, ale dopiero tu znalazł to, czego potrzebował. To właśnie to miejsce było wyjątkowe. Miał rację.

Teraz nocą, te mury budziły respekt i szacunek. Przemawiały do nas wieki historii Toskanii. Mnichów już dawno nie było. Klasztor był długo opuszczony. Jeszcze parę lat temu był zarośnięty – wyglądał dokładnie tak, jak na filmie.

Uświadomiłem sobie wtedy, że jesteśmy sami w tym miejscu – ja Iwona i Artur – na wielkiej przestrzeni, w nocny, w środku tej wolnej krainy. Od wieków nic się tam nie zmieniało. Nawet światło tej nocy było zgaszone. Jedynie mała lampka przy wejściu do naszego pokoju świeciła blado.

Od tego wejścia, gdzie staliśmy – Kip ułożył świetlną drogę, z małych ogników – ze świeczek chyba. Prowadziły aż do warsztatu, po prawej stronie – po to żeby zwabić do siebie Hanę czyli Juliette, tak – by mogła go znaleźć. Chciał się z nią kochać i tak romantycznie ją do siebie przywoływał. Nawet w tym trudnym, wojennym czasie potrafił wymyślić coś niezwykłego, czym chciał ją zaskoczyć, sprawić by poczuła się inaczej przy nim, by zapomina o tych wszystkich bolesnych przeżyciach.

Tamta chwila pozostanie we mnie niezapomniana……..

Następnego dnia rano spakowaliśmy rzeczy i wyjechaliśmy. Ruszyliśmy w drogę dokładnie z tego miejsca co bohaterowie filmu, bo akurat od tej strony był nasz pokój. Kip, żegnając się z Haną powiedział:

– Będę zawsze wracał do tego kościoła.

Ona odpowiedziała tym samym.

– Będę zawsze wracała do tego kościoła.

– A więc kiedyś się spotkamy – dodał.

Potem pocałował ją i po raz ostatni i odjechał na swoim motorze, wśród cyprysów….

My też odjechaliśmy. Popatrzyłem jeszcze na niebo, ..na słońce. Byłem ciekaw, czy tak jak w filmie będzie mi mrugać przez czubki cyprysów ? Tak, migotały właśnie tak – identycznie. Wszystko było takie, jak w ostatniej scenie filmu. Wszystkie te wizyty w Santa Anna były właśnie takie….

———————————————————————–

Przypominam sobie, jak kiedyś rano, już w Siemianowicach -wstałem wcześnie w słoneczny, letni poranek w naszym mieszkaniu na Złotym Rogu. Letnie słońce oświetlało coraz mocniej wieżę Willi Fitzner’a – zaraz naprzeciw naszego balkonu. Oparty o drzwi wdychałem świeże powietrze. Pijąc gorącą kawę i przyglądając się wierzy – zachwycałem się strzelistymi topolami. Przypominały mi trochę cyprysy. Słońce migotało na ich poskręcanych listkach. Szumiały cicho. Wieża i topole były prawie na wyciągnięcie ręki. W takie niedzielne poranki jak tamten – sam Fitzner jadał kiedyś na wieży z rodziną śniadania. Opowiadała mi o tym sąsiadka. Widziała to na własne oczy, kiedy była dzieckiem…

Poranek był bardzo cichy. W dole nie kołowały jeszcze samochody i nie przechodzili ludzie. Cudowny moment dnia. Iwona podeszła do mnie z kubkiem gorącej kawy. Oboje w białych szlafrokach witaliśmy wschodzący dzień.

Patrzyliśmy w to słońce w ciszy. Słowa były niepotrzebne………

Jarek

Ustroń 27.01.2019

Trailer filmu..

 

Magiczna Toskania

 

Santa Anna di Camprena – klasztor – pierwszy raz….popołudnie. Takim go zastaliśmy – jak Juliette..

 

Ja z Arturem, tuż przy wjeździe na dróżkę do klasztoru.

 

Na końcu tej dróżki jest już klasztor.
Wejście od ogrodu i oczko wodne….tu po raz pierwszy w klasztorze pojawia się Hana (Juliette Binoche)

 

 

Tell me about winds…. tak to się zaczęło – tu dotknął ją po raz pierwszy.. Pomyśleć, że uczyłem się arabskich nazw tych wiatrów, powtarzając za Ralph’em na pamięć każde słowo Tak bardzo mi się podoba..

 

Moja ulubiona scena – hotel w Kairze.. – ujęcie 1 – namiętność

 

Moja ulubiona scena – hotel w Kairze.. – ujęcie 2 – w wannie….. upojenie miłością…..

 

Tu wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy – jak oni….

 

A to oryginalny wyjazd bohaterów filmu z tego miejsca..

 

„Angielski Pacjent” – zdobywca 9 Oscarów – zasłużenie…

 

I moja Santa Anna di Camprena, czyli Willa Fitznera w Siemianowicach Śl.

 

I wspomnienia… które zabieram z sobą wszędzie, gdzie jestem..

 

„Myśli różne”
Myślę, że każdy człowiek chce pozostawić po sobie jakiś mały ślad. Po tym kim był, albo kim chciał być. A może po tym, że w ogóle był. Wydaje mi się to jedną z podstawowych ludzkich potrzeb.

To dlatego nasi praprzodkowie rysowali w jaskiniach a Egipcjanie wymyślili papirus. Chcemy pozostawić ślad, swój dorobek, wiedzę i nade wszystko uczucia. Teraz możemy to zrobić w internecie – wszyscy. Życie współczesne biegnie bardzo szybko, a to można jeszcze zdążyć zrobić mimo tego całego pośpiechu.
Wymyśliłem więc sobie swój własny, mały ślad. Wszedłem właśnie na ten salon, zwany Facebook i obserwuję innych ludzi. Widzę, jak jesteśmy różni, ale w tej różności jest prawdopodobnie siła naszej cywilizacji….. jarek, ustroń 10.10.2018

Kiedy jeszcze nie było internetu (a był taki czas ) uczyłem się tego co było, tam gdzie byłem i wszystkiego jednocześnie……. jarek

Rozglądam się i widzę, że wokół jest coraz więcej seksu i jednocześnie coraz mniej miłości….jarek, 19.10.2018

Nieważne, czy rysunek zajmie mi chwilę, czy parę godzin. Jeżeli są w nim uczucia – jest tym, czego szukam……… jarek

Rozsypały mi się dziś rano myśli na stole. Próbuję je pozbierać. Słońce mocne, jesienne….. cichy szum wiatru od gór. Poranek w Ustroniu….. jarek 13.10.2018

Ja też mam tylko jedno życie….jarek
W rysunku chciałbym prawie nic nie powiedzieć…..prawie, ale to co powiem powinno być tym co jest dla mnie najważniejsze. W swoich tekstach podobnie… jarek, ustroń 13.10.2018
Perwersyjna kobieta…obiekt pożądania mężczyzny……jarek

Jak co dzień, przy kawie…..myślę, jak być lepszym niż wczoraj.
j. , ustroń 20.01.19

 

„Kobiecość”
Kobiety od zawsze zadziwiają mnie. To istoty tak różne od mężczyzn. Ta odmienność myślenia, bycia, zachowania jest fascynująca.

W rozmowach z kobietami, niezależnie od ich wieku – znajduję odpowiedź na wiele pytań, na które sam nie potrafię sobie odpowiedzieć. Kobiecy sposób myślenia dopełnia męski. Wypadkowa ich dwóch daje znacznie pełniejszy obraz świata.

Kobiety posiadają wielką mądrość, daną im przez naturę albo przez……. Boga.

 

„TV”
Z dzisiejszą telewizja trzeba bardzo uważać. Można szybko stać się jej tworem, choć miała służyć początkowo jako źródło rozrywki i wiedzy. Często jednak zniekształca niepostrzeżenie człowieka. Kształtuje jego wybory i drogę. Prawdziwe życie jest poza TV.

Nie neguję absolutnie telewizji jako takiej. Ma wiele dobrych stron. Myślę jednak, że prawie wszyscy jej nadużywają i ślepo wierzą – bez względu na to jaką telewizję oglądają.

I tak oto garstka osób wpływa na miliony…….. – i tylko zło tańczy, swój odwieczny taniec…

 

„Whitney”
Wróciliśmy z kina. To był piękny film dokumentalny o Whitney Houston. Pokazuje prawdziwe życie wielkiej gwiazdy. Nie tylko nieszczęścia ale i chwile radości, spełnienia. Dla mnie była kobietą, która przeżyła bardzo dużo dobrego a media wmawiają nam, że była nieszczęśliwa. Ja to widzę zupełnie inaczej. Film to potwierdzał.

To była prawdziwa wokalistka, ktoś wielkiego scenicznego geniuszu. Kiedy widziałem Bodyguard z nią i Costner’em, poczułem że to była artystka formatu Elli Fitzgerald, czy Edith Piaf. Dzisiaj Riana ma w sobie ten sam pierwiastek, co Whitney. Może kiedyś ją zagra ..?

Whitney szanuję też bardzo za jej odwagę wyjścia na scenę po latach. Miała świadomość utraty głosu a mimo to wyszła, wbrew wszystkiemu…….dla innych, bo już nie dla siebie. I tym właśnie najbardziej mi zaimponowała. Po takich sukcesach, odważyła się wyjść, choć wiedziała że wystawia się na prawie pewny strzał. Mogła też zniknąć na zawsze, ale nie – spróbowała. Dała na tacy swoje serce.

Była w filmie taka scena, kiedy na nieudanym koncercie daje z siebie wszystko. Publiczność wyje z niezadowolenia, ona słania się – zawieszając bez sił na statywie mikrofonu. Sama się z siebie się śmiała bezradnie i na pewno wstydziła ale to już nie głos śpiewał – to jej serce śpiewało. I ja to wtedy usłyszałem – jej wewnętrzny, prawdziwy głos. Dawała innym to, co miała w sobie najlepszego. Taki był sens jej życia – powiedziała to w którymś momencie filmu. I to są wielkie słowa. Dla mnie bardzo ważne. Odkryć to w sobie i to właśnie dawać. To jest droga……

I choćby Whitney tylko charczała ledwie, to i tak byłaby dalej Whitney Huston – nikim innym. Nasza Edyta Bartosiewicz jest bardzo podobnym przypadkiem. Jest urodzoną artystką.

Whitney dała nam z siebie wszystko, do końca … i tylko to się liczy.

Takim być – to jest coś !

Jarek

PS – „Bodyguard” to pierwszy film, jaki widziałem z moją przyszłą żoną – Iwoną…

„Avici”
Jadę PKSem. Z radia idzie Avici. Nie dalej, jak rano rozmawiałem z kimś o nim, a jego już nie ma od kwietnia. To prawie wczoraj. Ciągle go grają, tak silne są jego echa……

Siła sztuki jest ogromna. Artyści są wiecznie żywi. Ciągle nam towarzyszą. Częściej niż myślimy.

Warto coś tworzyć. Każdy z nas ma coś do powiedzenia. Zawsze coś po nas zostaje. Choć tyle. Parę słów, parę kresek na papierze – choćby na awersie rachunku ze sklepu, wezwaniu do urzędu, czy czymkolwiek, co pod ręką. Ile moich tekstów, czy rysunków jest na takich dokumentach.

Kiedyś czytałem o Majakowskim – pisał gdziebądź. Kapuściński w ostatnich chwilach pisał na receptach, dzięki temu wiemy o nim więcej, znamy lepiej jego uczucia, także te ostatnie. Z tych notatek zrobiono potem książkę, wydaną w tysiącach egzemplarzy.

Ja nigdy nie czekam na dogodna chwilę – piszę. Po prostu. W mojej głowie potok myśli jest ciągły i bezustanny. Nie odkładam niczego na potem, bo ta sama chwila nigdy dwa razy nie wraca, chyba że w wyobraźni. Uchwycenie jej jest możliwe jednak tylko raz – jak w fotografii. Z każdym następnym podejściem, choćby chwilę później – zrobi się to inaczej.

Chwilę można ją zatrzymać jednak w sztuce i wyobraźni….to jest możliwe.

 

Mam coś także z tego gościa – nieprzypadkiem kocham też Forrest Gump’a. Mój ulubiony moment w tym teledysku – to kiedy ekipa w szpitalu idzie w trans…

„Piękno kobiety”
Kobieta zachowuje swoje piękno na całe życie.

i niepotrzebnie się martwi.

Bo ma w sobie energię,

którą mają wszystkie kobiety.

Tylko nie wszystkie są tego świadome.

Natura im to dała – wszystkim,

bez wyjątku.

Jej oczy pozostaną piękne,

bo to one są zwierciadłem duszy.

Będą wciąż te same

i ten sam kobiecy blask

będzie im towarzyszył od maleńkiej dziewczynki

do kochanej staruszki.

Będzie kobietą na zawsze

a prawdziwy mężczyzna zawsze to zauważy

…… zawsze

 

„Zakonnice i prostytutki”
Dojeżdżając do skrzyżowania ze światłami – zauważyłem przechodzącą przez jezdnię zakonnicę. Pod ciepłą, jesienną kurtką miała zakonną szatę, aż do kostek. Była w wieku może 50 lat. To co już wcześniej zwróciło moją uwagę, to jej wyjątkowo niski wzrost. Z daleka jej proporcje ciała do roweru, który prowadziła wydawały się niezwykłe.

– Jaka niska kobietka – pomyślałem.

Żal mi jej było. Dopiero potem zobaczyłem, że jest zakonnicą. Szła pewnie na Cieszyńską, w dół do ich klasztoru. Domyślam się, że jak wiele kobiet, które nie mogą doczekać się mężczyzny – wybrała drogę służby, drogę religii i poświęcenia Bogu. Pewnie wydało jej się, że robi najlepszą rzecz, jaką może. Często jest to jednak po prostu ucieczka przed złośliwością otoczenia, próba znalezienia swojego miejsca.

Jeżeli kobieta nie znajduje zainteresowania mężczyzn, do tego jest bardzo religijna – bardzo możliwe że zostanie zakonnicą.

Jeżeli kobieta znajduje duże zainteresowanie mężczyzn, a do tego lubi łatwe pieniądze i ma bardzo niski poziom wrażliwości – bardzo możliwe, że zostanie prostytutką.

To proste, jak wzór matematyczny.

Tymczasem pomiędzy tymi dwoma skrajnościami jest droga, która ma sens. Kobieta potrzebuję mężczyzny, tak jak mężczyzna kobiety. On potrzebuje jej ciała, ale i umysłu oraz duszy. Przynajmniej normalny mężczyzna, a tacy są jeszcze. Kobieta nigdy nie powinna tracić wiary, że spotka tego mężczyznę który jest dla niej. Niekoniecznie to będzie amant w szalu, biegnący z bukietem róż. Czasem ktoś zupełnie inny. Czasem trzeba po prostu dać mu szansę. Powinna na niego czekać, jak żaglowiec który czeka na wiatr. Pewnego dnia się pojawi, nawet jeżeli wszyscy będą mówić, że to niemożliwe. Powinna sama siebie szanować i być gotową. A kiedy przyjdzie -……… jego objęcia i pocałunki będą lepsze niż tysiące modlitw,…. bo nie ma religii piękniejszej i prawdziwszej od miłości.

PS

Niech się dobrze dzieje tej zakonnicy. Niech jeszcze zawróci z tej drogi,…….. bo nigdy nie jest za późno.

„Sen o tangu”
Zasypiając……wydało mu się, że jest na wielkiej sali.

Bez muzyki,

bez innych par,

bez świateł wielkich żyrandoli – ….tylko lekki półmrok.

 

Dotknął jej dłoni i uniósł lekko w górę, na wysokość ust. Drgnęła niespodziewanie.

Objął ją ramieniem i powoli, bardzo delikatnie, ale jednocześnie bardzo stanowczo – przyciągnął do siebie.

Stali tak chwilę w bezruchu, wsłuchując się w swoje ciche oddechy. Czuł pulsującą w skroniach krew. Puls bił mu coraz mocniej.

Poprowadził ją za sobą pierwszym krokiem w tył. Odpowiedziała całym ciałem. Zawiesił ten ruch na moment. Ten jeden krok wystarczył, żeby zrozumieli kim są. Tak niewiele,…… ale wystarczyło.

Jeszcze mocniej ją do siebie przycisnął i teraz już ruszył zdecydowanie do przodu. Mocno i stanowczo. Odpowiadała na najmniejszy ruch, skręt, suspens – idealnie i synchronicznie. Czytała go, jak książkę.

Skąd tak dobrze go znała ?

Kolejne ruchy nie potrafiły kłamać. Oboje dużo przetańczyli i każde z nich mogło zrobić na parkiecie to, czego naprawdę pragnie. Wykonali Paso Cruzado, potem Media Luna. Potem on wykonał kilka Lapiz, nie spuszczając jej jednak z oczu. Wrócili znów stojąc naprzeciw siebie i teraz ona nieoczekiwanie postanowiła go sprawdzić……

Zaczęła mu się nieznacznie opierać, wymuszając na nim coraz to bardziej zdecydowane posunięcia. Celowo prowokowała i igrała z nim, ale nie miała szans. Bawiło ją to jednak – doskonale to wiedział. Nawet gdyby teraz tego chciała – nie wyzwoliłaby się już z jego ramion. Za późno. Była jego. Nie zamierzał jej wypuścić. Niepokornie próbowała udawać, że się wymyka jakby z kolejnych figur, jakie wprowadzał. Celowo je opóźniała, albo odchodziła za daleko od osi. To był rodzaj kobiecego flirtu, żartu. Tak to odbierał. Pozwalał jej na to momentami a potem szybko sprowadzał z powrotem do siebie. Później czuła już tylko jego silną i niewzruszoną dłoń na swojej łopatce. Miała odrobinę luzu, żeby oddychać, ale nie miała najmniejszej możliwości cofnąć się do tyłu.

Kiedy rozpoczynali następne okrążenie sali – zrozumiała, że lepiej już zakończyć tę zabawę. Panował nad nią całkowicie. Teraz w słodkim odwecie wykonywała na jego niemalże żądanie – jedno Boleo po drugim. Robiła to mimowolnie. Doskonale wyczuwał balans jej ciała i z krótkimi przerwami wprawiał ją w skręt, zmuszając do do wyrzucenia nogi w tył. Po jednym z nich pociągnął ją gwałtownie za sobą. Wystraszyła się, tracąc równowagę. Jęknęła. Stopy miała skrzyżowane. Była całkowicie i bezradnie zawieszona na nim. Zrobił to celowo. Zatrzymał jednak na moment tę bardzo ryzykowną Volcada, w jej najgłębszym punkcie. Całym swoim ciężarem napierała na jego klatkę piersiową a on nawet nie drgnął. Dopiero teraz poczuła naprawdę jego siłę. Mógł z nią zrobić wszystko. Już to wiedziała i to jej w zupełności wystarczyło. Już dość tej zabawy. Zdominował ją całkowicie. Zrozumiała bardzo głęboko,……. kto prowadzi. Uznała to. Gra skończona.

– Dość – powiedziała cicho – przestań…..

Trzymał ją jeszcze przez chwilę, zanim odstawił nogę w bok i sprowadził ją z powrotem do pozycji pionowej. Po krótkiej serii kroków w przód i w bok, skręcił ją do Castigada a potem już nawet nie wiedząc kiedy – siedziała na jego udzie. Prawie jak na ławce. Przez chwilę łapała oddech.

– Boże, co ty ze mną robisz ? – zapytała, patrząc na niego zdziwiona, szeroko otwartymi oczyma, jakby chciała odgadnąć, kim jest.

Chwycił ją po chwili w ramiona i przeniósł lekko na drugie udo. Zsunął po chwili delikatnie w dół i dotknęła wreszcie stopami parkietu. Zdała sobie sprawę, że od dłuższej chwili prawie go nie dotykała.

.

Od teraz, ich taniec był już zupełnie inny. Zwolnił, uspokoił się, wyciszył. Ona stała się nagle uległa a on niezwykle delikatny – wręcz czuły. Choć wciąż bez muzyki, to jednak tańczyli trzymając się jakiegoś mistycznego taktu. Patrzyli na siebie w tych coraz większych ciemnościach. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Jej oczy odbijały resztki światła, jakie było jeszcze wokół. Słońce już dawno zaszło i teraz każda kolejna minuta zabierała im wręcz gwałtownie obraz siebie samych. Przylgnęli do siebie jeszcze mocniej, choć już zupełnie inaczej. Teraz ona czuła się bezpiecznie a on troszczył się o każdy jej krok. Dbał o nią a ona wyraźnie to czuła. Jego ruchy były płynniejsze. Słuchał teraz tego, co ona ma do powiedzenia. Zaczęła wreszcie proponować swoje rozwiązania. Otwarła się przed nim. Czekał cierpliwie, kiedy wykonywała swoje ozdobniki. Patrzyła mu głęboko w oczy i wypatrywała sygnałów zniecierpliwienia. Jednak ich nie było. Czekał, zastygły w jednej figurze i pozwalał jej dokończyć. Poczuła właśnie teraz całą satysfakcję z tego tanga. Teraz ona była panią sytuacji. W zupełnie inny sposób. Subtelny, słodki, uwodzicielski i prawdziwie kobiecy. Teraz to ona panowała nad nim. …….

Dwie różne energie – męska i kobieca. Dwie różne istoty, uzupełniające się nawzajem. Dwa różne żywioły, nie mogące bez siebie nawzajem istnieć. Od wieków – tak samo.

Zaczęli się nieoczekiwanie nawzajem inspirować. Jego propozycje spotykały się z zaskakującymi odpowiedziami z jej strony i odwrotnie. Nareszcie zaczęli naprawdę tańczyć, wspólnie tworzyć i cieszyli się tym – z każdą chwilą coraz bardziej. Uzupełniali się wzajemnie. Ich taniec stawał się pochwałą życia. Wcześniej rozedrgane oddechy wchodziły teraz w coraz większą harmonię i stawały się jednym. Czuł, że coraz bardziej wtapia się w niego i coraz bardziej rozpada w jego ramionach. Były dostatecznie mocne, by ją unieść ponad parkiet, jeśli trzeba byłoby dalej tańczyć z nią w ten sposób. Twarz schowała w jego piersiach i oddychała miarowo. Dalej już tańczyła z zamkniętymi oczyma. Wdychała jego zapach a on całował jej włosy.

W całkowitych ciemnościach czuł ją teraz jeszcze mocniej…

Obudził się…..

Jeszcze przez chwilę miał ją dalej w ramionach. Dalej ją czuł. Dalej czuł jej włosy w swoich wargach. Jak to możliwe ?

Było jeszcze ciemno. Wyjął arkusz papieru i zaczął rysować. Czuł, że chce to zrobić teraz, od razu. Mocnymi i zdecydowanymi pociągnięciami ołówka chciał oddać emocje, jakie między nimi powstały. Nie było zbędnych ruchów i rysunek powstawał bardzo szybko -…..mocno.

Zatrzymał się dopiero na jej twarzy. Palcami zaczął gładzić jej policzki, rozmazując bardzo delikatnie miękki grafit. Robił to powoli i uważnie, prawie nabożnie. Uważał bardzo, żeby jednym nierozważnym ruchem nie zepsuć wszystkiego. Wiedział, że jeden niewłaściwy ruch, jedno muśnięcie jego dłoni po jej policzkach i jej ulotne piękno zniknie. Wiedział to i bardzo pragnął ukazać ją właśnie taką, jaką ją zapamiętał……

Rysunek był gotowy.

Była 5.00 rano. Wciąż ciemno. Wstał i zrobił sobie espresso.

– Skąd taki sen ? Tak teraz właśnie. I taki w całości, …….jak film ? – pytał w myślach siebie –…………… Może powinienem zacząć tańczyć tango – uśmiechnął się lekko, pijąc kolejny łyk mocnej kawy……….

rozpadła się w jego ramionach……….

pierwsze spojrzenie…

 

„Wigilia 1999”

To była ostatnia Wigilia ubiegłego wieku – rok 1999 a także pierwsza wspólna całej naszej rodziny. Była też pierwszą w naszym nowym mieszkaniu, tym o którym zawsze marzyłem. Wszystko było jedyne w swoim rodzaju. Zaczynała się dla nas nowa epoka”.

Tamten wieczór w naszych stronach był wyjątkowo mglisty. Bardzo gęsta woalka otaczała nasz dom. Wieża pałacu Fitznera, która była na wysokości naszych okien, pozwalała mi pamiętać, że ciągle jesteśmy na lądzie a nie płyniemy po mglistym oceanie – gdzieś w nieznane”.

Tak więc jesteśmy tu, z malutkim, jednorocznym Arturkiem na moich kolanach i Iwoną donoszącą wigilijne potrawy na nasz pierwszy, w trójkę, świąteczny stół.

W tym roku wyremontowałem całe mieszkanie bardzo gruntownie. Zajęło mi to prawie rok. Zaprojektowałem i zrealizowałem wszystko tak, jak widziałem oczyma wyobraźni. Udało mi się zdążyć na czas.

W kaflowym piecu, który też rozebrałem i złożyłem na nowo, pali się wesoło ogień, trzaska suche drewno i żarzy się węgiel. Arturo siedzi cichutko i wpatruje w okno swoim wielkim, mądrymi oczyma.

– Widzisz – mówię – tam jest świat, wielki świat. A my tu, gdzie jest cieplutko. Dobrze nam tu.

Co ci przyniesie życie ? – pytam sam siebie w myślach – Co nam przyniesie ? Czas zna odpowiedź. A więc to nie w Toronto i nie w Plymouth, ale w Polsce i tu. Kto tym wszystkim kieruje, ciekawe ? Jaka wszechmocna siła, jakie prawa ?Swoje wcześniejsze plany zamknąłem raz na zawsze i dobrze mi z tym było. Po raz pierwszy wiedziałem, że jestem tam gdzie być powinienem. Czuję się spełniony.

Kołyszę synka lekko na kolanach Wyspał się dobrze w swoim łóżeczku z błękitnym baldachimem w miśki. Łóżeczko jest zaraz za naszym, tuż za naszymi głowami. Przylega do niego i czujemy się razem cudownie.

W rogu jest choinka, jaką przytargałem przez całe miasto. Ma ponad dwa metry. Zawsze chciałem, aby w naszym domu była właśnie taka, jaką widziałem jedynie w amerykańskich filmach. No i jest, pięknie udekorowana na czerwono i złoto. Pokój jest wielki, więc pasuje tu jak znalazł. Tak bardzo, że można by zapytać – dlaczego tu wcześniej nie było choinki ?

Iwona podchodzi do nas. Uśmiecha się i dotyka z tyłu moich ramion. Teraz już w trójkę patrzymy przez okno. Ciepłe światła latarń rozpraszają się na pomarańczowo w nocnej mgle.

Jesteśmy na centralnym skrzyżowaniu w Siemianowicach Śląskich, w samym sercu miasta, a dla mnie sercu mojego świata. Każdy ma takie miejsce, myślę. Moje jest tam – 27stycznia 6/12. To tu dla mnie południe krzyżuje się z północą i wschód z zachodem. W przenośni i dosłownie, bo biegną tu główne ulice. Jako młody chłopak wpatrywałem się w te okna i balkon. Chodziłem w różne miejsca i wyobrażałem sobie co z nich widać. Bo przecież, jeżeli skądś widać jakieś miejsce to i to stamtąd – proste. Rzeczywistość jednak zrobiła mi jeszcze większą niespodziankę. Kiedy weszliśmy na balkon i zobaczyłem tętniące pełnym życiem miasto w dole – aż otwarłem usta. Na prawo „Huta Jedność”, świątynia mojego dziadka, w której spędził życie, na wprost Willa Fitznera, jak z zamorskich filmów – w stylu z Aftyki północnej. Jeden z kolegów, z Algierii potwierdził mi to potem, kiedy staliśmy na naszym balkonie:

– To jak w moich stronach, nieprawdopodobne. Co za architekta miał ten niemiecki przemysłowiec ?

Oglądaliśmy potem i kafle we wnętrzach korytarza – typowo orientalne. To był zupełnie inny świat.

Teraz w jego fabryce produkuje się Rosomaki dla naszej armii. Kiedyś produkowano znane w całym świecie kotły parowe.

Zaraz za willą jest zakład Hanki. Działa od 1923r. To tam robią „Michałki”. Te pierwsze i jedyne. To po nie przyjeżdżali tu z całej Polski i zna je każdy. Pod naszym balkonem jest firmowy sklep i kto tylko pojawiał się w naszych stronach brał ich ile wlejzie i gdzie wlejzie, żeby zabrać do swoich rodzin, znajomych. Małe, srebrne i niepozorne czekoladki, nadziewane orzechami. W swoim czasie sprowadzali produkty aż z Kuby. Ten łuk, na którym jesteśmy nazywany jest „Złotym Rogiem”. A może powinien, z powodu Michałków nazywać się „Srebrnym Rogiem” – bo te pralinki pakuje się w „te sreberka….”. Kto nie otwierał by tu interesów – zawsze szło mu świetnie. Wszystkie kamienice są z lat około 1895, tak więc kawał historii i kawał interesów. To miejsce chętnie przyciągało wszystkich. Zalane słońcem od rana, z wielką przestrzenią przed nim. Z zielonym skwerem i małymi drzewkami pod naszym domem. Takimi, jakich tutaj nigdy nie widziałem. Dwa drzewka, przywiezione z innego kraju. Widziałem takie nad morzem Śródziemnym. Skąd się tu wzięły ? Magia. W środku kopalnianego Śląska coś takiego. Inny świat. Nie mogłem go nie pokochać.

Na lewo strzelista wieża kościoła Świętego Krzyża. Dla mnie, to zawsze była moja Notre Dame. To tu braliśmy ślub, a w podwórzu naszej kamienicy mieliśmy weselne przyjęcie. Wszystko było tu, w tej skończonej przestrzeni.

Co do kościoła, to kiedy, jako dziecko czytałem „Dzwonnika z katedry Notre-Dame” wyobrażałem sobie, że te wszystkie detale kościoła jakie odpisywał Hugo to właśnie te z naszego. Innego, tak pięknego nie znałem. Szukałem potem w encyklopedii ojca co to jest sygnaturka, rozeta, itp. Oglądałem też stare, przedwojenne zdjęcia z Paryża które przywiózł ktoś z naszych przodków. Pewnie kuzyn mojej babci. Widziałem zdjęcia robione z żaglowca, zdjęcia z podróży. Robiłem sobie z tych zdjęć zakładki do moich książek. On potem osiadł w Szkocji a babcia odwiedziła go po latach i wiele mi opowiadała. To bardzo rozbudzało moją dziecięcą wyobraźnię. I ja, tak jak on chciałem poznać świat. Zawsze chciałem zobaczyć, co jest za najbliższym rogiem. To uczucie towarzyszy mi przez całe życie, cokolwiek bym nie robił. Ciekawość i chęć poznania – ludzi przede wszystkim. Czytałem i ładowałem wyobraźnię.

Kiedy potem naprawdę stanąłem przy Notre Dame – tylko się uśmiechałem, bo znałem ją już dobrze. Taka jest siła wyobraźni i taka jest siła marzeń, które mamy obowiązek ocalić. Te słowa Monet’a często sobie powtarzałem, żeby nie zapomnieć tego, co powinienem robić. Każdy to ma, tylko niektórzy to w sobie zakopują z czasem i zapominają. Błąd – powinno się ocalić to wszystko, co marzyliśmy zrealizować.

Tego też życzyłem Arturowi, startującemu właśnie w życie.

– Jesteś naszą strzałą, wystrzeloną w przyszłość – mówiłem do niego w myślach. Każdy rodzic ma taką strzałę i robi dla dzieci wszystko, co może. To naturalne i piękne. Co nam przyniesie życie ? – nie wiem, ale jestem dobrej myśli. W ciszy uśmiechamy się do siebie z Iwoną. Przytulamy do siebie naszego malutkiego synka a czas się zatrzymuje……………………..

———————————————————————————————

Nigdy nie zapomnę tej chwili. choć minęło już wiele lat, a dokładnie 20, bo tyle lat ma Artur. Noszę ją w sobie, gdziekolwiek jestem. Nie zgodzę się z tym co wszędzie do znudzenia mówią, że ważne jest tylko to co tu i teraz, bo to jest jedynie prawdziwe. Nie – wszystko jest prawdziwe i wszystko jest ważne to co było, co jest i co będzie. Wszystko tworzy całość a jedno przechodzi w drugie. Historia stworzyła rzeczywistość a rzeczywistość tworzy jutro. Czas jest pojęciem względnym. Einstein miał rację. Możemy dowolnie przenosić się w czasie i w miejscu – tak gdzie chcemy. Ponownie wchodzić do tej samej wody i wychodzić z niej, także kiedy chcemy. Na przekór wszystkiemu. Przeżywać chwile piękne i naprawiać błędy, jakie popełniliśmy. Przeżyć to wszystko, co chcemy poprzez wyobraźnię, nawet nie ruszając się z miejsca. Wspominać najbliższych. Doznawać smaków, zapachów, wrażeń – choć wydawałoby się zapomnianych, bądź jeszcze nawet nie znanych. Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy – i tu znowu Einstein miał rację. Doznałem tego także potem i wiem, że wyobrazić sobie coś, to jak to przeżyć. To było kiedyś w Toskanii, przy okazji podróży w poszukiwaniu „Angielskiego Pacjenta” (mój ulubiony film). Ale to już inna historia. Wszystko jest tylko sprawą silnej wyobraźni. Z psychologicznego punktu widzenia przeżyć coś a wyobrazić to sobie, to jedno i to samo. Sprawdziłem to osobiście. Podróże w czasie są możliwe. Chociażby to, że my jesteśmy tam teraz, przy tamtym oknie i to jest właśnie Wigilia, rok 1999. No bo przecież tak jest, prawda…… ?

Teraz Arturo to już od tego roku student. Mógłbym wymieniać się z nim koszulami. Jest naszym prezentem na gwiazdkę. Urodził się na dzień przed nią. Idzie własną drogą, jaką czuje, że powinien iść. Ma bardzo zdecydowaną osobowość i wie, która latarnia go wzywa. Cieszę się, że jest właśnie taki. Ciekawe po kim ? Czas płynie dalej i wszystko się zmienia. I tak być powinno.

Piszę te słowa z innego miejsca, z Ustronia. Z okna po lewej widzę teraz Równicę a z prawej Czantorię. Od wschodu po zachód mamy w oknach słońce, które tak kocham. Jedyny stały element naszej historii. Mieszkania, meble, miejsca wymieniliśmy już wiele razy. Na wprost okien, sobotnią nocą – pojawia się nam tutaj długi strumień białego, laserowego światła z dyskoteki „Casablanca”. Przecina noc, jak światło odległej morskiej latarni, kto wie, co jest za nią….. Kierunek jest południowy. Dokładnie taki, jak z któregoś z ciepłych portów. Who knows…….Who knows ? Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Przecież to tylko kwestia wyobraźni …..

To ukochane mieszkanie na 27 Stycznia (obecnie ul. Fitznera) opuściliśmy dwa lata później. Zalało nam dach kiedy przyszły roztopy, po jednej z tych ciężkich zim i nieprawdopodobnej ilości śniegu,. Nie było innego wyjścia. Od tamtej pory stałem się Nomadem, wiecznym wędrowcem. Mieliśmy kilkanaście mieszkań. Zmieniałem pracę, zawody, miasta, kraje i otoczenie ludzi. Wszystko to kocham, ale tamto mieszkanie było jedynym, w którym naprawdę chciałem zamieszkać i zostać na zawsze.

Zrozumiałem po latach jedno, że dom jest w nas. Gdziekolwiek byśmy nie byli – on jest z nami. Nikt nam go nie odbierze, bo nie jest w stanie. Może taki był cel tego wszystkiego – żebym to zrozumiał. Ale kto tym kieruje ? Pytam co rusz siebie i uśmiecham się. Zaczynamy rozumieć własną historię dopiero wtedy, kiedy ją komuś opowiadamy. Tak, jak ja teraz.

Kiedyś siedząc w naszym mieszkaniu, w Ustroniu – piłem jak co rano kawę. Spojrzałem na oświetloną słońcem ścianę. Mamy tu wielkie, przedwojenne zdjęcie „Piccadilly Circus”, z Londynu. I nagle zrozumiałem, dlaczego podświadomie wybrałem właśnie to zdjęcie.

– To przecież „Złoty Róg”, Siemianowice ! To jasne !

No a tu jest piekarnia, do której codziennie chodziłem wcześnie rano. A tu wielka księgarnia. A tu nasz bank. A tu, gdzie jest ten skrawek nieba, to jest nasze mieszkanie, bo mieszkaliśmy wysoko. Nie mamy takiego amorka jak na Piccadilly, ale wszysko inne……łał.

Tak więc, wszystko przed nami !

Jarek Makosz

Ustroń

Noc z 23 na 24 grudzień 2018

————————————–

Nasza pierwsza Wigilia 1999

 

 

 

 

 

 

Na wprost willa Fitznera, a po prawej odstaje nasz balkon…na samej górze – miejsce naszych śniadań, obiadów, kolacji, marzeń….

Piccadilly Circus w Londynie

 

***

 

ŻYCIE TO DAWANIE

Codziennie słucham wielu różnych materiałów. Jedząc posiłki, jadąc do pracy samochodem, idąc do sklepu., czekając gdzieś w kolejce, myjąc naczynia…. – i ostatnio przewinęła mi się w tych materiałach już kilka razy pewna myśl. Różni ludzie, którzy naprawdę dużo osiągnęli w życiu – powtarzali na różne sposoby tak naprawdę to samo – a mianowicie coś w rodzaju „Im więcej dajesz – tym bardziej żyjesz”.  Tak bym to nazwał. Wiem, że mają rację.

Chodzi w tym wszystkim o wkład, jaki dajemy do wielkiej, ludzkiej rodziny.  Na różne sposoby. Nie chodzi wcale tylko o pomoc materialną, ale o cokolwiek. To może być wkład naukowy, dzieło sztuki, przyniesienie komuś zakupów, pomoc w odrobieniu lekcji, wytłumaczenie czegoś, poczęstowanie kogoś czymś, a nawet danie komuś odrobiny swojego czasu – na wysłuchanie go ze zrozumieniem.

Ja mentalnie zawsze byłem międzynarodowy. Od najmłodszych lat miałem świadomość tego, że świat jest wielki i że żyją na nim bardzo różni ludzie. To dlatego właśnie sam zacząłem się jako bardzo młody człowiek uczyć angielskiego, kiedy inni ludzie z mojego pokolenia tego nie robili. Przy każdej okazji spotkania kogoś z zagranicy – cieszyłem się niezmiernie. Właśnie dlatego, że miałem świadomość bycia częścią jednej, wielkiej, ludzkiej rodziny. Jestem z tych ludzi, którzy zawsze szukają porozumienia a nie poróżnienia. Z tych, którzy dążą do integracji a nie do dezintegracji. I mam tu namyśli tak mój kraj, jak i świat. Oczywiście nie kosztem podstawowych wartości, w które wierzę – ale będę zawsze i przy każdej okazji szukał porozumienia z każdym i z kimkolwiek, jeżeli tylko się da. 

Świat jest wielki. My mamy bardzo dużo, ale nie wszędzie mają. Nawet nie mają czegoś tak oczywistego, jak czysta woda. Miałem tego świadomość, dlatego nigdy nie marnowaliśmy w domu wody i żywności. Tego mnie uczono od najmłodszych lat. Ta nauka także odegrała swoją rolę. Nie musisz używać tyle wody – ogranicz to. Nie możesz teraz zjeść wszystkiego – zabezpiecz to i zjesz później. Nigdy nie wyrzucaj jedzenia, za wyjątkiem tego kiedy jest nieświeże. -to jedyny przypadek. Czasem widzę, jak niektóre osoby nie dojadają posiłku i odsuwają talerz. Potem jeszcze niektórzy wrzucą do takiego talerza serwetkę, którą właśnie wytarli usta – i ze słodkim uśmiechem satysfakcji zakańczają posiłek. No przecież nie będą jeść na siłę – powiedzą. Zrób więc przerwę i zjedz potem resztę. A nade wszystko nie bierz więcej niż jesteś w stanie zjeść. I to dotyczy nie tylko jedzenia w życiu. Nie będę pisał o tym, co wtedy czuję. Nie wspomnę już o tym, że przecież jakieś zwierzę także straciło życie po to – żeby ten ktoś mógł mieć coś na talerzu. Brak słów. Ale nie o tym chciałem pisać……

Kiedyś na lekcji religii, kiedy byliśmy jeszcze w szkole podstawowej – ksiądz opowiedział nam o tym, kim był Dag Hammarskjold – były sekretarz ONZ.  Był to człowiek myślący szeroko. Był odważnym i silnym moralnie dyplomatą. Zapłacił za to życiem.

Nie wiem jak na innych, ale na mnie jego opowieść zrobiła wielkie wrażenie. Ten młody, dobry ksiądz opowiedział ją z taką pasją, że zrozumiałem jego przekaz. Warto mówić młodym ludziom takie rzeczy. Wtedy jeszcze je rozumieją. Potem porywa ich wir życia i kierują się już innymi priorytetami.

Za każdym razem, kiedy widzę ten charakterystyczny, niebieski kolor United Nations (ONZ – Organizacja Narodów Zjednoczonych) – przypominam sobie tamten dzień, tamto słoneczne popołudnie w tej katechetycznej salce.

ONZ ma też swoje oddziały – jak np. Unicef (międzynarodowa pomoc dzieciom), UNESCO (Ochrona Światowego Dziedzictwa), czy też WHO (Światowa Organizacja Zdrowia).

Zawsze fascynowała mnie idea robienia czegoś dobrego, ponad podziałami. Ludzie różnych miejsc, kultur, wyznań, przekonań politycznych – działają ramię w ramię. Jednoczy ich nadrzędny cel. Myślę też o tym w kontekście mojego własnego kraju  – Polski.

Takie podejście do świata zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie, kiedy matka lub ojciec, babcia czy dziadek – mówią Ci: „Podziel się z drugim dzieckiem, bo ono nie ma….”. Tam się to właśnie zaczyna. Są też tacy rodzice, którzy mówią „Bądź sprytniejszy…., bądź lepszy, bądź pierwszy”. To dwie bardzo różne życiowe drogi. Trzeba na to bardzo uważać. Już sam język, jakim posługują się dorośli ma ogromny wpływ na dziecko.

Zacząłem o tym rozmyślać ostatnio, po tym jak w internecie znalazłem pewien materiał o człowieku, który przeszedł w życiu wielką transformację. Początek tej historii jest łagodny. Oto mały chłopak, z kochającej rodziny chce w przyszłości być lekarzem. Uczy się wiele o świecie, gra na pianinie, pomaga w domu. Ktoś taki z pewnością wyrośnie na dobrego człowieka, bo sam otrzymał tyle dobra.

Życie napisało dla niego jednak inny scenariusz. We wczesnym dzieciństwie jego mama zatruła się przypadkowo gazem i to spowodowało, że jej system odpornościowy się załamał. Wraz z nim – także i jego dzieciństwo (cytuję wprost jego słowa). Wraz z ojcem opiekowali się mamą i domem. Robił rzeczy, jakich nie robią zazwyczaj dzieci w jego wieku.

I tak nadeszły jego 18 urodziny.

Wyjechał do Nowego Jorku, Wszedł momentalnie w inny  świat.

Kochał muzykę i dołączył do grupy rockowej. Potem przyszedł alkohol i narkotyki. Stał się mistrzem w pewnej dziwnej profesji – był znany w najważniejszych klubach dla VIP. Sprzedawał tam najdroższe alkohole i szampany. Znał pięknych i bogatych ludzi. Wiedział jak się tam ułożyć.

Aż pewnego razu, na jednej z wielkich imprez, w południowej Ameryce – zrozumiał, że spada w dół…… i że nie o to chodzi w życiu.

Od tego momentu jego historia ulega zmianie o 180 stopni. Przypomniał sobie, kim naprawdę jest.

Reszta, na tym krótkim filmie. W 5 minucie tej historii pojawia się też cudowny człowiek – dr. Gary Parker. Tacy jak on i jeszcze wielu innych sprawiają, że jest się od kogo uczyć.

The Spring – The charity: water story – YouTube

***

Byłeś dobrym człowiekiem…

Andrzej Makosz – 16.10.2021

Jest 1.11.2021. …..Słucham „Modlitwy” Tadeusza Nalepy, jaką znalazłem na profilu Facebook uTaty. Przypomina mi trochę nastroje Carlosa Santany, jakiego puszczał często na domowych imprezach, jeszcze w latach 70-tych. Wesoło było… bardzo. Ojciec uwielbiał się bawić.

Santana leciał przeważnie na koniec, a zaczynało się często od „I can’t stop loving you” – Ray Charles’a.

Kiedy skończyłem 18 lat – przyszedł do mojego pokoju i tuż po 24.00 podarował mi właśnie płytę Raya Charles’a. Byłem zajęty jeszcze nauką i zapomniałem, że właśnie skończyłem tę magiczną liczbę.

Zaskoczył mnie wtedy. Przypomniałem mu o tym 2 tygodnie wcześniej, kiedy skończyłem 50-tkę. Śmiał się.

W szpitalu też sobie o tym przypomniał.

W czasie tamtych imprez – siedziałem na fotelu, nie sięgając nogami podłogi – z wielkimi słuchawkami na uszach. Kto miał w tamtych czasach słuchawki ? Właśnie – ojciec…. i sprzęt Hi-Fi też. Ładował w to wszystkie pieniądze. Muzyka była u nas ważna. Miał masę taśm ze świetnymi nagraniami. Znałem te kawałki…jeden po drugim – na pamięć.

Młodzi ludzie tańczyli w naszym pokoju… do późna w noc…. Tak zapamiętałem lata 70-te.

Mam też wiele,..wiele innych wspomnień….

Tyle się uczymy przez obserwację. Sam łapię się co jakiś czas, że pewne rzeczy robię podobnie do ojca. To dotyczy przeróżnych czynności.

Jego dążenie do robienia czegoś wciąż lepiej i lepiej. Naturalnej optymalizacji wszystkiego, co robił. Ale chyba nade wszystko – znoszenia rzeczy trudnych. Chyba tego mógłbym się uczyć od niego najbardziej… Taki był do końca….silny.

Nie mówił za wiele. To nie przeszkadzało jednak nikomu w tym, żeby go lubić.

Gdzie się nie pojawiał – budził sympatię i szacunek. Taki był. Pomocny tu i teraz….

Jedna z lekcji (jakich mi udzielał) – a było ich wiele… i z reguły bardzo nietypowe. Ojciec nie lubił być schematyczny:

Mam z 10 lat….. Lecimy jak wariaci z Michałkowic do Siemianowic. Raz po raz biegniemy, potem znowu idziemy, potem znowu biegniemy. Taki marszobieg. To jest ponad 2 km. Koło św. Jana w Siemianowicach – obaj dyszymy ze zmęczenia i nie potrafimy złapać oddechu….. W końcu ojciec śmieje się i mówi do mnie:

– Teraz zarobiłeś złoty pięćdziesiąt

Cały on……

Tyle kosztował bilet. Zrobił to tylko po to, żebym zapamiętał czym jest zarabianie pieniędzy. Zarobić jest trudno. Wydać jest łatwo.

….

– Przywieź mi jutro słuchawki – powiedział tamtego wieczoru

Kiedy przypomniałem sobie potem to zdanie…. zrozumiałem, że nie chciał odchodzić. Chciał żyć. Nie powiedziałby tego przecież.

Zdjąłem swoje i włożyłem mu do uszu.

Co tu puścić ? Zastanowiłem się chwilę…… Może jakiś audiobook….cokolwiek.

Było tuż pod zachód słońca. Słońce zachodziło wtedy na pomarańczowo czerwono.

Czułem, że wszystko jest jakoś inaczej. Inaczej… a jednak spokojnie.

Okna sali wychodziły na kiosk „Ruchu” – na wprost głównego wejścia. Tyle razy przechodziliśmy tędy, idąc do dziadków na PCK 7.

Budowano właśnie jakiś nowy, szklany daszek nad schodami. To nimi wychodziłem z pracy, kiedy jeszcze pracowałem w tym szpitalu, w czasie studiów. Bardziej wybiegałem niż wychodziłem. Jeszcze mokry po basenie, w którym lubiłem popływać. Słońce w tym miejscu kładzie się centralnie na fasadzie. Jest coś dobrego w tym miejscu.

W końcu wybrałem „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” – polskie nagranie audiobooka, autorstwa Dale Carnegie. Sam czytałem ją z 5 razy i kolejne 5 słuchałem. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy – miałem nieodparte uczucie, że znam kogoś, kto od zawsze stosował zasady z tej książki. Przypominałem sobie różne sytuacje – … jakie pamiętałem. Tak…. ojciec był chyba jedynym człowiekiem, jakiego spotkałem w realnym życiu – który nie musiał jej czytać. On ją stosował intuicyjnie.

Szkoda, że mu tego nie powiedziałem….

Może byłoby to banalne…..

…..a może wcale nie.

…..

Jest za to inna – wcale nie banalna rzecz…. której nie powiedziałem. Niestety nie przyszła mi wtedy do głowy. Dopiero potem zdałem sobie z niej sprawę.

Tata miał takie powiedzenie, które czasem powtarzał:

„Kucharza chwali się po obiedzie…

Żołnierza – po wyjściu do cywila…

A dzień – po zachodzie słońca…”

…….

Gdybym jeszcze raz mógł znaleźć się tam…wtedy – powiedział bym mu właśnie to:

– Nie martw się o nic Tato. Jesteś dobrym człowiekiem.

…………..

Tak chciałbym się z nim pożegnać, gdybym wiedział, że właśnie się żegnamy.

Podaliśmy sobie ręce….jak zawsze….jak mężczyźni.

Ojciec miał coś w sobie z żołnierza i coś z romantyka. Taka przedziwna mieszanka osobowości. Do tego wszystkiego umiał się jeszcze zdobyć na uśmiech….

Słońce zaszło już jakiś czas wcześniej. Zachodziło, kiedy siedzieliśmy z mamą w szpitalu, przy jego łóżku.

To właśnie chciałbym mu powiedzieć.

Zasłużył na to.

…..

Następnego dnia rano… byłem w jego pokoju, w domu u rodziców. Na krześle wisiała granatowa bluza, jaką przywiozłem z Anglii – z białym napisem „Brighton”. Jakoś od momentu jej kupna – wiedziałem, że wcześniej czy później mu ją podaruję. Chodził w niej. Widać coś to dla niego znaczyło.

Kiedy przyjechałem z Berlina – zrobił mi łóżko z drewnianych drzwi. Obudziłem się w nocy i majaczyłem coś po niemiecku. Wydawało mi się, że przyszedł do mnie lekarz. A to był ojciec…

Następnego dnia rano – przyniósł mi stos kartek.

– To wszystko ty napisałeś – powiedział

To były moje teksty z bloga. On robił z nich książkę. Zaskoczył mnie tym. Wiedziałem, że czasem mnie czyta. Był chyba jednym z zaledwie kilku najwytrwalszych czytelników. Reszta gdzieś się wykruszyła. On i Iwona. O reszcie nic nie wiem…

Wstawał bardzo wcześnie rano, robił sobie kawę i czytał wiadomości ze świata. Nigdy nie przestał się uczyć. Zawdzięczam mu książki, encyklopedie i szacunek do nauki. Zawdzięczam mu także wiele innych rzeczy.

Napilibyśmy się rano parzonej kawy. Normalnie takiej nie piję. Tylko u rodziców taka mi jakoś smakowała – do śniadania.

Pogadalibyśmy chwilę….

Dziękuję Tato.

***

OLD MAN | STARY CZŁOWIEK

Był ciepły, czerwcowy dzień. Jechałem przez śląskie dzielnice, jakich nawet nie znałem. Małe domki jednorodzinne albo te dwupiętrowe, ceglane budyneczki i prawie zawsze w pobliżu jakieś ogródek,….. kwiaty. Choć nie bogato , ale zawsze schludnie i czysto.

Taki był szlak, jaki wybrałem tamtego popołudnia. Jako, że często łączyłem pracę z przyjemnością, cieszyłem się tą chwilą. Otwarłem szeroko okno, pozwalając gorącemu powietrzu wpadać do woli do wnętrza samochodu. Chciałem jeszcze zdążyć na krótką rozmowę z szefem pewnej firmy. Zostało trochę czasu, więc bez spiny jechałem z wyciągniętą za szybą ręką. Załączyłem koncert Neil’a Young’a z Massey Hall, z ‘71 roku. Słuchałem jego niepowtarzalnej gitary i pełnego emocji głosu. Bawiłem się lewą ręką ciepłym powietrzem, które opływało mi dłoń od pędu auta. Właśnie śpiewał „Old Man”. Lubiłem bardzo ten kawałek.

Czasem, zupełnie nieoczekiwanie dostajemy od losu takie chwile, które zapamiętujemy nie wiadomo dlaczego. Nie planowaliśmy ich. Zdarzyły się pomiędzy jedną sprawą a drugą, między pogonią za jednym tematem a drugim. Ta – była właśnie taka.

W tamtym czasie byłem bardzo zajęty a mimo to zdarzało się że albo coś się spóźniało, albo jeszcze się nie zaczęło – i oto jest, chwila dla mnie. Przymknąłem oczy. Późne, popołudniowe słońce migotało mi przez powieki. Małe budynki przesłaniały mi je tylko na chwilę – jest,… nie ma…….. i jest, i nie ma. Bawię się tym i czuję się błogo. Nareszcie odpoczywam.

Mój Ford Focus niesie mnie prawie sam, jak koń wiezie jeźdźca. Jakby znał trasę. Pewnie jedziemy trochę za szybko , ale droga jest bezpieczna.

Przypomina mi się dzieciństwo i nasze wyprawy z kolegą Arturem w nieznane. Pakowaliśmy w chlebaki najpotrzebniejsze rzeczy. Był wśród nich zawsze kościelny skarbczyk. Ja miałem z czarną okładką, a on z białą. Nigdy nie zapytałem go – dlaczego. Pewnie miał od siostry,… może ? Głupio mi było pytać. Skarbczyki mieliśmy po to, żeby w czarnej godzinie móc się pomodlić, bo ta godzina mogła być ostatnia przy tym, co czasem robiliśmy. Mieliśmy może po 9 lat – nie więcej. Czasem odmawialiśmy modlitwę, robiąc różne ryzykowne rzeczy. Zazwyczaj szliśmy od rana, ile się dało – do momentu, w którym pojawiło się coś, czego jeszcze nie znaliśmy. Tak znaleźliśmy pewien most, który potem stał się miejscem naszych zabaw. Spędziliśmy na nim prawie całe wakacje tamtego lata. Pociągi z węglem, na które czekaliśmy, kukurydziane pola, wokół i widok na świat po horyzont, cudowne zachody słońca, no i to, że te pociągi gdzieś jechały – daleko, w nieznane – to było najbardziej ekscytujące.

Takie, jak moja dzielnice – mijałem właśnie teraz. Minąłem też nawet jakiś podobny do naszego,… stalowy most.

Jechałem przez Kochłowice, Rudę Śląską, Bielszowice – jakimiś tyłami totalnie. I dobrze, …bo spokój przedmieść bardzo mi teraz odpowiadał. Tam niewiele się zmienia przez lata. W moich stronach – też mieliśmy przy domu piękny ogródek. Dość wielki, żebym uznał go za niezbadany. Były tak naprawdę dwa, jeden z przodu a drugi z tyłu. To był dla mnie ogród pełen cudów. Jako, że rzadko gdzieś wychodziłem – do szóstego roku życia – to świat bardziej sobie wyobrażałem, niż go znałem. Jako dziecko, zasypiając słyszałem często pociągi, gdzieś daleko. Ten kojący i kołyszący stukot, znikający w nieskończoność. Słyszałem też czasem dźwięki motoru, który pojawiał się jakby znikąd i cichnął łagodnie. To dźwięki mojego dzieciństwa. Do dziś na nie reaguję i przywołują moje dobre reakcje. No i był jeszcze stukot maszyny do pisania. Właścicielka naszego małego domu mieszkała wraz z rodziną na pierwszym piętrze i długo w noc pisała. Nie wiem co, ale robiła to prawie co dzień. Wyobrażałem sobie, że to musi być pisarka i pewnie pisze książki. Tak rozumuje dziecko. Sprawa była więc dla mnie jasna i nie zastanawiało mnie więcej, o czym pisze. Z pewnością było to coś pięknego.

Po latach skojarzyłem, że most na którym się bawiliśmy z Arturem – był jakieś 200 – 300 m od tego naszego pierwszego, rodzinnego domu. A więc to te pociągi słyszałem……

……………………………………..

Byłem już w Bielszowicach i wziąłem długim łukiem zakręt w lewo. Suchy kurz poszedł mocno spod kół – gęstą chmurą. Nie spodziewałem się, że zrobię coś takiego. Cały zakręt wziąłem na czwórce. Powinienem był instynktownie zredukować bieg. Wcisnąłem trójkę i gazem wychodziłem z lekkiego poślizgu. Zdążyłem jeszcze spojrzeć w lusterko na tuman kurzu i pojechałbym dalej, bo przecież akurat w tym miejscu nie było prawie nic – ani domu ani płotów, tylko jakieś drewniane słupy telekomunikacyjne, ……trochę dalej zabudowania warsztatowe – słowem odludzie.

W ostatniej chwili jednak zauważyłem coś,…. jak wózek inwalidzki. Słońce odbijało się od jego ramy a w wózku ktoś siedział. Ktoś mały jak dziecko. Tak mi się wydawało.

– Kurwa ! – krzyknąłem sam na siebie i natychmiast zjechałem do prawej.

Wyszedłem szybko z auta i ruszyłem w stronę wózka. Siedział na nim mężczyzna, ….może koło 50-tki. Nie miał nóg. Były odcięte u samej nasady ud.

Podszedłem do niego…… i aż mnie cofnęło. Ostry zapach moczu i brudu – wdzierał mi się w nozdrza. Mężczyzna spał i chyba nawet nie zauważył tego, że podjechałem. Zrobiło się cicho……. Jakoś auta tędy nie przejeżdżały.

Zastanawiałem się co dalej zrobić. Może lepiej go nie budzić ? Mocno zastanawiający był jednak fakt, dlaczego ten człowiek jest tutaj sam, na tym odludziu ? Czy ktoś go porzucił ?

Teraz już bardziej niż go przeprosić – chciałem mu po prostu pomóc. Dotknąłem lekko jego ramienia. Zapach nie przestawał walić mi w nozdrza. Przypomniały mi się moje doświadczenia ze szpitala i to co zawsze sobie powtarzałem, kiedy przywozili nam na dyżury alkoholików, samobójców, ludzi poparzonych – „To człowiek”.  To jest ważne……Podłączaliśmy ich do sprzętu i czekaliśmy, aż nerki zaczną pracować samodzielnie.

Współczucie dla tego człowieka było silniejsze niż obrzydzenie.

– Halo – powiedziałem cicho, dotykając go delikatnie ręką. Spał dalej, oddychając miarowo. – Halo – powtórzyłem. Drgnął wreszcie powoli, podniósł głowę i spojrzał na mnie. Patrzyliśmy tak na siebie, …….teraz z bardzo bliska.

On nie wiedział jeszcze, co ja tu robię i przyglądał mi się badawczo , ale zupełnie bez lęku. Miał nieprawdopodobnie brudną twarz. Kurz drogi widać już nie po raz pierwszy wciskał mu się w oczy, brwi, usta, czoło – wszędzie. Wszystko było zakurzone, …..jak u górnika. Znałem ten widok u ojca, kiedy nieoczekiwanie pojawiał się na powierzchni, bo łatwiej było mu przejść górą na drugi szyb. Tyle że ten mężczyzna nie miał tego z kopalni.

– Jak się pan miewa ? – zapytałem (do dziś nie wiem, skąd wziąłem właśnie takie pół-absurdalne pytanie…?)

Uśmiechnął się szeroko i bardzo szczerze.

– Właściwie dobrze – ….odparł wolno

Rozwalił mnie tym. Spodziewałbym się wszystkiego, ale nie takiej odpowiedzi. Zasadniczo brałem pod uwagę dwa warianty:

– Pierwszy -Spierdalaj, co ci do tego ?

albo drugi – pijackiego mruczenia, opuszczenia głowy i obojętności.

On jednak dalej mi się przyglądał z tym ledwo zaznaczonym uśmiechem. Miał w twarzy coś z Paul’a Newman’a. Nawet bardzo dużo. Do tego krótkie lekko falujące włosy – chyba blond, bo kurz zabarwił je na szaro. W kącikach oczu miał po kilka śmiejących się zmarszczek. Tak go zapamiętałem.

Nastała chwila ciszy, a my dalej nawzajem się obserwowaliśmy.

– Przepraszam, że nałykał u się pan przeze mnie kurzu – rzuciłem.

– Nie ma problemu. Nawet nie zauważyłem.

– Co Pan tu robi, na tym pustkowiu ?

– Dojechałem tu, byłem zmęczony i zasnąłem – odparł po prostu.

– Podwieź pana gdzieś ? Mieszka pan tu, w pobliżu ?

– Nie, nie trzeba. Mieszkam niedaleko. Daję sobie rady rękami. Tu jeszcze bardziej się uśmiechając- pokazał mi obie dłonie, nieporównywalnie bardziej brudne od twarzy.

Stałem tak nad nim, a on patrzył w górę na mnie. Wyglądał jak pół-ludzka istota. Aż czułem się nieswojo. Gdyby ktoś widział nas teraz z daleka, pomyślałby, że stoję nad wózkiem, w którym siedzi małe dziecko. Mimo to, zrozumiałem, że mam do czynienia z bardzo silnym psychicznie mężczyzną. Ta siła budziła mój coraz większy szacunek.

Po dłuższej chwili milczenia, w której nie wiedziałem co dalej – wsiadać do auta i jechać, ……..a może poklepać go po ramieniu, może skoczyć mu po piwo – odezwał się wreszcie pierwszy.

– Byłem w wojsku. Wie pan, mieliśmy drużynę piłkarską. Dobrze mi szło. Mówili, że mam talent. Po wyjściu z woja chciałem dalej grać. Kochałem to. Zdarzył się jednak wypadek. Przygniotła mnie metalowa konstrukcja. Poszło na obie nogi. Straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem stał nade mną lekarz. Czuję cholerny ból. Zauważyłem że nie mam nóg i pytam go – Gdzie są moje nogi ? A on się śmieje i mówi, że nie ma.

Tu przerwał……

Niektórzy ludzie nie powinni być lekarzami – myślałem. Nie mógł mu tego inaczej powiedzieć…… skurwysyn ?

Znowu cisza. On zwiesił głowę. Zauważam, że przygryza lekko wargę. Palce zaciśnięte na ramie wózka pracują mu nerwowo. Znowu cisza. Jestem tu już dobre 10 minut i nic nie przejechało……

– Współczuję Panu – mówię wreszcie.

– Wie Pan ? Mam to już za sobą – uśmiechnął się po raz kolejny.

Wiedziałem, że wcale.

Jakaś pisarka powiedziała kiedyś, że prawdziwy mężczyzna umie się uśmiechać zawsze i wszędzie – bez względu na okoliczności. On niewątpliwie to potrafił.

– Zanim to się stało – zaczął nieoczekiwanie – miałem dziewczynę.  Pielęgniarka, w tym samym szpitalu, do którego potem trafiłem. Cud kobieta. Niewyobrażalnie piękne oczy, falowane włosy, zgrabna, wesoła, ….z życiem. Ja czasem przychodziłem do tego szpitala na przepustkę żeby się z nią spotkać. Ona pracowała akurat na oddziale noworodków. ……Kiedyś w nocy przyszedłem na dyżur. Nie było nikogo – tu zatrzymał się, jakby nie wiedząc czy chce mi opowiadać dalej………. –  Całowaliśmy się jak wariaci a potem to już całkiem straciliśmy kontrolę i wie pan tu obok malutkie dzieci,……. a my ……..

W tym momencie wyraźnie się zawstydził. Uniósł nawet lekko rękę i uśmiechnął się błogo. Przeżywał tę chwilę jeszcze raz,…..jak pewnie wiele razy w swoim późniejszym życiu. Wiedziałem, że przez moment jest szczęśliwy. Wiedziałem, że to prawdopodobnie była najszczęśliwsza chwila jego życia, skoro mnie, obcemu – tak od razu o niej opowiedział.

A może to był jego półsen i nie do końca zdawał sobie sprawy ze swoich zwierzeń ? Tak właśnie teraz wyglądał.

Chodź wiedziałem, że ta chwila to może kilkanaście sekund, może kilka minut – dla niego to było wszystko, co mu zostało…..

Siedział teraz jakby odprężony, z zamkniętymi oczyma. Ręce opadły mu bezwładnie na boki a całe ciało wcisnął w oparcie. Oddychał wolno i miarowo. Nie wiedziałem, czy znowu nie zasypia. To była święta chwila. Czułem tę świętość całym sobą.

W najmniejszym stopniu nie chciałem mu tej chwili zaburzyć. Stałem i patrzyłem na jego rozanieloną twarz.

Śmiejące się kąciki oczu, były zabrudzone od letniego kurzu tak bardzo, że głębokie bruzdy były dużo jaśniejsze od reszty twarzy.

Słońce zeszło już nisko i przechodziło w pomarańcz. Wieczorem słońce biegnie po niebie szybciej, niż w ciągu dnia. To jak w życiu, czym się jest starszym – tym czas biegnie szybciej.

Stałem tyłem do słońca i częściowo zakrywałem je temu mężczyźnie. Jego twarz była jednak mocno oświetlona.

To musiał być silny i przystojny mężczyzna – pomyślałem. Ktoś, kto podobał się kobietom. Teraz jego dni są zupełnie inne. W jednej chwili zmieniło się wszystko. Zdążył spotkać tą jedyną i teraz wspomina wciąż te same rzeczy – biedak. Tak była dla niego ważna, że mówi mi o niej tak od razu. Mnie nieznajomemu. To właśnie wspomnienia tej dziewczyny trzymały go przy życiu –  bo jego sytuacja była obiektywnie beznadziejna …………przecież.

Domyśliłbym się, że żyje z jakiegoś zasiłku. Pewnie pije, żeby zabić ból i czeka na śmierć- myślałbym, gdybym tego wszystkiego nie słyszał. Jego widok i słowa przeczyły jednak temu obrazowi. Miał silne ramiona a jego ciało wydawało się nie poddawać.

…………………..

Zdawało mi się znowu, że zasnął – więc postanowiłem go zostawić tak, jak go spotkałem. Wydało mi się, że tak będzie najlepiej. Odszedłem do auta i odjechałem. Poszukałem najbliższego sklepu.  Znalazłem jakiś kilometr dalej mały „Społem”. Mój Boże, że tu jeszcze coś takiego mają ? – pomyślałem. Wziąłem czteropak i wróciłem do niego. Kiedy podjechałem ostrożnie żeby nie wzniecić kurzu, już nie spał.

– Niech pan weźmie, przyda się – powiedziałem.

– Dzięki ! – szczerze się ucieszył – i znowu…… zawieszenie w czasie.

Chyba czas na mnie – myślę.

W tym momencie jednak jakby to wyczuł i zatrzymał mnie tymi słowami.

– Chce pan wiedzieć, co było dalej ?

– A chce Pan mówić ?

…………….

– Wyszła za doktora, z tego szpitala. Przystojny, wykształcony, ….pozycja, pewna przyszłość. Wie pan ? – mówił wolno a potem znowu spuścił głowę. Głos jakby mu lekko zadrżał, ale widać wojskowe nawyki mu pozostały i szybko wrócił do mocnego tonu, który ludzie mający z wojskiem dłuższy kontakt zachowują na całe życie. – Ona przyjeżdża do mnie czasami. Przywozi mi zawsze jakąś paczkę. Jej mąż siedzi wtedy w aucie – na dole i czeka…..

Tu zamilkł. Wiedziałem, że nie chce już dalej rozmawiać.

Zrozumiałem też w tej jednej chwili, co trzyma go przy życiu. Teraz dopiero zrozumiałem naprawdę. Dotknąłem lekko jego ramienia.

– Wszystkiego dobrego – powiedziałem.

– Przyda się,………. dzięki – odpowiedział krótko.

Zrozumiał, że właśnie się żegnamy i otworzył szeroko oczy. Mimo silnego słońca zauważyłam, że są zielone – jak moje. No i te zmarszczki przy oczach.

Przez ułamek sekundy nastąpiła między nami jakaś przedziwna, wzrokowa wymiana informacji.

– Jesteś taki, jak ja – zrozumiałem w ułamku sekundy – Dla nas tylko miłość liczy się w życiu. Wszystko inne …… to kurz, tylko kurz drogi.

………………….

Zawróciłem samochód, bo nie miało już sensu nigdzie jechać. Postanowiłem zadzwonić z trasy, że przepraszam i że nie dam rady, bo coś mi wypadło. Ileż to razy zresztą ciągle zmieniam nieoczekiwanie swoje scenariusze. Po prostu jeden więcej.

Kiedy przejechałem obok niego, uśmiechnął się raz jeszcze. Jak to on – …. podniósł rękę a potem wszedłem ponownie w długi, łagodny zakręt. Mimo moich najszczerszych chęci, kurz wzbił się na tyle mocno żebym zgubił mężczyznę z tylnego lusterka. Zniknął……

Dopiero teraz zorientowałem się, że od momentu przekręcenie kluczyka w stacyjce gra mi muzyka z taśmy –

„Old man take a look at my life
I’m a lot like you were……
I need someone to love me
the whole day through
Ah, one look in my eyes
and you can tell that’s true.”.

Wszyscy pragniemy miłości. Całe życie. Od pierwszego, do ostatniego oddechu – mówię do siebie…..

————————–

Wracałem już znacznie wolniej, myśląc o tym co mi się przydarzyło.

On nikogo nie osądzał, do nikogo nie miał żalu. A czy ja mógłbym tu kogokolwiek osądzać ? Nie mam prawa. Tak ułożyło im się życie. Ta kobieta pamiętała jednak o nim. A jej mąż to rozumiał …..i dzielił się nią niejako.

Każdy z nas ma swój własny film życia. Jego był wyjątkowo bolesny.

Czy kobiety kochają mniej od mężczyzn ? Pewnie nie, ….ale inaczej. Kobieca miłość wybucha czasem płomieniem gwałtownym, jak płomień zapalonej gazety. Jest wysoki, mocny, gwałtowny. A potem nagle, nie wiadomo czemu ………gaśnie. Kobiety ostatecznie wybierają w życiu stabilność i bezpieczeństwo. Trudno je nawet winić. Natura każe im szukać oparcia dla przyszłych dzieci.

Mężczyźni może nie okazują swoich uczuć tak spektakularnie , ale kochają długo i głęboko a on jest tego kolejnym dowodem. On wciąż ją kocha, ale myślę że i ona kocha jego. Kocha obu mężczyzn jednocześnie – tak myślę. Bo niby dlaczego wmawiają nam że musimy kochać tylko jedną osobę ? Ja myślę, że prawdziwa miłość ma dwie cechy – jest stała i wieczna. Uczucie, które nie ma tych dwóch własności – nie jest prawdziwą miłością. Wreszcie tamten doktor, za którego wyszła. Mądry człowiek – nie był zachłanny, zazdrosny – jak wielu by było. Rozumiał. Weszli w bardzo specyficzny układ. Nikt nikogo nie kochał przez to mniej.

– Miłość nie zazdrości, …… nie szuka swego –  napisał jakiś facet wiele lat temu To mi się akurat zapamiętało, bo pochodzę z bardzo katolickiej rodziny, choć sam nie wyznaję żadnej religii, oprócz jednej – ……..Miłości.

Słowa te tak właśnie rozumiałem w tamtej chwili.

Czasem – stawiam wieczorem piwo na stole, biorę gitarę i gram riff’y do „Old man”.

– Ciekawe, co u niego – myślę wtedy ……..

***

Tamtego mężczyznę spotkałem naprawdę, czerwcem 2006 roku, przy drodze w Rudzie Śląskiej Bielszowicach. Jeszcze tego samego miesiąca moje życie miało się odmienić o 180 stopni,  chodź jeszcze nawet tego nie podejrzewałem.  Szpitale zmieniają – mnie też. Życie, to jedna wielka niespodzianka.

 

JARO MAKOSZ

 

Neil Young – w kultowym wykonaniu z roku, w którym się urodziłem.. 🙂 ciekawostka