
Andrzej Makosz | 28.11.1949-16.10.2021
It is 1/11/2021. ….. I’m listening to Tadeusz Nalepa’s „Prayer” that I found on Dad’s Facebook profile. It reminds me a bit of the mood of Carlos Santana, which he played often at home parties, back in the 70’s. It was fun … very much. Father loved to play.
Santana was played mostly at the end, but often everything started with „I can’t stop loving you” by Ray Charles.
When I turned 18 – he came to my room and just after midnight he gave me a Ray Charles vinyl. I was still busy with my studies and forgot that I had just finished this magic number.
Then he surprised me. I reminded him of this 2 weeks earlier when I turned 50. He laughed.
In the hospital, he also remembered about it.
During those parties – I was sitting in an armchair with my feet not reaching the floor – with huge headphones on my ears. Who had headphones back then? Exactly – father … and Hi-Fi equipment too. He put all the money into it. Music was important to us. He had a lot of tapes with great recordings. I knew the pieces … one by one – by heart.
Young people were dancing in our room … late into the night …. That’s how I remembered the 70’s.
I also have many … many other memories ….
We learn so much by observation. From time to time I catch myself doing certain things similar to my father’s. This applies to various activities.
His quest to do something better and better. Natural optimization of everything he did. But probably above all – enduring difficult things. I guess that’s what I could learn the most from him … He was like that to the end … strong.
He didn’t talk much. It didn’t stop anyone from liking him, however.
Wherever he did not appear, he aroused sympathy and respect. He was like that. Helpful here and now ….
One of the lessons he gave me – and there were many … and usually very unusual. Father did not like to be schematic:
I am 10 years old … We run like crazy from Michałkowice to Siemianowice. We run again and again, then we walk again, then we run again. Such a walk-run. It is over 2 km. We came finally to St. Jana in Siemianowice – we are both panting from exhaustion and unable to catch our breath … Finally, my father laughs and says to me:
– Now you’ve earned one zloty fifty
All he ……
This was the ticket price. He only did it so that I would remember what making money is. It’s hard to earn money. It’s easy to spend.
….
„Bring me the headphones tomorrow,” he said that night
When I remembered this sentence later …. I understood that he did not want to leave. He wanted to live. He wouldn’t have said that.
I took my headphonesoff and put it in his ears.
What’s up here? I thought for a while …… Maybe some audiobook …. anything.
It was just below sunset. The sun was setting orange red then.
I felt that everything was different somehow. Otherwise … and yet calm.
The windows of the room faced the „Ruch” kiosk – in front of the main entrance. We passed this way many times, going to our grandparents at the Red Cross 7.
A new glass roof over the stairs was just being built. It was them that left my work when I was still working in this hospital, during my studies. I ran more than left. Still wet after the pool I liked to swim in. The sun in this place falls centrally on the facade. There is something good about this place.
In the end, I chose „How to Win Friends and Win People” – a Polish audiobook recording by Dale Carnegie. I read it myself 5 times and listened to another 5 times. When I read it for the first time – I had the overwhelming feeling that I knew someone who had always followed the principles of this book. I remembered various situations – … that I remembered. Yes … my father was probably the only person I met in real life – who didn’t have to read it. He used it intuitively.
I wish I had told him that ….
Maybe it would be trivial …..
….. or maybe not at all.
…..
There is another – not a trivial thing at all … which I did not say. Unfortunately, it didn’t occur to me then. Only then did I realize it.
Dad had a saying that he said sometimes:
„The chef boasts after dinner …
Soldier – after leaving for a civilian …
And the day – after sunset … ”
…….
If I could be there again … then – I would tell him just this:
– Don’t worry about anything, Dad. You’re a Good Man.
…………..
This is how I would like to say goodbye to him, if I had known that we were just saying goodbye.
We shook hands …. as always …. like men.
My father had something of a soldier and something of a romantic about him. Such a strange mix of personalities. In addition to all this, he still managed to smile …
The sun had gone down some time before. It happened when we were sitting with my mother in the hospital, next to his bed.
That’s what I’d like to tell him.
He deserved it.
…..
The next morning … I was in his room, at my parents’ house. On the chair was a navy blue sweatshirt I had brought from England – with a white word „Brighton” on it. Somehow from the moment I bought it – I knew that sooner or later I would give it to him. He walked in it. Apparently it meant something to him.
When I came from Berlin – he made me a bed from a wooden door. I woke up in the night and was delirious in German. I thought a doctor had come to see me. …but that was the father …
The next morning – he brought me a stack of pages.
– -You wrote it all – he said
These were my blog texts. He was making a book out of them. This surprised me. I knew he reads me sometimes. He was perhaps one of only a few of the most persistent readers. The rest crumbled off somewhere. He and Iwona. I don’t know anything about the rest …
He got up very early in the morning, made himself a coffee and read the news of the world. He never stopped learning. I owe him books, encyclopedias and respect for science. I owe him many other things as well.
We would have a cup of brewed coffee in the morning. I don’t normally drink that. Only at my parents’ place, I liked it so much – for breakfast.
We would chat for a while ….
Thank you, Dad.
Jarek
***
POLSKI
Jest 1.11.2021. …..Słucham „Modlitwy” Tadeusza Nalepy, jaką znalazłem na profilu Facebook uTaty. Przypomina mi trochę nastroje Carlosa Santany, jakiego puszczał często na domowych imprezach, jeszcze w latach 70-tych. Wesoło było… bardzo. Ojciec uwielbiał się bawić.
Santana leciał przeważnie na koniec, a zaczynało się często od „I can’t stop loving you” – Ray Charles’a.
Kiedy skończyłem 18 lat – przyszedł do mojego pokoju i tuż po 24.00 podarował mi właśnie płytę Raya Charles’a. Byłem zajęty jeszcze nauką i zapomniałem, że właśnie skończyłem tę magiczną liczbę.
Zaskoczył mnie wtedy. Przypomniałem mu o tym 2 tygodnie wcześniej, kiedy skończyłem 50-tkę. Śmiał się.
W szpitalu też sobie o tym przypomniał.
W czasie tamtych imprez – siedziałem na fotelu, nie sięgając nogami podłogi – z wielkimi słuchawkami na uszach. Kto miał w tamtych czasach słuchawki ? Właśnie – ojciec…. i sprzęt Hi-Fi też. Ładował w to wszystkie pieniądze. Muzyka była u nas ważna. Miał masę taśm ze świetnymi nagraniami. Znałem te kawałki…jeden po drugim – na pamięć.
Młodzi ludzie tańczyli w naszym pokoju… do późna w noc…. Tak zapamiętałem lata 70-te.
Mam też wiele,..wiele innych wspomnień….
Tyle się uczymy przez obserwację. Sam łapię się co jakiś czas, że pewne rzeczy robię podobnie do ojca. To dotyczy przeróżnych czynności.
Jego dążenie do robienia czegoś wciąż lepiej i lepiej. Naturalnej optymalizacji wszystkiego, co robił. Ale chyba nade wszystko – znoszenia rzeczy trudnych. Chyba tego mógłbym się uczyć od niego najbardziej… Taki był do końca….silny.
Nie mówił za wiele. To nie przeszkadzało jednak nikomu w tym, żeby go lubić.
Gdzie się nie pojawiał – budził sympatię i szacunek. Taki był. Pomocny tu i teraz….
Jedna z lekcji (jakich mi udzielał) – a było ich wiele… i z reguły bardzo nietypowe. Ojciec nie lubił być schematyczny:
Mam z 10 lat….. Lecimy jak wariaci z Michałkowic do Siemianowic. Raz po raz biegniemy, potem znowu idziemy, potem znowu biegniemy. Taki marszobieg. To jest ponad 2 km. Koło św. Jana w Siemianowicach – obaj dyszymy ze zmęczenia i nie potrafimy złapać oddechu….. W końcu ojciec śmieje się i mówi do mnie:
– Teraz zarobiłeś złoty pięćdziesiąt
Cały on……
Tyle kosztował bilet. Zrobił to tylko po to, żebym zapamiętał czym jest zarabianie pieniędzy. Zarobić jest trudno. Wydać jest łatwo.
….
– Przywieź mi jutro słuchawki – powiedział tamtego wieczoru
Kiedy przypomniałem sobie potem to zdanie…. zrozumiałem, że nie chciał odchodzić. Chciał żyć. Nie powiedziałby tego przecież.
Zdjąłem swoje i włożyłem mu do uszu.
Co tu puścić ? Zastanowiłem się chwilę…… Może jakiś audiobook….cokolwiek.
Było tuż pod zachód słońca. Słońce zachodziło wtedy na pomarańczowo czerwono.
Czułem, że wszystko jest jakoś inaczej. Inaczej… a jednak spokojnie.
Okna sali wychodziły na kiosk „Ruchu” – na wprost głównego wejścia. Tyle razy przechodziliśmy tędy, idąc do dziadków na PCK 7.
Budowano właśnie jakiś nowy, szklany daszek nad schodami. To nimi wychodziłem z pracy, kiedy jeszcze pracowałem w tym szpitalu, w czasie studiów. Bardziej wybiegałem niż wychodziłem. Jeszcze mokry po basenie, w którym lubiłem popływać. Słońce w tym miejscu kładzie się centralnie na fasadzie. Jest coś dobrego w tym miejscu.
W końcu wybrałem „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” – polskie nagranie audiobooka, autorstwa Dale Carnegie. Sam czytałem ją z 5 razy i kolejne 5 słuchałem. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy – miałem nieodparte uczucie, że znam kogoś, kto od zawsze stosował zasady z tej książki. Przypominałem sobie różne sytuacje – … jakie pamiętałem. Tak…. ojciec był chyba jedynym człowiekiem, jakiego spotkałem w realnym życiu – który nie musiał jej czytać. On ją stosował intuicyjnie.
Szkoda, że mu tego nie powiedziałem….
Może byłoby to banalne…..
…..a może wcale nie.
…..
Jest za to inna – wcale nie banalna rzecz…. której nie powiedziałem. Niestety nie przyszła mi wtedy do głowy. Dopiero potem zdałem sobie z niej sprawę.
Tata miał takie powiedzenie, które czasem powtarzał:
„Kucharza chwali się po obiedzie…
Żołnierza – po wyjściu do cywila…
A dzień – po zachodzie słońca…”
…….
Gdybym jeszcze raz mógł znaleźć się tam…wtedy – powiedział bym mu właśnie to:
– Nie martw się o nic Tato. Jesteś dobrym człowiekiem.
…………..
Tak chciałbym się z nim pożegnać, gdybym wiedział, że właśnie się żegnamy.
Podaliśmy sobie ręce….jak zawsze….jak mężczyźni.
Ojciec miał coś w sobie z żołnierza i coś z romantyka. Taka przedziwna mieszanka osobowości. Do tego wszystkiego umiał się jeszcze zdobyć na uśmiech….
Słońce zaszło już jakiś czas wcześniej. Zachodziło, kiedy siedzieliśmy z mamą w szpitalu, przy jego łóżku.
To właśnie chciałbym mu powiedzieć.
Zasłużył na to.
…..
Następnego dnia rano… byłem w jego pokoju, w domu u rodziców. Na krześle wisiała granatowa bluza, jaką przywiozłem z Anglii – z białym napisem „Brighton”. Jakoś od momentu jej kupna – wiedziałem, że wcześniej czy później mu ją podaruję. Chodził w niej. Widać coś to dla niego znaczyło.
Kiedy przyjechałem z Berlina – zrobił mi łóżko z drewnianych drzwi. Obudziłem się w nocy i majaczyłem coś po niemiecku. Wydawało mi się, że przyszedł do mnie lekarz. A to był ojciec…
Następnego dnia rano – przyniósł mi stos kartek.
– To wszystko ty napisałeś – powiedział
To były moje teksty z bloga. On robił z nich książkę. Zaskoczył mnie tym. Wiedziałem, że czasem mnie czyta. Był chyba jednym z zaledwie kilku najwytrwalszych czytelników. Reszta gdzieś się wykruszyła. On i Iwona. O reszcie nic nie wiem…
Wstawał bardzo wcześnie rano, robił sobie kawę i czytał wiadomości ze świata. Nigdy nie przestał się uczyć. Zawdzięczam mu książki, encyklopedie i szacunek do nauki. Zawdzięczam mu także wiele innych rzeczy.
Napilibyśmy się rano parzonej kawy. Normalnie takiej nie piję. Tylko u rodziców taka mi jakoś smakowała – do śniadania.
Pogadalibyśmy chwilę….
Dziękuję Tato.
Jarek



