- Miałem dzisiaj napisać o czymś zupełnie innym. Od wczoraj o tym myślałem. Tekst miał być o kolejnym z moich ulubionych artystów – nazywa się David Downton. Widziałem tysiące różnych portretów – ale jego po prostu mnie urzekły. Dla mnie to król „Fashion Drawing”, który tę dziedzinę podniósł do rangi sztuki. Znalazłem go jakieś trzy lata temu. Niezwykła prostota wyrazu, połączona z ogromną wrażliwością i minimalizmem. Jego portrety po prostu żyją. To wyjątkowy człowiek.
Brałem jednak przed chwilą kolejny prysznic (w takie gorące dni to jest prawdziwe domowe SPA) i już podczas kąpieli zacząłem zmieniać tematykę tego, o czym napiszę……..zwrot akcji – dla mnie norma.
Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich może zainteresować malarstwo a temat przyszedł sam. Zaraz po kąpieli skojarzenia pojawiły się samoistnie. W salonie, złote żaluzje pospuszczane w dół. Nawet wielkie, drewniane okiennice z poziomymi łopatkami przepuszczają tak silne, późnoczerwcowe słońce. Jest dokładnie na wprost szklanych ścian – wślizguje się do środka każdą szczeliną. Przez otwarte okno wpada całe szczęście lekki powiew i raz wpycha a raz wciąga cienką, białą firanę. Czerwone, lniane zasłony ledwie zasłaniają widok na zewnątrz – zieleń gór malowana silnym słońcem. Te czerwone zasłony wnoszą południowe zabarwienie przestrzeni w środku. Powietrze staje się wręcz lekko czerwono-pomarańczowe.
Siedzę tak przy wielkim i ciężkim, drewnianym stole – z Rosji, co ciekawe (made in Ikea). Uwielbiam ten stół. Dla mnie porządny stół, to podstawa domu. Centralne miejsce życia. Miejsce, przy którym wiele się dzieje, przy którym koncentruje się rodzinne życie.
Na wprost ustawiłem mocny wentylator. Mamy taki – chromowany, wzorowany na lata 40-te. Cały jestem taki „Old fashioned” – więc spodobał mi się kiedyś od razu. Teraz po kąpieli owiewa moje jeszcze wilgotne ciało. Czuję przyjemny chłód. Zrobiłem sobie „caffe shakerato” – z podwójnego i mocnego espresso (przepis podaję na dole tekstu). 20 lat temu pierwszą taką kawę robiłem w litrowym słoiku, bo nie miałem shaker’a 🙂 Widziałem, jak robi to barista. Pamiętam go w „Del Fioro”. W białej koszuli i muszce, białym garniturze. Tak się tam chodzi. Z uśmiechem shake’ował ten napój. Ja też tak chciałem. Piję je teraz z wielkiego kieliszka. Kawa w każdej postaci – także tej na zimno, kiedy jest dobrze zrobiona – dla mnie to coś, co daje mi radość. Zostało też jeszcze trochę „cantuccini” (ciasteczka z migdałami) i parę czekoladowych ciastek z cytrynowym nadzieniem………. W czasie pisania będę więc sobie przypominał różne smaki 🙂
Mhmmmmm…..chyba nie mógłbym w tym momencie napisać o niczym innym – właśnie.
Podobnie jak z południem Francji – jest dla mnie z Toskanią. Kiedy nie ma mnie tam jakiś czas – myślę o niej. To magiczne miejsce, gdzie historia jakby się zatrzymała. Gdzie stare, średniowieczne miasteczka, ze swoimi klasztorami i kościołami – od wieków stoją sobie na małych wzgórzach. Wokół winnice i gaje oliwne. Wiosną żółte kwiaty….wszędzie wokół. Potem słoneczniki, w ilościach nieprawdopodobnych. A nocą….ptaki, cykady, świerszcze i co tylko – śpiewa, jak nigdzie indziej. Wino ma tam swój smak. Kupuje się je w baniakach 5 litrowych z takich dystrybutorów wina. Kosztuje grosze i jest wspaniałe – zwłaszcza schłodzone. Ja najbardziej lubię czerwone, schłodzone mocno wino. Mało kto tak robi – …… ale ja nie lubię robić tak jak wszyscy – lubię szukać tego, co mnie akurat odpowiada. Odkrywam przy tym rzeczy nowe. Tak lubię. Zawsze szukałem własnych zmian, ulepszeń – a czasem wywrócenia wszystkiego do góry nogami.
Pomieszam dziś trochę tematów – jak to ja. Trochę o Wiśle….trochę o przemyśle. Potem okraszę to wszystko trochę po swojemu (mam takie woreczki z własnymi ziołami i przyprawami). Lekko zamieszam – i gotowe.
Dzisiejszy tekst będzie trochę jak włoska kuchnia. Zwłaszcza ta toskańska – niezwykle prosta w składnikach i prosta w przygotowaniu, ale jaka genialna ! Chłopska, zwyczajna. Sycąca i dająca życie. Te dania może przygotować każdy. Mają zazwyczaj mało składników – nawet czasem tylko 3. Warzywa kroi się grubo. Wszystko przygotowuje szybko. To odpowiada mojemu stylowi myślenia. Danie daje mi energię życia. Nie musi być skomplikowane. Kiedy jest sycące i smaczne – jest w nim wszystko. Zresztą, gdyby się przyjrzeć temu bliżej, to większość dań, jakie znamy ze świata – to dania wymyślone przez ludzi prostych – dania chłopskie i robotnicze. Dające siłę i radość. Tam jest sekret. Potem takie pomysły przenosi się z niewielkimi zmianami do wielkich restauracji i kasuje grubo klientelę. Tymczasem prawda jest bardzo prosta. Czy można chcieć więcej ? W prostocie i zwyczajności jest klucz. Szczęście jest generalnie w rzeczach prostych. To właśnie proste szczęście możemy też wyczarować sami…….gdziekolwiek jesteśmy. Wystarczy odrobina pomysłowości i wyobraźni. Nie trzeba wcale jechać aż do Toskanii. Gdyby ktoś jednak chciał, to mamy teraz tanie połączenia lotnicze do Rzymu. Stamtąd najlepiej wynająć samochód. Jeżeli ktoś zamierza być tam tylko kilka dni – to najlepszy pomysł. Potem poniżej 2 godzin jazdy i można się znaleźć w samym środku Toskanii. Jest też piękne morze, bo Toskania to nie tylko część śródlądowa – to także wybrzeże. Jest tam wiele miast i miasteczek wartych obejrzenia. Wśród nich te parę dla mnie szczególnych, jak np. Viareggio. Teraz jednak chciałbym, żeby ktoś kto mnie teraz czyta, mógł przenieść się w wyobraźni w inne miejsce. Nazywa się Cortona. To jedno z wielu podobnych miasteczek o starej historii. Dla mnie wyróżnia je jedno – a mianowicie, to że w Cortonie kręcono film „Pod Słońcem Toskanii”. Ciepłą, romantyczną komedię, którą widziałęm już chyba z 6 razy. Jest to jeden z tych filmów, które można oglądać w nieskończoność. Ma w sobie słońce, spokój i ponadczasowość tamtych miejsc. Jeżeli ktoś nigdy nie był w Toskanii – niech obejrzy ten film…….i ją poczuje. Może tak zacznie się właśnie jego przygoda z tym magicznym miejscem. Kiedy po obejrzeniu filmu po raz pierwszy przyjechaliśmy na tamten rynek i usiadłem dokładnie w miejscu, w którym siedziała główna bohaterka, (wypisując pocztówkę dla kogoś – pisała o tym, co widzi i czuje w tamtym momencie) – to okazało się, że ja czuję dokładnie to samo. Taki sam piękny i słoneczny dzień. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem, oglądając film…….Nie zapomnę tego. Trzeba zobaczyć cały film, żeby wyłapać ten fragment. Na fragmentach filmu tego nie ma.
Cortona – rynek. To z tego miejsca bohaterka pisała pocztówkę.

Widok z miasteczka – na okolicę

Są miejsca, które nie wiadomo dlaczego – zapamiętujemy na całe życie, choć wydają się takie zwyczajne. Dla mnie jest to np. ta kamienna ławeczka – z bezkresnym widokiem ze wzgórza. Jest w tym widoku coś świętego….

Film, to historia pewnej kobiety, która po rozwodzie z mężem nie bardzo potrafi się w życiu odnaleźć. Mieszka w Stanach – po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ktoś przypadkiem namawia ją na podróż do Europy.
– Nie chcę nikogo spotkać – mówi bohaterka. Nie jestem na to gotowa.
Ostatecznie, daje się jednak przekonać……. 🙂 Nic ją nie trzyma w starym życiu……. i postanawia (lecz bez specjalnego przekonania) – wyruszyć w tą podróż. I tak nie ma nic do stracenia.
W miejscu – zwanym Toskanią, jest stary dom do remontu, który można kupić i odnaleźć tam spokój życia. Decyzję podejmuje natychmiast – wiedziona instynktem.
Starsza właścicielka może go sprzedać za wysoką cenę komuś innemu, jednak decyduje się sprzedać go właśnie jej – czując przeznaczenie.
Początki są trudne. Amerykanka nie zna miejscowych obyczajów. Sama nie poradzi sobie też z remontem domu. Tutaj wynajmuje trzech „robotników” z Polski. W rzeczywistości są to jednak ludzie z przypadku. Jeden z nich jest profesorem literatury i czyta pokątnie Miłosza. Drugi jest ciepłym i wrażliwym człowiekiem, który sam potrzebuje pomocy. Trzeci, to młody chłopak – pełen życia i ciekawości świata. Poznaje piękną Włoszkę i w jej domu znajduje dla nich schronienie.
Robotnicy odwalali różne numery, jak np. podłączenie gorącej wody do spłuczki sedesowej 🙂 – można było zaparzać herbatę. Przedstawiciel biura nieruchomości to kolejna postać, jaka uzupełnia ten krajobraz. Ci przypadkowo (albo i nie) spotkani ludzie powoli stają się jej najbliższymi istotami na ziemi.
Po początkowych, wielkich problemach – jakie wspólnie przeżywają, sprawy zaczynają się układać coraz lepiej. Pusty dom, w którym brakowało kobiety – zaczął powoli odżywać. Tak……kobieta jest domem. Mastroiani w „La Dolce Vita” miał rację. Kiedy przy fontannie „Di Trevi” w Rzymie, mówi Sylvii – w serii, jeden za drugim – różne komplementy – na końcu wypowiada jeden „Jesteś domem…..tak, jesteś domem”. Te słowa długo grały mi w uszach. Tamten film widziałem wiele lat temu, ale te słowa pamiętałem. Mężczyzna mówi do kobiety – „jesteś domem”. Zrozumiałem to……..
Tak więc Diane Lane (grająca główną rolę) stała się domem. To ona wypełniła starą, kamienną budowlę – swoim sercem, tak jak „dusza” wypełniała stare, przedwojenne żelazka – dając im ciepło.
Dalszej historii nie opowiem. Zachęcam do oglądania 🙂
Mamy teraz w Polsce upały, które dla nas są czymś wyjątkowym. Tam, na południu – to jest zupełnie normalne. Pamiętam, że bywały dni, kiedy musiałem trzy – cztery razy zmieniać w ciągu dnia koszulę, bo wystarczyło z klimatyzowanego pomieszczenia przejść przez jezdnię – żeby być całym mokrym 🙂 No a do pracy Włosi chodzą bardzo elegancko ubrani i natychmiast obrzucą wzrokiem kogoś, kto nie „trzyma fasonu” 🙂 Wyjście w porze lunchu na zewnątrz to kontakt z prawdziwym słońcem.
Gdyby się dobrze przyjrzeć, to w filmie jest więcej różnych i bardzo ciekawych wątków. Nie tylko ten główny – o kobiecie szukającej swojego miejsca na ziemi. Trailer’y nie zawsze wychwytują to zręcznie. Film jest zdecydowanie lepszy niż poniższy trailer, dlatego trzeba go po prostu zobaczyć w całości.
Tak więc poniżej link – mały skok w tamte strony 🙂 Klik i jesteśmy…
„Pod słońcem Toskanii – trailer”
Te kolory…….to ciepło……prawda 🙂 ?
Pamiętam, że po tym filmie – wiele lat temu – kupiłem lniany, jasnobeżowy garnitur letni. Do tego nosiłem białą koszulę, jak ten młody mężczyzna – w którym zakochała się „Dian Lane”. Swoją drogą, jak takie obrazy na nas wpływają – programują nas na całe lata i nawet podświadomie je odtwarzamy. Teraz garnitur wisi od dawna w szafie. Dalej w idealnym stanie. Nie byłem w nim chyba z 10 lat. Nie jest jedyny zresztą. W pokrowcach wiszą inne – lniany, ale czarny, albo szary wieczorowy, albo trzy-częściowy kremowy, itd…… 🙂 To dawny ja….. krawaty, garnitury…..dziesiątki dopasowywanych koszul, butów….itp., itd. Mój Boże – …… byłem jak zupełnie inny człowiek. Nawet chyba z trzy razy kupowałem ten sam model kabrioleta, jaki jest na filmie. Jechałem po niego do Warszawy, potem Gdańska i Gliwic… Jak silne może być takie zaprogramowanie siebie…..zabawne. Pewnego dnia Artur zapytał:
– Tato, a gdzie ja będę siedzieć ?
W lot zrozumiałem, że takie kolejne auto jest nie na miejscu. Niby proste, ale ja tego nie rozumiałem. Cóż z tego, kiedy będzie drugie – kiedy w tym nigdy nie pojedziemy razem. …Wypożyczyć jednak taki samochód – chciałbym znowu. Wrażenia z jazdy takim mocnym roadster’em są niesamowite. Do tego polne, kręte drogi….wzgórza, brzeg morza. Tęsknię za tym. No cóż…..romantyzm to coś, co po prostu nie przemija. Nie muszę czegoś mieć na własność, żeby się tym cieszyć. To też jeden z wniosków, jakie przyszły w ciągu lat życia.
……….No i jak to ja – zastanawiam się teraz, co ja tak właściwie napisałem ? Poleciałem myślami daleko. Zmieszałem groch z kapustą……..i właściwie dlaczego ? Co mną kierowało ? Często coś robię instynktownie i dopiero potem zastanawiam się dlaczego robię coś tak, a nie inaczej. I teraz też się zastanawiam. Co więc łączy David’a Downtona, Toskanię, włoskie dania, caffe Shakerato i zwykły dębowy stół w naszym salonie……. ?
Prostota. Genialne piękno prostoty.
W niej jest odpowiedź. Czasem ktoś inny musi nam pokazać to, na co patrzymy codziennie i tego nie widzimy. Patrzymy i nie widzimy. Kafka miał rację, kiedy powiedział „Szczęście jest jak lina, zawieszona nisko nad ziemią. Ludzie prędzej się o nią potkną, …..niż je zauważą”.
Potem, kiedy inni to docenią – nagle wszyscy to doceniają i tak zaczyna się legenda. Czy my jednak, w naszej prostocie i codziennym życiu – nie mamy rzeczy równie pięknych ? 🙂
A śląski żur 🙂
A barszcz (prosta zupa z buraków) :
A zwykłe polskie ziemniaki – najlepsze, jakie znam 🙂
Po powrocie do Polski długo jeszcze szukałem tej prostoty wszędzie. I znajdywałem ją. Widziałem jej piękno lepiej niż kiedykolwiek. I doceniłem znaczenie stołu w rodzinie. We Włoszech to podstawa. Tam kolacja jest codziennym świętem. To święto życia. Prosty posiłek i kochający ludzie wokół stołu. Takie kolacjowanie („Cenare”) trwa nawet parę godzin. To piękny zwyczaj, łączący ludzi po pracy. I nie trzeba mieć do tego pieniędzy. Wystarczy chęć wspólnego bycia. Posiłek jest tu uzupełnieniem a nie głównym celem. Oni to rozumieją. To jedna z rzeczy, które od razu rzuciły mi się w oczy, kiedy rozpoczęliśmy swoje życie w tym kraju. To wielka mądrość, której warto się od Włochów nauczyć.
Piękno prostoty trzeba po prostu umieć zauważyć. W ogródku działkowym moich dziadków, gdzie spędzałem zawsze większą część wakacji – znajdowałem ten sam nastrój i słońce, które znalazłem tam, we Włoszech. I z pomidorami – pełnymi słońca, które uprawiał na ogródku dziadek – mogły się równać jedynie te toskańskie 🙂
A teraz wrzucę parę linków dot. włoskich tradycji. Poniżej przepis na caffe shakerato. Jest po włosku, ale tu słowa są niepotrzebne.
Jedno z klasycznych włoskich dań……jakie proste. Świadczy o tym choćby długość tego filmu i składniki, jakie dziewczyna prezentuje na początku. Można bez wahania powiedzieć, że te przepisy z pewnością Włochom dał sam Bóg 🙂 Ich dania są tak proste i genialne, a jednocześnie tak pyszne…
Jeden z klasycznych włoskich likierów – ten akurat pochodzi z Sycylii. To „Limoncello”. Nie mylić z polską „Cytrynówką”. To dwie zupełnie różne rzeczy. Włosi często robią ją sobie samodzielnie. Przy podaniu smakuje znakomicie mocno schłodzona 🙂
No i chyba na koniec linii do David’a Downtona – bo tak miało dzisiaj być 🙂
i jego oficjalna strona
David pracuje instynktownie, szybko – wykonuje parę pociągnięć pędzlem i gotowe. Jak we włoskiej kuchni. Ale to pozory – ta prostota wymaga wielu lat praktyki. Kiedyś zainspirowany jego pracami – malowałem na szybko czarnym tuszem, na wielkich pudełkach po pizzy (znowu te Włochy). Z reguły za chwilę musiałem gdzieś lecieć (taki okres) i to potęgowało konieczność streszczania się. Oto jedna z prób namalowania Juliett Binoche – jedyne pudełko, jakie mi zostało. Resztę zdjęć ostatnio straciłem, a pudełka wyrzuciłem. Szkoda – takie życie 🙂

I inna, dawna moja proba w jego stylu…temat był wlasny..

Teraz tworzę we własnym stylu. Ponieważ jest gorąco – wymyśliłem coś takiego…brak tylko wentylatora na tym obrazie….jest gdzieś z lewej strony ?

Tak więc widzę, że napisałem groch z kapustą. Ale czy to proste, ludowe danie z naszych stron też nie zasługuje na wyżyny 🙂 ?
Życzę pięknego, czerwcowego popołudnia.
Gorąco pozdrawiam
Jarek

