ROZMYŚLANIA 🇵🇱

Rozmyślałem ostatnio o tym, na co tak naprawdę mamy wpływ…

Według filozofii, jaką prezentowali na przykład stoicy – mamy wpływ jedynie na swoje myśli. Wszystko inne jest poza naszą kontrolą.
Znalazłem też dawne prace japońskiego psychologa – Shoma Mority, który uważał że na myśli i uczucia nie mamy wpływu. Jego zdaniem mamy wpływ jedynie na czyny…

Filozofia i psychologia są jak dwie siostry. Uzupełniają się wzajemnie. I więcej – dla mnie silny psychicznie człowiek, to człowiek o dobrej filozofii życia. A tej się nie tworzy – ją się odkrywa. Pisałem już o tym wcześniej.

Z kolei np. psycholodzy zajmujący się terapią kognitywno-behawioralna (CBT), podkreślają bezpośrednią i silną relację pomiędzy myślami, uczuciami i czynami… Zgadzam się z tym całkowicie.

Dochodzę jednak do wniosku, że tak naprawdę na żadną z tych rzeczy nie mamy pełnego wpływu. Możemy się jedynie starać – to wszystko. Wychodzi nam lepiej, bądź gorzej.  Jeżeli jednak nie mamy pełnego wpływu – to nie będzie zbyt dużym uproszczeniem, kiedy stwierdzę – że po prostu nie mamy na te rzeczy wpływu.

To kim zatem jesteśmy ….. ?

Dochodziłem wczoraj do takich wniosków, leżąc w półmroku, w poprzek na łóżku. Jeszcze w ubraniu, zaraz po wieczornym spacerze. Patrzyłem na sufit, na którym przesuwały się łagodnie światła przejeżdżających samochodów. Przez otwarte okno słyszałem roześmianych, młodych ludzi….. gdzieś pode mną – przed McDonald’em. Idą ciepłe dni więc będzie coraz gwarniej i coraz weselej pod naszymi oknami. I noce przyjdą ciepłe….

Pewnie ci młodzi ludzie nie zadają sobie takich pytań, jakie ja sobie zadaję od kiedy pamiętam. Oni po prostu żyją. Może tak jest łatwiej, lepiej ?

Po co zadaję sobie takie pytania ?
Kiedy byłem młody – też je sobie zadawałem.
Widać taka moja natura. A ja staram się żyć w zgodnie z naturą.

Pamiętam, że kiedy próbowałem mówić o takich rzeczach – inni raczej się cofali, albo kwitowali to uśmiechem kpiny, czy tekstem „a ty co….filozof ? „. I na tym się kończyło.
Może i trudno im się dziwić. Nie czuli potrzeby odpowiedzi na takie pytania. Starają się dobrze żyć i być szczęśliwi. Czy nie o to przecież chodzi ?

A co do mnie, to zamiast mówić – piszę…

Wróciłem do swoich myśli…..
Czy to, że nie mamy pełnego wpływu na myśli, uczucia i czyny –  to znaczy że nie kontrolujemy swojego życia ?…… i ono się po prostu dzieje ….. ? Że jesteśmy bardziej aktorami, grającymi czyjąś rolę ?

Nie chciałem tego zaakceptować, choć logika właśnie taki wniosek mi podsuwała.

Jaki sens miałoby życie, które nie jest moim życiem – a tylko zbiorem nerwowych reakcji na bodźce…. Z pozorami panowania nad czymkolwiek w skali mikro, ale w skali makro – nad niczym….

Czy jesteśmy częścią jakiegoś większego planu natury ?

Pojawiliśmy się jako skutek działań wcześniejszych, z ograniczoną wolnością wyboru. O wiele bardziej ograniczoną, niż nam się wydaje ?

Hmmm…

Wdychając to wczesnowiosenne, wręcz pyszne powietrze – byłem jednak spokojny. Przyjmuję to, co się dzieje – nawet, jeżeli jestem tylko efektem determinizmu. Konsekwencją…. elementem planu natury. Przecież żyję w zgodzie z naturą – jak to drzewo przed moim oknem i ptaki, które na nim siadają i budują gniazda. Jak ptaki, które fruwają nad gliwickimi dachami… Jak słońce, które świeci mi w oczy, kiedy piszę rano…

…..

Jednak już po niedługiej chwili doszedłem do innego wniosku.

Jest jednak jedna mała rzecz, na którą mamy całkowity wpływ.

To tam jest obszar naszej całkowitej wolności i zarazem szczęścia – to nasza wola wyboru życiowego kierunku.

Viktor Frankl,  mówił o ostatniej ludzkiej wolności. Nie jestem jednak przekonany, czy chodziło mu o to samo ?
Nie znam dobrze jego prac (jestem na etapie ich studiowania), ale chodziło mu chyba raczej o wolność wyboru reakcji na bodziec.

Wszyscy ci, których wymieniłem mieli rację. Wiele się od nich uczę. Ja natomiast koncentruję się w swoim życiu na kierunku. Ująłbym to tak:

„Wybór kierunku jest całkowicie mój. Jego realizacja i przebieg są już często poza moją kontrolą, ale sam wybór i sama niezłomna próba podążania nim – są moje.”

Dla mnie jest to właśnie wola podążania w pewnym kierunku. Nie osiągnięcia celów dla celów – ale obranie kierunku. Osiąganie celów jest efektem ubocznym podążania właściwym kierunkiem.
To podążanie może się nawet całkowicie nie udać, ale próbujemy. To właśnie ta próba jest czymś wielkim i tym, o czym mówię.

„Chcę, próbuję i zrobię co w mojej mocy, aby to zrobić. Reszta nie zależy ode mnie, ale to co mogę zrobić – zrobię całym sobą. „. 

Tak bym jeszcze inaczej określił tę myśl.

Być może kiedyś sprawniej ją wyrażę. Na ten moment potrafię to jednak zrobić właśnie najlepiej tak. To samo w sobie jest także jakąś próbą – najlepszą, jaka mi się udała.

To trochę, jak z tą mrówką, o której napisałem kiedyś w opowiadaniu „Mrówka”. Wiedziała, w jakim idzie kierunku. Próbowała, robiła co w jej mocy – idąc w poprzek ulicy tamtego gorącego dnia około 1998r. Na tym gorącym asfalcie niosła coś na sobie i dlatego ciągle ją widziałem. Taką małą mrówkę. Podmuch samochodów rzucał ją to tu, to tam. W każdej chwili któryś z nich mógł ją przejechać…. Ona jednak rzucona w bok – znowu korygowała kurs i szła dalej. W jakiś magiczny punkt. Jak w małe światło, …gdzieś daleko…. które nigdy w niej nie zgasło.

Właśnie w tej chwili zdałem sobie sprawę, że ta mrówka niosła jakiś kawałek liścia – a ja niosę swój marynarski worek. I to mi wystarcza. Czyżby było w tym coś więcej, niż tylko czysty przypadek ?

…

Jak co dzień rano – wyjdę w ulicę z naszej wielkiej bramy i skręcę w lewo. Minę ekspress do kawy w „Żabce” i wyobrażę sobie jej zapach. Zaraz obok – spojrzę przez wielką szybę kawiarni „Karmelek” na olbrzymią fototapetę. To włoski placyk przed kościołem. Spokojny, z łagodnym porannym słońcem. Jest na nim parę stolików. Słońce miło świeci na tym placu. Jest tak pięknie…. Prawie słychać dźwięk filiżanek do espresso, kładzionych na małe talerzyki. A może nawet „Marocchino”. Lubię rano zrobić mocne espresso z włoskiej kafetiery i wziąć w usta łyżeczkę Nutelli. Popić małym łykiem espresso …. i poczuć się znowu jak w miejscach, które kocham. Nie piję kawy po to, żeby się pobudzić. Piję kawę, ponieważ dzięki niej czuję się szczęśliwy. Znajduję w niej chwile szczęścia. Podobne chwile przynosi mi też odrobina wina. W winie jest południowe słońce, życie, radość i zabawa. Cała prosta filozofia, do której można dochodzić latami, a którą zaczyna się rozumieć po odrobinie tego czerwonego napoju, To takie moje małe, proste radości, których szukam na co dzień… Nie kosztują wiele – a dają mi tak dużo.

Tu, w „Karmelku” znajduję smak tego, za czym często tęsknię. To wnętrze, te stoliki, ta fototapeta – jak magiczne przejście z tego świata – w tamten. Tam gdzie kiedyś byliśmy i był to piękny czas.  Wierzę, że jeszcze kiedyś nadejdzie taki czas. Wiem, w jakim kierunku idę.

Potem rzucę jeszcze spojrzenie na prawo. Hotel Diament ma tu swój obiekt. Ten sam Diament, co w Ustroniu. Ma na szybach zdjęcia z Ustronia. Na jednym z nich piękny, słoneczny dzień i basen. W dolinie jest miasteczko….spokojne, ciche, lekko senne jak w niedzielne, słoneczne popołudnie. Taki właśnie jest Ustroń.

I kto by pomyślał – w jednym miejscu mam takie rzeczy. I Włochy i Ustroń. Nie trafiłem tu przypadkiem.

Gliwice 2022.

jmakosz

Link do mojego opowiadania „Mrówka” – tutaj.