Pewnego wieczoru ojciec przyniósł do salonu małe, drewniane szachy. Powiedział z uśmiechem:
– Nauczę cię grać.
Miałem wtedy 6 lat. Poznałem pierwsze posunięcia i dobrze pamiętam tamten wieczór. Nie sądziłem wtedy jeszcze, że szachy odegrają w moim życiu tak ważną rolę. Tak więc graliśmy z ojcem i graliśmy…….
Dużo ćwiczyliśmy. Pokazywał mi różne rozegrania, warianty, debiuty, gambity….. Ćwiczył mnie w grze środkowej i końcówkach. Poznawałam co to jest partia włoska, hiszpańska, rosyjska, obrona sycylijsca i wiele, wiele innych. Poznawałem nazwiska wielkich szachistów. Wśród nich jego ulubieńcy: Tal, Spasski, Smysłow, Karpow, Kasparow. Ojciec kupował mi książki przeznaczone dla młodych adeptów tej gry. Poprzez zabawę chciał mnie tym zainteresować. On sam kupował dużo rosyjskich czasopism i książek, ponieważ to właśnie Związek Radziecki był niekwestionowanym królestwem szachów a tak naprawdę Gruzja, która wtedy jeszcze była częścią tego kraju. Ojciec grał przy każdej sposobności. Miał kolegów – szachistów. Grywał też sam ze sobą w domu, albo w oparciu o swoje książki. Rozwiązywał zagadki szachowe. Grał nawet w wannie. Pamiętam jak nieraz czytał i grał do późna w nocy, zanurzony po szyję w wodzie. W jednej ręce książka, w drugiej magnetyczne, małe szachy. Można je było trzymać w każdej pozycji. No i tak czasami zasypiał. Kiedyś mama znalazła go o może pierwszej nad ranem – z książką pływającą w wodzie i szachami. To było jego ulubiona książka. Na szczęście zszywana, więc można ją było dalej używać dalej – wystarczyło ją wysuszyć suszarką, co zresztą zrobił. Była potem dwa razy grubsza.
Odwiedzali nas jego koledzy, z którymi też często grywałem. Prezentowali dużo lepszy poziom ode mnie, więc wszystko to było pół żartem. Zawsze byli to jednak ludzie bardzo mi życzliwi. Czasem graliśmy u naszego sąsiada, człowieka który kochał szachy. Chodziliśmy więc piętro niżej i graliśmy do późna w nocy, a potem jak już byłem starszy i zbliżały się np. zawody to potrafiliśmy grać do rana. Potem oni zbierali się do pracy na 5:00, żeby zdąrzyć na ostatni zjazd w kopalni, pół kilometra pod ziemię – a wieczorem znowu graliśmy. Ojciec zawsze wspierał mnie w pracy nad sobą. Pamiętam, że chciał żebym zajął się kulturystyką – nie udało mu się. Potem chciał żebym został hokeistą – odwiedził nas nawet zawodnik z klubu sportowego Beldon w Katowicach – jego kolega. Przywiózł eleganckie łyżwy – prawdziwe, zawodnicze. Ojciec zabrał mnie na lodowisko, nauczył jeździć w jeden dzień. I nawet było to całkiem zabawne. Szybko się uczyłem jazdy, ale nie wyobrażałem sobie ćwiczyć w tym klamorstwie na sobie – latem i wiosną, o każdej porze. O nie ! To pewnie rozczarowało tatę, bo hokej to była jego chyba największa pasja.
Ale udało mu się zainteresować mnie szachami. Pewnie dlatego, że w tej grze było coś więcej – była jakaś magia. Była w niej dla mnie jakaś droga intelektualnego i duchowego rozwoju. Czegoś, co przeczuwałem, choć jeszcze nie rozumiałem. Intuicja podpowiadała mi, żebym się tym zajął.
Od samego początku dobrze zrozumiałem to, o czym mówił tata – nie chodziło o wygranie z drugim człowiekiem. Szachy, to spotkanie z nim. Z jego umysłem, z jego charakterem, osobowością, mądrością. Ponadto rozumiałem, że tak naprawdę ojciec uczy mnie siły charakteru – a szachy to jest jedynie droga i nigdy nie chodziło o to że bym zwyciężał, żebym był nastawiony rywalizacyjnie. Taka postawa jest niegodna prawdziwego szachisty. Chodzi o samorozwój i dyscyplinę. Tak mi to tłumaczył.
W swojej historii z szachami w tle widziałem bardzo różnych ludzi. Oczywiście ci, którzy grali dłużej musieli mieć pewne cechy osobowości. Ci ludzie mi imponowali. Natomiast ludzie, którzy mieli z szachami styczność powierzchowną – z reguły nie mieli dostatecznej wypracowanej siły charakteru. Bywały sytuacje, w których tracili kontrolę nad sobą, wstydzili się strasznie przegranej, albo byli źli na przeciwnika. Szachy odsłaniały wszystkie niedostatki. Wiele osób przegrywając w tej intelektualnej potyczce – czuje się jakby ktoś udowadniał im ich niższość – a to wyzwala różne reakcje u słabszych.
Zdarzyło mi się nawet grać z ludźmi, którzy mieli na pieńku z prawem. Otoczony przez całą ekipę – jako młody chłopak grałem z dużo starszym od siebie przeciwnikiem. Ktoś powiedział mu, że ja gram w szachy i że warto tego ze mną spróbować. Jako, że on uważał się za znakomitego gracza – znaleźli mnie, rozłożyli szachownicę i otoczyli nas dookoła.
Rozpoczęliśmy grę. W trakcie partii widziałem wyraźnie, że mój przeciwnik się denerwuje. A koledzy przecież na niego patrzyli. Miałem może z 10 lat. Przegrana z kimś takim musiałaby bardzo boleć – i to przy kolegach. W trakcie gry zacząłem zmieniać strategię. Prowadziłem grę w taki sposób żeby on nie miał nawet świadomości tego, że pozwalam mu rozegrać partię na swoich zasadach. Korzystnie dla niego robiłem to powoli i umiejętnie. Wyciskałem przy tym z niego maksimum jego możliwości. Na koniec, kiedy ostatecznie wygrał ze mną – przeszczęśliwy ściskał mi rękę, potrząsając nią mocno. O mało nie padł mi w ramiona. Koledzy byli z niego dumni – klepali go po plecach. Każdy też podszedł do mnie i gratulował mi dobrej gry.
Tak na marginesie historia niektórych z tych ludzi, którzy wtedy obserwowali nas przy szachownicy potoczyła się bardzo dramatycznie – ale o tym nie będę wspominać.
Lekcja, którą wyniosłem z tamtej partii – to była lekcja dyplomacji. Pozwoliłem mu wyjść z twarzą. Dla mnie była to po prostu kolejna partia i kolejna analiza sytuacji na planszy.
Co sobotę chodziłem do kółka szachowego – w klubie Henryka Jordana w Siemianowicach Śląskich. Tam Pan Zogata prowadził zajęcia dla kilku młodych chłopaków, wśród których byłem i ja. Zakładałem robione na drutach przez babcię kapcie (były bardzo modne w tamtych latach – dawało się je schować nawet do kieszeni) i graliśmy.
Pan Zogata miał taki zwyczaj, że zabierał sobie damę i odkładał na bok. W ten sposób próbował wyrównać siły z nami, jako że dama jest najsilniejszą figurą. Jednak i tak z nami wygrywał. Był dla mnie za silnym przeciwnikiem. Na jednym z zawodów pokonał go mój ojciec, ale ojciec nigdy nie odkładał damy, grając ze mną – chociaż był ode mnie nieporównywalnie lepszym graczem. Nigdy nie pokazywał mi swojej siły i to sobie ceniłem. Wręcz odwrotnie – grał tak, żeby miał cały czas wrażenie, że prawie prawie z nim wygrywam. Czasami dawał mi wygrać – wiem to, ale w większości przypadków przegrywałem w ciężkim boju. Moja głowa parowała z wysiłku.
Graliśmy z ojcem ogromną ilość partii. Godziny, które spędziłem na tej grze idą w tysiące.
Grałem z nim tak dużo, że nauczyłem się wręcz jego sposobu myślenia. Byliśmy w stanie nawzajem przewidzieć to, co zrobimy za chwilę, albo w następnym ruchu, albo w trzech następnych. Znałem jego styl, niekonwencjonalne rozwiązania.
Tata zabierał mnie na zawody szachowe. Klub górniczy organizował co jakiś czas turnieje. Byłem tam pewnego rodzaju maskotką. Dziecko grające ze starszymi mężczyznami. Niemniej jednak zawsze było to święto i chwila podniosła. Od samego początku ojciec uczył mnie pewnej postawy szachisty. Szachista to człowiek opanowany, to człowiek silny psychicznie, kulturalny, szanujący innych ludzi. To ktoś, kto nie uprawia hazardu. Pieniądze i alkohol nie idą w parze z szachami. Takie zasady mi wpajał.
Z czasem spotykałem coraz więcej takich ludzi. Tych, którzy szachy traktowali znacznie poważniej. Przychodziłem do klubu hutniczego HKS, w naszych Siemianowicach Śląskich. Był w budynku starej, przedwojennej pływalni koło wiaduktu, na pierwszym piętrze. Odbywały się spotkania, na które przychodzili w większości starsi mężczyźni. Wchodząc po schodach mijałem zawsze małą figurkę pływaka z brązu. To tutaj właśnie ćwiczyli polscy olimpijczycy w pływaniu, przed olimpiadą w Amsterdamie, w 1928r. To miejsce budziło mój szacunek.
Starsi ode mnie o 30 lat i więcej panowie. Grało się prawie w ciszy, przez wiele godzin i to było niezwykle przyjemne – ta cisza, tykanie szachowych zegarów, słońce wpadające do środka i oświetlające szachownice, ustawione jedna obok drugiej. Pamiętam to jak wczoraj. Widok tych mężczyzn, którzy się nawzajem szanują i respektują, to dla mnie obraz prawdziwego szachisty. Nie wiem, co w tym było ale oni bardzo lubili chodzić w koszulkach polo i w garniturach, albo co najmniej samych marynarkach – trochę już przygniecionych, bo chodzili w nich za często. Ciągle skupieni na czymś, małomówni ale nieprzeciętnie inteligentni.
Pamiętam jak wiele razy dzieli się jakimiś spostrzeżeniami na temat rozgrywek albo śmiali się z tego ile czasu komuś zajęło rozwiązanie zagadki szachowej, bo w czasopismach dla miłośników tej gry zawsze było takich zagadek dużo. Mat w dwóch posunięciach, trzech posunięciach, w czterech posunięciach. Czasami były to bardzo wymyślne zagadki, które rozśmieszały swoją konstrukcją.
Cieszę się, że miałem okazję spotkać takich ludzi.
Grałem też w turniejach międzyszkolnych. Najfajniej wspominam te zespołowe. Sławek, Olek, Kasia i ja. Zawsze w zespole była dziewczyna. Kasia imponowała mi zawsze swoim spokojem i inteligencją. Mieliśmy zespół …o tak. Do końca nigdy nie wiedzieliśmy jedynie, czy Sławek zdąży na czas. Ze wszystkich ludzi, których znam – jedynie Sławek mógł spóźnić się na coś jeszcze bardziej niż ja. Między innymi za to tak go lubiłem. Obaj czas mieliśmy dokładnie gdzieś.
Rodziców oczywiście cieszyły niewielkie sukcesy na miejskim szczeblu. Czasami zdarzało się, że wyjeżdżałem z młodzieżą do innego miasta, ale o tym nie będę już opowiadać. Opowiem natomiast o czymś, co bardzo zmieniło moje podejście nie tylko do szachów ale o wiele, wiele bardziej do innych rzeczy.
Była to jedna z tych nocy, w które graliśmy u naszego sąsiada poniżej. Było kilku kolegów ojca. Sąsiad wyjął swoje olimpijskie szachy. Duże, turniejowe, drewniane figury trzymał zawsze w woreczku. Do dzisiaj pamiętam dźwięk wysypywanych z niego figur. Na prawdziwej, dużej, olimpijskiej planszy rozgrywaliśmy partie. Mieliśmy dwa takie zestawy. Ojciec chciał mnie wtedy przygotować do jakiś zawodów, które były za parę dni. Było już bardzo późno. Może druga nad ranem. Grałem z jednym z kolegów taty.
W którymś momencie gry uzyskałem niespodziewanie bardzo silną pozycję. Mój przeciwnik zastygł, mocno się zastanowił. Pozostali skończyli w międzyczasie swoją grę i przyglądali się temu co się dzieje. Uśmiechali się i kiwali głowami do siebie. Nie było wątpliwości – moja pozycja była zwycięska. Ja sam nie miałem już co do tego wątpliwości, ale zgodnie z tym czego uczył mnie ojciec – nigdy nie okazywałem lekceważenia, ani zadowolenia. Z miną pokerzysty patrzyłem w dół na szachownicę. Opierając łokcie o stół, dłońmi przysłaniałem sobie jednak usta, żeby zasłonić delikatny uśmiech, który mimowolnie cały czas mi się wymykał. Nie podnosiłem wzroku na swojego zawodnika. Siedział nieruchomo. Słyszałem jego powolny, głęboki oddech. W którymś momencie ktoś z mężczyzn powiedział do niego:
– I co Andrzyj, unfall ? (i co Andrzej, wypadek)
Siedzieliśmy tak….cisza. Minęło pierwsze pół godziny. Mój przeciwnik przeprosił, wstał i wyszedł na balkon. To było lato. Ciepła noc. Poszedł zapalić. W pokoju, w którym byliśmy mógł palić spokojnie – bo palili wszyscy. Na popielniczce było tyle papierosów, że w trakcie gry nikt już nie pamiętał czyj był czyj a sam pokój tonął we mgle. Wrócił……… Siedzieliśmy kolejne może 20 minut. Znowu zrobił przerwę na papierosa. Siedzieliśmy kolejne pół godziny. Tamten mężczyzna rozumiał piękno szachów. Rozumiał, że przegrana nie oznacza pokonania człowieka. Trzeba przede wszystkim umieć przegrać. To po sposobie w jaki przegrywasz poznać to – jakim jesteś zawodnikiem, …….jakim jesteś człowiekiem. On to niewątpliwie wiedział. Po raz kolejny wyszedł na balkon, na papierosa. Patrzyłem na niego i starałem się odgadnąć o czym myśli. Patrzył przed siebie – w noc. Wiedziałem to, co wiedzieli wszyscy obecni w tamtym pokoju……., że teraz wróci i poda mi rękę. Patrząc mi w oczy, z uśmiechem – jak wszyscy szachiści z którymi grał mój ojciec mieli w zwyczaju powie:
– Winszuja…(gratuluję)
Wrócił. Usiadł i wykonał spokojnie ruch.
To był szok……….
Co on zrobił ? Byłem całkowicie zdezorientowany. Tego rozwiązania nigdy bym się nie spodziewał. Ono nie istniało, to niemożliwe……a jednak.
Zaczęło docierać do mnie, w którym kierunku chce iść mój przeciwnik. Decyduje się iść na ogromne straty, niemniej jednak rozwiązanie, które wybrał pozwala mu wyjść z tej sytuacji. To wyjście nie istniało, ale w momencie zrozumiałem że mój przeciwnik właśnie wymyka mi się z rąk. Wszyscy znowu kiwali głowami. Jak on to zrobił ?
Przez cały ten czas, kiedy odchodził – miał z pewnością przed sobą obraz szachownicy.
Mój tata rozgrywał ze mną partie w pamięci. Wyobrażaliśmy sobie układ szachownicy i mówiliśmy nawzajem np. Laufer G8-E6. Wieża B7-B6. Uwielbiał takie zabawy. Tamten człowiek jednak prawie nie patrzył na planszę. Myślę, że po prostu za bardzo sobie zluzował grę ze mną na początku, ale potem sytuacja zaczęła go zastanawiać, zwłaszcza że wszyscy już mnie klepali po plecach. To go zmobilizowało i postanowił ze mną wygrać.
Nie było w tym z pewnością zażenowania, że przegra z dzieckiem, ale w pewnym momencie wyzwaniem stało się dla niego to, że wszyscy uważali, że z tej sytuacji nie ma wyjścia. A on zamierzał je znaleźć – tak po prostu, ale nie żeby mnie pokonać. Bo tacy są właśnie prawdziwi szachiści. I nie chodzi o wyniki, nie chodzi o zwycięstwo, nie chodzi o pokonanie drugiego człowieka. Tu chodzi o rozwój własnych umiejętności.
Zapamiętałem tamtą, może trochę bolesną dla mnie lekcję, że z każdej sytuacji można znaleźć rozwiązanie jest to tylko kwestią dostatecznie długiego myślenia. Nigdy nie powiedziałbym „nie da się”. Nie lubię też, kiedy ktoś tak mówi. Wiele lat później spotkałem koreańczyków – oni pytali wtedy kogoś, kto tak twierdził „A czy próbowałeś chociaż ?”. W tym jednym doskonale ich rozumiałem.
Tu zakończę swoją opowieść o szachach. To była najlepsza lekcja jaką otrzymałem z tych wszystkich lat gry. Co ciekawe i ja cieszyłem się z tego, że on ostatecznie ze mną wygrał. Szczerze mu tego gratulowałem. Popatrzył wtedy na mnie i uśmiechnął się zagadkowo. Wiedział, że zrozumiałem już o co w tym wszystkim chodzi.
A tak w ogóle, to zapamiętałem też wiele cichych popołudni, gdy z ojcem graliśmy w salonie. Mama sprzątała mieszkanie, piekła w soboty ciasto. Czułem jego zapach. Siedzieliśmy w cichym tykaniu szachowego zegara i graliśmy….graliśmy.
Kiedy miałem 17 lat przestałem grać w szachy. To stało się tak po prostu – z dnia na dzień. Doszedłem do wniosku, że już wystarczy. Nie uważałem siebie za dość dobrego zawodnika.
Zdarzało mi się jeszcze sporadycznie grywać z kolegą, który przyjeżdżał z wojska na przepustkę. Z tym Sławkiem, z którym graliśmy kiedyś w jednej drużynie. Był jakoś niesamowicie silny wtedy. Ogrywał mnie raz za razem a ja mu tylko mogłem gratulować.
Poza tym, to zajmowało ogromne ilości czasu a ja chciałem robić coś innego. Ojciec może czuł się trochę zawiedziony, ale nigdy mi tego nie powiedział. On zresztą grał dalej. Szachiści mają to do siebie, że grają w szachy. Ja jedynie się w to bawiłem, ale ta gra nauczyła mnie bardzo wiele, zwłaszcza rzeczy pozaszachowych.
Po wielu latach, kiedy nasz syn Artur miał może jakieś 9 lat – przyniósł mi mały przedmiot. Drewniane szachy, ze sklepu „Wszystkko za 2 zł”. Uwielbiał robić takie żartobliwie tanie zakupy. Bardzo go to rozśmieszało.
– Patrz tato – szachy za 2zł. Nauczysz mnie grać ? – dodał.
Śmiał się przy tym szeroko.
– Historia toczy koło – pomyślałem.
Teraz czasem zagram z synem. Jest to forma spędzenia razem czasu. Posiedzenia obok siebie. Pomilczenia wspólnie, przy jednym stole.
Kto wie, może kiedyś zagram jeszcze z ojcem. Na jego ogródku działkowym jest taki fajny tarasik. Nad nimi pną się dziko winorośla, z których robi wino. Słońce przebłyskuje przez listki. Moglibyśmy pić kawę i pograć. A może tak….. z czystej ludzkiej przyzwoitości – powinienem kiedyś kupić bilet na last minute do Gruzji – ojczyzny szachistów ? Tam gra się wszędzie – w parkach, kawiarniach, herbaciarniach. A może to ojcu powinienem kupić bilet ? Niech leci. W końcu to będzie w podzięce za to, że poznałem kiedyś tą piękną grę….
Jarek
Dziadek i tata..grający w szachy (lata 70-te).

Z każdej sytuacji można znaleźć wyjście, jeżeli dostatecznie długo się nad nią myśli….


