Mamy od wczoraj mocne słońce i to sprawia, że przypominają mi się różne historie, ze słońcem w tle…. Oto jedna z nich – krótka i całkiem prosta….
Miałem wtedy 19 lat. Poczułem, że chcę zrobić coś – co ma sens. I zrobiłem. Mam 20-letniego syna, ale całkiem niedawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że kiedyś miałem i córkę – przez całe 3 tygodnie.
Miałem dawno temu kolegę Andrzeja, ciekawą postać. Pełnego duchowości i poszukiwań. Osobę o wysokiej kulturze osobistej i szacunku dla drugiego. Nie znałem jego historii, ale z pewnością była w nim jakaś tajemnica. Był bardzo wyciszonym człowiekiem, łagodnym – ale też jakby w jakiś sposób zranionym. W jego mieszkaniu, w Bytomiu, gdzie go czasem odwiedzałem – wszystko było takie inne. Bardzo stare meble, wszędzie dużo książek, ale zawsze poukładanych równo. Jakieś stare obrazy na ścianach. W środku tego wszystkiego, we flanelowej koszuli (w takich się wtedy chodziło) siedział on i ni stąd, ni zowąd grał na gitarze – Pink Floyd, Cohena, Stare Dobre Małżeństwo. Czytał Stachurę i potrafił o tym wszystkim pięknie opowiadać. Działał w grupie, która pomagała ludziom potrzebującym. Zainteresowało mnie to. Spotkałem człowieka, który nie tylko pięknie mówił, ale to robił.
Chciał się rozwijać duchowo – ja też. Byliśmy równolatkami, ale czułem, że mogę się od niego wiele nauczyć. Na drodze duchowości doszedł dalej ode mnie – tak to odczuwałem.
Andrzej był katolikiem, jednak szukał także innych inspiracji. Miał otwarty umysł. Czytał dużo Mahatma Gandhi’ego – czasem go cytował. U niego też po raz drugi usłyszałem nazwisko Anthony De Mello. Człowieka, który miał mieć duży wpływ na mój rozwój. To był hinduski duchowny, myśliciel. Człowiek, którego sposób myślenia zmienił potem mój. Pozostawił po sobie prace, które mnie inspirowały i skłaniały do weryfikacji własnych postaw.
W miarę rozwoju swojej świadomości byłem coraz bardziej przekonany, że religie bardziej skłócają ludzi niż jednoczą. Doszedłem też do wniosku, że nie ma dobrych religii – choć w każdej z największych można znaleźć coś dobrego. Musiałbym stwierdzić, że jedyną dobrą religią jest po prostu Dobro. Bez ceremonii, kapłanów, bez tradycji, bez piekła i nieba. Bez obietnicy życia wiecznego, co jak myślę jest podstawą wiary większości ludzi. Taki handel wymienny z Bogiem, w którego wierzą. Ja będę dobry a ty w zamian dasz mi nieśmiertelność. Czy byliby dobrzy, gdyby w zamian nie było obietnicy niczego ? Kiedy to zrozumiałem – bardzo się zasmuciłem. No, ale moja prosta wiara w dobro to nie religia. To po prostu podstawowa wartość, w jaką się wierzy …… i tyle. I tu poszedłem swoją drogą – inną niż Andrzej i inną niż De Mello i inną niż wiele innych osób. Drogą prostą i zwyczajną…..swoją.
Ale nie o tym chciałem pisać. Tak więc siedzieliśmy w jego mieszkaniu i rozmawialiśmy, pijąc herbaty które zaparzał. Jego spokój wewnętrzny i coś w rodzaju naturalnej równowagi były tym, co budziło mój szacunek. Całe to stare mieszkanie na Wallisa w Bytomiu, ze swoim półmrokiem, mimo lata i światłem wpadającym dyskretnie do środka – było jak z dalekich Indii, albo Chin. Cisza, która tam panowała, dodatkowo powodowała, że prawie natychmiast każdy kto tam wchodził – też się wyciszał. Te mieszkania budowali jeszcze Niemcy. Takich budynków w tym mieście jest całe mnóstwo.
Czułem, że Andrzej rozumie coś, czego ja jeszcze szukam.
I tak pewnego dnia zadzwonił do mnie i zapytał czy jestem gotów pojechać gdzieś na 3 tygodnie – popracować z dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną.
– Pewnie – odpowiedziałem krótko.
– Mówiłeś, że jesteś odważny – czułem jak się śmieje do słuchawki.
– Jestem
– Pojutrze jedziemy – rzucił na pożegnanie. – spakuj się……..
Pamiętam, jak prawie chwilę później wsiadałem już do autobusu. Przy wejściu stał Andrzej, ze swoją kulą Rudych włosów na głowie. Jak murzyn – tyle, że rudy. W Irlandii pewnie wyglądałby zupełnie normalnie. W Polsce był egzotyczny.
Powiedział krótko:
– To jest Adaś, twój podopieczny.
Spojrzałem na chłopaka, siedzącego na fotelu. On też mi się przyglądał. Miał kruczoczarne włosy i przenikliwe spojrzenie. Szczupłą twarz. Wątłe, szczupłe ciało. Ręce i nogi miał mocno skrzyżowane, wykrzywione nadgarstki, wykrzywione usta. Potem dowiedziałem się, że tak wyglądają osoby z porażeniem mózgowym. Czułem, że chce mi coś powiedzieć, ale wydobywał z siebie tylko ciche jęki. Nic nie rozumiałem, ale byłem pełen woli zrozumienia. Patrzyliśmy tak na siebie jeszcze przez chwilę. Nagle autobus szarpnął i wpadłem w fotel. W tym momencie objął mnie za szyję i przycisnął do siebie. Byłem totalnie zaskoczony sytuacją.
Andrzej, który jak się okazało ukradkiem przyglądał się wszystkiemu – zawołał z dalszego rzędu.
– Adaś cię zaakceptował. Spoko. On zna się na ludziach. – uśmiechał się przy tym od ucha do ucha, w swoim niepowtarzalnym stylu.
Nie podejrzewałem nawet, że właśnie rozpoczyna się jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia. Przygód, dzięki którym zrozumiałem, co to znaczy człowieczeństwo.
Dojechaliśmy do Brynicy, małej wsi niedaleko Opola. Przez całe 3 tygodnie miała być piękna słoneczna pogoda i upały. Miejscem, w którym mieliśmy spędzić ten czas był wielki klasztor. Cały pusty. Wokół pastwiska, małe domki, gdzieś tam dalej kościół. Przed budynkiem mieliśmy dużo zieleni i niewielki sad.
Adaś jeździł na wózku inwalidzkim, więc przydzielili nam zakrystię małej klasztornej kapliczki, jaka istniała w budynku – żeby nie wnosić tego wózka. Była zalana słońcem w środku i od razu mi się tam spodobało.
Całą tą imprezę wymyślił pewien Leonard – kolejny człowiek tajemnica. Pamiętam, że palił jednego papierosa za drugim i lubił cytować kanadyjskiego myśliciela, piszącego po francusku – Jean’a Vanier. Czytał nam fragmenty jego książek wieczorem.
Byliśmy tam zbieraniną bardzo różnych ludzi. Ktoś tam był wcześniej mnichem albo siostrą zakonną, ktoś tam działał w organizacji charytatywnej, ktoś tam studiował medycynę, ktoś teologię, ktoś fizykę, a jeszcze inny matematykę. W tym wszystkim byłem też ja – człowiek ciekawy wszystkiego.. nie byłem specjalnie religijny, choć pochodziłem z bardzo religijnej rodziny. Nie szukałem religijności. Szukałem ludzi….
Wszystkich nas łączyło jedno. Chcieliśmy zrobić coś dobrego dla tych dzieci i młodzieży. Leonard pozbierał ich z najbiedniejszych dzielnic z okolicy Zabrza, Gliwic i Rudy Śląskiej. Wszystkich tych, których nie było by nigdy stać na wyjazd. Były z nami dzieci upośledzone umysłowo i mocno niepełnosprawne ruchowo. Były dzieci z pijackich rodzin i z trudnymi doświadczeniami. Wielki mix ludzkich historii.
Dziwne było to, że od kiedy znalazłem się wśród nich – tych, których odrzucało społeczeństwo – poczułem, że jestem wśród swoich. Wśród ludzi, którzy nie silą się na to żeby coś osiągać, żeby imponować – bo społeczeństwo i tak ich dawno skasowało. Wydawałoby się, że wszystko stracili przez swoją ułomność, chorobę i ograniczenia. A to nieprawda, bo to właśnie w nich było to, co w człowieku jest najpiękniejsze – szczerość, prostota serca i dobro, którego doznawałem na każdym kroku. Starsi niepełnosprawni mieli w sobie wrażliwość i piękno dzieci. Ich naiwną wiarę w człowieka – mimo wszystko. Wiele by o tym pisać…..
Nasza grupa była bardzo liczna (około 120 osób). Tak więc pierwszego dnia poznałem pobieżnie tylko niektórych i dopiero następnego zaczęliśmy realizować jakieś plany co do pobytu.
Pamiętam, że naprawiałem jakiś wózek inwalidzki, kiedy zauważyłem że ktoś mnie obserwuje.
Obróciłem się lekko. Niedaleko mnie stała mała dziewczynka. Może ośmio-dziewięcioletnia. Uśmiechała się i składała razem dłonie wyginając się trochę w bok. Była wyraźnie podekscytowana.
– Co robisz ? -zapytała.
Pokazałem jej dłonie brudne ze smaru.
– Staram się to naprawić – odpowiedziałem.
– Znasz się na tym ?
– Nie wiem, może ? Właśnie próbuję się tego dowiedzieć – odpowiedziałem.
– Skąd jesteś ? – pytała dalej
– Z Siemianowic Śląskich
– A ja z Zabrza. Nazywam się Teresa. Na razie – powiedziała, machają przy tym ręką.
Pobiegła gdzieś, a ja dalej robiłem swoje.
Mieliśmy bardzo zajęty czas a chłopaków nie było aż tak wielu, więc było dużo pracy fizycznej. W ciągu dnia mniej się myślało a więcej pracowało. W nocy odwrotnie.
Tego samego jednak dnia, pod wieczór ta mała znalazła mnie znowu podczas kolacji. Siedziałem na zewnątrz, na ławce i jadłem jakieś skromne danie. Dziewczynka o krótkich blond włosach i niebieskich oczach podeszła bliżej i usiadła obok mnie. Przyglądała mi się uważnie, lekko się uśmiechając. Rano nie miała tyle odwagi żeby podejść. Zaczęła się lekko kołysać w przód i w tył na tej ławce. Wyraźnie czułem, że chce coś powiedzieć, ale jakoś nie umiała tego z siebie wydobyć.
– Jadłaś już ? – zapytałem.
Pokiwała głową, kołysząc się dalej.i chowając szyję w ramionach. Coś kombinowała i zamiatała nogami ziemię pod ławką. Widziałem to wyraźnie.
– Zostaniesz moim tatą ? – powiedziała w końcu.
Aż mi się oczy szerzej otwarły.
– Jak to, ……tatą !!? – odparłem zdumiony.
Wystraszyła mnie tym nieoczekiwanym pytaniem. Nie wiedziałem do czego to wszystko prowadzi. Pojawia się jakieś dziecko i zadaje takie pytanie tak po prostu i bezpośrednio. Szok……. Nie wiedziałem, co zrobić a ona patrzyła na mnie uważnie, nie spuszczając ze mnie teraz wzroku. Jak z tego zręcznie wybrnąć ? – myślałem. Nie chciałem jej skrzywdzić swoją odpowiedzią. Szybko wymyśliłem więc odpowiedź-pytanie, żeby zyskać na czasie, choć trochę.
– Chcesz żebym był twoim tatą ? Jak to ?
– No tak – powiedziała – tylko w czasie tego obozu. Mógłbyś być moim tatą. Zgodzisz się ? – Wpatrywała się we mnie dalej, oczekując reakcji. Widziałem na jej buzi wyraźne napięcie. Niebieskie, lekko smutne oczy czekały na odpowiedź.
– I co miałbym robić ? zapytałem.
– Nic nie musisz robić. Będę mogła nazywać cię tatą i czasem zabierzesz mnie na spacer z innymi, albo posiedzisz ze mną, albo mi coś poopowiadasz.
Milczałem. Dalej jakoś nie mogłem sobie tego wszystkiego poukładać. Taki strzał – wprost między oczy.
– To jak, będziesz ? – powtórzyła raz jeszcze, zniecierpliwiona i rozżalona bo za długo się zastanawiałem.
Wyobrażała sobie pewnie, że entuzjastycznie powiem – Tak, oczywiście… Super !
Czułem, że od początku tej całej imprezy wchodzę w jakieś grube tematy i nie umiałem się z tym jeszcze oswoić. Jeden temat gonił drugi – a na żaden nie byłem gotowy. Wczoraj byłem jeszcze gdzie indziej, aż tu nagle zupełnie inny świat.
– Jak się tu znalazłaś ?- zapytałem, ciągle oddalając odpowiedź.
– Jestem z domu dziecka. Jest nas tu więcej, ale jesteśmy zdrowi. Ja mam mamę i tatę. Tata jest daleko a mama za nim tęskni.
Tak oto krótko przedstawiła mi swoją prostą historię.
– Teraz rozumiem. Czyli byłbym takim twoim tatą tymczasowym ?
I co, będę 19 letnim tatą ośmioletniej dziewczynki ? – pomyślałem. I zupełnie nie wiem czego ona może oczekiwać. Jak ja się mam zachować ? Potem obóz się skończy i to dziecko będzie zrozpaczone. Już jej chciałem to wszystko wytłumaczyć, ale widząc jej wyraz twarzy powiedziałem.
– Będę.
Podskoczyła z radości i podekscytowania. Położyła swoją małą rączkę na mojej a potem nakryła drugą. Uśmiechnęła się od ucha do ucha a potem nagle zerwała się i poleciała gdzieś, podskakując po drodze.
Może dobrze, bo nie miałem pomysłu na to – co zrobić dalej.
– Uff – pomyślałem – a to ci przeżycie.
***
Na obozie mieliśmy co chwilę coś do zrobienia, więc nie było za dużo czasu na zastanawianie się nad wszystkim. I dobrze. Dopiero późnym wieczorem rozmawiałem z jednym z chłopaków, który wiedział więcej na temat tego co się tam dzieje. Był z Zabrza i podobno przyjechał z tą grupą, z domu dziecka.
– Znasz Tereskę, taką małą, szczuplutką blondynkę ?
– Znam – odpowiedział – Ona ma rodziców. Matka odwiedza ją bardzo rzadko. Pije. Ojca nie widuje wcale. Nie wiem, co z nim. Historia, jakich wiele. To tyle – a co ?
– Nic – odparłem – opowiadała mi o swojej rodzinie.
– Ona ma skłonności do fantazjowania. Nie wierz we wszystko, co mówi. To dobre dziecko. Jest bardzo uczynna i energiczna. Wszędzie jej pełno.
– Zauważyłem
Tego samego wieczoru wjeżdżaliśmy z Adasiem wózkiem na zakrystię a w korytarzu stała już Tereska.
– Dobranoc tatusiu ! – powiedziała głośno i dumnie, machając mi ręką.
Uśmiechnięta obróciła się i w podskokach szybko wybiegła z korytarza.
***
Adaś był dobrym kompanem. Okazało się, że mówi, tylko bardzo rzadko, wolno i z dużym trudem. Obaj mieliśmy po 19 lat. W miarę jednak upływu czasu zdobywał się na coraz więcej. Wystarczyło, że byłem cierpliwym słuchaczem.
Na zakrystię wpadało zwykle parę osób z gitarami, w tym Andrzej. No i było świetnie. Noc, ich poezje i to, że wszystko traktowali tak serio, jakby mieli w pełni świadomość tego, że każde spotkanie drugiego człowieka tak wiele znaczy. To było piękne. Do tamtego momentu nie znałem takich ludzi. Cieszyłem się ich obecnością. Każdy był tak inny i każdy fascynujący.
Kolejnego dnia miałem się przekonać jakie to pomysły siedzą w głowie takiej małej dziewczynki o imieniu Teresa. Jeszcze przed obiadem robiłem coś ważnego, mocno tym zajęty a oto przychodzi Tereska z jakąś towarzyszką, którą przyprowadza za rękę. Potem ją zostawia i szybko ucieka.
– Obok stała jakaś dziewczyna. Wreszcie niemniej zawstydzona ode mnie – mówi:
– Przyprowadziła mnie do ciebie i mówi że jesteś jej tatą.
Uśmiechamy się oboje.
– Wakacyjnym tatą – mówię – I co w związku z tym ?
– Nie wiem, ale ona chyba szuka ci partnerki.
– Ale jaja – rzuciłem, podenerwowany tym trochę. – to dlatego tak uciekała.
Przedstawiliśmy się sobie i porozmawialiśmy chwilę.
Tereska jednak nie odpuszczała przez następne dni i prawie codziennie przyprowadzała mi jakieś dziewczyny, potencjalne partnerki na moje życie.
– Musisz mieć kobietę – mówiła – bo inaczej będziesz smutny. Moja mama jest smutna bez mojego taty.
Wielokrotnie powtarzała jakiś wierszyk, którego niestety nie zapamiętałem. Jedynie samą końcówkę – „ …..bo bez tatusia smutna mamusia „.
W ciągu dnia, jak tylko była okazja – pytała opiekuna swojej grupy czy może iść ze mną na spacer. Szliśmy przez wieś, wraz z innymi dziećmi. Z radością do nas dołączała. Jak tylko się dało – próbowała zwracać moją uwagę.
A to na przykład wchodząc na drzewo i i wołając:
– Tatusiu, tatusiu. Zobacz co potrafię !
Innym razem stając na rękach przy ścianie.
Zbierała dla mnie kwiatki, albo przynosiła mi owoce, których narwała komuś z ogródka. Kiedy przychodziłem na posiłki – ona już podawała mi talerz pełen różnych rzeczy. Wpychała się do kolejki, żeby jak najszybciej to dla mnie załatwić.
-Dzieci z domu dziecka tak mają – powiedział kolega, który siedział kiedyś obok. – muszą dbać o siebie same, ale o ciebie widzę już ktoś zadbał – uśmiechnął się.
Gdzieś trzeciego, czwartego dnia Tereska nabrała większej śmiałości. Do tamtego momentu podawała mi czasami rękę, jak gdzieś dobiegała – kiedy szliśmy na spacer z grupą. Tak więc, gdzieś czwartego dnia ….bez słowa wdrapała mi się na kolana i przytuliła do mnie. Zaskoczyło mnie to bardzo, ale nieśmiało i ja ją objąłem, przytulając do siebie. Siedzieliśmy tak w ciszy. Nie mówiłem nic, ale czułem że temu dziecku jest to potrzebne. Natychmiast też pojawiła się w mojej głowie myśl, że przecież ja nie jestem jej ojcem i ona będzie bardzo cierpieć kiedy ta cała impreza się skończy. To mnie martwiło z pewnością …..bardzo.
Jakoś akurat w tamtym momencie nie było osób, które mogły to zauważyć. Może właśnie taki moment wyczekała Tereska. Potem ześlizgnęła się powoli na stopy, uśmiechnęła się raz jeszcze i poleciała.
Myślę, że powiedziała o tym swojej najlepszej koleżance bo już następnego dnia miałem dwie amatorki do siedzenia na moich kolanach. Drugą dziewczynką była mała cyganka. Miała na imię Inez. Bardzo to było dziwne, bo nie sądziłem że cygańskie dzieci też są w domach dziecka. Nie słyszałem o takich historiach. Ale, co ja wiedziałem? Tak więc od następnego dnia miałem dwie małe towarzyszki, ale tatą byłem tylko Tereski. Tak to sobie wymyśliła a Inez respektowała te niepisane ustalenia. Obie pojawiały się znienacka i niezapowiedzianie znikały. Ja przez cały ten czas byłem zainteresowany poznawaniem znacznie starszych towarzyszek….
Kiedyś Inez siedząc mi na kolanach wzięła moją rękę i powiedziała:
– Daj, powróżę Ci. Jestem przecież Cyganką.
Palcami przebiegała po moich liniach dłoni. Wreszcie powiedziała:
– Widzę, że w twoim życiu będziesz mieć bardzo dużo koleżanek i bardzo mało kolegów…
Tylko tyle powiedziała – i nic więcej.
Zastanowił mnie sposób, w jaki to powiedziała. Odwróciła się i popatrzyła na mnie ciemnymi, piwnymi oczyma. Było w tym spojrzeniu coś niezwykle dojrzałego.
Nie wiem, na ile to sobie wymyśliła a na ile to był efekt po prostu uważnej obserwacji. Podejrzewam to drugie, bo wokół było rzeczywiście wiele dziewczyn, z którymi spędzałem sporo czasu. Uczyłem się ich zupełnie innego sposobu patrzenia na świat – kobiecego.
Rozmawialiśmy z dziewczynami na różne tematy, aż kiedyś z jedną z nich zacząłem rozmowę o Teresce.
– Słuchaj, nie chcę zrobić krzywdy temu dziecku – bo to przecież za niedługo się skończy. To tylko 3 tygodnie. Jak mam postępować ? – zapytałem.
– Po prostu bądź, ale też niczego nigdy nie obiecuj. Słuchaj jej uważnie, staraj się zrozumieć, zauważ w niej wartościowe rzeczy. To wszystko. Więcej nie trzeba. I nie przejmuj się tym. Ktoś tam na górze wie lepiej co robi.
I tak mijał czas. W dzień dawaliśmy z siebie wszystko. Jeździliśmy na wycieczki. Przy tej okazji wnosiliśmy na rękach dzieci i młodzież do autobusu. Pamiętam moment, kiedy wnosiłem dziewczyny po 17, 18 a nawet dwadzieścia parę lat. Pamiętam ten moment, kiedy chwytały mnie za szyję i w takim bliskim objęciu szedłem z nimi na rękach. To były chwile nieoczekiwanej intymności dla obojgu. Robiłem to wiele razy. Nanosiłem się na rękach za wszystkie czasy.
Po tych dniach upału nocami byliśmy zbyt rozentuzjazmowani żeby spać. Nie da się zapomnieć tych wieczorów przy ognisku, tych rozmów. Byliśmy wszyscy młodzi, szczerzy i autentyczni. To gdzieś tam właśnie, w tym okresie życia kształtuje się w nas to jaką drogą chcemy iść. Dla mnie ten czas w Brynicy był bardzo ważny – bo po raz pierwszy wiedziałem, że robię coś, co naprawdę ma sens. A tym sensem było dla mnie dawanie siebie innym.
Wieczorami śpiewaliśmy czasami z pewnym Jurkiem z Bytomia. Dużo starszym ode mnie bo i takie osoby tam się zdarzały. Był niepełnosprawny – tak ruchowo jak i trochę intelektualnie. Opiekowali się nim w domu jego rodzice, dwaj staruszkowie. Żył na co dzień w zupełnie innym świecie a ten wyjazd był dla niego jak błogosławieństwo. Tak więc siedzieliśmy z Jurkiem na parapecie i pod zachód słońca śpiewaliśmy na przykład jakieś powstańcze, śląskie piosenki typu – „Już zachodzi czerwone słoneczko” albo „Od Bytomskich Strzelców chłopcy nadciągają….”. Był bardzo muzykalny i uwielbiał śpiewać. A mnie to pasowało niezmiernie.
Adaś, mój podopieczny choć niewiele mówił – bardzo dużo wyrażał swoim spojrzeniem, swoimi ruchami. Wszystkie reakcje tych niepełnosprawnych ludzi były bardzo bezpośrednie. Tu nikt nic nie kombinował, nikt nic nie miał do stracenia. Czuło się natomiast bezdyskusyjnie, że ci wszyscy chorzy i niepełnosprawni, odrzuceni przez los – mają w sobie pewien dar, którego my zdrowi możemy jedynie ledwie dotknąć. Tego się od nich w pokorze uczyłem. Nie było lepszych i gorszych – wszyscy byliśmy równi.
***
No i minęły te 3 tygodnie.
W dnu wyjazdu – dzieci od rana były smutniejsze, cichsze ale jednocześnie czuło się że są szczęśliwe i spełnione. Naładowały się dobrą energią, słońcem i powietrzem, a nade wszystko innymi ludźmi i dobrocią….
Dzieci z domu dziecka w Zabrzu też wsiadały do autobusu. Tereska ociągała się jak mogła. Wreszcie ten mały trzpiot, z krótkimi blond włosami, obciętymi tak jakby ktoś ciął je z zamkniętymi oczami nie zważając na to jak to wyjdzie – ten trzpiot podszedł do mnie i ostatni raz objął mnie za szyję.
– Do widzenia…. Tatusiu – powiedziała – dziękuję ci.
Przycisnęła mnie mocno do siebie, a potem znienacka puściła i poleciała do autobusu.
Kiedy ruszył – zobaczyłem ją jeszcze za tylną szybą. Machała mi i machała……. Była uśmiechnięta i szczęśliwa.
Autobus jeszcze jechał jakiś czas prosto, a potem zniknął za zakrętem w tumanie sierpniowego kurzu.
Niepotrzebnie się martwiłem – pomyślałem – wyszło to dużo lepiej niż mogłem przypuszczać. Robiłem tyle innych rzeczy a jej wymyślonym tatą byłem zupełnie przy okazji. To ona mnie zawsze znajdywała i znikała według własnych zasad. Była bardzo mądrą dziewczynką. Nie narzucała mi się wcale. Nie chciała wiele – tylko tego, żeby ją zauważyć. Chciała się przytulić, posiedzieć na kolanach. Nie oczekiwał ode mnie niczego.
Kiedy tak myślę o tym wszystkim dziś po latach, to zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo wiele dzieci nie dostaje od swoich rodziców tego, czego potrzebują. Bardzo wiele dziewczynek na przykład, nie widzi w oczach swoich ojców przyszłych wartościowych kobiet, którymi się staną. Szukają w nich wsparcia i nie znajdują. Czy we wszystkich pozornie zdrowych i normalnych domach są ojcowie, którzy biorą swoje córki na kolana i przytulają je ?
Czy są ojcowie, którzy biorą małych synków na kolana i dają im wiarę w siebie, bo przecież oni potrzebują tego w pewnym wieku nie mniej niż dziewczynki. Od chłopców zawsze wymaga się wiele, zwłaszcza by byli twardzi, ale czy będą twardzi i gotowi bronić słabszych, jeżeli sami nie dostaną miłości ?
Zrozumiałem też, o jakiej odwadze mówił Andrzej – kiedy dzwonił do mnie.
Prawdziwa odwaga, to być z osobą niepełnosprawną. Być, kiedy społeczeństwo cię obserwuje i często odrzuca. Opiekować się niepełnosprawnym dzieckiem. Otaczać opieką słabszych. To jest prawdziwa odwaga a nie jakieś tam skoki ze spadochronem, czy inne pierdoły. To jest jedynie brawura a nie odwaga.
Nie pytam już więcej, czy miało to wszystko sens na tylko 3 tygodnie. Wiem, że na każdy czas miałby sens, bo czasem te krótkie chwile jakie otrzymujemy od zupełnie obcych nam ludzi – bywają jedynymi……
Na tym dzisiaj kończę swoją krótką i prostą opowieść….
PS
Ciekawe, czy Tereska a raczej Pani Teresa jeszcze mnie dziś pamięta? Dziś ona dochodzi do 40-tki. Ciekawe co robi ? Czy ułożyła sobie życie ? Czy jest szczęśliwa w rodzinie ? Jakie miała relacje z mężczyznami ? Czy wierzyła im ? Czy kojarzy ich dobrze ? Mam wielką nadzieję, że tak…..
Ustroń 31.03.19
Poniżej ja na tym obozie w Brynicy – we flaneli…. 🙂



