Opowiem o moim ulubionym filmie – „Angielski Pacjent”. O tym dlaczego to właśnie ten film jest dla mnie tak wyjątkowy. A stało się to zupełnie przypadkiem, …. jak większość ważnych dla nas rzeczy.
Pewnego letniego dnia wybraliśmy się z Iwoną do kina. Kupiłem dwie pizze – zaraz obok wejścia, w „Avanti” – no i weszliśmy… jak zwykle mocno spóźnieni, na górne piętro. Szukając po omacku swojego rzędu – usiedliśmy wreszcie. Film leciał już od dawna. Otwarłem pomału pudełka z pizzą. Zapachniało Włochami. Ktoś się odwrócił zdziwiony. W kinie było niewielu ludzi – czas urlopów. Na ekranie jakiś żołnierz w turbanie, chyba Hindus – kołysze na lewo i prawo wykrywaczem metalu. Cisza….słychać tylko jego kroki na małych, drobnych kamyczkach drogi. Na ekranie jest popołudnie,…. tak jak u nas wtedy. Pogoda też identyczna z tą, jaką zostawiliśmy na zewnątrz. Jem trójkąt pizzy, włoskim sposobem, zwijając go po bokach – Quattro Stagioni smakuje wyśmienicie. Spoglądam na Iwonę – robi to samo. Widzę jak walczy z ciągnącą się mozzarellą. Uśmiecha się do mnie. Hindus na ekranie zdejmuje zegarek, oddaje go jakiejś dziewczynie….. poznaję ją – to Juliette Binoche….
Do kina wybraliśmy się z przypadku. Wojtek w pracy tego samego dnia rano powiedział mi coś o jakimś nudnym filmie.-
– Tak, A co to było ? – zapytałem od niechcenia.
– „Angielski Pacjent”. Coś pomiędzy Casablanką a Pożegnaniem z Afryką. Dłużyzna panie.
Chyba nie mógł bardziej mnie zachęcić, bo oba filmy bardzo lubię i postanowiłem jeszcze tego samego dnia sprawdzić gdzie leci. No i był – i to w naszych Siemianowicach Śląskich.
Film grał dalej a my coraz bardziej się w nim zatracaliśmy… bez reszty…..
Gdy się skończył – nie miałem najmniejszych wątpliwości, że zobaczyłem arcydzieło. Wyszliśmy, a ja ciągle jeszcze byłem gdzieś daleko stąd – w Afryce, Toskanii,….Egipcie. Przeszliśmy tamtego wieczoru ulicą Świerczewskiego, aż do Złotego Rogu. Na prawo – wieża Willi Fitznera do złudzenia przypominała mi wieżę tego klasztoru z filmu. To był bez wątpienia magiczny wieczór. Na czystym, letnim niebie świecił pełny księżyc. Byłem nieobecny jeszcze bardzo długo tej nocy. Moje myśli gdzieś wędrowały………
Do biura wszedł uśmiechnięty Andrea:
– Jarek, la sorpresa (niespodzianka) – mówi podekscytowany.
– A to ciekawe ? – odparłem.
Kładzie przede mną wydruk mapy,…. jakieś opisy.
– Zainteresuje cię to miejsce. To tam kręcili Paziente Inglese, o którym mi kiedyś wspominałeś. Jest koło Pienzy, w Toskanii. Nazywa się z Santa Anna di Camprena – dorzucił, rozpromieniony.
Andrea zawsze wprawiał mnie w dobry nastrój. To człowiek złoto.
Wziąłem od niego kartki. Wszystko mi przygotował. Cały dojazd z Turynu obliczył na niecałe 6 godzin.
– Jesteś niemożliwy. Dzięki ! – prawie wykrzyknąłem.
To był piątek. Zerwałem się wcześniej z biura. Decyzja mogła być tylko jedna – jedziemy natychmiast !
Mknęliśmy na południe a wieczór jakoś się nie zaczynał. Wszędzie tyle słońca. W końcu jechaliśmy w jego stronę, na południe. Po drodze, na stacji benzynowej kupiłem Vin Santo (Święte Wino), w opakowaniu razem z Cantuccini – małymi, twardymi pierniczkami, które mają w środku kawałki migdałów. To Toskański przysmak. Nie wiem skąd mi przyszło do głowy żeby je kupić, ale czułem że tak mam zrobić.
Dojechaliśmy do Pienzy wieczorem. Stare, średniowieczne miasteczko na wzgórzu – wokół pola w kwiatach, cyprysy, samo piękno w czystej postaci. Ktoś poradził mi jak jechać dalej, w kierunku klasztoru. Polnymi dróżkami jechaliśmy przed siebie a ja czułem jak z minuty na minutę rośnie moja ekscytacja. Zaraz miałem zobaczyć to miejsce. To jakby jechać w samo serce swoich marzeń. Wydaje mi się, że słyszę Szerelem, Szerelem – węgierską kołysankę z początku filmu. Cichy szum silnika dopełniały dźwięki cykad i świerszczy. Toskania to niezwykłe miejsce. Przyroda tutaj daje znać o sobie zwłaszcza w nocy. Słychać tu śpiew ptaków, jakich nigdy nie słyszałem. Ja, człowiek z Siemianowice Śląskich, daleko stąd. Wieczór był letni, ciepły – jak wtedy, gdy wyszliśmy z kina. Powiedziałbym…. identyczny.
Załączam CD z muzyką filmu od Roberto, który już jakiś czas temu mi ją podarował, bo wiedział że jestem fanem tego filmu – jak zresztą wszyscy, którzy mnie znali.
Jechaliśmy w górę i w dół, w lewo i w prawo. Wśród strzelistych cyprysów dojeżdżaliśmy coraz bliżej. Ella Fitzgerald śpiewała „Cheek to Cheek”. Szyberdach PT Cruisera – był otwarty na całość. Wszystkie szyby także. Ciepło wieczoru wlewało się do środka. Jedną rękę wyciągnąłem w górę ponad szyberdach, bawiąc się powietrzem. Śpiewamy „I’m in heaven” Freda Astair’a. Ustami udaję trąbkę. To taki mój pomysł na wytwarzanie dźwięków, kiedy nie mam przy sobie żadnego instrumentu.
Do klasztoru podjechaliśmy dokładnie tak samo, jak w filmie Juliette Binoche – od strony cyprysów. Ona stanęła wtedy i spojrzała w górę. Zastałem to miejsce w tej magicznej ciszy – tak, jak ona…….
Podniosłem do góry głowę i poczułem wielki szacunek do tego, co widzę. A więc jesteśmy tu….
Podeszliśmy na chwilę do małej furtki od ogrodu. Wśród zieleni, nad niewielkim oczkiem wodnym pochylała się młoda dziewczyna. Słysząc kroki nadchodzących – odwróciła się. Uśmiechnęła się szeroko:
– Ciao ! Sono Ornella. Piacere.
– Ciao ! Jarek. Sono molto contento di incontrarti – finalmente.
To „finalmente” (wreszcie) brzmiało jakoś inaczej. Słyszałem ją przecież po raz pierwszy jakieś 7 godzin wcześniej a była mi taka bliska.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie z radością i z ciekawością zarazem.
– Teraz to ty jesteś dobrym duchem tego klasztoru ? – zapytałem.
– Tak. Teraz to moja kolej – odparła, trochę jakby zawstydzona. Miała na sobie sukienkę w kwiaty. Robiła coś w ziemi i lekko ubrudziła sobie nos. Wyglądała zabawnie.
– Przyjeżdżali tu kiedyś ludzie z całego świata, z powodu filmu – opowiadała – Około 1999 roku mieliśmy tu całe pielgrzymki. Ludzie rozbijali wkoło namioty. Minęły te 3 lata i się uspokoiło.
– Napijecie się soku ? – zaproponowała po chwili.
Po podróży chętnie się zgodziliśmy. Kiedy poszła do kuchni stałem przy małym oczku wodnym, chwyciłem się obiema rękami balustrady, która okalała je dookoła. Spojrzałem w dół. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to samo zrobiła także Juliette, kiedy tu przyjechała. To była pierwsza rzecz jaką zrobiłem. Właśnie to. Może każdy tak robi, kiedy tu przyjedzie ? Nie wiem…..
Nocleg mieliśmy zarezerwowany w „Agriturismo Colombaiolo – Pienza”. Było troszeczkę w dół, parę minut jazdy od klasztoru.
Gospodarze przywitali nas serdecznie. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Co ciekawe prowadziłem z nimi rozmowy o uprawie wina i oliwek (jakbym się na tym znał). Oni zresztą byli o tym chyba przekonani, bo opowiadali mi o wszystkim z taką pasją. Zaproponowano nam kolację, a potem postanowiliśmy się wykąpać w wielkim basenie – przed domem. Woda była bardzo ciepła a noc księżycowa. Doznania niesamowite. Nie spodziewałem się tego zupełnie. Klasztor widziałem na wzniesieniu, niedaleko od nas. Był oświetlony silnymi lampami.
Pierwszy raz kąpałem się w środku nocy, wśród pól winnych i gajów oliwnych, pod pełnym księżycem, jaki świecił teraz nad klasztorem. Jesteśmy tu…w sercu Toskanii i zanurzamy się w niej, jak w wodzie. Cisza tej nocy kołysała nas rozkosznie.
Nasz pokój, jeden z dwóch (Luna i Sole) miał okno także na wprost klasztoru. Siedząc na łóżku, piliśmy w ciemnościach Vin Santo. Moczyliśmy w nim ciasteczka z migdałami. To był słodki smak Toskanii. Słuchałem tych wszystkich dźwięków nocy. Rozkoszowałem się nimi. Wydało mi się, że słyszę Bacha…..
Następnego dnia rano wybraliśmy się na zwiedzanie Santa Anna. Idąc pieszo, wszystko jest inne niż kiedy się przemyka samochodem. Dróżka była bardzo malownicza a sobotni poranek ciepły i słoneczny. Tym razem wyszliśmy od strony kościoła. Zaraz przy wejściu do części klasztornej, po prawej stronie było biuro. Ledwie przekroczyliśmy jego próg – Ornella wyjrzała zza rogu.
– Jesteście. Cudownie ! Pokażę wam coś ciekawego – Moje zainteresowanie Jeszcze bardziej wzrosło.
Pokazała nam oprawiony w dużą ramę arkusz papieru. Na nim pełno podpisów, anglojęzyczne nazwiska wszystkich filmowców a wśród nich ten jeden szczególny – Anthony Minghella. To dzięki niemu wszystko to powstało. Michael Ondaatje zainspirował Minghell’ę, ale to jego scenariusz zrobił z tego filmu arcydzieło, które zdobyło tyle Oskarów. Film obejrzałem już wtedy około 7 razy. Książka była bardzo różna od filmu. Zaledwie nakreśla to, o czym mówił film.
No dobrze, ale co takiego ja w tym filmie widziałem, bo przecież o coś mi chodziło w tym wszystkim ?
Film jest dramatem. Jest ciężki. To nie jest łatwe kino. Dla mnie jest wielki dlatego, …….że mówi o miłości totalnej. Miłości, jakiej dwoje ludzi jest przeznaczonych. Jest w nim jeszcze jedno – MAGIA….
Ona i On wiedzieli o nieuchronności ich uczuć od samego początku, od pierwszego spojrzenia i wiedzieli że nie unikną tej miłości, że jest silniejsza niż oni, ich życie, silniejsza nawet niż czas.
Na początku on próbuje jej unikać. Wiedział, co im grozi. Próbował się przed nią bronić. To ona – Katharine, wykonała pierwszy krok. Scena w samochodzie, w czasie nocnej burzy piaskowej, kiedy opowiada jej baśnie o afrykańskich wiatrach. Wtedy po raz pierwszy jej dotyka i od tego momentu nie ma już odwrotu. Potem zaczyna się miłosne szaleństwo. Wreszcie moja ulubiona scena – akt miłosny w hotelu, w Kairze. Wtedy ona przychodzi do niego w białej, eleganckiej sukni, z torebką w ręku, w naszyjniku, z białą kokardą we włoskach. On rozrywa tę suknię na niej i ogarnięci pożądaniem pochłaniają się wręcz wzajemnie – w miłosnym amoku. Ich pragnienie znajduje wreszcie upust. W oddali słychać śpiew muezina z meczetu….
Potem leżą obok siebie, w białej pościeli, w promieniach zachodzącego słońca. Wszystko wydaje się takie jakby lekko pomarańczowe. Światło w tej scenie jest niezwykłe. Almasy gładzi jej włosy, dotyka ją delikatnie dłońmi, wreszcie palcem znajduje to zagłębienie w okolicach obojczyka, które tak kochał. Potem biorą kąpiel w wielkiej wannie – razem. Ona myję mu włosy. On pyta:
– Kiedy byłaś najbardziej szczęśliwa ?
– Teraz – odpowiada Katharine.
– A kiedy byłaś najbardziej nieszczęśliwa ?
Po chwili zastanowienia odpowiada – ……….teraz.
Taka była ich miłość. Trudna, pełna sprzeczności, bo taki trudny był ich los. Spotykali się ukradkiem, w poczuciu winy i wstydu. Jednak nie mogli bez siebie żyć.
Tak, to namiętność ukazana w tym filmie była dla mnie najsilniejszym argumentem przemawiającym za tym, że uznałem ten film za wielki. Do tego obsada, muzyka, sceneria. Wreszcie przeniesienia w czasie jakich doznawał poparzony Almasy (Ralph Fiennes) – w swoim cierpieniu, leżąc w klasztorze odwiedzał w wyobraźni miejsca, które znał. Podróżował w czasie i przestrzeni.
Pamiętam, jak kiedyś w Siemianowicach przywieziono na oddział pewnego młodego mężczyznę. Miał może z 28 lat. Próbował ratować swoje dzieci z płonącego, drewnianego domku kempingowego. Uratował je. Sam jednak doznał śmiertelnych oparzeń. Jego ciało wyglądało strasznie. Ból, którego doznawał – nieopisany…
Kiedy wezwano nas do niego w czasie weekendowego dyżuru – poprosił mnie, żebym zdjął ze ściany krzesło. Potem opowiadał różne historie z innej rzeczywistości. Mieszał ze sobą różne wątki – zupełnie jak Alamasy. Skądś to już znałem. Tamtego dnia byłem na dyżurze z Helą – jedną z tych cudownych i jednocześnie najtwardszych pielęgniarek, jakie u nas pracowały. Podłączyliśmy go do dializatora i czekaliśmy. Wiedzieliśmy jednak, że jego szanse są praktycznie żadne. Zmarł 2 dni później.
To był dla mnie wielki człowiek. Podziwiam go. Może chociaż w ten sposób go upamiętnię. Ja go zapamiętałem. Hela też (Helu, jeśli to kiedyś jakimś cudem przeczytasz – całuję Cię ! Pamiętasz, jak ścigaliśmy się po oddziale w drewnianych chodakach ?).
Katharine w Angielskim Pacjencie gra Kristin Scott Thomas. Gra ją pięknie, zmysłowo, kobieco. Zachwyca. Pojawia się też Willem Dafoe, w roli kanadyjskiego agenta z czasów wojny w Libii, który przychodzi do klasztoru po to, żeby przypomnieć Almasy o tym kim jest i zemścić się na nim. Jest i Colin Firth, w roli męża Katharine – ogarnięty zazdrością o żonę…
Almasy co jakiś czas wędruje myślami daleko, w świat pustyni, jaskiń, wojny. Każdy dźwięk, szmer – wszystko to budzi w nim jakieś wspomnienia i to jest również wyjątkowe w tym filmie – wędrówki w czasie. Dodatkowo to wyczuwalne, bardzo pacyfistyczne i kosmopolityczne przesłanie filmu, które wyczuwa się bardzo wyraźnie. Wojna zastaje archeologów różnych nacji na pustyni. Są przyjaciółmi – Włoch, Anglik, Węgier, Żyd, Niemiec. Ich kraje wchodzą w spór – oni nie. Mądrość zwycięża.
————————————————————————
W Santa Anna byliśmy łącznie 4 razy. Za trzecim razem przywiozłem z sobą magnetowid. W kuchni naszych gospodarzy zorganizowaliśmy projekcję filmową, przy zasłoniętych okiennicach – Cinema Club Colombaiolo. Oni oczywiście wiedzieli że tam były realizowany film Angielski Pacjent, ale nigdy go nie widzieli. To było tym bardziej ciekawe przeżycie – widzieć ich podekscytowanie, kiedy rozpoznawali wszystkie te miejsca, znane im tak dobrze. Dowiedzieli się też, po co był potrzebny rower mamy naszej gospodyni – ….. dla Juliette Binoche – teraz to było oczywiste. Filmowcy pożyczyli go od nich na chwilę. Jedzie na nim w jednej ze scen.
Piliśmy tamtego wieczoru Vin Santo – tym razem zrobione przez samego gospodarza. Siedzieliśmy długo i rozmawialiśmy w noc.
———————————————————————-
Kiedy przyjechaliśmy do Santa Anna ostatni raz w 2006 roku miała miejsce rzecz wyjątkowa. Wtedy też po raz pierwszy mieszkaliśmy w samym klasztorze, zaraz przy wejściu – od strony ogrodu.
Przy tym wejściu do małego ogródka – Hindus Kip w filmie rozbił wtedy namiot.
Zachodziło toskańskie słońce. Przez otwarte drzwi i szyberdach PT Cruisera wylewały się wszystkie dźwięki ze ścieżki filmowej.
W klasztorze byliśmy zupełnie sami. Zjedliśmy kolację, złożoną z miejscowego pieczywa, sera pecorino, pysznych pomidorów, rukoli, salami, oliwek i tuńczyka. Popijaliśmy wszystko Chianti. Tamtejsze powietrze to dodatkowa przyprawa. Tam wszystko smakuje inaczej….
Niepostrzeżenie nastała gwiezdna noc. Te wszystkie boskie stworzenia – ptaki, świerszcze i owady – rozpoczęły już swój koncert, który w magiczny sposób komponował się z naszą muzyką z samochodu…
Wstałem od stołu i wszedłem przez małą bramkę do przedsionka ogrodu. W tym momencie poczułem coś dziwnego. Trudno to wytłumaczyć, ale było to jakby spotkanie mostu w czasie…………..
Osłupiały pochyliłem się do ziemi i dotknąłem płyty chodnikowej. Była lekko chłodna. Przypomniałem sobie w tym momencie, jak podczas pierwszego seansu poczułem dokładnie to samo w kinie. Tak – Juliette skakała po tych płytach grając w klasy. Czułem temperaturę tych płytek i gorąco tamtej nocy. Byłem w tamtej chwili jak po drugiej stronie ekranu kina. Doznawałem identycznych uczuć jak wtedy, kiedy siedziałem w kinie. Przypomniałem sobie słowa, które ktoś kiedyś powiedział „Wyobrazić coś sobie coś, to dokładnie tak, jak to przeżyć „. Wtedy zrozumiałem, że to prawda. Mój stan psychiczny był identyczny z tym, jaki już znałem. Przeniosłem się w czasie…naprawdę.
Poczułem jak wszystkie włosy na moim ciele stają mi dęba i nie była to sprawa wina – bo przecież połowa butelki ciągle jeszcze stała na stole.
Obróciłem się. Za mną stała Iwona.
– Czujesz to ? – zapytałem – Czujesz tę ciszę ?
– Czuję – odparła cicho…….
Nocą ten klasztor mówi własnym językiem. To teren chroniony przez UNESCO i nie wolno tam niczego ani budować ani przeszkadzać – to teren święty. I taki jest rzeczywiście. Minghella szukał tego miejsca bardzo długo, wśród wielu innych klasztorów, ale dopiero tu znalazł to, czego potrzebował. To właśnie to miejsce było wyjątkowe. Miał rację.
Teraz nocą, te mury budziły respekt i szacunek. Przemawiały do nas wieki historii Toskanii. Mnichów już dawno nie było. Klasztor był długo opuszczony. Jeszcze parę lat temu był zarośnięty – wyglądał dokładnie tak, jak na filmie.
Uświadomiłem sobie wtedy, że jesteśmy sami w tym miejscu – ja Iwona i Artur – na wielkiej przestrzeni, w nocny, w środku tej wolnej krainy. Od wieków nic się tam nie zmieniało. Nawet światło tej nocy było zgaszone. Jedynie mała lampka przy wejściu do naszego pokoju świeciła blado.
Od tego wejścia, gdzie staliśmy – Kip ułożył świetlną drogę, z małych ogników – ze świeczek chyba. Prowadziły aż do warsztatu, po prawej stronie – po to żeby zwabić do siebie Hanę czyli Juliette, tak – by mogła go znaleźć. Chciał się z nią kochać i tak romantycznie ją do siebie przywoływał. Nawet w tym trudnym, wojennym czasie potrafił wymyślić coś niezwykłego, czym chciał ją zaskoczyć, sprawić by poczuła się inaczej przy nim, by zapomina o tych wszystkich bolesnych przeżyciach.
Tamta chwila pozostanie we mnie niezapomniana……..
Następnego dnia rano spakowaliśmy rzeczy i wyjechaliśmy. Ruszyliśmy w drogę dokładnie z tego miejsca co bohaterowie filmu, bo akurat od tej strony był nasz pokój. Kip, żegnając się z Haną powiedział:
– Będę zawsze wracał do tego kościoła.
Ona odpowiedziała tym samym.
– Będę zawsze wracała do tego kościoła.
– A więc kiedyś się spotkamy – dodał.
Potem pocałował ją i po raz ostatni i odjechał na swoim motorze, wśród cyprysów….
My też odjechaliśmy. Popatrzyłem jeszcze na niebo, ..na słońce. Byłem ciekaw, czy tak jak w filmie będzie mi mrugać przez czubki cyprysów ? Tak, migotały właśnie tak – identycznie. Wszystko było takie, jak w ostatniej scenie filmu. Wszystkie te wizyty w Santa Anna były właśnie takie….
———————————————————————–
Przypominam sobie, jak kiedyś rano, już w Siemianowicach -wstałem wcześnie w słoneczny, letni poranek w naszym mieszkaniu na Złotym Rogu. Letnie słońce oświetlało coraz mocniej wieżę Willi Fitzner’a – zaraz naprzeciw naszego balkonu. Oparty o drzwi wdychałem świeże powietrze. Pijąc gorącą kawę i przyglądając się wierzy – zachwycałem się strzelistymi topolami. Przypominały mi trochę cyprysy. Słońce migotało na ich poskręcanych listkach. Szumiały cicho. Wieża i topole były prawie na wyciągnięcie ręki. W takie niedzielne poranki jak tamten – sam Fitzner jadał kiedyś na wieży z rodziną śniadania. Opowiadała mi o tym sąsiadka. Widziała to na własne oczy, kiedy była dzieckiem…
Poranek był bardzo cichy. W dole nie kołowały jeszcze samochody i nie przechodzili ludzie. Cudowny moment dnia. Iwona podeszła do mnie z kubkiem gorącej kawy. Oboje w białych szlafrokach witaliśmy wschodzący dzień.
Patrzyliśmy w to słońce w ciszy. Słowa były niepotrzebne………
Jarek
Ustroń 27.01.2019
Trailer filmu..
Magiczna Toskania

Santa Anna di Camprena – klasztor – pierwszy raz….popołudnie. Takim go zastaliśmy – jak Juliette..

Ja z Arturem, tuż przy wjeździe na dróżkę do klasztoru.

Wejście od ogrodu i oczko wodne….tu po raz pierwszy w klasztorze pojawia się Hana (Juliette Binoche)


Tell me about winds…. tak to się zaczęło – tu dotknął ją po raz pierwszy.. Pomyśleć, że uczyłem się arabskich nazw tych wiatrów, powtarzając za Ralph’em na pamięć każde słowo 🙂 Tak bardzo mi się podoba..
Moja ulubiona scena – hotel w Kairze.. – ujęcie 1 – namiętność
Moja ulubiona scena – hotel w Kairze.. – ujęcie 2 – w wannie….. upojenie miłością…..
https://www.youtube.com/watch?v=4kYgsA4hgTc
Tu wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy – jak oni….

A to oryginalny wyjazd bohaterów filmu z tego miejsca..
„Angielski Pacjent” – zdobywca 9 Oscarów – zasłużenie…

I moja Santa Anna di Camprena, czyli Willa Fitznera w Siemianowicach Śl.

I wspomnienia… które zabieram z sobą wszędzie, gdzie jestem..


