Miałem być dziś na Mayday 2019. (a tak przy okazji Mayday – to światowy sygnał SOS, stosowany nie tylko na morzu….człowiek wzywa na pomoc człowieka).
Jest 20 rocznica tego zjawiska, które w Katowicach stało się zaczątkiem nowej subkultury. Co prawda w muzyce elektronicznej ja jestem na dokładnie drugim biegunie – bo o ile Westbam i jego koledzy tworzą mocno psychedeliczną muzykę, korzystając z tych samych muzycznych narzędzi – czasem bardziej z „ciemnej strony elektroniki” – a ja jestem znacznie bliżej transu i progressive house, czyli tego nurtu, który daje światło, energię i siłę…., to fajnie jest czasem posłuchać, co dzieje się na drugim końcu 🙂 Elektronika daje nieprawdopodobne możliwości i otwiera przeogromne oceany dźwięków. I tutaj Mayday jako wydarzenie pozwala wszystkim „frakcjom” spotkać się w jednym miejscu.
W ostatnim jednak momencie coś się zmieniło i siedzę oto przy komputerze i piszę…. – słuchając ostrego techno…
Listopad, jak żaden inny miesiąc skłania do refleksji nad czasem. To nie znaczy, że mnie smuci – nie. W moim przypadku, czym zimniej jest na zewnątrz – tym cieplej jest we mnie. Jakoś tak to u mnie działa – mobilizująco. Sprawia, że bardziej też koncentruję się na sprawach ważnych. Na tych, na które wiem że powinienem zwrócić uwagę…..bo czas ucieka 🙂 A ja przecież chcę zrobić te parę rzeczy, które sobie wymyśliłem.
Przeglądałem ostatnio swojego Excela, z projektami jakie postanowiłem zrealizować w tym roku….. i widzę, że co prawda je realizuję, ale jakoś wolno. A tu koniec grudnia lada moment i sam będę musiał siebie uczciwie rozliczyć. Tak więc trzeci bieg….a za chwilę czwarty i piąty – czas wrzucać 🙂
Te projekty, to z pozoru małe rzeczy – jednak dla mnie kluczowe, z punktu widzenia tego, co uważam za ważne. Jednym z projektów było uruchomienie np. tego bloga. Potem uruchomienie kilku kont językowych na Instagramie i kilku kont na FB – także pod pseudonimami 🙂
Od dawna coś pisałem do szuflady – ale nigdy nic więcej z tym nie robiłem. No może oprócz pisania wypracowań koleżankom w szkole podstawowej. To był mój sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Byłem zbyt nieśmiały, żeby zaistnieć w jakiś inny sposób 🙂
Co do tych projektów na ten rok – to np. bawimy się od jakiegoś czasu w rysowanie w Domu Dziecka w Bielsku. Jest fajnie i mam nadzieję, że to się będzie dalej rozwijać. Bardzo bym tego chciał. Innym projektem było robienie czegoś w domu opieki dla osób starszych. Byłem wczoraj w jednym z nich. Smuteczkiem powiało – bardziej niż myślałem. Niestety w takich miejscach przebywają osoby bardzo chore i naprawdę starsze. Niełatwo będzie zrobić coś więcej, niż po prostu być. Może posłuchamy trochę jakiejś muzyki – przecież kiedyś chciałem być DJ (jak Paul Van Dyk w „For an Angel”) – więc może zagramy np. Piotra Szczepanika (swoją drogą uwielbiam go) :)……..
Zawsze chciałem zrobić coś takiego – i robię.
Zrobiłem też parę innych rzeczy w tym roku i parę jeszcze zrobię……. – ale nie wspomnę o nich, przynajmniej na razie….
Techno w moich słuchawkach kieruje mnie w trochę inną stronę, ale chciałem napisać o dzisiejszym wieczorze w Siemianowicach…….Szedłem dość pustymi ulicami, bo trochę kropił deszcz. Zachmurzyło się i było tak, jak na Śląsku potrafi być – szaro. Gdybym kogoś zabrał z sobą na mały „spacerek” – pokazałbym mu bardzo różny Śląsk. Potrafi być zaskakująco nowoczesny i światowy i potrafi mieć dzielnice, gdzie czas dawno się zatrzymał. Są miejsca, z których wychodzi się ze spuszczoną ze smutku głową. Niedawno temu brałem zakręt samochodem w naszej dawnej dzielnicy – na Hugo. Pod auto o mało nie weszła mi dziewczynka. Szła jak zamroczona przed siebie. Miała może z 12 lat. Patrzyła mętnie przed siebie. Myślę, że coś wzięła i nie wyglądało mi to na alkohol. To są miejsca, gdzie patologia przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niedawno temu spotkałem na imprezie nauczycieli z innego miasta, którzy mieli okazję być w Siemianowicach, na jakiś zajęciach z dziećmi. Wspomnieli coś zaskoczeni….
– Co to dzisioj, że nos futrujecie maszkytami ? Dziyń belfra ? – (co to za dzień, że nas karmicie słodyczami ? Dzień nauczyciela ?) – zapytał ich jeden z chłopców.
– Nie, tak po prostu przyszliśmy – odpowiedziała ta nauczycielka – A co rodzice robią ?
– Leżom w łożku. Łoglondają pornola – mówi z grubej rury chłopiec. Tak całkiem normalnie to mówi – bez cienia żenady – Łojciec boł trocha łozarty (ojciec trochę wypił)….
Tak też jest. Mógłbym jak z karabinu maszynowego wymienić co najmniej 10 nazw ulic, gdzie codzienność jest raczej niezbyt kolorowa. I w każdym śląskim mieście znajdą się takie ulice. Żeby tak dotarło tam trochę więcej światła. Ja miałem dobre dzieciństwo i dlatego powinienem myślę coś dać z siebie….może jakieś trochę – przynajmniej. Jakoś za mało zrobiłem……zdecydowanie za mało zrobiłem dobrego w swoim życiu….
Ale wracając do tego spaceru. Dzisiejszy zimny wieczór, idę ul. Sienkiewicza, na stację benzynową – napić się gorącej kawy (Zabawne, ale najlepsze espresso jest aktualnie na stacji Moya. Mogę wielu rzeczy nie wiedzieć, ale zawsze będę wiedział, gdzie w danym okresie robią najlepszą kawę – i pójdę tam, choćby kawał drogi. ……
Skręciłem w prawo od baru „Faithless” (od niego dalej – to już „Hugo”)…robiło się coraz ciemniej, padało i było chłodniej.

W tej zimno-szarości zauważam wesołą, kolorową witrynę lokalu w stylu południowym (typu latino). Ciekawe….w takim miejscu. Wśród tych dość smutnych dziś krajobrazów. Z tyłu majaczy potężny, betonowy wiadukt. Na przeciw nie sprzątnięty gruz po zrównanej z ziemią hucie „Jedność”. Właśnie minąłem bar piwny o nazwie”Faithless” (tłum. z ang. – ten, który stracił wiarę). Jak nazwa zespołu elektronicznego, który lubię….. – ale w tych rejonach Siemianowic (wszystko, co jest za barem „Faithless” to już inna dzielnica – Hugo), ta nazwa jest raczej jak kropka nad „i”. No a tu ten meksykański bar. Pełno kolorowych światełek przy markizie u góry. W środku pomarańcz, miesza się z czerwienią. Jestem głodny i spragniony ciepła…. – wchodzę.
Wita mnie uśmiechnięty właściciel. Właśnie z córką zapalali małe świeczki, żeby podkręcić nastrój. Jestem jedynym klientem w tym momencie. Siadam i pozwalam się rozpalać kolorom tego wnętrza. Kiedyś z Iwoną chcieliśmy dokładnie tu otworzyć bar z ciepłymi „panini”. To było po naszym pierwszym wyjeździe do Włoch, w 96r. Jeszcze na długo przed moją historią we włoskiej firmie produkującej elektronikę – Bitron. Zachłysnęliśmy się już wtedy kulturą latino i wróciliśmy z głowami i sercami pełnymi słońca. Staraliśmy się o jakiś lokal. Ostatecznie otworzyliśmy inny, na głównej ulicy i zaczęliśmy sprzedawać….- okna 🙂
Tymczasem ktoś zrobił prawie to samo, o czym my myśleliśmy – właśnie w tym miejscu. Jak tu nie wejść ?
Właściciel sam wygląda mocno na latino. Ma charakterystyczną urodę i małą bródkę. Gdybym go widział gdzieś na południu – wziąłbym go za miejscowego.
Kiedy dochodziłem do tego miejsca – słuchałem tanga. W takim byłem w tamtym momencie nastroju.
– Wie Pan, że czerwony, czarny, żółty i pomarańczowy to kolory tanga ? Są jak flaga tego tańca. A u Pana pełno tych kolorów wszędzie. Na ścianach, kafelkach – dosłownie wszędzie.
Uśmiecha się.
– Teraz już wiem – mówi – A wie Pan…sam to wszystko robiłem. Tymi rękami. I te kilkanaście metrów rur do wentylacji – dodaje – Lokal mam 2 lata, ale dopiero od sierpnia działam. Ciężko było,….. ale nie jestem z ludzi, którzy się poddają.
Jem gorącą zupę z zielonymi paprykami. Jest świetna, mocno rozgrzewająca.
Z głośnika sączy się zmysłowa „Salsa”. W lokalu za dekorację robią min. puszki po oryginalnych meksykańskich „salsach”. Lokal jest mega malutki, ale ma fajny blat przy ścianie. Miejsce pracy kucharza jest tuż przy wielkiej witrynie. Ma stąd świetny widok na przechodniów i przejeżdżające auta. To miejsce, to wąskie gardło – którym codziennie przechodzi połowa Siemianowic. Jest niepozorne, ale bardzo uczęszczane. Na zewnątrz jest mały stolik, przystawiony do witryny, z dwoma krzesłami. Szef robi mi od serca kawę „sutą”. Sobie też robi i zaraz do mnie dołączy. Pojawiło się paru klientów. Ktoś podjechał na francuskich blachach.
Wykorzystuję moment i wyciągam z wewnętrznej kieszeni kurtki – mały notes i ołówek. Czasem noszę je przy sobie, żeby coś napisać, albo narysować. Kierowany emocjami staram się przedstawić tańczącą parę. Chcę pokazać jej napięcie, energię i namiętność – w postawie jaką przyjmuje ona i siłę oraz pewność, z jaką prowadzi ją on….. Nie dokańczam rysunku – dosiada się właściciel i miło rozmawiamy. Opowiada mi o swoich podróżach, kulinarnych pasjach. Jest fascynatem kuchni. Lubi też ludzi. Jest duszą tego lokalu. Widywałem wielu właścicieli takich małych klimatycznych lokali, w różnych miejscach – którzy mieli w sobie to, co widzę u niego. Dobrze, że to on tu działa – nie ja. To jest jego miejsce. Życzę mu wszystkiego dobrego i sukcesów.
– I tyle zostało z huty – mówi – mój teść przerobił tu 40 lat.
– Mój dziadek mniej więcej tyle samo – rzucam ja – to była jego świątynia.
– Na bank się znali
– No…na bank
– Jesteśmy kolejnym pokoleniem. A po nas są następni. Mam jeszcze 20-letniego syna. Staram się mu wpoić pasję do gastronomii. Zobaczymy – uśmiecha się.
– Nasz ma 21 za 2 miesiące – komentuję i obaj się uśmiechamy…
Pochodzi z paru ulic dalej. Zna wszystko tak jak ja – i postanowił stworzyć odrobinę Meksyku w Siemianowicach.
– Przydałoby się wino czerwone – stwierdzam. Wypilibyśmy za dobre czasy.
– Zawsze są dobre czasy – odpowiada z uśmiechem.
– I to mi się w nim podoba. Jest pełen energii i entuzjazmu. Lata mu jej nie odebrały. Mamy coś wspólnego.
– Jest 2019 i zaczyna się od tego lokalu – ciągnę – a może za parę lat tu obok, gdzie był „Kudełki” (najbardziej znany w mieście sklep z 1001 drobiazgów – jeszcze od sprzed-wojny) – otworzy Pan większy – taki z barem i hokerami. Ściągniemy Cyganów z Hugo. Pojawi się ktoś z gitarą, kontrabasem i będzie zabawa do rana. I taniec i wino będzie się lać strumieniami. I drinki. Mogę stanąć za barem – dorzucam, z lekkim uśmiechem.
– A wie Pan, że kupę lat byłem barmanem – mówi…
– A wie Pan, że ja też – mówię. Ale nie tyle, co Pan.
No to będziemy stali na zmianę – myślę – i pociągniemy losy, kto pierwszy. Zabawa będzie trwała w najlepsze. Zakołysze się ten bar „jak na morzu okręt” ( wziąłęm to z piosenki Marii Koterbskiej, którą też uwielbiam…) i zrobimy rozpierduchę. Wyobrazimy sobie po paru butelkach włoskiego wina, że to potężne gruzowisko po hucie – to jakiś odległy – meksykański, argentyński a może włoski port. I że stoją w nim jachty gotowe do rejsu,…… żeby wypłynąć nad ranem – zaraz, skoro świt.
Zagramy tej nocy „Vaia con Dios – Hey (Nah Neh Nah)”. Zawsze chciałem bawić się przy tym utworze do rana. To by było coś – …….nie ? Ona śpiewała: It was already half past three but the night was young and so were we dancing (Było już w pół do czwartej, ale noc była młoda – i tańczyliśmy).
I ja i on mamy już po prawie 5 dych i wiemy, o czym mówimy. Życie nie jest takie długie. Z czegoś trzeba zrezygnować, żeby zrobić coś – mówię w myślach do siebie….. Czasem na chwilę gdzieś się przystanie i człowiek się zastanowi…..jak ja teraz – na tym zakręcie, na ulicy Sienkiewicza, wyobrażając sobie na błękitnym niebie silne słońce.. 🙂
Pijemy gorącą kawę z dużych, żółtych kubków. Niebo jest śląsko-czarne. Deszcz spływa z kolorowej markizy wprost na moją nogawkę dresowych spodni. Chowam nogi i już jest lepiej. Kawa miło mnie rozgrzewa.
– Tu jest pełno słońca w piękny dzień – prawda.
– Dokładnie.
– Świetne miejsce.
– Świetne…….no.
Siedzimy trochę w ciszy………..
Z lokalu wychodzi chłopak z dziewczyną. Chłopak wielkości mojego brata i z podobną dzikością natury.
– To na razie – rzuca do szefa – będziemy spierdalać.
– Sie ma – odpowiada właściciel – jutro też otwarte…wpadajcie.
…………….
– Wie Pan, a miałem być dzisiaj na „Mayday” – jest okrągła rocznica ?
– Koksują tam mocno.
– Mmmmm – zamruczałem….niestety, efekt uboczny.
– Zna Pan już pewnie pół miasta, a to dopiero 3 miesiące ?- pytam.
– No coś w tym faktycznie jest – znowu się uśmiecha.
– Niedawno przejeżdżało tędy autem małżeństwo. Ona była Peruwianką. Jak zauważyła napis na szybie to od razu dała po hamulcach i postanowiła tu wskoczyć. Pogadaliśmy fajnie.
– I o to chodzi – stwierdzam – o takie chwile……. proste i niby zwyczajne….a jednak takie niezwyczajne.
.
.
.
.
Będę wpadał tam czasem……żeby załapać kolorów 🙂 No i na kawę „sutą” (uwaga – nie ma jej w menu – dostałem „od serca”).
Dobranoc
Jarek
Miałem być dziś tam… Tak to się zaczęło – prawie ćwierć wieku temu w Katowicach zaczęła powstawać subkultura o nazwie „Mayday”. I trwa do dziś….Gdzie indziej te psychodeliczne dżwięki znalazłyby taką publikę, jak nie w przemysłowych dzielnicach Śląska… Czuć w nim do bólu – samotność, zagubienie, potrzebę drugiego człowieka – może właśnie dlatego Mayday, Mayday, Mayday (czyli SOS, SOS, SOS). Na ten sygnał – nawet z najgorszych nor…..ściągają zagubieni…..to ich jednoczy.. (poniżej klip z 1997r. – same początki Mayday)…
A tymczasem oglądałem to……Poniżej – wideo z tangiem, które oddaje dobrze istotę tego tańca – i to, co w nim lubię. Tego słuchałem, zanim wszedłem do baru……
To jest ten „niedokończony rysunek”. Nie będę go kończył. Niech taki zostanie….szybki i emocjonalny. To, co chciałem w nim ująć – już w nim jest….

Ten poniżej wykonałem rano, …..szybki strzał do kawy…

A to Vaya con dios – w samraziste do porządnej, sobotniej rozpierduchy – w towarzystwie ludzi z fantazją. Kto wie ? Może pewnego dnia w Siemianowicach ? 🙂
I świat znów stanie się kolorowy. Wszystko płynie z naszego wnętrza 🙂 🙂 🙂
Może jeszcze pewnego dnia, zamiast tylko biednym staruszkom – zagram jak Paul Van Dyke – w moim jego ulubionym kawałku. Tak też zawsze chciałem…… 🙂 Zagrać dla tysięcy ludzi w jednym momencie czasu. I poruszyć w nich wszystkich dobrą energię…. I tak przejść z cienia do światła……..
Zawsze szukałem światła i ciepła. Zawsze wyjścia tam, gdzie teoretycznie go nie było.
Było wewnątrz mnie.

To dlatego mój gatunek to „Progressive House”. A czym jest – przykład poniżej.

