„Bergen…”

Był taki czas – około 2012r, kiedy o mały włos nie wylądowałem w Bergen – w Norwegii. Miałem tam już zorganizowaną pracę – w firmie produkującej silniki do łodzi motorowych. Fajna praca dla inżyniera – za ciekawe pieniądze. W ostatniej jednak chwili coś uległo zmianie….. i jestem dalej w Polsce. Z perspektywy czasu wiem, że bardzo dobrze się stało. Wiele rzeczy potoczyłoby się pewnie inaczej, a jestem zadowolony z tego, że potoczyły się właśnie tak.

Byłem już mentalnie bardzo przygotowany do wyjazdu. Od paru tygodni jakbym już żył w trochę w innym świecie. Wszystko wokół wydawało mi się takie bardziej skandynawskie, leśne, chłodniejsze i trochę ciemniejsze. W środku domów jednak zawsze bardzo ciepłe i wesołe. Takie życzliwe i ludzkie. Trochę, jakbym wchodził w świat z książek. Znałem skandynawską kulturę ze Szwecji i bardzo ją cenię. Przede wszystkim za wielki szacunek dla przyrody i wysoki poziom wykształcenia tamtych ludzi. Ale także za ich wieczny spokój i pogodne smakowanie życia. W Skandynawii czas płynie inaczej. Do dziś nie zapomnę tego, jak z rybakami leżeliśmy po obiedzie – gdziebądź…..no bo przecież trzeba odpocząć 🙂

Może kiedyś wrzucę jakieś fotki w gumowanym stroju rybaka… 🙂

Do dziś pamiętam takie spokojne, późne popołudnie….idę wzdłuż morza i napotykam niewielką, drewnianą i czerwoną chatkę. Taką z białymi listwami u szczytu, jakich tam wiele. Myślałem, że jest opuszczona. W oknie były sieci zamiast firan. Na parapecie stała gipsowa mewa i lampka naftowa. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem w środku śpiącego sobie rybaka…….. Morze szumiało spokojnie…. W tamtym miejscu czas się chyba zatrzymał.

Przed naszym domem, w pewnej odległości rośnie wielka sosna. Nazwałem ją swego czasu „Sosną Norweską” – choć pewnie to inny gatunek. Zresztą ja wtedy wszędzie widziałem Norwegię. To trochę tak, jak kiedy jako dziecko czytałem „W pustyni i w puszczy” – i wszędzie doszukiwałem się Afryki. W pewnej odległości od naszego domu rósł ogromny dąb i kiedy przychodził zachód słońca – ten dąb z tyłu oświetlało pomarańczowo-czerwone słońce. Dąb był więc Baobabem. Trochę podrosłem i wszędzie w Ustroniu widziałem norweskie sosny…

Z tego okresu pozostało mi wspomnienie pewnego norweskiego zespołu: „Kings of Convenience” (mało znanego w Polsce) i utwór, który wtedy ciągle mi towarzyszył: „Me in You”. Tych dwóch genialnych muzyków snuje swoją gitarową opowieść – na dachu jednego z budynków – właśnie w Bergen.  Ich ciepłe gitary przenikają się niezwykle subtelnie i harmonicznie.  Bergen widać później z lotu ptaka – jest przyjemny rzut na miasto i zatokę. To właśnie miał być nasz nowy dom….. 🙂

– W Bergen wiecznie pada deszcz – powiedział mi ktoś…

– Nie prawda – powiedział ktoś inny – w zeszłym roku było parę dni słonecznych 🙂

Tak tam podobno jest. Słońce jest tam jednak w ludziach…. i to jest niesamowite.

Bergen to także miasto rodzinne jednego z elektronicznych geniuszy – Alana Walkera. Kto wie, może spotkałbym go kiedyś na ulicy 🙂

W „Me in You” Kings of Convenience śpiewają o rozdrożach, które dają możliwość wyboru („Crossroads and given the option”). I tak to właśnie jest w życiu… dochodzi się do jakiegoś skrzyżowania, czy rozdroża i wybiera się drogę – w lewo, bądź w prawo. Potem dochodzi się do innego i znowu – w lewo, bądź w prawo. Życie składa się z pozornie małych wyborów, które mają dalekosiężne konsekwencje. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo dalekosiężne.

Kiedy na zewnątrz robi się trochę chłodniej i świątecznie – lubię ich znowu posłuchać…. i popatrzeć przez okno na sosnę. Urosła już nieźle…..

Miłego i ciepłego wieczoru przy grzańcu 🙂

jarek