Zawsze kiedy jestem w sklepie i chcę kupić nową koszulę – to przeglądam trzy kolory….. białe, czarne i nade wszystko……błękitne.
Wracamy ze Zbyszkiem z delegacji – samochodem. Przyjeżdżamy Słowację. Jest piękna pogoda. Mam na sobie właśnie błękitną koszulę. Jedną z moich wielu, ale zauważam to dopiero kątem oka, kiedy patrzę w tylne lusterko i widzę w nim mężczyznę – prawie 50 letniego, który mruży oczy od słońca – ……….to ja.
Od kiedy pamiętam….. w moich szafach najwięcej było koszul błękitnych. Kupowałem je od młodości. Błękit – kolor, który pasuje idealnie do mojego stanu umysłu, który nie zmienia się od lat. To ten właśnie kolor najbardziej oddaje to, jaki jestem naprawdę.
To kolor marzeń. Lekkości i nadziei. Nieba nad plażą. Świeżości i soczystości życia…..jego ulotnego piękna, które ciągle odradza się na nowo.
Choć nie miałem wielkich planów na swoje życie i zawsze żyłem chwilą, to była we mnie ekscytacja tym, co wydarzy się za niedługo. A nie miałem wątpliwości, że to będzie dobre – no bo przecież będąc w takiej koszuli…nie może być inaczej. Sam fakt noszenia jej na sobie już wprawiał mnie w dobry nastrój. A to przyciągało dobre zdarzenia. Dziwne, ale prawdziwe. Do takiego lekkoducha jak ja, co innego mogłoby pasować bardziej ?
Co jakiś czas zerkam w to lusterko. Mężczyzna z siwiejącą brodą jeszcze bardziej się uśmiechnął. Śmieją mu się kąciki oczu – jak kiedyś. Dokładnie tak samo.
Dobrze się jedzie. Jest spokojny, niedzielny poranek. Auto biegnie samo.
Tyle się zmienia w życiu człowieka a to co lubimy pozostaje przez lata prawie niezmienione. Takie banalne rzeczy jak ulubiony kolor jeansów, rodzaj butów…… kolor koszuli. Zmieniałem te rzeczy wielokrotnie, ale różnice między nimi były niewielkie. Człowiek ma swoje preferencje i wraca do nich – podświadomie.
Minęło trochę czasu. Nie czuję tych lat, które upłynęły. Nasza pamięć zresztą jest dość wybiórcza i pamiętamy raczej pewne fragmenty historii – małe kawałki, które gdzieś potem sklejamy ze sobą po latach. Czasem nawet nie jestem w stanie powiedzieć, który był najpierw, a który potem – choć kiedyś mogło się to wydawać nieprawdopodobne. Czas weryfikuje wszystko sam na to – co jest ważne i to, co mniej ważne.
Zerknąłem znowu na starszego pana w lusterku.
Przypomniałem sobie niespodziewanie, jak idę przez główną ulicę naszego miasta.
Jest bardzo słoneczny poranek – taki, jak dziś. Niebo cudnie błękitne…no i ta koszula – wypuszczona na spodnie. Mam podwinięte rękawy. Ręce wkładam nonszalancko do obu kieszeni. Od razu widać, że ktoś taki to ma w głowie błękit…….
Jest ciepły, letni wiatr. Wpada mi pod mocno rozpiętą koszulę i opływa nagie ciało. Rozwiewa mi włosy – kiedyś prawie czarne. Ludzie, których mijam – uśmiechają się do mnie. Cieszę się…… sam nie wiem z czego. Tak to jest, kiedy ma się 16 lat. To jest prawdziwa radość życia. Cieszymy się, ale nie wiemy do końca dlaczego. Tak po prostu. Z tego, że żyjemy, z tego co widzimy, z tego co słyszymy. Uśmiechamy się do swoich marzeń. Idę i czuję ekscytację, bo nie wiem co zdarzy się jutro ……..i to jest piękne. Mijam swoje ulubione kino. Trochę dalej, po lewej – dziewczyna ze sklepu odzieżowego wyszła na schodki przed wejściem. Ma długie, czarne i lśniące włosy. Uśmiecha się do mnie. Tak,…… do mnie – wiem to na pewno. Zarzuca przy tym włosy lekko do tyłu. Zapamiętuję ten ruch – jak fotografię.
Na tej fotografii pamięciowej z tamtej ulicy mam 16 lat. Teraz mam 47. Podnoszę oczy do tylnego lusterka i w swoich oczach widzę przeszłość i teraźniejszość. I widzę w nich tą samą ciekawość jutra, co dawniej. Widzę tą samą beztroskę i lekceważenie zasad, jakie towarzyszyło mi od zawsze.
– Niewiele się zmieniłeś w środku……- mówię do siebie w myślach – nigdy już nie zmądrzejesz,……… ale chyba dobrze mi z tym. Każdy jest z innego tworzywa, czego innego pragnie. Każdy ma swój wewnętrzny kompas i idzie przez życie nim właśnie kierowany. Człowiek nie zrozumie drugiego człowieka do końca, bo każdy ma w sobie swój własny kod. Ktoś nad nami jednak prowadzi nas we właściwą stronę. Czym dłużej żyję – tym bardziej to rozumiem i tym bardziej jestem spokojny. Nie szarpię się już z życiem. Nie mam do siebie pretensji o niepowodzenia, czy stracone okazje. To moje życie. Jest jak film, w którym gram swoją rolę. Improwizuję z chwili na chwilę. Lubię zaskoczyć siebie samego. Bo moja własna nieprzewidywalność jest cechą, która mnie bawi i ciekawi.
Jakoś nigdy nie chciałem wielkich rzeczy. Nie chciałem otaczać się przedmiotami. Byłem zawsze minimalistą. Miałem raczej problem z tym, że miałem za dużo – jak na takiego jak ja człowieka. Rozdawałem więc swoje rzeczy przy różnych okazjach, starając się przekazać je w dobre ręce. Robiłem to wielokrotnie – zwłaszcza przy zmianach mieszkań. Były to wszystkie przedmioty, jakie może zgromadzić człowiek – z całymi zestawami mebli włącznie. Sam bym się chyba nie doliczył wszystkich. Lubiłem namiętnie kupować ubrania – rozdawałem ich potem całe mnóstwo. I tak cyklicznie, i falowo. Kupowałem i rozdawałem.
Jednak, już jako młody chłopak wymyśliłem sobie, że jako cały mój stan posiadania – chcę mieć jeden marynarski worek, do którego wrzucę parę najniezbędniejszych rzeczy – żeby zawsze być gotowym do drogi, żeby nie mieć nic, co może mi w życiu przeszkadzać. Worek miał czekać – zawsze gotów. Do tego koniecznie notes i ołówek – żebym mógł pisać i rysować.
Nigdy nie myślałam o tym, że gdzieś tam chcę wybudować dom, mieć samochody, baseny, stałą i niezmienną pracę, zorganizować grilla dla gości w sobotę i pokazywać im to wszystko co rzekomo zdobyłem. Nie,………. to nie byłem ja. Nigdy nie chciałem budować takich zamków na piasku….. To, co naprawdę jest trwałe – jest w nas. Tam jest wszystko, co mamy. Kiedyś w hotelu stanąłem nagi pod prysznicem i zrozumiałem, że wszystko co mam – właśnie jest pod tym prysznicem – to po prostu ja. Wszystko, co zawsze miałem – ciągle mam. Musiałem trochę pożyć, żeby to zrozumieć.
Ja chciałem wyjść naprzeciw życiu. Z jego wszystkimi kolorami. Szczęściem i bólem. Bo to znaczy żyć. Iść tam, gdzie nikt nie chce iść i przyjąć od życia nieoczekiwane szczęście. Brać, jak leci. Wygrywać i tracić i znowu wygrywać – wszystko. Va Banque..
Wydaje mi się, że wszyscy rodzimy się z jakimś kodem, że wiemy intuicyjnie dokąd iść. Ja od zawsze wiedziałem, że cały mój życiowy dorobek, jaki chcę osiągnąć – będzie niematerialny. Miał być zawarty w moim doświadczeniu. Chciałem zbierać piękne chwile – nie przedmioty. Zawsze ceniłem w ludziach prostotę, szczerość, gotowość na stracenie wszystkiego w imię prawdziwych wartości. Takich ludzi lubiłem najbardziej – byli mi najbliżsi.
W głośnikach słyszę „Time” Hansa Zimmera…. Jak to się wszystko z sobą spaja samoistnie.
Pamiętam też inną chwilę w błękitnej koszuli. Siedzimy na plaży z Iwoną i Arturem w małej zatoczce blisko Saint Tropez. Jest ciepłe popołudnie i znowu ten przyjemny, ciepły wiatr. Niedaleko od nas, trójka młodych ludzi pije szampana. Dziewczyna co jakiś czas uśmiecha się do nas. Arturek kopie dziury w piasku. Czuję jak piasek jest mocno rozgrzany…..przyjemny. Iwona ma piękną, kolorową spódnicę w kwiaty. Kładzie policzki na swoich kolanach i przygląda mi się ciekawie. Fotografuję w pamięci tę chwilę.
Niektórzy ludzie już w młodości postanawiają, co chcą mieć w szczegółach.Wiedzą nawet ile chcą mieć dzieci i wykonują swój plan. A ja zawsze chciałem niewiadomej. Chciałem wyjść na wiatr – prosto w twarz. Nie chciałem posiadać – chciałem prawdziwości.
Kiedy zobaczyłem pewnego dnia postać z Titanica – Jacka Dawson’a, którego gra Leonardo DiCaprio – widziałem człowieka, który jest tak bardzo podobny do mnie. Łapał chwile. Nie miało dla niego znaczenia, czy jest na górnym, czy dolnym pokładzie. Trzymał swoje życie w swoich rękach. I podobnie jak ja – rysował. Niewiele mu trzeba było. Był prawdziwy i gotowy na ryzyko. Gotowy na wszystko. To dlatego tak lubię ten film. Co ciekawe, na jednej ze scen biegnie dokładnie z takim workiem, jaki mam ja…….
Mijały lata, ale nie zmieniłem się pod względem swojej chłopięcej prostoty. Wciąż ekscytuję się tym, co przyniesie życie. Nie boję się przewrócić i stracić wszystkiego, bo za chwilę mogę wszystko wygrać. Potem stracić i znowu wygrać. Takie jest życie – zaskakujące i piękne. Kiedy wydaje nam się czasem, że wszystko się wali – właśnie wtedy dzieje się coś, co to wszystko odwraca. Moneta znienacka obraca się na drugą stronę. Ale nade wszystko, w każdej sytuacji trzeba być człowiekiem. O to w tym chodzi. Nadejdzie wiatr, który zadmie znienacka w żagle jachtu, który stał w marinie. Choć tego wiatru nikt się nie spodziewał. Trzeba być zawsze gotowym na dobro, które właśnie nadchodzi – zawsze gotowym do rejsu. A rejsem wcale nie musi być daleka podróż – to raczej metafora. Rejsem jest życie….
Mam czasem wrażenie, że ktoś mnie w tym moim podejściu próbuje. Życie składa się z pojedynczych dni, przeżywanych w niepowtarzalny sposób. Niesamowite jest to – jak dzień do dnia jest niepodobny. Przynajmniej moje dni …………
Dzwonię do Iwony, umawiamy się na spacer – zaraz po moim przyjeździe. Jedziemy od razu….
Ten dzień jest niezwykły. Jest jak zawieszenie w czasie.
Pojechaliśmy do kina w Skoczowie – lubimy bardzo to miejsce. Potem do Wisły Wielkiej, nad jezioro. Jest piękna pogoda i spacerujemy po malutkim molo, przy marinie. Jest cicho, słonecznie i pięknie. Kiedy stoimy na molo, jakaś dziewczyna robi nam fotografię. Zauważyłem to. Coś jej się chyba w nas spodobało….. Kolejna fotografia…..
……………Minął już tydzień od tego przyjazdu, a ja ciągle czuję szczególną atmosferę tamtej niedzieli. Nie wiem, jak nazwać to uczucie….jak je określić. Jeszcze tego nie przetworzył mój umysł. Wiem, że było to ważne…………………
Ustroń, 24.03.19
Jack pokazuje Rose swoje rysunki.
Scena, w której zaczyna się rozumieć wiele
https://www.youtube.com/watch?v=B3Y4dl5r82w
Moja błękitna koszula 🙂


