Był ciepły, czerwcowy dzień. Jechałem przez śląskie dzielnice, jakich nawet nie znałem. Małe domki jednorodzinne albo te dwupiętrowe, ceglane budyneczki i prawie zawsze w pobliżu jakieś ogródek,….. kwiaty. Choć nie bogato , ale zawsze schludnie i czysto.
Taki był szlak, jaki wybrałem tamtego popołudnia. Jako, że często łączyłem pracę z przyjemnością, cieszyłem się tą chwilą. Otwarłem szeroko okno, pozwalając gorącemu powietrzu wpadać do woli do wnętrza samochodu. Chciałem jeszcze zdążyć na krótką rozmowę z szefem pewnej firmy. Zostało trochę czasu, więc bez spiny jechałem z wyciągniętą za szybą ręką. Załączyłem koncert Neil’a Young’a z Massey Hall, z ‘71 roku. Słuchałem jego niepowtarzalnej gitary i pełnego emocji głosu. Bawiłem się lewą ręką ciepłym powietrzem, które opływało mi dłoń od pędu auta. Właśnie śpiewał „Old Man”. Lubiłem bardzo ten kawałek.



