„Całe to moje rysowanie”

Zacząłem, kiedy byłem dzieckiem.

Kiedy trafiało mnie jakieś przeziębienie – siedziałem z reguły u moich dziadków. Zawsze była pod ręką jakaś kartka papieru i ołówek. Oczywiście, w tamtych czasach rysowałem wszystko, ale od samego początku zauważyłem, że pewien rodzaj kreski bardziej mi się podoba, że lubię uproszczenie, szybkie rysowanie – oddające uczucia, emocje, charakter osoby która tworzy.  Były w tamtym czasie takie programy w telewizji – rano w niedzielę. Może niektórzy jeszcze to pamiętają ? To były spotkania z Szymonem Kobylińskim. Facet z długą brodą brał kawałek węgla i błyskawicznie wyczarowywał różne postacie. Opowiadał przy tym ciekawe historie. Dla mnie niesamowite było to, jak z tych pozornie chaotycznych kresek powstawał bez poprawek temat. To wszystko powstawało na oczach widza. Po prostu zaczynało żyć na moich oczach. A to wszystko przy pomocy tak prostych narzędzi. Był dla mnie jak czarodziej. Do dzisiaj ten typ rysunku lubię najbardziej – szybki, mocny, bezpośredni, bez zastanowienia. Nie musi być technicznie doskonały, ale najważniejsze jest to, żeby były w nim uczucia – moje uczucia, uczucia osoby którą przedstawiam i uczucia osoby, która odbiera to co stworzyłem.

Potem było tak, że dostałem kiedyś w prezencie kalendarz z reprodukcjami obrazów Jana Matejki. Były tam między innymi takie obrazy jak Hołd Pruski, Bitwa pod Racławicami, Rejtan, no i oczywiście bitwa pod Grunwaldem. Bawiłem się w rysowanie tych obrazów na większym formacie. Rysowanie jednego zajmowało mi nawet 3 popołudnia, ale byłem bardzo wytrwały i wiedziałem, że żeby stworzyć coś co przyniesie mi satysfakcję – muszę temu poświęcić dużo wysiłku. Pokonywałem więc niepowodzenia, niecierpliwość, frustracje. Nie dokończyłem jedynie Bitwy pod Wiedniem, bo kalendarz gdzieś zniknął.

W tamtym czasie nauczycielka plastyki zaprosiła mnie do udziału w kółku plastycznym w naszym domu kultury, w zameczku. Mieliśmy na ostatnim piętrze piękną pracownię. Było też kilkoro innych dzieci a nauczycielka – fantastyczna osoba, Basia Piszczan – pokazywała nam bardzo różne techniki, podejście do perspektywy, cienia, itp. I to mnie fascynowało. Ona także potrafiła cudownie o wszystkim opowiadać – z takim zaangażowaniem, całą sobą – że wiedziałem, że to jest prawdziwa artystka. Gdzieś tam podskórnie czułem, że to jest kierunek który chciałbym zgłębić. Czasem, kiedy oglądała moje prace – mówiła z uśmiechem:

– I co, Makosz ? Osiadłeś na laurach ? Przecież stać Cię na więcej. Popracuj jeszcze nad tym.

Wiedziałem, że we mnie wierzy i wracałem do pracy. A ona żegnała mnie tym zagadkowym półuśmieszkiem, z założonymi rękami – jak miała w zwyczaju. Na szyi nosiła często korale. Korale do jasnych golfów i bardzo długie jakby bezrękawniki z dzianiny. Tak…….tak je nosiła.

Pewnego dnia zabrała nas do telewizji Katowice. Mieliśmy z kolegą namalować plansze do programu o Śląsku. Będąc kiedyś w Planetarium Śląskim widziałem, że horyzont zbudowany jest symbolicznie z różnych budynków kościołów, kominów, szybów górniczych. Te wszystkie elementy na samym dole potężnej kopuły planetarium były namalowane konturowo, jakby pozostawały w cieniu. W tle była projekcja wschodzącego, albo zachodzącego słońca. My tworzyliśmy coś bardzo podobnego. Praca była bardzo szeroka. Czuliśmy na sobie wielką odpowiedzialność – no i w którymś momencie, bliżej końca – wydarzył się mały dramat, a mianowicie niechcący otarłem pędzel o krawędź słoika z wodą w taki sposób, że farba prysnęła na całą plansze. Kolega był wściekły a ja nie pozwoliłem mu na siebie naskakiwać. Przeprosiny niewiele tu poprawiły. Zaczęła się poważna kłótnia. Mieliśmy może po 12 lat, ale było dość ostro. Zainterweniowała nauczycielka. Wkurzyłem się i wyszedłem. Nie wiem, kto za mnie dokończył tą pracę. W każdym bądź razie wypisałem się z kółka plastycznego i przestałem chodzić na zajęcia. Zapomniałem o rysunkach i malowaniu.

Przypominam sobie teraz, że dużo wcześniej – a mianowicie w wieku może 9 lat rysowałem dużo, ale w zupełnie innym kontekście. Rysowałem mianowicie na różnych kartkach i w zeszytach akty kobiece. Nie przeszkadzało mi słuchanie jednocześnie tego co mówi nauczycielka na zajęciach typu fizyka, która była moim ulubionym przedmiotem i jednoczesne rysowanie czegoś zupełnie odmiennego 🙂

Pamiętam, jak zdarzyło się ze trzy razy kiedy jedna bądź druga nauczycielka zauważyły kątem oka – co rysuję. Pamiętam ich purpurę na twarzy i szybkie wycofanie się w zawstydzeniu. Ja zamykałem pospiesznie zeszyt i sprawy wracały do porządku dziennego. Lubiłem się uczyć, więc temat nigdy nie był poruszany. Były to czyste akty  kobiece, jednak rysowane w taki sposób, że nawet dziś zastanawiam się nad tym – jak jako dziecko mogłem mieć taką fantazje i skąd przychodziło mi to wszystko do głowy ? Wielu z tych tematów nawet dzisiaj bym nie narysował.

Mijały lata. Rysunek mógł mi służyć co najwyżej do tego żeby lepiej wyjaśnić to o czym myślę, ponieważ coraz bardziej stawałem się istotą techniczną i coraz bardziej ciągnęło mnie do inżynierii.

I tak nadeszły studia na wydziale elektroniki. Kiedy jednego roku wyjechałem z akademika na wakacje – do naszego dwuosobowego pokoju wprowadziła się pewna Rosjanka. Nigdy osobiście jej nie poznałem, ale kiedy wróciłem z wakacji – nie poznałem swojego pokoju. Był cały w malunkach. Na suficie i ścianach były postacie jak z Kaplicy Sykstyńskiej – Michała Anioła. Postacie aniołów,  rycerzy, bohaterowie jakiś nieznanych mi baśni. To było niesamowite. Kolega powiedział, że ta dziewczyna studiuje na Akademii Sztuk Pięknych. Nasz pokój widział już różne rzeczy, ale to było naprawdę coś. Pomijam fakt, że wszystkie meble i ściany mieliśmy wcześniej popisane cytatami naukowców , artystów i myślicieli. Nad moją głową ktoś rozpisał myśli Einsteina. Na drzwiach szafy – ktoś inny przepisywał poezję. Jednak elektronicy, to wrażliwe dusze. I kto by pomyślał ? To wszystko pozostawało po poprzednich rocznikach, które mieszkały w tym pokoju. Ale  rysunków jeszcze nie mieliśmy. Czegoś takiego nie spodziewałbym się nigdy.

Wkrótce potem zacząłem bawić się ołówkiem i rozpoczął się kilkumiesięczny epizod powrotu do rysowania. Dostałem od Iwony dwa albumy ze sztuką. Patrzyłem na to, co robił Renoir i próbowałem to odtwarzać. Tamtego roku wyjechaliśmy też zimą do Zakopanego. W naszym ciepłym i miłym pokoju w willi Renesans – chwytaliśmy często za ołówki i rysowaliśmy dla zabawy. Cały czas przez te wszystkie lata dużo pisałem – tego nie przerwałem nigdy. Czułem się blisko sztuki, czegoś co zawsze mnie pociągało. Sprawiało mi to dużo przyjemności.

Niemniej jednak w którymś momencie postanowiłem przerwać, dlatego że uznałem, że jest to droga w której będę coraz głębiej wchodzić w siebie i zatracać się w tym. Obawiałem się, że zanurzę się coraz głębiej w siebie a w tamtym okresie nie byłem gotowy na to, żeby z taką łatwością wychodzić z powrotem. Instynkt nakazał mi przerwać.

Odłożyłem więc ołówek i tak minęło kolejne 25 lat – ćwierć wieku.

Aż tu pewnego niedzielnego poranka, przy kawie w Ustroniu na naszym Zeta Park…… coś się stało.

Na stole leżało jedno z kolorowych czasopism typu Elle. Bardzo spodobała mi się fotografia dziewczyny, która była na okładce. Tak się złożyło, że pod ręką była i kartka i ołówek. Zacząłem zupełnie dla zabawy ją rysować……………..
Wykonywałem szybkie ruchy. Kreska błądziła sama, szukając jej postaci, którą wyczuwałem. Rysowałem mniej pewnie, niż kiedyś – ale nie zapomniałem tego. Po jakiś 5 minutach szybki rysunek był gotowy. Zatrzymałem się i popatrzyłem na to, co zrobiłem …….zastanowiło mnie to mocno. Ten rysunek sprawił, że zrozumiałem, iż za pomocą tak prostych środków – można przekazać tak wiele uczuć. Od tego czasu zacząłem rysować około godziny w każdą sobotę i niedzielę. Uczyłem się całkowicie samodzielnie, wyciągając wnioski z tego co zrobiłem. W internecie oglądałem rysunki, które mnie inspirowały. Rysowałem dużo i szybko. Brałem jedną kartkę za drugą i następną, i następną. W niedługim czasie uzbierało się ze 100 takich kartek.

Pewnego dnia poukładałem wybrane przeze mnie rysunki w koło, Siedząc na kanapie obserwowałem to wszystko. Rysunki były niedoskonałe, miały swoje poważne defekty techniczne, ale nie to było dla mnie istotne. Postacie, które tworzyłem – patrzyły na mnie. Jakby chciały mi coś powiedzieć ………i to było niesamowite.

Kiedy patrzyłem na nie wieczorem – ona dalej mi się przyglądały.

Dałem im życie………

Potem, po około roku przyszedł moment kryzysu. Nie potrafiłem przekroczyć pewnego poziomu, zrozumieć pewnych zależności, które rządzą światłem i cieniem. Zrozumieć tego – po co mi kreska i po co mi plama. Byłem całkowitym samoukiem i nikt mi niczego nie podpowiadał. Zupełnie jak z gitarą.

Najbardziej zastanawiające było to, że kiedy rysowałem – rozmyślałem ……zapisywałem różne notatki dotyczące tego co robię a wnioski, do których dochodziłem wykraczały znacznie poza rysowanie.

To ciekawe, jak podczas tworzenia tych prac zdołałem się mocno wyciszyć, skoncentrować, zejść bardzo głęboko w siebie i wydobywać stamtąd wspomnienia, uczucia, myśli…. gdzieś zapomniane, przerwane. Jak zaczynałem rozumieć wiele rzeczy, zupełnie nie związanych z rysunkiem.

Odnajdywałem porozumienie z sobą, harmonię.

Wykonywałem mnóstwo rysunków. Sprawiało mi to przyjemność. W ciągu na przykład pół godziny byłem w stanie wykonać nawet 5 rysunków. O ile wcześniej miałem poczucie tego, że wszystko co robię zajmuje mi mnóstwo czasu i przepada bezpowrotnie, to od kiedy zacząłem rysować – zrozumiałem, że coś po sobie zostawiam – uczucia, nastroje, myśli, część siebie.

Wiele z tych rysunków wyrzucałem, bo nie byłem z nich zadowolony, ale zawsze kiedy wrzucałem je do kosza z papierem –  patrzyłem na nie raz jeszcze jakbym się z nimi żegnał – wiedząc, że one też czemuś służyły. Temu, żeby kolejny był lepszy.

Rysowałem tak dużo, że dochodziło do sytuacji absurdalnych – to znaczy brakowało mi papieru i nie miałem już na czym rysować. Musiałem kupować kolejną ryzę A4  – do ćwiczeń. A jak to w niedzielę rano – nie chce się jechać do sklepu, no więc szukałem czegokolwiek, na czym mógłbym rysować, nie dlatego że to była obsesja, ale dlatego – że to była potrzeba i przyjemność. Są takie tematy, które rysowałem po kilkanaście i więcej razy. Za każdym razem zastanawiam się czy ta postać, którą próbuję narysować jest lepsza w tym rysunku niż we wcześniejszym. Zostawiałem więc starą wersję i tworzyłem kolejne. Potem je zestawiałem ze sobą i i tworzyłem następne, a potem 20 następnych. Wszystkie podobne – jak siostry.

Nastąpiła sytuacja, w której byłem w stanie rysować non stop przez 20 godzin, pijąc jedną kawę za drugą – a kiedy robiło mi się słabo bo nie jadłem – przegryzałem parę paluszków albo brałem łyżkę musu orzechowego i dalej byłem całkowicie zatopiony w tym co robię. I to było właśnie to, czego obawiałem się przed laty – wszedłem bardzo głęboko w siebie. To sprawiało mi oczywiście dużą przyjemność, ale wyobcowywałem się z otoczenia. Wreszcie zrozumiałem……że przesadziłem.

To samo zresztą było z gitarą. Gitara wciąga mnie jak narkotyk. Kiedyś (a gram na od 14 roku życia) była to rozkosz połączona z uzależnieniem. Kiedy grałem – znajdowałem się w innym świecie.

Muzyka generalnie – działa na mnie bardzo mocno. To jest jednak inna historia……

Jestem na tyle odporny psychicznie, że zrozumiałem w jakim kierunku idę. Zatrzymałem się. Dokonałem korekty swoich zachowań. Wiem dokładnie co, jak i kiedy chcę zrobić i nie czuję potrzeby posuwania się dalej. Człowiek jest jednak maszyną samo uczącą się. Całe szczęście.

Był jednak moment kolejnego wielkiego kryzysu, kiedy  powiedziałem sobie, że rysunek który teraz tworzę jest ostatnim -jaki wykonam. Nie byłem zadowolony z tego, co osiągnąłem do tamtego momentu.

Tak więc usiadłem do tego rysunku i niemalże ze wściekłością zacząłem rysować portret mojego dziadka, który który w robotniczych łachmanach stoi na wprost mnie i patrzy swoimi głębokimi oczyma. Jakoś to akurat trafiło mi w ręce – jego stara fotografia.To co narysowałem na formacie A3 zajęło mi dosłownie parę minut. Jak wspomniałem rysowałem ze złością, prawie ostatkiem sił.

Skończyłem. Rzuciłem na stół ołówek i wyszedłem do łazienki, umyć ręce.  Po chwili wróciłem i popatrzyłem mimowolnie na rysunek, który ustawiłem na desce, na krześle.

I to był szok…….

Dziadek patrzył na mnie z tego rysunku. Patrzył na mnie dokładnie tymi otrzyma jakie zapamiętałem. On z tego rysunku mnie pytał…. I co chcesz się teraz poddać, naprawdę chcesz się poddać ?

I do tego wszystkiego, jakby lekko się uśmiechał.

Rysunek wykonany był najzwyklejszym w świecie ołówkiem HB. Wiele detali nie było widocznych z odległości, w której stałem – ale niesamowite było to, że on był żywy.

Kiedy podchodziłem do rysunku i zacząłem analizować szczegóły, widziałem Ile błędów popełniłem, widziałem różnice w wielkości oczu, przesunięcie między uszami a nosem, w kształcie podbródka, chaotycznych kreskach – czy też jego czapce, ale kiedy znowu odchodziłem parę kroków – on znowu tak samo na mnie patrzył i tak samo zagadkowo się uśmiechał.

Kiedy tego dnia nadszedł wieczór a w pokoju było prawie ciemno – patrzyłem na ten rysunek. I dziadek dalej patrzył na mnie… Tak samo jak wcześniej. W tych prawie ciemnościach jego oczy ciągle szukały we mnie samym odpowiedzi. Pamiętam moment, w którym siedząc na krześle popatrzyłem na swoje własne ręce. Nie mogłem uwierzyć, że sam to narysowałem.

Od tamtego momentu czułem, że robię postępy na drodze którą chciałem iść w rysunku. Zacząłem rozumieć, że nie istnieje kreska, że jest iluzją. Jest tylko spotkaniem światła i cienia, w zależności od oświetlenia. Widzimy tyle, ile możemy zobaczyć – resztę nasz umysł dopisuje, w zależności od wrażliwości odbiorcy. To, co odbiorca zobaczy w rysunku, który ja tworzę jest tym co jest w nim, bo on dopiszę sobie szczegóły, których nie widać – tak jak ja dopisywałem sobie szczegóły twarzy dziadka, których na rysunku ewidentnie nie ma.

Zacząłem rozumieć, że linia w przyrodzie nie istnieje. Jest tylko spotkaniem światła i cienia. Jeżeli przyciemni się światło – zobaczę tylko część tego obiektu. Zobaczę tylko tyle, ile pozwoli mi zobaczyć światło które na niego pada.

Takie i wiele innych obserwacji poczyniłem później. Zapisywałem wszystkie te myśli i wyciągałem wnioski z tego co robię.

I tak poszukiwałem swojego własnego stylu – nie dlatego, że chciałem być oryginalny, ale dlatego że chodziło mi o przekazywanie uczuć moich jak i wywołanie tych samych uczuć u odbiorcy. Rysunek pozwala w mgnieniu oka przekazać znacznie więcej niż często ogromna ilość tekstu. Jego siła przekazu jest olbrzymia.

I tak minęło trochę czasu. Niektóre rysunki zacząłem wrzucać na Facebooka od momentu, kiedy go założyłem – czyli od 25 września 2018.

Będę to robił dalej, bo czuję taką potrzebę. Technika, którą się posługuję – przypomina malowanie na sucho. Używam palców dłoni, dotykam nimi swoich postaci. To  bardzo zmysłowe doznanie. Uwielbiam to robić, ale też dziś wiem kiedy przestać…… Zobaczymy jakie będą kolejne rysunki. Ja sam nawet nie znam odpowiedzi, bo wszystko co robię powstaje z potrzeby chwili. Taki już jestem – nie mam ani wielkich marzeń, ani wielkich planów. Co najwyżej mogę myśleć o tym jaką koszulę wyprasować na jutro rano do pracy ….a resztę odpowiedzi zna czas i wiem, że będzie dobrze – bo wiem, że nie jestem sam…. Bo wszystko co robimy ma jakiś głębszy sens i niekoniecznie my sami musimy znać na to odpowiedź. Ktoś dobry prowadzi nas w życiu i z biegiem lat coraz lepiej zaczynam to rozumieć. Nie martwię się już o nic , bo wiem że jest dokładnie tak jak powinno być….

Jarek

Rysunek dziadka, kiedy byłem w momencie krytycznym na drodze w rysunku….:)
Szkic z Zakopanego, jakie ocalały..
Inne szkice z Zakopanego ’95.

Zakopane ’95

Było ich dużo, ale potem już nigdy więcej nie rysowałem karykatur. Bardziej chodziło mi w tym o uchwycenie cech specyficznych danej osoby.
Zdarzało się, że rysowałem na tym co było – tam gdzie byłem. Tu np. Szwecja. Zazwyczaj czekając na coś, albo rozmyślając…
Uwielbiałem rysować bardzo szybko, namiętnie – bez zastanowienia…….. Czasem lekko, a czasem mocno naciskając ołówek…….
Takich mega-szybkich prac wykonałem całe setki. Niektóre z nich są gdzieś jeszcze w teczkach…Nie zaglądałem do nich od dawna. Teraz przyszła chwila.
Jeszcze jedna z karykatur, które znalazłem….
Zdarzył się jednak mały epizod – teraz to znalazłem – z czasów mojej pracy jako konstruktor w ABB Daimler Benz…. Tak więc kreska służyła mi nie tylko do rysowania schematów elektronicznych 🙂
Tutaj wróciłem po latach…..2017
Po latach zacząłem powoli rozumieć o co chodzi w rozkładzie światła i cienia…..
Zacząłęm upraszczać ……….
I nastąpił przełom. W tym rysunku „Tango in the club” zrozumiałem, jaką drogą chcę iść…tworząc swoje prace. Zacząłem od niechcenia, jedną ręką trzymając kromkę chleba a drugą rysując na niewielkiej, obtarganej kartce…..i nagle zrozumiałem.