„Refleksja przy kominku”

  • Siedzę wieczorem i zszywam swój raincoat,….. poszarpany na wietrze.

Za oknem raz słońce, raz deszcz. Póki nie ma jednak wiatru, jeszcze nie jest najgorzej. Czekam na wiosnę… wiem, że przyjdzie. Było tak już 48 razy w moim życiu i wierzę, że będzie i po raz 49-ty ?

Tu,… w kuchni tego małego, angielskiego domku – mam swoje ulubione miejsce. Siedzę przy kominku… I przy świetle niewielkiej lampki coś tu zawsze robię. Widać stąd dobrze zachody słońca, a taki zachód – to dla mnie zawsze chwila na zastanowienie . To, jak przeżyłem ten jeden dzień – mówi mi wiele o tym, jak przeżywam aktualnie swoje życie ? Jak nim teraz właśnie steruję. Jak zeglaż – od wschodu słońca, do zachodu.

Powiedziałbym nawet , że jeden dzień jest miniaturą całego życia.

Wieczorami dokonuję więc autokorekty kursu swojej żeglugi. Nie na wszystko starczy mi czasu……

Stan posiadania zredukowałem do jednego worka, jaki mogę nieść na plecach. O dziwo, jest wypełniony tylko w 70 % i są w nim naprawdę najpotrzebniejsze rzeczy. Zawsze chciałem to osiągnąć i zawsze miałem jednak za dużo wszystkiego. Mieć tylko tyle, ile mogę swobodnie unieść. I móc szybko maszerować. Stan posiadania zabałaganiał mi sprawy naprawdę istotne. Trochę podobnie było z moimi kierunkami działań… zawsze było ich zdecydowanie za dużo….

**********

Naomi wróciła dziś ze szkoły stepowania amerykańskiego. Wziąłem do ręki jej piękne buty, przeznaczone do tego tańca – podkute wielkimi, metalowymi blaszkami. Zawsze podobał mi się ten taniec.

Kiedy miałem może z 7 lat, to naoglądałem się filmów z Fredem Astairem i Gene Kellym. Swoje wyjściowe buty podkułem blaszkami, jakie znalazłem w starym pudełku dziadka. Takie blaszki w kształcie litery „U”, chyba jeszcze sprzed wojny. Służyły do tego by nie ździerały się podeszwy. Wtedy buty były drogie. Ja wykorzystałem te blaszki do czegoś innego. Stukałem nimi potem na korytarzu. Echo niosło się daleko. Ten dźwięk mnie ujmował. I pomyśleć, kolejna rzecz jaką a chciałem kiedyś robić. Potrzebowałem do niej zaledwie butów z blaszkami i mógłbym tańczyć dosłownie wszędzie. Co to za problem zabrać ze sobą buty…

Przypomnialem sobie potem o tym dziecięcym marzeniu kiedyś w Monachium. Mieszkałem w starym  hotelu o nazwie Deutches Theater…. , na ostatnim piętrze, w pięknym mansardowym apartamencie. Hotel miał lata świetności dawno za sobą, ale jego rozmach wciąż się tam czuło. W dużym i słonecznym wnętrzu miałem nawet bukiet czerwonych róż w wazonie. Na ścianie wisiała duża reprodukcja obrazu Tamary Lempickiej. Nie spodziewałem się czegoś takiego za tą cenę. To był ostatni wolny pokój w mieście. Życie sprawia czasem i miłe niespodzianki.

Na wprost była szkoła stepu. Czasem ktoś wychodził przed lokal zapalić papierosa. Klimat na tej ulicy był jak z przedwojennych filmów… Neony,… Kolory, drogie samochody podjeżdzające pod lokale. Na górze w tej szkole wszyscy tańczący wystukiwali jeden rytm, jak w prawdziwym music-hallu. Ulica była wąska a dom na przeciw taki bliski….. Tańczyli wręcz obok mnie. Podobało mi się to…………. Bardzo…

Pomyślałem wtedy, że będę uczył się tego tańca. Potem z grupą zapaleńców zorganizujemy rewię w stylu lat 20-tych i wystąpimy w Katowickim kinoteatrze Rialto. To było najodpowiedniejsze miejsce do tego właśnie (tak to sobie wtedy wyobraziłem). Buty dobre  do przybicia blaszek znalazłem przypadkiem u szewca w Łodzi, na Piotrkowskiej. Były wyjątkowe – biało-czarne (A zaraz na przeciw kupiłem swój podróżny, marynarski worek – z demobilu). Pamiętam, że wszedłem potem na espresso do „Pożegnanie nią z Afryką”… wszystko było obok siebie. I słońce takie piękne, wpadające do kawiarni … Kawę mieli niezwykłą.. Piszę o tym, jakby to miało jakieś znaczenie….. może ma…? To była piękna chwila…. 

*********

Rozmawialismy tamtego wieczoru w kuchni o Singing in the Rain z Kellym…. tak powoli zacząłem sobie coś przypominać…. 

Co za pomysły rodziły się wtedy w mojej głowie ? .. I to jeszcze nie tak dawno temu….

Potem wybrałem jednak tango…. A potem….. zrezygnowałem nawet z tanga….dla znacznie ważniejszych rzeczy.

….. Zamyśliłem się…. W końcu powiedziałem:

– Fajnie było zobaczyć prawdziwe buty do stepu – rzuciłem krótko, oddając je Naomi.

Popatrzyła na mnie przez moment przenikliwie.. i zamknęła je na powrót w pudełku….

*********

PS

Znalazłem na YouTube krótki film o Brighton. To są wręcz obrazy z mojej drogi do pracy i z okna tego domu. Tak tu dokładnie jest. Bardzo dobrze oddaje to, co tu widzę i odczuwam. Dzień za dniem i noc za nocą przechodzą mi bardzo szybko. Wschody i zachody słońca to tylko chwila…..Nie na wszystko starczy mi czasu….Już to dziś wiem. W moim wieku to rozumiem. Te buty do stepowania mi o tym przypominają ? Trzeba niestety wybierać. Nie można mieć wszystkiego… 

Szkoda, że nie ma tu ze mną Iwony i Artura. Tyle bym im pokazał… No i usmażył im naleśniki. Właśnie dzisiaj je robiłem. Artur je tak uwielbia. 

Jarek

Step w wykonaniu legendy….To zwłaszcza ta scena mnie zachwyciła…Mój ideał człowieka – Nie ma nic, nawet deszcz na niego leci,…. ale on to ma zupełnie za nic i jest szczęśliwy….. Tak właśnie zawsze chciałem ??Pozornie nie mieć nic, by w rzeczywistości mieć wszystko. Bo tak naprawdę zawsze to w sobie mamy, bez względu na wiek i życiową sytuację.

Tak sobie teraz jednak myślę….Może zobaczę, czy gdzieś tu nie mają takich butów. A może by tak jednak??? ??? Why not? Jest tu w kuchni nawet zupełnie przypadkiem duże lustro oparte o ścianę, przy podłodze. Widać idealnie nogi. No i ten drewniany parkiet…. Hmmmm. Zatańczyłbym tak teraz w ciepłym deszczu,… na wiosnę,… w Siemianowicach ?

J.