„Serce”

Każdy z nas jest z czegoś stworzony. Na te materie składają się nasze małe chwile, jakie zmieniły naszą drogę – jak przerzucone zwrotnice naszego życia – wspomnienia innych ludzi, których słowa głęboko zapadły nam w serca. Oni pewnie nawet nie zdawali sobie sprawy, że tak bardzo na nas wpłynęli, bo to było dla nich takie naturalne. Bo byli – po prostu…sobą.

Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa – dziadek siedzący przy piecu, machający do mnie rękami. Obok wielu innych ludzi w tej kuchni a ja powoli zaczynam ich wszystkich poznawać i powoli zapadam w sen, bujając się na swoim koniu na biegunach. Dziadek przywracał mnie do rzeczywistości.

Kolejne wspomnienie – to mama tańcząca ze mną na rękach. W radiu śpiewa Dalida – „Parole, Parole” (teraz już wiem, jak nazywała się tamta piosenka).

Kolejne wspomnienie – mama czyta mi książki późnym wieczorem przy naszym małym, żelaznym piecyku. Widzę te czerwone węgielki i wyobrażam sobie to wszystko, co mi czyta. Świat na zewnątrz – jest światem w mojej wyobraźni.

Kiedy indziej robimy z mamą teatr kukiełkowy, albo auto z kartonu po pralce.

Kolejne wspomnienie – tata zimą robi mi ze śniegu zamek w ogrodzie. Ma fantazję jak to on i zamek to jest rzeczywiście coś. Zmieściłby ze czwórkę dzieci. Ma wysokie ściany i wieżyczki. Mogę się tam schować i walczyć z nim śnieżkami. Jesienią przyniósł mi potężny wór, pełen kasztanów. Robiliśmy razem postacie. Rycerz, koń, dżdżownica……. To też było coś. Śpiewał mi czasem piosenkę o misiu. Taka kołysanka Czerwonych Gitar. (Muszę jej poszukać na YouTube….).

Kolejne wspomnienie – nasz dom. Mój cały świat to właśnie nasz dom i mieszkanie dziadków, zaraz naprzeciw. Wychodzę rzadko. Kiedy jestem trochę większy, chodzimy z babcią co niedzielę do kościoła na 7:30. Czuję się za każdym razem, jakbym szedł przez miasto z królową brytyjską. Widziałem ją na pocztówkach, jakie dostawaliśmy z Anglii od ciotki Hany.  Babcia, choć żyła z dziadkiem bardzo skromnie, z jego renty inwalidzkiej, to w niedziele była ubrana bardzo elegancko. Płaszcze, kapelusze, chusty, buty, torebki, rękawiczki – wszystko dopasowane do siebie idealnie. Bardzo dbała o takie szczegóły. Ja, idąc z nią – też musiałem dobrze wyglądać. Czasem nosiła biały, gustowny naszyjnik przypominający perły – tyle że z plastyku, ale jak ona potrafiła to nosić !

Szliśmy powoli w górę ulicy do kościoła który był w najwyższym punkcie miasteczka. Po drodze mijaliśmy jej znajomych. Mężczyźni kłaniali się lekko, podnosili kapelusze.

Kiedy szliśmy z powrotem do domu, mijaliśmy moją drugą świątynię – kino.  To to widziałem potem „Gwiezdne Wojny” i kochałem się w Carrie Fisher, tu widziałem „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Spilberg’a i te wszystkie filmy, które miały wpływ na całe nasze pokolenie. Zapach tamtej sali przypominał mi całą ekscytacje wszystkim, co się za chwilę wydarzy. Wszystko było fascynujące,…….nowe, wielkie. Ze szkoły brali nas tutaj na filmy radzieckie, które również miały swoją wielką wartość, mimo tego że w podtekście była zawsze jakaś propaganda. Wiele z nich było bardzo pięknych. Mnie zaś interesowało wszystko, co piękne. No i wreszcie najważniejsze filmy – Żandarmy z Louis de Funes’em. Na każdy z tych filmów chodziliśmy z kolegami (już w podstawówce) po parę razy z rzędu, bo kino było tanie – po 20 zł  (z Nowotką). Te francuskie komedie zabierały nas w inny świat, zupełnie inny. Dla mnie to słońce, plaże i kobiety….. nagie….nie do pomyślenia, że tam kobiety na plażach są nagie. Łałłłł,… tak wyglądał dla mnie Raj na ziemi. Tam chcę żyć ! – zdecydowałem wtedy bez namysłu. I to piękne, mocne południowe słońce, kładące się na postaciach, budynkach, zaglądające do kawiarń i restauracji – to był świat moich marzeń.  Van Gogh i wielu innych malarzy, doskonale wiedzieli, że tamtejsze słońce jest wyjątkowe, bo naprawdę takie jest. Przekonałem się o tym dużo później. Jest tam dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Takie jest właśnie Saint Tropez. Jak na tych filmach. I nic się tam nie zmienia. Lazur morza, spokój i  beztroska. Czy chcieć czegoś więcej ?

Kiedy wróciliśmy z babcią, w domu zaczynało się niedzielne śniadanie. I jak zawsze w niedzielę, takie samo – grzony wuszt, żymła i zymft (gotowana kiełbasa, bułka i musztarda). I zawsze tak samo dziadek mówił: – Jydz, pieronie. Musis mieć sioły (jedz, musisz być silny).

No i zaczynaliśmy.

Po śniadaniu zdejmował obrus z lampowego telewizora, który był najdroższą rzeczą jaką posiadali i załączał mi teleranek. Dzięki niemu uczyłem się mówić czysto po polsku. Do szóstego roku życia mówiłem tylko gwarą. W całej mojej rodzinie i środowisku nikt nie mówił inaczej. W pewnym sensie czysty polski, to mój pierwszy „nowy” język.

Dziadek słuchał, jak powtarzam zdania po dzieciach z Warszawy i mówił do babci.

– Pacz sie Milka, jak poradzi (popatrz Emilko, jak sobie radzi).

Zawsze mnie dopingował, zawsze podziwiał. Dla niego byłem kimś, w kogo wierzył. Już samo to podnosiło mnie w niebiosa. Dzisiaj rozumiem, jak to jest ważne, by dziecko podnosić na duchu. Ono patrzy w nasze oczy i chce zobaczyć wartościowego siebie. Dziadek mi to dawał. Tak, …..po stokroć mi to dawał. Nie zdawałem sobie wtedy nawet z tego sprawy.

Dziadek miał swoją pracownię. Intymne miejsce – mały pokoik z oknem przy suficie. Przy ścianie stolik, lampka, krzesło. Obok, od podłogi aż po sufit piętrzyły się kartony z czasopismami. To były zbiory dziadka – jego skarby. Najciekawsze artykuły oznaczał małymi krzyżykami. Taki miał system. Czytał w tym pokoiku godzinami. Nie przeszkadzałem mu, bo to było jego święte chwile.

Oprócz domu, dziadek wychodził jeszcze na ogródek, na końcu naszej ulicy. Zabierał mnie wtedy zawsze ze sobą. Sadzonki, jakie hodował w małych kubkach, wyrastały potem na wielkie pomidory. Do dziś takich olbrzymów nigdzie nie widziałem. Cieszyło go to niesamowicie.

Zdarzało się parę razy do roku, że szedł z babcią na czyjeś urodziny. To musiało być dla niego zawsze bardzo trudne. Ludzie patrzyli z dziwnymi minami na starego górnika, pochylonego do ziemi. Ciężko dysząc, co jakiś czas stawał wtedy i łapał oddech…. Kiedy jednak wychodził, na wyjście wyjątkowo ubierał swoją białą, wykrochmaloną koszulę z dobrego przedwojennego płótna (bo u moich dziadków wszystko było jak z innej epoki, jakby czas zatrzymał się pół wieku wcześniej). Ubierał swoje wyjściowe francuskie buty, które tak się świeciły, jakby je kupił wczoraj. Czasem nosił kapelusz typu Borsalino. Normalnie był w pudle na szafie, ale i na niego przychodził moment. Dziadek podwijał zawsze rękawy koszuli – taki miał obyczaj. Mówił, że tak robią Włosi. Pracował z nimi w czasie wojny jeszcze w hucie, więc wiedział co mówi. Pamiętam, jak moczył grzebyk i czesał nim włosy takim gestem, jaki widywałem na starych filmach. Dla niego jego wygląd był ważny. Bolało go pewnie niesamowicie to, że kobiety widziały w nim jedynie inwalidę. A tak bardzo się nimi fascynował. To musiało być dla niego największym dramatem. Kochał bardzo babcię i wariował na jej punkcie, kiedy np. dłużej jej nie było. Jako że miał wypadek jako młody mężczyzna, jego świat zatrzymał się na tamtych latach, tuż powojennych. Mówił nieraz o rzeczach, które dawno się zmieniły. Opowiadał o tym jednak zawsze z wielkim sentymentem i wielkim szacunkiem. Tak,…. on także uczył mnie szacunku do historii i do wiedzy. Opowiadał o świecie znacznie więcej niż sam mógł wiedzieć z doświadczenia. Znał to z czasopism, gazet i telewizji. Zdarzało się, że zaskakiwał mnie mało znanymi faktami, kiedy już ja po latach byłem w jakimś miejscu i tego nawet nie wiedziałem. W rozmowie z nim, zawsze potrafił mnie czymś nowym zaskoczyć. Wszystko było w jego notatkach, …na małych karteczkach.

Dziadek to też wspomnienie Michałków z Hanki. Pamiętam, że leżał zawsze na szafce jeden, koło jego starego zegarka na łańcuszku, jeszcze po jego ojcu. Michałek czekał na mnie a dziadek nigdy o mnie nie zapominał. Bardzo je lubił, ale cieszyło go szczególnie patrzenie kiedy to ja go jem – z radością. Cieszył się tym tak samo, jak ja. Miał coś w sobie z małego dziecka i nigdy tego nie zatracił. Kiedyś, czytając Kapuścińskiego znalazłem scenę, kiedy on chory, znaleziony w Afryce przez tubylców je jedno jajko. Jajko, które dla tych ludzi jest czymś wymarzonym. Stoją uśmiechnięci wokół niego a on je to jajko. Cieszą się jego radością. Niesamowite. To wspomnienie Michałka ma coś z tego zdarzenia…

Babcia i dziadek często wieczorami śpiewali. Jest taki moment dnia, kiedy jest jeszcze za jasno, żeby świecić i za ciemno żeby robić coś innego. Wtedy oni śpiewali stare piosenki. Czasami Śląskie, czasami niemieckie – bo dziadkowie ciągle jeszcze znali niemiecki z lat okupacji i sprzed wojny. Zresztą, kiedy nie chcieli żebym ich rozumiał – używali tego języka. Nie było to dla nich niczym dziwnym – to był język ich szkolnego dzieciństwa. W szkole uczyli się najpierw pisać po niemiecku.

Dziadek grał też na akordeonie. Kochał muzykę. Szkoda, że nie zagramy nigdy razem. Wybrałbym „Libertango”. Słyszałem kiedyś w San Remo kombinację akordeonu i gitary. Ten utwór Piazzoli jest wręcz stworzony do tej kombinacji instrumentów. Dwaj muzycy grali to przy stoliku, na zewnątrz restauracji. Właśnie to chciałbym z nim zagrać,……właśnie to.

Dziadek nie wychodził z domu z powodu swojego kalectwa. Przeżył dwa zawały węgla na kopalni. Za drugim złamało mu kręgosłup. Cudem przeżył, chowając się za maszyną. Górnictwo to paskudna rzecz. W mojej rodzinie jestem pierwszym mężczyzną, który z górnictwem nie ma nic wspólnego. Mama znała życie, jakie prowadził dziadek – pochylony do końca życia mocno w dół, oglądający buty innych ludzi i nie mogący się wyprostować. Znała nieszczęścia innych rodzin. To wszystko było bardzo namacalne, tuż obok..

– Po moim trupie. Ty niy zjdzies na doł !!! Doś……-  i tak się stało.

Wokół naszych domów co rusz były jakieś szyby górnicze, ale ja nigdy nie zjechałem. Ojciec codziennie zjeżdżał na 600m i głębiej, ale nie lubił rozmawiać o pracy. To było znamienne. On nie poruszał tematu kopalni. Kiedyś wymyślił, że wyjedziemy do Australii, też do kopalni, bo jego koledzy wyjeżdżali – ale tutaj mama zdecydowanie się sprzeciwiła. I tak nie zobaczę pewnie nigdy Dingo i Aborygenów – szkoda (żartuję).

Ojciec mówił..- Sprobuj niy być lepszy łodymie !

Piękne, bo ilu ojców by tak nie powiedziało ? Próbują konkurować ze swoimi własnymi dziećmi. A on chciał tego zawsze i dawał mi dobre podstawy. Uczył mnie wszystkiego, co potrafił. Bardzo twardo, ale bardzo skutecznie. Zawsze chciał, żebym podejmował trud nauki. Sam też bardzo dużo się uczył. W naszym było dużo książek, słowników, encyklopedii.  Uwielbiał zwłaszcza te encyklopedie. Używał ich często on i używałem też ja. Teraz stukamy w internet i jest – wtedy musiałem wyjąć ciężkie księgi i je przerzucać, literując w myślach alfabet, by wiedzieć która litera jest po której. W szafach mieliśmy pełno książek i czasopism technicznych. Ojciec po pracy konstruował jakieś teleskopy lunety, anteny. Rysował jakieś rozwiązania techniczne dla kopalni. Przywozili im sprzęt z Anglii, Niemiec i skądś jeszcze. I on uzupełniał często to, czego brakło w dokumentacji, tworzył coś nowego i działało. Ja, po latach robiłem prawie to samo, tylko w innej branży. Ojciec cały czas coś tworzył, doskonalił. Zaskakiwał mnie zawsze oryginalnością i prostotą swoich pomysłów. Po 7 latach pracy w przemyśle wojskowym – zjechał na dół, w inny świat. Kiedy poczytałem potem o Kaizen – uśmiechnąłem się. To on był Kaizenem – wiecznym doskonaleniem się. Pokazywał mi potęgę nauki i techniki. Rozmawialiśmy o tym zawsze bardzo dużo. Razem oglądaliśmy „Sondę” z Kurkiem i Kamińskim (kto to jeszcze dziś pamięta ten program …?). Oni tak go prowadzili, że każdy chciał tworzyć inny, nowocześniejszy świat. Era komputerów miała dopiero nastąpić a oni już to zapowiadali. Jestem przekonany, że dzięki ich programowi wielu ludzi wybrało taką a nie inną drogę w życiu. Drogę umiłowania nauki. Wśród nich byłem i ja. Spośród wielu moich pragnień – pierwszym było: zostać naukowcem…

Razem z tatą graliśmy też w szachy. Przegraliśmy w nie chyba połowę mojego dzieciństwa – od szóstego roku życia, wiele lat. W ciszy i skupieniu. Ale szachy w moim życiu to osobny rozdział. Teraz ja gram czasem z moim synem – Arturem. Przyniósł kiedyś, jako może ośmiolatek małe drewniane szachy za 2 zł i mówi – Nauczysz mnie ? Zagramy ? – I tak po wielu latach znowu gram.

Z postaci mojego dzieciństwa, jakim zawdzięczam dar serca, jest i moja prababcia. Zawsze w śląskim stroju ludowym – tak zwana chopionka. Na głowie wielka chusta, długie, czarne suknie – od święta korale. Pamiętam, jak cieszyła się że chodziłem do niej, do tego małego mieszkanka w rogu starego domu. Częstowała mnie ciastem, które piekła co sobotę i chlebem z tustym (to jest ze smalcem). Dawała mi monety – dwadzieścia złotych, te z Nowotką (znowu ten Nowotko – musiałbym chyba poczytać o nim na wiki, tak z przyzwoitości, bo ewidentnie ma jakieś znaczenie w moim życiu). No i miałem znowu na swoje „Cinema Paradiso”, czyli kino „Zorza”. Prababcia patrzyła i uśmiechała się czule. Sama doświadczona mocno przez życie, w mojej rodzinie traktowana była jak święta. Nigdy i nikt nie odważyłby się powiedzieć cokolwiek niepozytywnego o tej kobiecie. Takie były zasady. Straciła syna, Rudiego – kiedy miał 17 lat. Zginął na wojnie. Mocno to przeżyła. Zaraz po wojnie zmarł jej mąż. Żyła więc dziećmi i wiarą w Boga, czyli Ponbocka.

Kobiety w moim życiu uczyły mnie miłosierdzia i tak mama np. zapraszała do nas chłopca w moim wieku – Ryśka. Był z biednej rodziny. Częstowała go obiadem. Bawiliśmy się i oglądaliśmy filmy, jakie mama wyświetlała na drzwiach w kuchni – takie domowe kino z projektora. Rysiek trochę seplenił i wszystkiemu zawsze się dziwił. To było dobre dziecko. Potem został ministrantem. Wtedy widziałem go po raz ostatni. Kiedyś dowiedziałem się że nie żyje. Miał jakieś dwadzieścia parę lat. Zostawił małe dzieci. Nie było mu dane pożyć, ale ja go pamiętam – tego małego blondynka z włosami trochę poszarpanymi, ktoś go musiał pewnie sam strzyc, żeby było taniej i nie chodzili z nim do fryzjera. Zawsze uśmiechnięty, wiecznie pociągający nosem. Nazywał się Rysiek Klęka. Był moim pierwszym kolegą, jakiego miałem.

Zanosiliśmy też z mamą paczki do kościoła – dla biednych dzieci oraz dla dzieci gdzieś w Afryce. Dla tych którzy mają się ciężko trzeba im pomagać – uczyła mnie. Mówiła, że trzeba się dzielić i trzeba pomagać. Bezinteresownie, ze współczucia, z serca po prostu. I to była wielka nauka. Czy można dać większą ?  Tak więc matka uczyła mnie miłosierdzia a ojciec szacunku do nauki, książek oraz tego że trzeba wiele od siebie wymagać. I być wytrwałym. Upadać i podnosić się.

Nie zdołam tu opisać nawet części tego, co zawdzięczam tym wszystkim ludziom i tego co mnie tworzyło dzięki nim. To, co mi dali – pozostanie we mnie na zawsze i tak my sami dalej dajemy serce kolejnym  – jak pałeczkę w sztafecie. I oto chodzi w odwiecznym cyklu życia…….

Przypomniały mi się teraz łzy babci, kiedy z okna ich wielkiego domu zobaczyła wynglorza (ludzie sprzedający po domach drobny węgiel, zebrany z torów, gdzie wysypywał się z wagonów). Wynglorz nie mógł wyjść z dziedzińca. Był niewidomy. Krążył brudny na twarzy jak czort, z wielkim workiem i dotykał ścian, szukając wyjścia. Co jakiś czas przystawał, łapał się ściany ze spuszczoną głową.

– Idź gibko ! Pomoż mu. Borocek chop, niy umiy wylyź – powiedziała wzruszona – wartko !

To proste zdarzenie także miało wpływ na moje życiowe zwrotnice. Bardzo….. Jednym z największych zagadnień, jakie mnie nurtowały – to odpowiedź na pytanie – Dlaczego chcemy być dobrzy. Poświęciłem tej myśli całe lata. I dopiero całkiem niedawno znalazłem odpowiedź, która mnie zadowala – Bo współczujemy. Oto odpowiedź. Dobro jest piękne, jest logiczne, ale to współczucie jest tu podstawą. Właśnie – Empatia jest na samym dole tej układanki. Wszystko inne jest pochodne. Nieświadomie zajmowałem się Etyką. I jak tu nie potwierdzić, że wszyscy jesteśmy filozofami. Nie da się żyć bez filozofii, choć czasem inaczej ją nazywamy.

Na koniec przypomniało mi się jeszcze jedno zdarzenie – zupełnie niecodzienne, a które zapamiętałem i bardzo mocno na mnie wpłynęło. Miałem może z 5 lat. Był to jeden z tych nielicznych razy kiedy wypuszczono mnie przed dom. Nie wypuszczano mnie z powodu pewnego zdarzenia – a mianowicie próby mojego porwania. Było coś takiego, kiedy miałem może 3 albo 4 lata. Podjechało auto na obcych rejestracjach i już brali mnie do środka. Gdyby nie dziadek, kto wie gdzie bym dzisiaj był i czy w ogóle bym był ? Wtedy porwania dzieci się zdarzały.

Więc jakoś tak się stało, że wyszedłem wtedy przed dom i zniknąłem babci. Zaczęła mnie szukać, ale poszła w drugą stronę. Kiedy wyszedłem wprost na nią – wykrzyknęła zdenerwowana – –

– Kaś boł, najduchu !!? (gdzie byłeś łobuzie).

– Za winklym mulorz robioł flamera i doł kartofel do zjedzynio – powiedziałem (za rogiem budynku murarz robił ognisko i dał mi do zjedzenia kartofel).

– Wiys, że babcia sie staro ło ciebie – przytuliła mnie szybko i głaskała po głowie – podź no sam, babcia ci przajo (chodź tu, babcia cię kocha) – dodała już szczęśliwa, że jestem.

Ten prosty gest był dla mnie pierwszym, jakiego dostałem od zupełnie obcego człowieka. I to był przełom. Zrozumiałem, że dobro jest także wokół i że warto takim być. Pamiętam uśmiech tego murarza, kiedy dawał mi gorący kartofel. Obrał go wcześniej ze skórki i posolił. Musiałem wyglądać mizernie, bo popatrzył na mnie jak na jedno z tych biednych dzieci, jakich nie brakowało w mojej dzielnicy. Przyglądałem mu się ciekawie w swojej wielkiej czapce z bąblem na górze. Kartofel był rewelacyjny…….. No i tyle o tej historii.

I tak, z tych strzępków zdarzeń, słów, obrazów – tworzymy siebie, krok po kroku. To, co pozostaje – jest niematerialne, ale najważniejsze. Pokazanie dziecku, że dobro jest największą wartością to wielka nauka. Można stracić dosłownie wszystko, ale ta wartość w nas pozostanie, jeżeli ją dobrze zrozumieliśmy.

Po dziadku pozostał mi tylko jeden przedmiot – przedłużka ołówka, jakiej używano często przed wojną. Dziadek szanował wszystkiego i nie wyrzuciłby do kosza nawet najmniejszego kawałka ołówka. Teraz ten przedmiot przydaje mi się kiedy rysuję. Kiedy już ołówek jest już bardzo krótki, zakładam go w tą przedłużkę i jest jak znalazł. Kto przejmowałby się dzisiaj ołówkiem o długości 2cm. Ja tak. Po pierwsze, bo rysuję specyficznymi ołówkami, a po drugie – bo on mnie nauczył szanować. Nie mam po nim nic więcej. Tylko to i wspomnienia. Ciekawe czy po mnie coś zostanie……. ?

Dom dziadków potem się zawalił od szkód górniczych. Ściana pękła kiedyś niespodziewanie od góry aż do piwnicy i musiano ewakuować ludzi. Teraz jest tam przedszkole a ulicę obok nazwano Londyńską. Przyjeżdżam tam czasem – najczęściej w nocy. Staję wtedy przy płocie naszego domu, który ciągle istnieje i patrzę jakby w okna domu dziadków. I jakby wczoraj, wołam do dziadka.

– Podź po mie (przyjdź po mnie).

(PS. czytając to, co właśnie napisałem – zauważyłem dopiero teraz podobieństwo do „Cinema Paradiso” – G.Tornatore – Alfredo, Alfredo – wołał Toto ….., cosa….. ? 🙂 – już wiem, dlaczego tak lubię ten film)…….

Zanurzam się w gorącej wodzie. Z głośnika płynie „Lumicelic – mój kochany elektroniczny, kołyszący trans. „ Evening Embrace”. Płyną jak narkotyk dźwięki. Opływają mnie ciepło i biorę kolejny łyk Chianti.

Kiedy byłem dzieckiem wszystko wydawało się takie wieczne, niezmienne. Zamykam oczy i widzę wnętrza domu dziadków i naszego. Znam miejsce każdego przedmiotu, wiem jak i o której porze dnia pada światło. Patrzę w słoneczne niebo przez okno i myślę o wielkim świecie, który gdzieś jest. Wszystko więc miało swój wieczny porządek, rytm i harmonię. I niech tak pozostanie…..ja to mam w sobie i zabieram tam, gdzie chcę.

Jarek

Dziadek

ja i Rysiek – mój pierwszy kolega. Tu, przy syrenie wujka, koło płotu naszego ogrodu……

ja….bez zęba