„To była ostatnia Wigilia ubiegłego wieku – rok 1999 a także pierwsza wspólna całej naszej rodziny. Była też pierwszą w naszym nowym mieszkaniu, tym o którym zawsze marzyłem. Wszystko było jedyne w swoim rodzaju. Zaczynała się dla nas nowa epoka”.
Tamten wieczór w naszych stronach był wyjątkowo mglisty. Bardzo gęsta woalka otaczała nasz dom. Wieża pałacu Fitznera, która była na wysokości naszych okien, pozwalała mi pamiętać, że ciągle jesteśmy na lądzie a nie płyniemy po mglistym oceanie – gdzieś w nieznane”.
Tak więc jesteśmy tu, z malutkim, jednorocznym Arturkiem na moich kolanach i Iwoną donoszącą wigilijne potrawy na nasz pierwszy, w trójkę, świąteczny stół.
W tym roku wyremontowałem całe mieszkanie bardzo gruntownie. Zajęło mi to prawie rok. Zaprojektowałem i zrealizowałem wszystko tak, jak widziałem oczyma wyobraźni. Udało mi się zdążyć na czas.
W kaflowym piecu, który też rozebrałem i złożyłem na nowo, pali się wesoło ogień, trzaska suche drewno i żarzy się węgiel. Arturo siedzi cichutko i wpatruje w okno swoim wielkim, mądrymi oczyma.
– Widzisz – mówię – tam jest świat, wielki świat. A my tu, gdzie jest cieplutko. Dobrze nam tu.
Co ci przyniesie życie ? – pytam sam siebie w myślach – Co nam przyniesie ? Czas zna odpowiedź. A więc to nie w Toronto i nie w Plymouth, ale w Polsce i tu. Kto tym wszystkim kieruje, ciekawe ? Jaka wszechmocna siła, jakie prawa ?Swoje wcześniejsze plany zamknąłem raz na zawsze i dobrze mi z tym było. Po raz pierwszy wiedziałem, że jestem tam gdzie być powinienem. Czuję się spełniony.
Kołyszę synka lekko na kolanach Wyspał się dobrze w swoim łóżeczku z błękitnym baldachimem w miśki. Łóżeczko jest zaraz za naszym, tuż za naszymi głowami. Przylega do niego i czujemy się razem cudownie.
W rogu jest choinka, jaką przytargałem przez całe miasto. Ma ponad dwa metry. Zawsze chciałem, aby w naszym domu była właśnie taka, jaką widziałem jedynie w amerykańskich filmach. No i jest, pięknie udekorowana na czerwono i złoto. Pokój jest wielki, więc pasuje tu jak znalazł. Tak bardzo, że można by zapytać – dlaczego tu wcześniej nie było choinki ?
Iwona podchodzi do nas. Uśmiecha się i dotyka z tyłu moich ramion. Teraz już w trójkę patrzymy przez okno. Ciepłe światła latarń rozpraszają się na pomarańczowo w nocnej mgle.
Jesteśmy na centralnym skrzyżowaniu w Siemianowicach Śląskich, w samym sercu miasta, a dla mnie sercu mojego świata. Każdy ma takie miejsce, myślę. Moje jest tam – 27stycznia 6/12. To tu dla mnie południe krzyżuje się z północą i wschód z zachodem. W przenośni i dosłownie, bo biegną tu główne ulice. Jako młody chłopak wpatrywałem się w te okna i balkon. Chodziłem w różne miejsca i wyobrażałem sobie co z nich widać. Bo przecież, jeżeli skądś widać jakieś miejsce to i to stamtąd – proste. Rzeczywistość jednak zrobiła mi jeszcze większą niespodziankę. Kiedy weszliśmy na balkon i zobaczyłem tętniące pełnym życiem miasto w dole – aż otwarłem usta. Na prawo „Huta Jedność”, świątynia mojego dziadka, w której spędził życie, na wprost Willa Fitznera, jak z zamorskich filmów – w stylu z Aftyki północnej. Jeden z kolegów, z Algierii potwierdził mi to potem, kiedy staliśmy na naszym balkonie:
– To jak w moich stronach, nieprawdopodobne. Co za architekta miał ten niemiecki przemysłowiec ?
Oglądaliśmy potem i kafle we wnętrzach korytarza – typowo orientalne. To był zupełnie inny świat.
Teraz w jego fabryce produkuje się Rosomaki dla naszej armii. Kiedyś produkowano znane w całym świecie kotły parowe.
Zaraz za willą jest zakład Hanki. Działa od 1923r. To tam robią „Michałki”. Te pierwsze i jedyne. To po nie przyjeżdżali tu z całej Polski i zna je każdy. Pod naszym balkonem jest firmowy sklep i kto tylko pojawiał się w naszych stronach brał ich ile wlejzie i gdzie wlejzie, żeby zabrać do swoich rodzin, znajomych. Małe, srebrne i niepozorne czekoladki, nadziewane orzechami. W swoim czasie sprowadzali produkty aż z Kuby. Ten łuk, na którym jesteśmy nazywany jest „Złotym Rogiem”. A może powinien, z powodu Michałków nazywać się „Srebrnym Rogiem” – bo te pralinki pakuje się w „te sreberka….”. Kto nie otwierał by tu interesów – zawsze szło mu świetnie. Wszystkie kamienice są z lat około 1895, tak więc kawał historii i kawał interesów. To miejsce chętnie przyciągało wszystkich. Zalane słońcem od rana, z wielką przestrzenią przed nim. Z zielonym skwerem i małymi drzewkami pod naszym domem. Takimi, jakich tutaj nigdy nie widziałem. Dwa drzewka, przywiezione z innego kraju. Widziałem takie nad morzem Śródziemnym. Skąd się tu wzięły ? Magia. W środku kopalnianego Śląska coś takiego. Inny świat. Nie mogłem go nie pokochać.
Na lewo strzelista wieża kościoła Świętego Krzyża. Dla mnie, to zawsze była moja Notre Dame. To tu braliśmy ślub, a w podwórzu naszej kamienicy mieliśmy weselne przyjęcie. Wszystko było tu, w tej skończonej przestrzeni.
Co do kościoła, to kiedy, jako dziecko czytałem „Dzwonnika z katedry Notre-Dame” wyobrażałem sobie, że te wszystkie detale kościoła jakie odpisywał Hugo to właśnie te z naszego. Innego, tak pięknego nie znałem. Szukałem potem w encyklopedii ojca co to jest sygnaturka, rozeta, itp. Oglądałem też stare, przedwojenne zdjęcia z Paryża które przywiózł ktoś z naszych przodków. Pewnie kuzyn mojej babci. Widziałem zdjęcia robione z żaglowca, zdjęcia z podróży. Robiłem sobie z tych zdjęć zakładki do moich książek. On potem osiadł w Szkocji a babcia odwiedziła go po latach i wiele mi opowiadała. To bardzo rozbudzało moją dziecięcą wyobraźnię. I ja, tak jak on chciałem poznać świat. Zawsze chciałem zobaczyć, co jest za najbliższym rogiem. To uczucie towarzyszy mi przez całe życie, cokolwiek bym nie robił. Ciekawość i chęć poznania – ludzi przede wszystkim. Czytałem i ładowałem wyobraźnię.
Kiedy potem naprawdę stanąłem przy Notre Dame – tylko się uśmiechałem, bo znałem ją już dobrze. Taka jest siła wyobraźni i taka jest siła marzeń, które mamy obowiązek ocalić. Te słowa Monet’a często sobie powtarzałem, żeby nie zapomnieć tego, co powinienem robić. Każdy to ma, tylko niektórzy to w sobie zakopują z czasem i zapominają. Błąd – powinno się ocalić to wszystko, co marzyliśmy zrealizować.
Tego też życzyłem Arturowi, startującemu właśnie w życie.
– Jesteś naszą strzałą, wystrzeloną w przyszłość – mówiłem do niego w myślach. Każdy rodzic ma taką strzałę i robi dla dzieci wszystko, co może. To naturalne i piękne. Co nam przyniesie życie ? – nie wiem, ale jestem dobrej myśli. W ciszy uśmiechamy się do siebie z Iwoną. Przytulamy do siebie naszego malutkiego synka a czas się zatrzymuje……………………..
———————————————————————————————
Nigdy nie zapomnę tej chwili. choć minęło już wiele lat, a dokładnie 20, bo tyle lat ma Artur. Noszę ją w sobie, gdziekolwiek jestem. Nie zgodzę się z tym co wszędzie do znudzenia mówią, że ważne jest tylko to co tu i teraz, bo to jest jedynie prawdziwe. Nie – wszystko jest prawdziwe i wszystko jest ważne to co było, co jest i co będzie. Wszystko tworzy całość a jedno przechodzi w drugie. Historia stworzyła rzeczywistość a rzeczywistość tworzy jutro. Czas jest pojęciem względnym. Einstein miał rację. Możemy dowolnie przenosić się w czasie i w miejscu – tak gdzie chcemy. Ponownie wchodzić do tej samej wody i wychodzić z niej, także kiedy chcemy. Na przekór wszystkiemu. Przeżywać chwile piękne i naprawiać błędy, jakie popełniliśmy. Przeżyć to wszystko, co chcemy poprzez wyobraźnię, nawet nie ruszając się z miejsca. Wspominać najbliższych. Doznawać smaków, zapachów, wrażeń – choć wydawałoby się zapomnianych, bądź jeszcze nawet nie znanych. Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy – i tu znowu Einstein miał rację. Doznałem tego także potem i wiem, że wyobrazić sobie coś, to jak to przeżyć. To było kiedyś w Toskanii, przy okazji podróży w poszukiwaniu „Angielskiego Pacjenta” (mój ulubiony film). Ale to już inna historia. Wszystko jest tylko sprawą silnej wyobraźni. Z psychologicznego punktu widzenia przeżyć coś a wyobrazić to sobie, to jedno i to samo. Sprawdziłem to osobiście. Podróże w czasie są możliwe. Chociażby to, że my jesteśmy tam teraz, przy tamtym oknie i to jest właśnie Wigilia, rok 1999. No bo przecież tak jest, prawda…… ?
Teraz Arturo to już od tego roku student. Mógłbym wymieniać się z nim koszulami. Jest naszym prezentem na gwiazdkę. Urodził się na dzień przed nią. Idzie własną drogą, jaką czuje, że powinien iść. Ma bardzo zdecydowaną osobowość i wie, która latarnia go wzywa. Cieszę się, że jest właśnie taki. Ciekawe po kim ? Czas płynie dalej i wszystko się zmienia. I tak być powinno.
Piszę te słowa z innego miejsca, z Ustronia. Z okna po lewej widzę teraz Równicę a z prawej Czantorię. Od wschodu po zachód mamy w oknach słońce, które tak kocham. Jedyny stały element naszej historii. Mieszkania, meble, miejsca wymieniliśmy już wiele razy. Na wprost okien, sobotnią nocą – pojawia się nam tutaj długi strumień białego, laserowego światła z dyskoteki „Casablanca”. Przecina noc, jak światło odległej morskiej latarni, kto wie, co jest za nią….. Kierunek jest południowy. Dokładnie taki, jak z któregoś z ciepłych portów. Who knows…….Who knows ? Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Przecież to tylko kwestia wyobraźni …..
To ukochane mieszkanie na 27 Stycznia (obecnie ul. Fitznera) opuściliśmy dwa lata później. Zalało nam dach kiedy przyszły roztopy, po jednej z tych ciężkich zim i nieprawdopodobnej ilości śniegu,. Nie było innego wyjścia. Od tamtej pory stałem się Nomadem, wiecznym wędrowcem. Mieliśmy kilkanaście mieszkań. Zmieniałem pracę, zawody, miasta, kraje i otoczenie ludzi. Wszystko to kocham, ale tamto mieszkanie było jedynym, w którym naprawdę chciałem zamieszkać i zostać na zawsze.
Zrozumiałem po latach jedno, że dom jest w nas. Gdziekolwiek byśmy nie byli – on jest z nami. Nikt nam go nie odbierze, bo nie jest w stanie. Może taki był cel tego wszystkiego – żebym to zrozumiał. Ale kto tym kieruje ? Pytam co rusz siebie i uśmiecham się. Zaczynamy rozumieć własną historię dopiero wtedy, kiedy ją komuś opowiadamy. Tak, jak ja teraz.
Kiedyś siedząc w naszym mieszkaniu, w Ustroniu – piłem jak co rano kawę. Spojrzałem na oświetloną słońcem ścianę. Mamy tu wielkie, przedwojenne zdjęcie „Piccadilly Circus”, z Londynu. I nagle zrozumiałem, dlaczego podświadomie wybrałem właśnie to zdjęcie.
– To przecież „Złoty Róg”, Siemianowice ! To jasne !
No a tu jest piekarnia, do której codziennie chodziłem wcześnie rano. A tu wielka księgarnia. A tu nasz bank. A tu, gdzie jest ten skrawek nieba, to jest nasze mieszkanie, bo mieszkaliśmy wysoko. Nie mamy takiego amorka jak na Piccadilly, ale wszysko inne……łał.
Tak więc, wszystko przed nami !
Jarek Makosz
Ustroń
Noc z 23 na 24 grudzień 2018
————————————–
Nasza pierwsza Wigilia 1999






