Clannad, to mało znany szerszej publiczności, Irlandzki zespół, grający muzykę z pogranicza folk, progresywnego rocka i muzyki elektronicznej. Dlaczego o nich… dlaczego akurat dzisiaj….? Właśnie, żeby to było takie proste – odpowiedzieć, dlaczego coś dzieje się właśnie dzisiaj….. właśnie teraz.. .. ? Nie wiem..
Wszedłem do jednego z moich ulubionych miejsc, jakim jest biblioteka Jubilee w Brighton. Jest to wielki, nowocześnie zbudowany kompleks, gdzie wielu ludzie spędza całe dnie. Przychodzą się tu uczyć, popracować w skupieniu, napić kawy, kontemplować czas (jak ja, np.), albo zagrać w gry planszowe, jak tych co dwoje staruszków obok mnie. Mają oboje pod 80tkę i tak tu sobie widać przychodzą. Myślę, że taka biblioteka i kultura bycia w takich miejscach jest czymś wspaniałym. U nas w Polsce takich miejsc brak. Dla nas biblioteka to miejsce, gdzie się wchodzi po książkę i wychodzi. Nasze czytelnie w niczym nie przypominają tych tutaj. Tu przychodzi się po to, żeby z sobą być. To miejsca, w których są także strefy zabaw dla maluchów, strefy dla młodzieży. Ludzie szanują się nawzajem i zachowują cicho. Ten ledwie słyszalny, łagodny i kolyszący szum ludzkich głosów – wprawia mnie w błogi nastrój. Kiedy godzinę temu przyszedłem tutaj…wielki stół na środku alei z książkami – był pusty. Z sześciu wysokich krzeseł, zostało wolne tylko jedno…..Siedzimy tu sobie wszyscy, jak skomponowana przypadkiem rodzina. Starszy pan, co jakiś czas wylicza powoli:
– Five… Six
Już trzeci raz tak policzył. Nie znam się na dominie, ale to pewnie bardzo ważne ?. Dla starszych osób taka biblioteka jak ta – to błogosławieństwo. Zamiast siedzieć samotnie w domu, przychodzą tutaj – jak do pewnego rodzaju świątyni.
Mężczyzna znowu policzył powoli:
– One…. Two
Jest czas, kiedy uczymy się liczyć jako dzieci i czas kiedy zapominamy liczyć…
Dociera do mnie, jaki kawał historii przeżyła ta para. Urodzili się pewnie tuż przed wojną, a może w jej czasie…..Tyle mógłbym się od nich nauczyć, dowiedzieć o życiu i świecie, z ich punktu widzenia i miejsca, w którym tyle przeżyli.
Miło zwracają się do siebie ci staruszkowie. Widuje różnych ludzi, więc zwraca to moją szczególną uwagę. Są tu już że mną ponad godzinę, a nie padło ani jedno zgryźliwe słowo, czy nerwowa uwaga. Rozmawiają z sobą tak przyjaźnie… Ponad budynkiem słychać cicho mewy..
Przyszła też młoda studentka i około 50 letni mężczyzna, pracujący na Mac’u….. Miło mi tu z nimi się siedzi…
*********
Mieszkam od ponad tygodnia w różnych hostelach. Spotykam tu bardzo różnych ludzi. Śpimy w pokojach czasem po 12 osób. Każde z miejsc, które odwiedzam ma swoją specyfikę. W jednym jest wiele osób pokiereszowanych przez życie, czasem chorych, czasem w ewidentnej depresji….odrzuconych może, czasem zawieszonych w czasie – tak, jak ja. Najwięcej jest Anglików, ale są tu ludzie dokładnie z całego świata. Dla niektórych te hostele stały się po prostu domem…często ostatnia stacją. Prawdę mówiąc… Tego się w Anglii nie spodziewałem. Tyłu tu ludzi jakby na to nie patrzeć – zagubionych…. Na ulicach też to widzę.
W tych hostelach można się umyć, przespać w cieple i rano zjeść parę tostów z dżemem. Do tego kubek gorącej kawy… to naprawdę dużo. Za oknem,.. bezdomni śpią po prostu na chodniku…Niektorzy z moich sąsiadów mogą się tam kiedyś znaleźć. Tu jest o jeden schodek wyżej. Bezdomnych do Brighton ściąga wielu. Przyjeżdżają na południe… najdalej jak się da… Potem jest już tylko ocean. Wielu z nich siedzi tu na chodnikach i pasywnie patrzy przed siebie…Co mnie zadziwia, bo są to w większości młodzi całkiem ludzie. Mały namiot, na środku ruchliwego chodnika – tutaj nikogo nie dziwi. Ktoś wędrujący z kołdrą i proszący „Some change Sir? „… to częsta scena. Na ulicach można spotkać takich ludzi, a za chwilę przejedzie Bentley, Tesla, czy McLaren. Jest tu wszystko. Koloryt, koloryt, koloryt….
Jest to jednak przede wszystkim miasto sztuki i swobody . Dowiedziałem się bardzo szybko po przyjeździe tutaj, że Brighton to brytyjska stolica LGBT. Jest tu mnóstwo lokali oznaczonych flagą z tęczą – co oznacza otwartość na osoby o takiej orientacji. Widok dwóch starszych mężczyzn, trzymających się na spacerze za ręce – tu wcale nie szokuje. Co jakiś czas widzę w różnych miejscach mężczyzn w kobiecych ubraniach, z makijażem. Lesbijek jest tutaj nieprawdopodobna ilość. Wszyscy żyją tu jedak zgodnie i spokojnie. Nikt nikogo nie wyśmiewa. Panuje powszechna akceptacja inności. Ja też ich wszystkich akceptuję ?, choć sam jestem hetero. Nie przeszkadza mi to. Wierzę w to, co powiedział kiedyś jeden z myślicieli „Kochaj i rób, co chcesz”… Od zawsze tak myślę. Nie mam też nic do ludzi o innym pochodzeniu. Zdarzyło mi się tu mieszkać przez dwie noce z samymi czarnoskórymi chłopakami. Ciekawe doświadczenie, kiedy to biały człowiek nagle znajdzie się w „mniejszości” ?. I co? Było spoko… ludzie są wszędzie podobni. Jak napisał chyba Ryszard Kapuściński – „Pod cieńką warstwą kultury – wszyscy jesteśmy tacy sami”. A ja bym powiedział „Zawsze bądź po prostu czlowiekiem – a przyjmą Cię wszędzie”..
No tak, miało być o Clannad… A zacząłem pisać o czymś zupełnie innym. Chyba zmienię tytuł tego wpisu, bo zupełnie nie pasuje ?.
Dziś zamieniam hostel na mieszkanie. Kolejny rozdział. Wczoraj do północy rozmawialiśmy z Susan, Australijką i Denisem z Ghany…. Dziś z Patricia, z Irlandii (poetką ?) rozmawialiśmy o Clannad. W pewnym momencie, dla żartów zaczęła mówić po Celtycku. I tu dochodzę do wyjaśnienia, dlaczego Clannad. To zespół, który napisał muzykę do fantastycznego filmu, jaki bardzo zadziałał na moją wrażliwość. Chodzi o „Robin Hooda”, wersję z lat 80tych. Poniżej wrzucę jakieś linki, żeby przybliżyć temat. Obok takich filmów jak „West Side Story” – był to jeden z tych, które gdzieś mnie wewnętrznie budowały.
Pamiętam, jak zapisywałem tytuły ich utworów na okładce szpulowej jeszcze taśmy. Starałem się przy tym tak zapisać celtyckie brzmienie tych słów, żeby wyszło to możliwie wiernie…. Potem dużo starsze ode mnie studentki anglistyki – jakim pożyczyłem szpulę śmiały się z tego, co popisałem. Byłem wtedy tak onieśmielony tym, jak się z tego śmieją, że odbierając z powrotem taśmę, powiedziałem tylko krótko:
– OK
Dziś, po wyjściu z hostelu… idąc z workiem na plecach przez ulice Brighton, pełne niezliczonej ilości urokliwych kawiarenek, restauracji i pubów – nagle zauważyłem na samym dole tablicy z ogłoszeniami – plakat: „Clannad. Pożegnalny tour Marzec 2020, Brighton”.
Teraz wszystko jasne.
W filmie fascynowała mnie ich muzyka, pełna tajemniczości i niezwykłych nastrojów. Przenosiłem się w ten świat, stworzony przez twórców. Miałem może z 13 lat. Co niedzielę o g. 13.00. Pamiętam to dobrze. Czekałem jak na święto. Dla mnie Anglia to był w dużej mierze ten film. Zapytasz mnie: Anglia? – a ja w maksymalnie trzecim skojarzeniu odpowiem: Clannad.
Tak naprawdę to Irlandczycy. To dwie rodziny o dużych tradycjach muzycznych, grające obok instrumentów nowoczesnych – także na starodawnych, takich jak cytry, czy harfy. Robią to naprawdę wyjątkowo. Ponadto wokalistka tego zespołu – Moya – to siostra słynnej artystki, znanej jako Enya ?. Obie mają anielskie głosy. To dar…
Enya także grała na początku w Clannad, przed rozpoczęciem solowej kariery.
A co do Robin Hooda, to sama koncepcja autora tego dzieła była niezwykła. Niby przypadkiem, gdzieś w lesie – zebrała się grupa banitów…. z różnych przyczyn odrzuconych, albo ściganych, albo nigdzie nie pasujących przez swoją bezkompromisową inność… I ci ludzie stali się sobie tak bliscy, że byli gotowi walczyć w siódemkę z całym światem i umrzeć za wolność. Każdy z nich był jednocześnie taką indywidualnością, że aż cud że się nawzajem nie pozabijali. Połączyła tych ludzi głęboka przyjaźń i wiara w te same ideały…..Czy to nie piękne?
PS.
Chciałbym się wybrać na koncert Clannad ?. Poniżej trochę linków….
Teraz już wiadomo, o kogo chodzi ?. A poniżej „Together We”, czyli My Razem…. Grupa wyrzutków gotowych zginąć za wolność i za siebie nawzajem..
A co do mnie, to jest pewien utwór, który towarzyszył mi często w trudnych chwilach. Śpiewa go właśnie Moya Brennan wraz z Clannad. To utwór śpiewany w języku celtyckim, o którym pisałem wcześniej. Mówi o wędrówce „Idź Kochanie bezpiecznie”, śpiewa w refrenie Moya…….Idę ?
Jarek

