Do momentu obejrzenia „Angielskiego Pacjenta”, filmem, który uważałem za najpiękniejszy – był musical z 61 roku z muzyką Leonarda Bernsteina. Ciekawe, co ? Ja i musical.. ?…nieprawdopodobne ? – A jednak. Mowa oczywiście o West Side Story…..
To historia miłości, która zaistniała w ciągu jednej nocy. Historia oparta o Szekspirowskie dzieło „Romeo i Julia”, rozgrywająca się w zupełnie innych realiach.,…tym razem Nowego Jorku i młodocianych gangów. Niestety tej miłości nie było dane trwać dłużej… ale czy to oznacza, że nie miała ona sensu ? Nie……kazda miłość ma ogromny sens. Nawet ta, którą los gwałtownie przerwie…nawet gdyby miała trwać tylko chwilę. Bo w chwili wypelnionej miłością zaklęta jest wieczność…
Muzyki do tego filmu słuchałem wiele razy. Jest niezwykle piękna, energetyczna i bardzo romantyczna. Jest też wiele pięknych scen tanecznych – a ja kocham taniec.. Słuchałem jej w chwilach szczęścia, Dodawała mi sił zawsze, kiedy tego potrzebowałem.
Spotkalem się z tym filmem kiedy byłem jeszcze w szkole średniej. I ja też, jak Tony -czekałem na swoją kobietę. Wiedziałem, że się pojawi i czulem, że poznam ją w tańcu….
Zamieszczam tylko jedną scenę z filmu, ale za to bardzo ważną. Scenę ich poznania…..wśród zgiełku zabawy Tony nagle zauważa ją – Marię. Od tego momentu nic innego już dla niego nie istnieje. Maria jest dla niego jak wszystkie inne ikobiety świata zaklęte w tej jednej. Jest tylko Ona i wszystko inne znika w kolorowej mgle..
To historia dwojga młodych ludzi, którzy chcieli tylko siebie. Jak śpiewają w jednej z późniejszych scen….mamy tylko miłość i to wszystko, co namy…..
Mimo upływu lat, ten film wcale nie wydaje mi się naiwny. O nie…ani trochę…
Milego, niedzielnego wieczoru…jarek

