„Indian Summer…”

Obudziłem się dzisiaj cicho…..usłyszałem w oddali łagodny stukot pociągu. Przez dolinę jechał ten na Katowice 5.16.

Wstałem, tak żeby nie budzić nikogo…….Zrobiłem sobie kawy w skręcanej, włoskiej kafetierze i nalałem do swojego ulubionego, metalowego kubka. Takie kubki mają na filmach kowboje :)…… mam i ja.

Potem zakładam słuchawki i puszczam sobie Bruca….. I’m on fire……i postanawiam porysować…

https://www.youtube.com/watch?v=BTdryDXwOnk

Wczoraj do późna oglądałem różne zdjęcia, np. Jamesa Dean’a. Przypomniałem sobie np. to poniżej. Jedno z moich ulubionych:

Dean jest na nim wolny od wszelkich norm, zasad….jest outsider’em w samej swojej postawie. Ciekawe….większość moich kolegów to outsiderzy. Kogo bym nie wspomniał. Jednocześnie silne i niezależne osobowości. Ludzie idący swoją drogą, nie oglądający się na main stream..

Nad górami unoszą się mgły. Powietrze jest rześkie…ma dziś swój dobry, energetyczny smak. Podchodzę do okna popatrzeć na dzikiego ptaka lecącego nad horyzontem. Jest jeszcze oszarówka. Gorąca kawa rozgrzewa mnie od środka. Rozglądam się po szczytach. Jeszcze są zielone, ale lada moment zrobi się tu kolorowo. Będzie piękne „Indiańskie lato” – Indian Summer, jak mówią za Atlantykiem. Ciekawe, zaczynam doceniać wiewiórki, jakiegoś zająca, który czasem przeleci w pobliżu. Przy drodze nad ranem mogą się zdarzyć nawet sarny. Jesteśmy częścią natury. Czuję to coraz bardziej….tak.

Postanawiam porysować. Wyciągam jakieś kartki….pierwszy z brzegu ołówek z pudełka po herbacie Twinings Earl Grey (pasuje idealnie). Rysuję kowboja……takiego, jakim wewnątrz trochę jestem. Jest chłodny i wilgotny poranek, więc stawia kołnierz……

Rysuję go, wspominając film „Zaklinacz Koni” Roberta Redforda (i z nim także). No i oczywiście z Kristin Scott Thomas.

Fajny film z ’98r. Miło go wspominam. Są w nim klimaty, jakie teraz trochę czuję. Skąd się to wzięło właśnie dziś….ciekawe ?

Słucham Bruce’a i po cichu zaczynam robić naleśniki. Jak zwykle mega-garnek. ciasta – jak dla armii. Jak zjeść – to zjeść. Smażę je przez dobre 2 godziny. Siedzę przy tym smażeniu z gitarą i pogrywam. Płynie czas wolno….o to chodzi w życiu. Nigdy nie chciałem wiele.

https://www.youtube.com/watch?v=K8UjZczqJ7I

Lubię sposób, w jaki Bruce uderza w stalowe struny. Jest charakterystyczny dla niego…..mocny, bardzo bardzo energetyczny – nisko, przy mostku. Struny brzmią wtedy bardzo rasowo… Springsteen gra z serca – całym sobą.

Przy okazji przypomniałem sobie, że w kuchni na samej górze szafki, mam taki uchwyt do harmonijki jak Bruce – zaraz go wyjmę. Całe lata go nie wyciągałem…

W jednym z moich ulubionych utworów Springsteen’a – „Atlantic City” – śpiewa.  „Zrób sobie makijaż i popraw włosy…Spotkamy się wieczorem w Atlantic City”. Wszystko, czego potrzebuje, to te chwile spędzone z nią.

Kiedyś wybrałem się rano w bardzo długą trasę. Żadnego utworu nie słuchałem tyle razy pod rząd, co właśnie „Atlantic City”. Harmonijka Bruce’a jest dla mnie obłędna. On gra energetycznie, mocno, zdecydowanie. Słyszę w tej muzyce przestrzeń, wiatr….radość. To właśnie w nim lubię. To muzyka pełna dobrej energii. Śpiewa o prostych rzeczach. Prostych, ale jak ważnych. 

Z biegiem lat czuję, że staję się coraz bliższy naturze. Zauważam więcej niż kiedyś i inaczej reaguję. Niedawno temu byłem zmienić oponę do mojego Forda. Jest taki wulkanizator na starej szosie z Bielska do Cieszyna, po lewej. Jedzie się przez pola – góra ….dół – fajna trasa. W miejscu z otwartą przestrzenią jest ten warsztat. Są sympatyczni i nie ździerają – lubię tam jeździć. Kiedy czekałem, aż skończą robotę, przez szklane drzwi z biura – zaglądał młody wilczurek. Kosmaty – jak to one. To mądre psiska. Drapał łapką i piszczał. Żal mi się go zrobiło. Podszedłem do drzwi i się uspokoił. Patrzył na mnie ciekawie……. a ja poczułem, że fajnie byłoby mieć takiego psa. 🙂 Potem właścicielka wypuściła go i poleciał przez warsztat wesoło.

Artur podjadł ze mną trochę naleśników. Wersji z kawą jeszcze nie jadł. Ja lubię kawę i lubię naleśniki. Do tego Nutella, albo po prostu cukier. Czasem starte jabłka. Wczoraj z nocy zostało mi w kubku całkiem dużo kawy. Eksperymenty lubię najbardziej…więc wlałem ją do ciasta. 🙂 W lodówce było trochę maślanki. Dodałem do tego. A może jeszcze jedno jajko, a może jeszcze mąki, a może jeszcze oleju do ciasta…..i tak się bawię i osładzam tą chłodnawą niedzielę. Aha….zapomniałem powiedzieć, że ciasto miałem z przedwczoraj. Smakowało jednak dobrze. Tyle, że się rwało. Przy okazji wyciągnąłem jeden wniosek. Robiąc małe naleśniki dało się je smażyć. Robiąc duże – rwały mi się. Czasem tak samo jest w życiu – lepiej robić rzeczy w małych kawałkach. Tak to jest….co nie robię, skłania mnie do szerszych wniosków 🙂 Jakoś nie mogę inaczej. Naleśników została zresztą cała fura. Pewnie jeszcze zjem ich parę zaraz…..

Teraz przeczytam jeszcze raz to wszystko, poprawię błędy, coś skreślę, coś dopiszę, zgaszę lampkę przy naszym kuchennym stole i skończy się dobry dzień…..

Jeszcze jedno….wynosząc wieczorem śmieci przyglądałem się wielkiemu kamperowi, jaki stoi przy wejściu do naszego domu. Jest mniej więcej tej wielkości, co amerykański GMC, w jakim mieszkaliśmy kiedyś przez 2 tygodnie, w Szwecji z moim kuzynem Jarkiem Makoszem (jest nas dwóch 🙂 ). Potem poszliśmy dalej zwiedzać ten ciekawy kraj. Przemierzaliśmy Szwecję….potem Danię. Spaliśmy tam, gdzie się dało. Czasem w lesie, czasem w parku, czasem na łodzi…..i tak szliśmy dalej. Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku z tymi metalowymi kubkami i piliśmy kawę zbożową…….to było 30 lat temu. Ten kamper mi to przypomniał. W moich notesach pisałem różne rzeczy, wykonywałem proste rysunki tego co akurat było wokół. Dobrze to wspominam. Nie potrzebowałem wiele. Cały dobytek był w plecaku. Jutro było niewiadomą. I tak właśnie traktuję życie. Każdy dzień może być zaskakujący. A jeżeli taki nie jest – to trzeba zaskoczyć dzień. Chyba jeszcze raz posłucham „I’m on fire”. Mam na to ochotę. Jest miło łagodny. Dokładnie tego teraz potrzebuję.

Co zostało we mnie z tamtego „kowboja” ? Myślę, że nie tylko metalowy kubek, w którym podgrzewałem na ognisku kawę. Myślę, że trochę więcej. To sposób myślenia, podejścia do życia. To prostota bycia, połączona z szacunkiem do natury. To docenianie najważniejszych rzeczy, które jednocześnie są zupełnie za darmo. To one właśnie stanowią treść naszego życia. Czasem zdarzy mi się stanąć  gdzieś na stacji, jadąc do Ustronia z pracy, albo na parkingu przy barze po drodze… i gram sobie na harmonijce ustnej, którą kupiłem ostatnio w Lidlu za parę złotych. Puszczam mojego harmonijkowego mistrza z Tennessee i gram razem z nim. On uczy z auta – ja uczę się w aucie. Sprawia mi to radość. Lubię wtedy patrzeć na zachodzące, pomarańczowe słońce. Nic się nie zmieniłem….i nie chcę się zmieniać.

A poniżej – krajobraz z moich stron – ze Śląska. Tak oglądaliśmy zachody słońca, kiedy spędzaliśmy wakacje z chłopakami..np. na moście, patrząc na horyzont i marząc o podróży w wielki świat..

Dobranoc

Jarek